Dodaj do ulubionych

jak to jest z tym kangurowaniem?

06.04.09, 20:49
hej dziewczyny...

wiecie co? tak sobie zaczęłam dumać o kangurowaniu. ja moją córcię
baaaardzo dużo kangurowałam w szpitalu i przez pierwszy miesiąc w
domciu miałam ją non stop na sobie w "tej" pozycji (oprócz spacerów
rzecz jasna w wózku). do terminu porodu mniej więcej mała spała tak
na mnie na brzuszku w nocy.

teraz ma skończony rok (jutro będzie miała 1 rok i 1 miesiąc - 3
korygowane mies.), no i wiecie co? bardzo często tak sobie leżymy i
się tulimy, mała bardzo często tak zasypia, kiedy jest jej źle, coś
boli, coś dolega to się domaga, żebym ją tak położyła na sobie, na
nagiej skórze, z uchem przy sercu, żeby sobie słuchała. ja to nazywam
pozycją "na kangura" smile

jak miała trzydniówkę to tak mi spała, przed chwilką też tak zasnęła.
powiem Wam, że 8,5 kilo tak trzymać pół nocy na sobie, to naprawdę
ciężka robota, czasem oddechu nie można złapać smile

ciekawa jestem czy u Was też tak maluchy domagały/domagają się tego?
czy dzieci donoszone też tak mają? ogólnie chodzi mi o to że
kangurowanie w magiczny sposób wpłynęło na naszą zaburzoną więź,
utraconą po przedwczesnym porodzie (bo mała była 2 mies. w szpitalu,
z czego 1,5 mies. w inkubatorze, a poza tym ja po 2 mies. straciłam
mleko i nie karmiłam jej piersią). pisałam o tym pracę mgr no i mi
wyszło, że ta więź przez kangurowanie jest o wiele silniejsza, jak
jest u Was? smile

jestem taka szczęśliwa z tego powodu smile
Obserwuj wątek
    • tabaluga0 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 06.04.09, 20:59
      moj Szymek ma 4,5 r i strasznie lubi sie tak do mnie przytulac rano, kladzie sie
      na mnie i slucha mojego serca. W ten sposob przytula sie tylko do mnie.
      Opowiadalam mu, ze jak byl malutki to tak spał i on sie czesto o to dopytuje.
      • squire1983 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 06.04.09, 21:06
        no właśnie... o to mi chodzi... moja panna do Taty się też tak nie
        przytula (ale on kościsty jest, więc w sumie się nie dziwię hihi) smile
    • mama-cudownego-misia Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 06.04.09, 21:29
      Wiesz, mi się w ogóle wydaje, że więź rodziców i ich chorych/urodzonych
      przedwcześnie dzieci jest silniejsza, i to nie zawsze do końca w pozytywnym
      sensie, bo im ta więź silniejsza i im bardziej podszyta lękiem o dziecko, tym
      trudniej dziecku zdobywać samodzielność, a z czasem pewnie wylecieć z gniazda -
      kilka znanych mi dorosłych wcześniaków ma ten problem ze swoimi rodzicami, może
      nie przez przypadek?

      W każdym razie, wracając do więzi: chcemy im wynagrodzić cierpienia, czujemy sie
      winni, więc stajemy na głowie, żeby je porozpieszczać, boimy się konsekwencji
      wcześniactwa, więc uważniej te swoje dzieciaki obserwujemy i dlatego naprawdę je
      widzimy, rehabilitujemy je i stymulujemy, więc bardziej się angażujemy w ich
      rozwój i w kontakt z nimi... Kangurowanie to tylko jeden ze sposobów wzmocnienia
      więzi, robiący na wiele sposobów dobrze nam i dziecku. Jemu, bo jest blisko
      rodziców, bezpieczne, kołysane i odtwarzamy mu warunki z życia płodowego. Nam,
      bo możemy sie rozkoszować tak upragnioną bliskością i wiedząc, że robimy mu
      dobrze, pozbywamy się poczucia winy.

      A moja baba przestała lubić kangurowanie, jak zaczęła sama raczkować - szkoda
      jej było czasu i wkurzało ją ograniczanie przez przytulanie. Teraz tez sama się
      czasem przytuli w porywie uczuć, ale każda próba przytulenia jej to obraza
      majestatu. Z jednej strony mi szkoda, ale z drugiej już się chyba powinnam
      zacząć przyzwyczajać do rosnącej (trochę na wyrost, jak na mój gust)
      niezależności i samodzielności mojego dziecka. I tak mam wrażenie, że nie
      nadążam za jej rozwojem smile
      • squire1983 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 08:00
        powiem Ci, że wiele racji jest w tym co piszesz. ja na razie jeszcze
        cieszę się tą cudowną więzią, na razie mała śpi wtulona we mnie, no i
        nawet nie chodzi tylko o poczucie winy (a jest ono ogromne, bo drugie
        dzieciątko mi zmarło i przez ten pierwszy miesiąc nosząc małą na
        rękach prawieże przepraszałam ją za to co się stało), ale również o
        moją egoistyczną potrzebę...
        w końcu między matką a dzieckiem tworzy się więź kiedy matka karmi
        piersią. u nas tego nie było, zazdrościłam koleżance, która karmiła
        piersią prawie do roku wcześniaczkę z 31 t.c., która była w szpitalu
        dokładnie tyle co moja panna. no a mi się nie udało... przeżycia mnie
        zeżarły, nie dałam rady...
        ehhh i mogłabym długo jeszcze o tym wszystkim...

