01.12.12, 23:43
Liberica pisze, że rodzina jej nie chce na święta, a u mnie właśnie doszło do tego, że zastanawiam się czy w ogóle jechać do "domu". Jakoś tak się porobiło, że mimo, że od dość dawna nic mi nie zrobiła po prostu jej (Mamy) nienawidzę. Za całokształt. Nie wiem czy do świąt się z tym uporam. A już na pewno nie przyjadę jeśli mnie nie zaprosi i wyraźnie o to nie poprosi. W sumie to zawsze byłam sama i to ja im we wszystkim pomagałam, za co dostawałam same pretensje. Teraz przestało mi zależeć na udawaniu, że jesteśmy rodziną i święta spędzamy razem. Tym bardziej, że mój pies raczej nie będzie tam mile widziany.

Bo żeby to wszystko miało jakikolwiek sens, to musiałybyśmy bardzo szczerze o wielu rzeczach porozmawiać. A obawiam się, że ona (mimo, że czytała mój pamiętnik i sporo wie) mogłaby doznać szoku, że należą mi się co najmniej przeprosiny za to co mi zrobiła - i nie chodzi mi o przeczytanie pamiętnika. W każdym razie najmniej o to. Samo czytanie go musiało być sporą karą dla niej. Ona zmarnowała mi życie.

I co z tego, że się w końcu jako tako pozbierałam, skoro już prawie czterdziestka na karku a ja jestem w punkcie wyjścia. Zupełnie jak dwudziestolatka. Tzn mam mieszkanie, psa i na tym w zasadzie koniec. Całe życie jak ostatnia kretynka chciałam wszystkim wokół pomagać - teraz w końcu rozumiem, że to ona wyszkoliła mnie do tego, żeby widzieć krzywdę ludzką tam, gdzie należy się solidny kopniak w cztery litery.

O czym miałabym z nią rozmawiać? Siedzieć i gapić się bezmyślnie w telewizor? U siebie mam więcej kanałów. I las pod nosem - przynajmniej pies się ma gdzie wybiegać.

Tak naprawdę to chyba wolę zostać u siebie i przeżyć ten czas, jak zwykły długi weekend.

W tej chwili wszystko straciło sens. Nawet studia o których pisałam jakiś czas temu. Bo dziś nienawidzę ludzi (z nielicznymi wyjątkami) i dlatego te studia tracą jakikolwiek sens. Nie wiem jak mam dalej poukładać swoje życie, bo tak jak jest teraz będzie jeszcze przez rok. Może uda się jeszcze jakieś 3-4 lata i koniec. Dalej widzę tylko pustkę. Bo kompletnie wywrócił mi się światopogląd. Całkiem inaczej patrzę na świat. Przestałam wierzyć w to, w co zawsze wierzyłam, co było dla mnie ważne.

Sama za siebie się modlę, żeby to wszystko się jakoś we mnie poukładało, bo tak jak jest dziś to ani żyć ani umrzeć. Jakaś nicość, zawieszenie w próżni.
Obserwuj wątek
    • 39.a Re: święta 02.12.12, 13:29
      Witaj,
      tekst o wielu kanałach w tv - boski.

      A mnie się wydaje, że dokonałaś właśnie na progu tej 40. wiekopomnego odkrycia: wiesz czego chcesz, a czemu środkowy palec. Że wolisz z tym Psem po lesie w święta niż z rodziną, z matką. Psiak, ogromna wartość. Masz jego, masz siebie. Mieszkanie też. Who knows, co zdarzy się jutro, za rok.

