u_brzoska
21.10.06, 20:34
Oto nasza historia część pierwsza. Czyli do porodu.
To była nasza druga ciąża, pierwsza niestety zakończyła się w ósmym tygodniu.
Wszystko szło bardzo dobrze, czułam się świetnie, dzieciątko rozwijało się
prawidłowo. W 22 tygodniu zrobiliśmy USG tzw. połówkowe, które wykazało, że
nasza dzidzia to dziewczynka, według tego USG córeczka wtedy miała około pół kilo.
W połowie 24. tygodnia zaczęłam mieć silne upławy. Wizyta (we wtorek) u
lekarza prowadzącego, który w ramach odpłatnej wizyty (na kasę chorych tylko
wizyty z dwutygodniowym wyprzedzeniem) zaleca płukanki z Tantum Rosa i wizytę
za dwa tygodnie. Nie robi posiewu, nic, kompletnie. Bardzo żałuję że mu zaufałam.
Niestety płukanki nie pomagają. W czwartek nad ranem czuję że coś ze mnie
cieknie. Okazuje się że to wody płodowe. Około trzeciej rano jesteśmy już w
szpitalu Wojewódzkim (Bielsko-Biała). Okazuje sie ze jest rozwarcie na dwa
palce, miła pani doktor która mnie badała pociesza, że na razie nie widać
ubytku wód płodowych więc może to nie były wody. Zostaję w szpitalu na
oddziale patologii ciąży z zaleceniem nie wstawania. Dostaję też środek
przeciwskurczowy.
Wszystko dzieje sie szybko. Jedyne badanie jakie wykonano w szpitalu, to było
usg około dziesiątej rano w czwartek ( na które musiałam sama dojść). Badanie
wykazało ze jest duży ubytek wód, ale nikt mi o tym nie powiedział, lekarz
wykonujący badanie okłamał mnie mówiąc ze wszystko jest w porządku. Dopiero
później, z przypadkowo usłyszanej rozmowy dowiedziałam sie jak jest naprawdę.
Panie położne wzywają mnie na KTG, mimo zalecenia abym jak najmniej chodziła.
Muszę sie upominać aby użyły ruchomego urządzenia, które pozwala mi nie
wstawać z łóżka. Mimo to przy każdym ruchu czuję że wody odchodzą. Mimo
podawanego leku zaczynam czuć skurcze. Wzywam położną, która prowadzi mnie do
lekarki dyżurnej, która po badaniu palpacyjnym stwierdza że dziecko jest już w
kawałkach (te straszne słowa to cytat z pani doktor) i że nie ma na co czekać,
trzeba rodzić. Po czym „pociesza” mnie mówiąc, że lepiej żeby dzidzia nie
przeżyła, bo dziecko z tak wczesnej ciąży byłoby z pewnością bardzo ciężko
uszkodzone.
Przewożą mnie na oddział położniczy, gdzie zostaję podłączona do kroplówki z
oksytocyną. Cały czas czuję ruchy dziecka. Nowa zmiana lekarzy. Prowadzi mnie
pani doktor, która informuje mojego męża, że rodzimy martwe dziecko (cytat!) i
tylko formalnością jest, ze na przygotowuje się dla niego inkubator, ponieważ
na pewno nie przeżyje nawet porodu. Przykładając co jakiś czas KTG, stwierdza
– serce JESZCZE bije. I podkręca oksytocynę, żeby szybciej szło. Pierwszy
dobry i myślący człowiek, z którym sie tam spotkałam , to była pani położna,
która się mną opiekowała, i zmniejszała podawaną ilość oksytocyny, twierdząc
że dziecko przecież jeszcze żyje i dla niego nie jest dobrze żeby tak
przyspieszać poród. Niestety nie pamiętam jej imienia ale bardzo, bardzo Pani
dziękuję!
Nie będę się rozwodzić nad porodem. W każdym bądź razie lekarze założyli, że
dziecko nie przeżyje. W związku z tym nie troszczyli się o jej dobro. Nie
podano mi sterydów na rozwoj płuc, pewnie uznano że nie warto. Berenika w
efekcie po 22 godzinach porodu była wypychana łokciem przez lekarza, a
wcześniej, w związku z miednicowym ułożeniem, została obrócona w macicy za
nóżkę, tak że rodziła się pośladkowo.
Urodziła się o 12.40 w piątek, 15. lipca 2005. Ważyła 490 gramów. W głębokiej
zamartwicy, otrzymała 2 punkty za serducho, które dzielnie biło. Wbrew
diagnozie lekarza, nie była w kawałkach. Maleńka, biedna istotka, która
została wyrwana z oazy maminego brzucha. Zespół z oddziału patologi noworodka,
który już na nią czekał na izbie porodowej, zajął się ratowaniem jej życia.
Kończąc temat porodu, chcę tylko dodać że jeszcze dwa dni później lekarze w
czasie obchodu proponowali mi środek na wstrzymanie laktacji. Mimo iż moja
córka żyła i potrzebowała tego mleczka jak niczego bardziej. Dla lekarzy z
oddziału położniczego była martwa.
Berenia urodziła się z zakażeniem bakterią Streptococus, która prawdopodobnie
spowodowała infekcję u mnie. Nie oddychała samodzielnie.
Pierwszy raz zobaczyłam ją po 4 godzinach od porodu. Płakaliśmy z mężem oboje.
Patrząc na nią nie wierzyliśmy, że może przeżyć. Była niewiarygodnie maleńka,
przezroczysta. Lekarze z oddziału patologii noworodka poinformowali nas z
dużym taktem i delikatnością o stanie dziecka. Mówili, żeby nie robić sobie
wielkich nadziei. W tym momencie chce powiedzieć że pobyt na tym oddziale był
dla Bereni (i dla nas) największym chyba w tym całym nieszczęściu
dobrodziejstwem, jakie mogło jej się wydarzyć. Taki szacunek i delikatność w
opiece, jakiej tam zaznała, są wartością nie do przecenienia. Panie lekarki i
pielęgniarki – osoby z ogromną wrażliwością i delikatnością, jednocześnie
bardzo fachowe. Wychodząc od Bereniki po codziennych wizytach przez te 3,5
miesiąca jej pobytu tam, byliśmy spokojni, że nie stanie jej się żadna
krzywda, więcej – że opieka medyczna której zazna będzie najlepsza jakiej może
otrzymać.