        no ale wracając do tego co piszesz M-C-M, to powiem Ci, że przychodzą
        już takie myśli co zrobić, żeby jej teraz nie zaszkodzić. nie chcę,
        żeby miała jakiekolwiek problemy z samodzielnością, przystosowaniem
        się itd. staram się w wielu sytuacjach już teraz jej nie pomagać, a
        ona sobie chyba zaczyna radzić, w piękny sposób zaczęła nam
        komunikować co chce (mówi "Y" i pokazuje) i ogólnie jak na nią patrzę
        to mam wrażenie, że po tym wszystkim co przeszła będzie w życiu silną
        babą i da sobie ze wszystkim radę.

        chociaż... jak się stuknie to pomamrocze i szybciutko raczkuje tup
        tup tup do któregoś z nas po pocieszenie uncertain no i tak się bujam, nie
        wiem, chyba to że jestem psychologiem jeszcze mi dodaje mętlik do
        głowy i trochę mi odwala już na tym punkcie... ale!

        umówiłam się pod koniec kwietnia do psychologa dziecięcego z małą smile
        zobaczymy.

        jedno jest pewne. dużo u niej robią spotkania z rówieśnikami. mamy 3
        małych sąsiadów (dziewczynka i dwóch chłopców), którzy się urodzili w
        czerwcu 2008 czyli dokładnie wtedy kiedy moje dzieci miały się
        urodzić (mieszkamy na nowym osiedlu, większość kobiet była ciężarna
        jak był odbiór mieszkań, a w naszej klatce to już w ogóle
        zaciążyłyśmy wszystkie 4 niemalże w tym samym momencie).
        spotykamy się też z 2 wcześniaczkami z naszej sali szpitalnej.
        wszystkie dzieciaczki są takie same i na takim samym mniej więcej
        etapie rozwoju. także fajnie, bo widzę że się zaczynają razem bawić,
        widać pierwsze interakcje, pierwsze społeczne reakcje, widać już kto
        ma zdolności przywódcze, kto jest mazgaj itd. smile
        • mama-cudownego-misia Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 08:58
          Wiesz, myślę, że dziecko samo Ci powie, jak będzie chciało większej wolności,
          ważne tylko, żeby te sygnały zrozumieć i uszanować, ale to przecież będziesz
          potrafiła wyłapać.
          U nas te "skoki" samodzielności idą w parze z kolejnymi etapami rozwoju
          werbalnego, od tego yyy i wskazania paluszkiem, jak czegoś chce, poprzez
          kategoryczne "nie", aż do mówienia, że chce "sama". Czasem truchleję, jak mi
          kobita sama wchodzi po schodach, niecierpliwie się, jak 20 minut rozpracowuje
          kurtkę, którą chce włożyć "siama" przed wyjściem na spacer albo frustruję, jak
          myje zęby gładką częścią szczoteczki. No ale jaką mam alternatywę? Jak się
          wtrącę, nie uszanuję tego "siama", to będzie wrzask, nerwy, niepotrzebna walka.
          Po co nam to? Zawsze tylko pytam, czy "sama, czy pomóc?" i czasem jeszcze młoda
          daje sobie pomóc smile

          A kangurowaniem i bliskością się ciesz bez oporów, póki dziecko tego potrzebuje.
          Gdzieś czytałam, że jak dziecko ma w pierwszych latach radosne dzieciństwo, to
          jego mózg "uczy" sie wytwarzać więcej endorfin, ta zdolność silniejszego
          odczuwania przyjemności już mu zostaje i potem jest szczęśliwszym dorosłym.
          • squire1983 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 12:55
            mama-cudownego-misia napisała:

            > jak dziecko ma w pierwszych latach radosne dzieciństwo, to
            > jego mózg "uczy" sie wytwarzać więcej endorfin, ta zdolność silniejszego
            > odczuwania przyjemności już mu zostaje i potem jest szczęśliwszym dorosłym.

            bardzo mi się to spodobało smile))

            a to (b.stanowcze) "YYY" i wyciągnięty paluszek mnie tak rozczula, że wymiękam i
            wszystko jej chcę dać smile)) i jak sobie przypomnę, że rok temu ta żabka walczyła
            o życie w inkubatorze to mi łzy w oczach stają..
            • mama-cudownego-misia Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 12:59
              Na szczęście to już za wami smile

              > a to (b.stanowcze) "YYY" i wyciągnięty paluszek mnie tak rozczula, że wymiękam
              > i
              > wszystko jej chcę dać smile))
              A co ja mam zrobić? Moja słodka dziewczynka ze szczególną lubością żąda w
              sklepach papierosów, prezerwatyw i piwa wystawionych przy kasie :-p
              • squire1983 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 13:10
                hihihihii smile)) współczuję... choć i mnie to pewnie za niedługo czeka...
                my na razie mało po sklepach chodzimy jeszcze, w
                zimowo-chorobowo-jesienno-depresyjnym okresie odpuściłam takie atrakcje, a na
                razie (a zdarzyło się to raz, bo potem była 3-dniówka) byłyśmy w
                dziecięco-zabawkowym jedynie (mama i ja), więc jak chciała pszczółkę na kółkach
                ("YYY") to dostała smile))
                • mama-cudownego-misia Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 13:15
                  Prawda, jaka to frajda tak kupować?
                  Mojego męża za każdym razem, gdy jest w centrum, "znosi" w drodze z pracy do
                  domu do jakiegoś smyka czy innego sklepu dla dzieci. Ona się z każdej głupotki,
                  z byle plastikowego konika potrafi cieszyć godzinami, a my wtedy mamy dzień
                  dziecka smile
                  • squire1983 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 13:16
                    oj frajda ogromniasta smile
                    i weź tu nie rozpieść takiej babeczki smile))
                    • mama-cudownego-misia Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 13:25
                      Się nie da nie rozpieścić smile
                      • squire1983 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 20:22
                        moja pieszczocha znów dziś zasnęła na mnie "na kangura" smile zajmuje
                        jej to kilka minutek i ma odlot, jak ja to kocham!!!
                        • mama-cudownego-misia Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 21:12
                          Moja tez właśnie zasypia smile
                          Wyszła ze szpitala na 20 dni przed planowaną data porodu i na poczatku miała
                          straszne problemy z nadmiarem bodźców - wieczorem się jej nie dało kąpać i nawet
                          kangurowanie ją męczyło. Zaczęliśmy więc robić jej z naszych ciał takie
                          gniazdko, w którym zasypiała między nami. Z czasem zrobił się z tego rytuał -
                          codziennie o 20.00 idziemy wszyscy razem na nasze łóżko i przez jakąś godzinkę
                          gadamy, wygłupiamy się, pieścimy ją, opowiadamy bajki, robimy
                          wierszyki-masażyki... Rzadko się zdarza, żeby przez tę godzinę zasnęła, ale jest
                          wyciszona i szczęśliwa, więc jak o 21.00 odkładamy ją do łóżeczka, to jeszcze
                          chwilkę coś poopowiada swojemu misiowi i zasypia. Śpi jak suseł do 8.00 i budzi
                          się wesolutka jak szczygiełek, pod warunkiem, że o 5.00 dostanie przez sen
                          kaszkę. Jak nie dostanie żreć nad ranem, to o 7.00 wstaje chmura gradowa
                          ciskająca misiami w opieszałą matkę, a potem już cały dzień jest pod górkę smile
                          • squire1983 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 08.04.09, 08:57
                            moja Zuza wyszła ze szpitala na cały miesiąc przed planowaną datą
                            porodu, a i tak nas pan doktor przetrzymał parę dni jeszcze, choć ja
                            już go błagałam i nalegałam, w końcu wypisał nas w niedzielę, widać
                            miał mnie już dość smile
                            i pamiętam doskonale to co opisujesz dot. nadmiaru bodźców. do dziś
                            śpimy w takim "gniazdku" bardzo często (bo w łóżeczku w nocy śpią
                            zabawki), a takie wieczorne rytuały, o których piszesz to standard
                            również u nas, choć czasem zasypia właśnie "na kangura" - szczególnie
                            myślę teraz w osłabieniu po chorobie, a ja jej nie kładę na drzemkę
                            po 16 już, choć ona lubi dużo spać, dla niej zmęczenie jest gorsze od
                            głodu. wtedy mi pada między 20 a 21, bo jak by sobie pokimała między
                            16 a 17 czy też 17 a 18 to spanko dopiero ok. 22-23 uncertain no chyba że
                            jedziemy samochodem do domu, to kimnie i wtedy trudno. no i również
                            dostaje butlę kaszki przez sen pomiędzy 4 a 5 nad ranem smile
                            • mama-cudownego-misia Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 08.04.09, 09:53
                              Fajne będziemy mieć wspomnienia z tych pierwszych lat smile

                              A z drzemką popołudniową u nas to samo. Teraz już tylko koło 12,00 jej daję
                              pospać przez półtorej godzinki, bo rozrabiała wieczorami smile
                              • squire1983 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 08.04.09, 10:58
                                no, Zuzanna jeszcze śpi 2 x... ok. 10/11 a potem ok. 14 na
                                spacerze... tak jak pisałam, dla niej zmęczenie gorsze niż głód i
                                awanturę nieziemską potrafi zrobić moja Zuzica-złośnica smile
    • lili2006 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 06.04.09, 21:58
      moje dziecko (35 tc) nie było kangurowane, 5 dni w inkubarotze, nie
      znosił być noszony na rękach w niemowlęctwie, jedynie czasem do 2, 3
      m-ca lubiał spać na wielkiej klacie taty. Potem rączki już byly ok
      ale bez entuzjazmu, a zasypiać wolał wożony w wózeczku (dziś ma 3
      lata i nadal tak zasypia w dzień). Jak obudzi sie za wcześnie to
      lubi pozycję na kangura, ale ja nie leżę, a siedzę na kanapie. Ale
      to się zdarza raz na 3 tygodnie średnio...
    • mama_janka007 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 06.04.09, 22:12
      bardzo zaluje, ze w Zabrzu nie praktykowalo sie kangurowania.
      piewrszy raz uslyszalam o tym tutaj na forum i zastanawialam sie czy
      wy te malenstwa w jakichs specjalnych torbach nosicie? pojecia nie
      mialam do 3 miesiaca Janka co to w ogole jest. Malo tego, pare razy
      spotkalam sie z komentarzem pielegniarek zeby nie brac dzieci za
      czesto na rece, bo sie przyzywczaja i w nocy beda plakac. Wiec o
      kangurowania nikt nie wspominal nawet.
      Ale jest to na tyle naturalna pozycja, ze natychmiast po przyjsciu
      do domu krasnal wytlumaczyl nam, ze zasypiac to on chetnie bedzie
      ale na mamie, od biedy na tacie. Do tej pory to pozycja
      niezastapiona przy wszystkich kolkach, niespokojnych nocach,
      wielkiej checi niespania i walki z zamykajacymi sie oczkami. A kiedy
      lezy za wysoko, widze jak wwierca lepetynke nizej zeby slyszec bicie
      sercasmile
      Boze...zeby to nigdy nie minelo...
      • squire1983 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 08:06
        wiesz, ostatnie noce przed wypisem nie mogłam wyjść do domu bo mi
        mała nie dawała. o 21 nagle rozbudzona i jak tylko robiłam krok w tył
        od razu ryk. fakt, że dzieci się przyzwyczają, ale... dobroczynne
        skutki kangurowania są o niebo ważniejsze.