      Nie pytam o kierunek, chociaż mnie to ciekawi, ALE. Czy my, tu na forum, możemy pomóc Ci przezwyciężyć kryzys związany ze studiami? Bo naprawdę szkoda byłoby je zostawiać. Hm? W pewnym momencie możesz również dojść do wniosku, że szlag z ludźmi ze studiów, tylko Ty i książka, skrypt, podręcznik akademicki, wchłanianie wiedzy, "nowe horyzonty". Walcz o to, co dla Ciebie ważne, proszę...
    • waters123456 Re: święta 02.12.12, 16:53
      Dzedlajga,
      Co się dzieje?
      Jeszcze kilka tygodni temu czytałam Twoje wspaniałe posty, pełne szczęścia, entuzjazmu i radosci z życia za sprawą twojego przyjaciela pieska, dzięki któremu poczułaś, że odnalazłaś sens życia.
      Ja wiem, że takie skrajne wahania emocji są wpisane w naszą chorobę i ciężko nad nimi panować, ale....
      Przebacz własnej matce, jakkolwiek głęboko czujesz się przez nią skrzywdzona.
      Teraz Twoje zycie jest wyłącznie w Twoich rękach.
      Wiesz, ja przez długie lata też czułam żal do swoich rodziców. Obwiniałam ich za swoją chorobę, nie potrafiłam zblizyć się do nich.
      A teraz ja 45 letnia baba latam do nich i wypłakuje się. Wręcz zwierzam z bardzo intymnych spraw. I czuję, że mnie kochają i rozumieją i wspierają.
      I wreszcie nauczyłam się mówić im, że ich kocham.Jest mi lżej, bo wiem, że gdy któreś z nas odejdzie, to z takim spokojem ducha, że w tym życiu nikt, kto pozostał nie będzie czuł się winny. Nie bedzie żył z poczuciem, że nie zostało powiedziane to najważniejsze, że trzeba nieść ciężar niedopowiedzeń, niewybaczenia.
      Nie zrozum mnie źle, ale ja naprawdę czuję się dobrze z uczuciem przebaczenia moim rodzicom.
      Może u Ciebie też tak bedzie.
      wszystkiego najpiekniejszego życzę
      • liberica1 Re: święta 02.12.12, 17:33
        Waters bo może to przez zbliżające się święta? Przynajmniej u mnie tak jest.
        Wiesz ja mojej mogę przebaczyć, ale ona nie czuje się winna, nie czuje skruchy więc wg. niej nie mam jej czego wybaczać. Łatwiej wybaczyć moim zdaniem komuś kogo już nie ma na tym świecie bo wiesz, że go nie zobaczysz i nie będzie powtórki z rozrywki.
        • dzedlajga Re: święta 02.12.12, 17:53
          Otóż to. Można wybaczyć, jeśli ktoś o wybaczenie poprosi. Pewnie we własnym sercu dość szybko jej wybaczę, bo wiem, w głębi duszy wiem dlaczego jest taka jaka jest. Jednak tak prędko tego nie okażę. Będzie się musiała o to trochę postarać.
        • waters123456 Re: święta 02.12.12, 17:55
          liberica1 napisała:

          > Waters bo może to przez zbliżające się święta? Przynajmniej u mnie tak jest.
          > Wiesz ja mojej mogę przebaczyć, ale ona nie czuje się winna, nie czuje skruchy
          > więc wg. niej nie mam jej czego wybaczać. Łatwiej wybaczyć moim zdaniem komuś k
          > ogo już nie ma na tym świecie bo wiesz, że go nie zobaczysz i nie będzie powtór
          > ki z rozrywki.

          Przez święta, to chyba nie,
          bo ja nie lubię świąt tych rodzinnych szczególnie.
          Zawsze czułam się strasznie skrępowana okazywaniem bliskości, której nie zostałam nauczona jako dziecko.
          Wiem, że teraz troche przeczę sobie sama, bo wcześniej pisłam, że ostatnio zblizyłam się do moich rodziców.
          I to prawda, ale niestety ja mam bardziej złozony problem.
          Mam kłopoty takie ogólnie rodzinne. Wiem, że mój mąż nie bedzie chciał pojechać do moich rodziców na święta. To już 2-gi rok. I mam problem, czy jechać na wigilię samej, czy nie jechać.
          Problemem jest obecność mojego rodzeństwa, tłumaczenie się, wyjaśnianie itp.
          Ja poprostu mam problemy rodzinne po mojej zeszłorocznej manii.
          Wtedy zrozumiałam, że moi rodzice są jedynymi ludźmi na świecie, którzy mi pomogą w ciężkich chwilach choroby. Mój mąż się nie sprawdził.
          Oj przepraszam, bo wlazłam w wątek dzelajgi i piszę o sobie.

          Życzę wszystkim pozostać w zgodzie ze sobą i bliskimi.
          smile
      • dzedlajga Re: święta 02.12.12, 18:38
        Waters, choroba nie ma tu nic do rzeczy. Pies cały czas dostarcza mnóstwa radości i pozwala przetrwać te trudne chwile, przez które teraz przechodzę. Czasami takie zwykłe, proste, codzienne czynności, które po prostu trzeba wykonać pomagają pozbierać się po najgorszej traumie. Dodatkowo codzienny, długi spacer po lesie dobrze mi robi. Raz, że ruch, tlen, dwa, że jak tak sobie chodzę, to mnóstwo rzeczy układa mi się w głowie. Chodzenie zawsze miało na mnie dobry, kojący wpływ. Zawsze uwielbiałam chodzić po górach, choć baaaardzo dawno nigdzie nie byłam. Więc mam chociaż ten las.

