Panicznie boję się, że dam się namówić, a nawet, co jeszcze gorsze,
że sama siebie przekonam, że to nic strasznego, że to naturalne, że
trzeba zakosztować i tego w życiu. Bo jak to tak, żyć latami tylko
we dwójkę, wyłącznie dla siebie, tak tak jakby czegoś tu brakowało
(a wcale tak nie jest, bo nic nie brakuje, przynajmniej mi).
Ale takie okropne myśli snują mi się po głowie. Odechciewa mi się
już wszystkiego przez to, boję się, że z ciekawości, bądź za namową
męża, po prostu poddam się temu, może nawet przez moment będę
szczęśliwa, że czuję jak to jest, że stworzyliśmy wspólnie z mężem
nowe życie i ... potem obudzę się z ręką w nocniku i już NIC nie
będę mogła zmienić.
Czytam Wasze posty i bardzo współczuję: fortepiance, która zaszła w
niechcianą ciążę, nastassji, która męczy się z dziećmi swojego
mężczyzny, osobom, które mają niechciane dzieci i o zgrozo, potrafię
sobie wyobrazić tylko kilka (niewiele) gorszych życiowych sytuacji,
w których mogłabym się znaleźć.
Nie cierpię dzieci, nie widzę ani jednego powodu, dla którego
powinnam je mieć, a jednak mam uzasadnioną obawę, że to zrobię
Zawsze, jak czegoś się potwornie bałam, albo nie potrafiłam czegoś
zrobić, nie mogłam tego przezyć i zawsze w końcu musiałam się
nauczyć, przemóc się do zrobienia czegoś i zawsze dawało mi to dużo
zadowolenia i wiarę w siebie. Tylko że to wyzwanie to jest jednak
troszkę innej miary. Myślę o sobie, a co będzie z dzieckiem, jeśli
jednak nic się nie zmieni w moim podejściu (moja siostra: przecież
te 9 miesięcy ma swoją rolę do odegrania) i to dziecko będzie mi
zwyczajnie, tak jak każde dziecko do tej pory, działać na nerwy,
jeśli będę go szczerze nie cierpieć??
Przez te myśli o macierzyństwie to wszystkiego mi się odechciewa.
Wypracowałam sobie niezłą pozycję zawodową, ale teraz, jak pomyślę,
że może już niedługo... to odchodzą mi wszelkie chęci, żeby piąć się
wyżej, bo i po co.
Zagrzebię się w pieluchach na kilka miesięcy, po powrocie będę
wyjałowiona intelektualnie przez te kilka miesięcy zajmowania się
kupkami i kaszkami, poza tym ciągle niedospana, chronicznie
zmęczona, mozliwe że w kluczowej dla projektu chwili będę musiała
iść na zwolnienei, bo dziecko zachoruje. Potem już nie ma mowy o
karierze! To taki czarny scenariusz.
Jest też biały: a może wszystko się ułoży, będę bardzo szczęsliwa,
zapomnę o " życiu PRZED", roztyję się, nie będę już uprawiać
sportów, czytać, bo i kiedy? ale za to będę szczęśliwa, że jestem
MAMUSIĄ...