        fajnie, że Janek sam się zaczął domagać tej naturalnej pozycji od
        rodziców smile
        • tolka11 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 08:39
          Drugi był kangurowany, tulony, noszony bez przerwy. Przytulasem był
          tak ze 2 lata, a potem spadaj matkasmile
          Trzecia nie była kangurowana, bo już po 7 dniach miałam ją przy
          sobie, tulona, noszona w chuście (nie zaznała wózka) ma 2 lata i 4 m-
          ce i nadal przytulasta, taka fajna.
          Pierwsza, już nastoletnia, też przystulata i to do teraz, tylko z
          umiarem.
          Każde dziecko inne, kazde w równym stopniu tuli/tyliło się do mnie i
          do taty. Żadnemu przytulasów nie żałowałam, nie ćwiczyłam, nie
          odkładałam do lóżeczka (bo nie miały łóżeczeksmile).
          Wyszłam z założenia, że skoro chcą być na mnie to niech będą, i tak
          to nie będzie trwało zawsze.
          Ale co się nasłuchałam od starszego pokolenia, że dzieci rozpuszczam
          to mojewink
          Tylko teściowa się nie wtrącała.
          • squire1983 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 12:59
            Tolko, właśnie w kwestii łóżeczek... już kiedyś pytałam i była dyskusja, ale
            mnie wciąż temat dręczy...
            bo wiesz, my śpimy we troje, łóżeczko stoi bezużyteczne i się zastanawiam czy go
            nie wywalić, bo zajmuje miejsce.
            no ale co dalej? małż się zaczyna domagać większej ilości czułości, ja mała była
            b.mała to jak zasnęła to mieliśmy kanapę w drugim pokoju, ale teraz się boję
            zostawić ją samą, bo raczkuje i zaraz mi z wyra zleci, więc któreś z nas ląduje
            w łóżku razem z nią (o 20)...
            kiedy kupić normalne dziecięce łóżko? co będzie jak będziemy chcieli kolejne
            dziecko - myślę, że za niedługo, może za rok się zaczniemy starać?
    • mada567 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 09:19
      Moj wcześniak co prawda z 35tc z waga 2380gr i 45cm bardzo lubił leżeć u mamusi
      na brzusiu i tak często spaliśmy w ciągu dnia a poza tym to straszny z niego
      pieszczoch uwielbia być przytulany, całowany. Teraz ma prawie 10 m-cy i 10kg
      wiec raczej nie dala bym rady smile Pozdrawiam
    • karro80 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 09:30
      Moja w szpitalu wcale, stan nie pozwalał praktycznie jej dotykać, bo
      saturacja spadała(czasem coś się udało posmyrać).

      Za to w domu lubiła tak leżeć. Teraz nie uleży, bo przemaszeruje po
      mnie/mężu i pójdzie dalejsmile
      Za to na rąkach np jak czekamy gdzieś do poradni albo czsem w domu
      to lubi zwisnąć tak i nawet czasem zasnąć. Ale ta pozycja jest nie
      dobra ze względu na WNM i zawsze dostaję opitol od dr, jak zobaczywink

      A co do więzi...No nie wiem, bo ogólnie to ja mało noszę/nosiłam, w
      zasadzie mała bawi się sama w większości, jak dla mnie baardzo
      samodzielna jest (w sensie nie musi na mamie wisieć non stop, co
      jest fajne, nie powiem), ale lubi jak jestem blisko.
      Czasem nagle się razem odrywamy od tego co robimy i uśmiechamy do
      siebie.W nocy, jak śpi i stanę przy łóżeczku i się uśmiechnę to też
      się uśmiecha, tak samo jak coś do niej powiem. Kiedyś rozmawiałam z
      siostrą w szpitalu, ona trzymała małą. Rozmawiałyśmy o rożnych
      rzeczach. Czasem coś wspominałam o małej. Nagle siostra mówi:pani
      nie uwierzy, ale to już trzeci raz się dzieje, my rozmawiamy ona
      słucha, ale jak tylko pani mówi o niej to się śmieje.

      I ja tak czuję, że ta więź jest absolutnie poza wszystkim, nie
      zależy od bliskości, od tego co było. Po prostu dwie stacje nadawczo-
      odbiorczewink

      Squire, a może ta więź jest zawsze? Że tak powiem wrodzona?