        Jeśli śledzisz inne wątki, to zauważyłeś, że gdzieś tam pisałam o wspaniałej przyjaciółce, którą poznałam w szpitalu. W innym piszę coś na temat borderline. To wszystko się łączy w jedną całość. Dzięki niej ("przyjaciółce") zrozumiałam na co cierpiała moja mama, domyślam się co mogła o mnie myśleć (każdy mierzy innych swoją miarą) i to cholernie boli. Choć dziś już jakby mniej.

        Dalej, dzięki "przyjaciółce", zrozumiałam, kto wywołał moją psychozę - mama tylko stworzyła odpowiednie warunki ku temu, aby było to możliwe - oczywiście nie zrobiła tego świadomie, ale jednak. Czy tamta osoba była świadoma tego co robi? Raczej tak - jedynie nie potrafiła przewidzieć konsekwencji swojego zachowania. (Bo z tym borderzy na ogół mają problem - może dlatego, że niezwykle często dzięki głupocie i naiwności ofiar udaje im się tych konsekwencji unikać. Nie potrafią myśleć przyczynowo-skutkowo. Przynajmniej ci, których ja spotkałam na swojej drodze). Ktoś świetnie się bawił, a ja wylądowałam w szpitalu. Jednak KTOŚ INNY - nazwijmy go Bogiem, tak to sprytnie zorganizował, że tamta osoba zobaczyła na własne oczy skutek swojej manipulacji - może coś zrozumiał.

        "Przyjaciółka" nie przypadkowo pojawia się w cudzysłowie - borderzy nie mają przyjaciół. Jedynie kolekcjonują ofiary i żerują na nich tak długo jak długo się da. Żeby wyzdrowieć, musieliby poczuć, że ktoś inny jest dla nich tak samo ważny jak oni sami, może nawet ciut ważniejszy. Ale dla bordera to chyba niemożliwe. Rodzone dziecko wykorzysta do własnych celów, a potem jeszcze będzie się dziwił, że takie naiwne, że nie umie rozpoznać złych ludzi. Niestety, jeśli człowiek zostanie wychowany tak, że nie widzi zła w swoich rodzicach (a w sumie to chyba najsilniej zakorzeniony w psychice mechanizm obronny każdego człowieka - choć już wcale nie wiem, czy każdego), nie będzie go potrafił zobaczyć w innych. Dopiero po fakcie, gdy już zostanie skrzywdzony. Raz, drugi, kolejny. Aż do skutku. Tym razem nie zdążono mnie jeszcze naprawdę skrzywdzić (doszłam do wprawy, bardzo pomaga intuicja, taki wewnętrzny głos, którego nie zawsze słuchałam, ale tym razem posłuchałam). Tylko oczy trochę bolą jak się patrzy w słońce.

        Ale dziś już naprawdę jest lepiej. Studia jednak będą. Nadal te same, wymarzone. Tylko jeszcze nie wiem, jak to się wszystko poskłada do końca. Bo miałam jakiś pomysł na to, co po studiach. Teraz będę musiała to gruntownie, jeszcze raz przemyśleć. Ale będę miała na to kilka lat. Bo co prawda tamten pomysł nie był zły, ale myślę, że uda się wymyślić coś znacznie lepszego.

        > I wreszcie nauczyłam się mówić im, że ich kocham.

        Wiesz, ja im, szczególnie mamie całe życie to mówiłam i okazywałam na różne sposoby. A ona 15 czerwca tego roku potrafiła mi rzucić w twarz, że całe życie jej nienawidziłam. Zabolało. Ale już wtedy coś pękło. Dlatego tak dobrze pamiętam tę datę.
        Za to jeszcze nigdy, naprawdę nigdy nie poczułam tego, że oni mnie kochają. Chyba nie są do tego zdolni. I to jest przykre.

        Ojciec wcale nie był lepszy od mamy. Wiesz co powiedział, gdy przedłużał się mój pierwszy pobyt w szpitalu?
        - Niech ona już wychodzi z tego szpitala i wraca do pracy, bo pieniądze są potrzebne.

        Tylko do tego byłam im potrzebna całe życie. Po to mnie spłodzili. Nie wiem, czy to w ogóle da się wybaczyć.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka