nastjaa
26.11.09, 15:30
Ostatnio złapałam doła i czasami analizuję to co sie wydarzyło. W
tym wszystkim okarżam swojego lekarza, ale juz sama nie wiem czy
słusznie...
Około 23-24 tc zorientowałam sie, ze mam podwyzszone RR (140/90), na
wizycie mój ginekolog stwierdził, że pewnie samo (czyli bez leków)
przejdzie. Zalecił leżenie, dietę bezsolna, brak stresów. W 27tc
byłam u niego na wizycie, ze spisanymi pomiarami RR (srednio
150/100). Przyjąl mnie na drugi dzień do szpitala do siebie na
oddział. Zrobił mi badanie krwi i moczu (brak białka w moczu).
Zgłaszalam, że nie czuję ruchów - przez 2 tyg. pobytu raz zrobiono
mi ktg, USG uważają tam za zbędne. Wypisali mnie "w stanie dobrym",
z rozpoznaniem "zagrazającego przedwczesnego porodu".
Kilka dni po wyjściu zaniepokojona zglosiłam sie do innego szpitala.
Tu też było opornie z USG, ale po tyg. wyprosilam i 15 minut później
mialam juz cesarkę. Okazało się, że miałam bardzo słabe przepływy
pępowinowe, i mala zatrzymała sie wagowo na 26tc.
Czy gdyby w pierwszym szpitalu zorientowali sie, że mam slabe
przepływy (leżalam tam od 27 do skończonego 28tc), to było na tyle
wczesnie by mi pomóc lekami? Słyszałam, że sa takie leki (chyba np.
Madopar), ale czy one faktycznie są skutecznie? Czy wtedy tez by nic
nie byli w stanie zdziałac, tylko rozwiazali by mi tę ciążę jeszcze
wcześniej? Czy skoro Nastusia miała hipotrofię, to lepiej by było
dla niej gdyby urodziła się np. w 27tc, czy lepiej , że dotrzymałam
tego 29 tc - dzieki temu nie zrobionemu USG (bo np. narządy byly
lepiej rozwinięte), ale mala urodziła sie w zamartwicy?