      A kangurowanie po prostu wpływa bardziej na poczucie bezpieczeństwa
      u dziecka? Bo bicie seca itd, jakaś namiastka tego co tam w brzuszku
      było, a się skończyło. No i dla mamy też jest terapią. A jak się
      troszkę te dwie stacje "podreperuje" to po prostu lepiej działająwink
      • squire1983 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 13:04
        ja nie twierdzę, że więź nie jest wrodzona. na pewno jest. ale jest w tym coś o
        czym M-C-M pisała, że w przypadku mam dzieci chorych/wcześniaczków, o których
        życie i zdrowie drżałyśmy i drżymy wyjątkowo mocno... ta więź staje się
        silniejsza, choć jest pourywana i nienaturalnie niszczona - np. poprzez
        wielotygodniowe leżenie dziecka w inkubatorze czy niemożność wykarmienia dziecka
        piersią... sam fakt wcześniejszego zakończenia ciąży "psuje" więź... bo nie tak
        miało być.
        więc robimy wszystko, żeby więź naprawić, odbudować... i wychodzić z nawiązką...
        tak mi się zdaje... smile
        • mama-cudownego-misia Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 13:13
          Ale, ale, pamiętaj jeszcze, że my na tym forum jesteśmy, że się tak wyrażę,
          śmietanką wcześniaczych rodziców. Powiedzmy sobie szczerze - spora część, jeśli
          nie większość wcześniaków rodzi się w rodzinach patologicznych z winy alkoholu,
          narkotyków, zaniedbań zdrowotnych, bo tatuś pobije mamusię albo mamusia za
          ciężko pracuje. Te mamy na forum nie zaglądną oczywiście, ale śmiem wątpić, że
          pracują jakoś szczególnie nad więzią z dzieckiem. Wręcz przypuszczam, że te
          dzieci maja bardziej przerąbane, bo sprawiają więcej kłopotów, a rodzicom to nie
          w smak...
          • squire1983 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 13:18
            ...jeśli są w domu a nie w domu dziecka sad
            z moją małą leżało dwóch chłopców, których los był niepewny. jeden... ur. w 24
            t.c. w masą 600g leżał od listopada (a mała się w marcu urodziła i on wtedy
            nadal był w inkubatorze)... był dzieckiem młodocianej matki, nigdy się nie
            pojawiła w szpitalu... drugi.. z 32 t.c... został wypisany do domu dziecka sad
            • mama-cudownego-misia Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 13:24
              Jeśli tylko rodzice zrzekną się praw rodzicielskich, dla takiego maluszka dom
              dziecka to nie tragedia, a szansa na lepsze życie w rodzinie, która go pragnie i
              będzie kochać. Na najmniejsze dzieci jest bardzo dużo "chętnych". Gorzej, jak
              rodzice się praw nie zrzekną, albo wezmą i nie kochają sad
            • mama_janka007 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 13:27
              ja nie wiem czy taki dom dziecka nie jest lepsza alternatywa niz to
              co czeka niektore malenstwa po powrocie do domu.
              u nas na sali lezala taka kruszynka do ktorej na godzine dziennie, z
              wielkim niezadowoleniem na twarzy wpadala matka (kiedys bylam
              swiadkiem dyskusji jej z jej rodzina- notabene cyganska- ktora tego
              po prostu od niej wymagala). towarzyszyl jej zawsze alkoholem i
              potem smierdzacy jegomosc, tak ze po paru minutach ich obecnosci nie
              dalo sie wytrzymac na sali. posiedzieli tak z godzine, od czasu do
              czasu zerkajac na dziecko, czesciej znudzeni na siebie i
              niezadowoleni byli bardzo jak ktoras z pielegniarek im przypomniala
              ze moze wartoby bylo dziecko wykapac. strach pomyslec co czekalo to
              malenstwo po powrocie do domu....
              • squire1983 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 20:22
                macie całkowitą rację. dom dziecka to nie zło. bardzo potrzebne
                miejsce.
                tylko serce mi pęka jak sobie myślę, że czasem ludzie, którzy nie
                powinni mieć dzieci mają je i krzywdzą (w przeróżny sposób), a ci co
                naprawdę chcą kochać albo nie mogą mieć, albo tracą...
                ale to temat rzeka na oddzielną dyskusję...
    • mamakubusia9 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 11:59
      Moje bliźniaki były w szpitalu tylko 35dni i przez ten cały czas
      syna nie pozwolili mi kangurować, a córke mogłam tylko 3razy.
      Generalnie teraz uważam, że nie było jakichś medycznych
      przeciwskazań, tylko panie były takie wygodne, że nie pozwalały sad
      I nie wiem czy przez to moje dzieci od samego początku nie lubią być
      na rękach, zaraz się wyrywają sad
      Jedynie córa teraz kiedy ma lęk separacyjny zaczęła chętniej
      przebywać tylko w moich ramionach, ale też nie za długo. No i jak są
      chore to zasypiają na kangura na mnie, a córka bardziej. Może przez
      te 3razy coś jej sie zakodowało, że jak źle się czuje to wtedy chce
      leżeć "na kangura"
      • ann_a30 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 12:33
        Też tak 'na kangura' spaliśmy na początku, a w szpitalu był kangurowany ile się
        dało. Pielęgniarki bardzo zachęcały.
        Zresztą, niedopuszczalne byłoby powiedzieć matce dziecka - proszę nie brać na
        ręce, bo będzie płakało w nocy. Są konkretne wytyczne, jak należy się opiekować
        dzieckiem, kangurowanie jest zalecane i nikt nie śmie przedstawiać swoich
        własnych opinii.
        Wciąż śpimy razem - Achilles jest karmiony piersią, je w nocy. Chyba mu dobrzesmile
