Kiedyś, gdy pierwszy raz wypełniłem test MMPI, w wyniku wyszło, że cechuje mnie negatywizm. Po rozmowie na ten temat z moim ówczesnym psychologiem, doszedłem do wniosku, że to po prostu dlatego, że noszę w sobie od czasów gimnazjum buntownika, stawiam pytania, myślę, nie przyjmuję wszystkiego ot tak jako pewnik, a jak coś mi nie pasuje to o tym mówię głośno.
Od jakiegoś czasu dochodzę jednak do wniosku, że ten mój negatywizm, bycie pod prąd, uczynienie ze swojej odmienności siły (m. in. kiedyś miałem dużo problemów w szkole ze względu na swój wygląd) sprawiło, że w jakimś stopniu zobrzydziłem sobie życie. Czasem jest ono dla mnie strasznie nudne, nic w nim nie ma, jest bez wartości, wszystko jest płaskie. Ja wiem, pachnie depresją, ale czy jedno z drugim nie jest skorelowane? Porównując się do innych nie wiodę, ani gorszego, ani lepszego życia, jest ono całkiem nienormalne, jak u wszystkich

(dzielę ludzie na nienormalnych i bardziej nienormalnych

). Ja jednak czuję, że ono jest nudne. To najlepsze określenie. Czasem w ogóle mnie nic mnie nie pociąga w tym życiu. Mimo tego, że mam sporo zainteresowań, różne rzeczy robiłem i robię, wiele rzeczy chciałbym zrobić, to jednak czuję zniechęcenie. Może dlatego tyle życia już przespałem (dzisiaj też razem 15h). A przecież chciałbym nie spać, cieszyć się życiem, przeżywać wszystko co ono niesie ze sobą... A coraz częściej mówię sobie: po co? nie chce mi się. I to bycie na nie jest i istnieje, a wolałbym być na tak.