        I nie uważam, że to typowe zachowanie, bo wcześniak. Ze starszym też spaliśmy w
        jednym łóżku, właśnie ze względu na karmienie.
        • squire1983 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 13:07
          ja nie mam donoszonego dziecka, dlatego pytam, bo nie wiem jak to jest, czy jest
          inaczej, jeśli uważasz, że wcześniactwo synka nie ma wpływu to być może tak
          jest, dzięki za opinię.
          pozdrawiam.
          • tolka11 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 15:22
            Moja pierwsza jest donoszona. Ale z kazdym postepowałam tak samo.
            Nosiłam i tuliłam ile chciały.
            To i tak im samo mijasad
            A ze spaniem to u nas jest tak: gdy rodzi się nowy maluch od razu
            dostaje normalne łóżko/tapczanik i ja idę spac do malucha tak na 2/3
            lata. Raczej na 2 latasmile Spanie z mężem i maluchem nie wchodzi w
            rachubę.
            Mąz śpi sam w naszym łóżku. Wieczory spędzamy w łóżku małżeńskim,
            dopiero na spanie wędruję do dziecka. Nikt się nie skarzy na
            zaniedbanie, brak przytulania. Ani młodsi, ani starsi, ani mążwink
            • dlania Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 17:57
              Moja córka nie była kangurowana, czasem juz w domu tak ja trzymałam, ale nie
              częściej niz starszą, urodzona o czasie. Tulić sie lubi, więź mam z nia normalną.
            • squire1983 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 20:24
              teraz sobie przypominam Tolko jak pisałaś o tym.
              u mnie zaczyna się pojawiać problem z małżem. on by chciał się całą
              noc tulić do mnie, a tymczasem ma do wyboru albo drugi pokój i
              samotność albo spanko ze mną i malutką dziewczyneczką pomiędzy mną a
              nim smile pechowo trochę, co? zaczyna coraz bardziej marudzić...
              • tumigutek5 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 22:20
                Tak generalnie to jednak dziewczynki są chyba bardziej przytulaski i
                ogólnie dłużej niż chłopcy i nie ma znaczenia czy to wcześniaczki
                czy nie.....tak mi się wydaje ogólnie z opowiadań znajomych i moich
                nikłych doświadczeń (3szt facetów). Pierwszy ogólnie mały lujek,
                biegał jak miał 10m-cy i tylko wpadał się czasem przytulic tak na
                chwilę, ale zebym ja go miała wziąc i tulic to masakra. Drugi był
                taka przytulanka,ale dopiero jak skończył rok, do tego czasu to
                miałam wrażenie, ze mnie nie lubi bo tulic wogóle się nie chciał,
                nawet śmiał się bardzo mało, miał taką minę, która mówiła " o
                cholerka, gdzie ja trafiłem, normalny dom wariatów" . Natomiast
                trzeci wcześniaczek oczywiście kangurowany w szpitalu jak tylko
                mogłam, potem w domku tulony cały czas...ale też taki bidulek bo po
                3 tyg. pobytu w domku trafi znowu do szpitala z zapaleniem płuc. Nie
                mogłam z nim byc 24h na dobę bo dwoje starszych też matki
                potrzebowało bo wiek ciężki i szkoła się zaczęła no i obiad jakiś
                chcieli zjeśc. Jednak w szpitalu byłąm zawsze jakieś 10 godz.
                dziennie, ale tam nie było warunków na kangurowania, bo krzesełka że
                szkoda gadac, a ja kręgosłup mam jak 100 letni ciężarowiec wink
                My zawsze tulimy się rano, bo to generalnie śpioch jest i jak mu
                wieczorem po kąpieli kaszkę daje to czasami juz końcowka przez sen
                się odbywa, natomiast rano jak się budzi to mleczko i do łóżeczka z
                mamusią i tatusiem i tak generalnie wali nas po pysku i jest cały
                hapy....
                A jeszcze jedno, jak mały leżał na OTIN-ie to tak na dobrą sprawę
                tylko ja i jeszcze jedna mama, nie wcześniaka tam przebywała cały
                czas , reszta się jakoś nie pokazywała...albo bardzo rzadko, no ale
                nie można generalizowac , że to źli rodzice byli bo może poprostu
                nie mogli ....
                • mama-cudownego-misia Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 22:49
                  A wiesz, że ja na OIOMie tak dwa razy dziennie po pół godziny bywałam? Potem do
                  siebie miałam żal o to, ale to dopiero potem. Wtedy tylko wpadałam, przeglądałam
                  nielegalnie kartę, zerkałam na monitor, sprawdzałam, ile dobiera oddechów, ile
                  tlenu, witałam się z pielęgniarkami, oddawałam mleko i szłam do lekarza się
                  zapytać, co i jak. Jakoś sobie sprawy nie zdawałam z tego, co się dzieje, w
                  ogóle do mnie nie docierało, że ta żółta żaba w szklanym pudełku to moje
                  dziecko. Poza tym tam nawet krzesełek nie było, a ja po cięciu, zgięta wpół
                  przez zrosty, z tym moim zapaleniem jelit. Dziecko było na fentanylu, więc
                  spało, o kangurowaniu to już zupełnie mowy nie było, przy pielęgnacji być nie
                  mogłam, wydawało mi się, że nic tam po mnie...
                  Mąż też przyszedł chyba 2 razy, ale jego o tyle rozumiem, że on nie znosi widoku
                  aparatury medycznej, słabo mu się robiło na widok kroplówki. W domu żyliśmy,
                  jakby nigdy nic, byliśmy nawet w restauracji i w kinie byliśmy.

                  Jak przeszła na patologię (tak z zaskoczenia, chyba potrzebowali miejsca) i
                  mogłam z nią być, to się nią zajmowałam jakoś tak automatycznie, bez emocji.
                  Dopiero kiedy przy zmianie podkładu w inkubatorku mi ją dali na te 2 minuty
                  potrzymać, to jakby się jakiś prztyczek w mózgu przełączył, nagle się okazało,
                  że oddanie jej z powrotem wymaga strasznego gwałtu na sobie, że aż boli, że jak
                  ją oddałam, to miałam ochotę wyć. Dopiero od tego momentu zaczęło mi zależeć...

                  Do tej pory nie rozumiem, czemu na początku była mi tak jakby obojętna. Wszystko
                  się wydawało strasznie nierealne, a ja byłam jak automat. Chciałabym zrozumieć,
                  co się wtedy stało, ale staram się nie mieć do siebie żalu i nie zadręczać, że
                  wyrodna matka ze mnie. Po prostu to była sytuacja ekstremalna.
                  Ale mimo wszystko podziwiam te mamy, które się umiały zachować jak mamy.
                  • tumigutek5 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 23:07
                    Wiesz mój mały na takiej " gorszej sali" na Otin-ie był może 4 dni,
                    wtedy też byłam w szpitalu, na tym samym piętrze i właściwie
                    mogłabym z nim przebywac cały czas, ale ja się bałam, bałam że coś
                    się stanie wbrew mnie, że ja coś zrobię nie tak, że wogóle
                    przeszkadam swoją obecnością, chociaż akurat tego mi nigdy nikt nie
                    powiedział , i właśnie jak wyszłam , on przeszedł na salę dla takich
                    zdrowszych i tam już go dostałam to cięzko było wychodzic i go
                    zostawiac w tym małym pudełku. A w domu już miałam wszystko
                    przygotowane... i te puste łóżeczko doprowadzało mnie do łez sad
                    A przygotowałam dokładnie dzień przed porodem. Wszystko
                    wyprasowałam, ułożyłam ,usiadłam na krześle i do męża i szwagra,
                    którzy w kuchni montowali zmywarkę powiedziałam: "no zrobione, teraz
                    już mogę iśc rodzic" - kto by pomyślał że jutro smile
                    • mama-cudownego-misia Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 07.04.09, 23:22
                      heh, ale przeczucie miałaś...

                      U mnie nic nie było gotowe, mąż na chybcika malował, montował łóżeczko i robił
                      zakupy, jak leżałam na patologii ciąży. Mała się przeleżała prawie 3 tygodnie na
                      respiratorze i 11 dni na patologii niemowlęcia, gdzie już z nią mogłam być całą
                      dobę.
                      Boże, ale to był dziwny okres... Przypomniałam sobie jeszcze, że przez dobre
                      kilka tygodni po cięciu cesarskim czułam ruchy płodu, którego nie było. Chociaż
                      może to były ruchy jelit pozrastanych z macicą, a ja to interpretowałam jako
                      ruchy płodu?
                      Brrr... Idę sobie popatrzeć na moje wielkie, upasione dziecko, a potem spać,
                      takie wspomnienia nie robią dobrze na sen smile
                      Dobranoc! smile
                  • mama_janka007 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 08.04.09, 02:13
                    mialam to samo. juz nawet kiedys tu o tym pisalam. nie potrafilam
                    nawet plakac, jak inne mamy przy szklanych domkach...
                    przyjezdzalam do Zabrza na godzine, czasami na dwie, popukalam w
                    szybke palcem... nadziwic sie nie moglam, ze to malenstwo jest
                    moje... a nawet dotknac go nie moge. skrupulatnie porobilam porzadki
                    w jego szafeczce, pogadalam z pielegniarkami, potem z lekarzami, i
                    znowu poszlam postac przy nim chwile, a ze bylam w kiepskim stanie
                    to i chlopina mogl ze mna wejsc do malego. i tylko on i moja matka
                    wiecznie mieli do mnie pretensje ze nixc do malego nie mowie. a ja
                    zupelnie nie wiedzialam wtedy co i po co... wogole byl to czas kiedy
                    przestalam rozmawiac z kimkolwiek. zadnych slow, zadnych lez,
                    zupelne wyplukanie z emocji...
                    peklo po jakichs 10 dniach, kiedy kolejny raz lekarz poinformowal
                    mnie z typowa rezerwa, ze poprawy nie ma. stan ciezki. zakazenie
                    nie reaguje na podawane antybiotyki. wtedy nie wiedzialam nawet ze
                    to sepsa. wrocilam wtedy do domu, nie wiem jak prowadzilam samochod
                    bo drogi nie pamietam. usiadlam i zaczelam wyc. zupelnie
                    histerycznie wyc na glos.
                    dzien pozniej zaryzykowano podanie mojego mleka.
                    pare godzin po podaniu mojego mleka nastapila reakcja na
                    antybiotyk...
                    moze to zbieg okolicznosci, moze jedno z drugim niema nic wspolnego,
                    ale wtedy poczulam, ze jestem mu potrzebna... wtedy dopiero caly
                    swiat sie zmienil...

                    przypominam sobiejak film... jakbym stala w sumie z boku....
                    • mama-cudownego-misia Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 08.04.09, 08:40
                      Dobrze wiedzieć, że nie jestem jedyna. Dzięki.
                  • karro80 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 08.04.09, 10:55
                    He, ja na intensywnej też długo nie bywałam.
                    Dopiero zamieszkałam na patologii.

                    A u nas mieliśmy doktora, który czasem zachęcał, żeby kartę
                    podejrzeć jak go nie masmile
                    • squire1983 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 08.04.09, 11:11
                      przecież matka ma prawo zajrzeć do dokumentacji i wiedzieć wszystko o
                      swoim dziecku. ja się czułam niezręcznie kiedy lekarz otwierał przy
                      mnie kartę i razem patrzyliśmy. teraz nie wiem czemu, skąd takie
                      dziwne opory. przecież miałam prawo do wglądu w tą dokumentację. to
                      nie był prywatny pamiętnik pana doktora, nie było tam też żadnych
                      tajemnic, tzn. nie miało prawa być tajemnic przede mną.
                      teraz bym zupełnie inaczej się zachowywała.
                • squire1983 Re: jak to jest z tym kangurowaniem? 08.04.09, 09:12
                  no nie można generalizować. ja byłam od rana do nocy z małą, jechałam
                  do rodziców (którzy mieszkają obok szpitala) tylko żeby się w nocy
                  troszkę przespać. ale ludzie mają różne sytuacje... nie muszą być źli
                  itd. była matka, która miała drugie małe dziecko w domu i nie miał
                  się nim kto zająć, a pielęgniara jej zrobiła jazdę dot. ściągania
                  mleka, że powinna być co 3 godz. i ściągać. kobieta wybiegła we łzach
                  sad smutne to podejście personelu...
                  • squire1983 Re: M-C-M... 08.04.09, 09:19
                    ...byłaś w szoku. ja pamiętam, że byłam przerażona bo nie zdawałam
                    sobie sprawy z tego ile to może potrwać. jak mi jedna pielęgniarka
                    powiedziała, że jak dotknę dziecko to może się to skończyć miesiącami
                    terapii (nie wiem jaką krzywdę miałabym jej zrobić dotykiem, choć
                    oczywiście chodziło jej o bakterie, a nast. dnia mała była na zwykłym
                    niesterylnym szpitalnym oddziale). jak spytałam ile takie dziecko
                    przybiera na wadze, kiedy będzie miała 1800g żeby wyjść do łóżeczka i
                    2kg żeby iść do domku... to mi jedna powiedziała, że 5-10g dziennie,
                    policzyłam... wyszło mi ponad pół roku w szpitalu... kosmos sad

                    jedno jest pewne... NIE MIAŁYŚMY WTEDY TAKIEJ WIEDZY JAKĄ MAMY TERAZ.
                    gdybyśmy teraz miały wcześniaki, to byłoby zupełnie inaczej.
                    wiedziałybyśmy co robić, ten szok nie byłby aż tak przytłaczający...
                    tak mi się zdaje. wzięłybyśmy się od razu do działania. jak myślicie?
                    • mama-cudownego-misia Re: M-C-M... 08.04.09, 09:51
                      > wzięłybyśmy się od razu do działania. jak myślicie?
                      Zaraz by nas personel zgłuszył smile
                      Nie żebym narzekała, bo pielęgniarki na OIOMIE i zdecydowana większość na
                      patologii niemowlęcia była cudowna, ale czuło się, że w tym systemie nie ma
                      miejsca dla rodzica, że jesteśmy trochę kłopotliwymi widzami, a nie uczestnikami.
                      Krzeseł na sali nie było. Niby był pokoik dla rodziców, ale tylko do ściągania
                      mleka, bo małej przecież z OIOMU na respiratorze i w inkubatorze nie zabierzesz.
                      Poza tym w tym pokoiku przesiadywali rodzice dziecka z neuroinfekcją, więc bałam
                      się, ze przeniosę mojej małej. O kangurowaniu nikt nic nie mówił, dowiedziałam
                      się od innej mamy, że dobrze by było.
                      Chętnie bym im tam korytarze myła, żeby sie tylko do czegoś móc przydać...

                      Wydaje mi się, że jest ogromna różnica w tym, jak znosi sie trudne sytuacje, w
                      których stoisz z boku i jesteś bezsilna, oraz takie, w których możesz coś robić
                      dla swojego dziecka. Zresztą to chyba jest reguła. Pamiętam, że tak było w
                      czasie wielkiej powodzi we Wrocławiu. Ci, którzy się rzucili na wały budować
                      zapory z worków z piaskiem, byli mimo względnej grozy sytuacji weseli,
                      solidarni, aktywni (jeszcze w kilka miesięcy po wszyscy sąsiedzi sobie mówili po
                      imieniu, jak na wałach). Panice poddawali się ci, co siedzieli w domach i
                      czekali na falę kulminacyjną.
                      • squire1983 Re: M-C-M... 08.04.09, 11:08
                        no tak, to prawda, że bardziej chodzi o system niż o ludzi. ja nie
                        mogę powiedzieć, u nas w szpitalu też były "fajne" pielęgniarki, ale
                        faktycznie krzeseł na oiomie brakowało, a na patologii było tyle
                        miejsca, że na dobrą sprawę możnaby polówki mamom zorganizować. to że
                        się jest widzem a nie uczestnikiem moim zdaniem (przynajmniej w
                        "naszym" szpitalu) wynika z niedouczenia pielęgniarek, może zbyt
                        małego doświadczenia, bo te najlepsze - dawały do kangurowania,
                        dawały pielęgnować, oliwkować itd. a te co straszyły infekcjami, to
                        bały się jak im się na ręce patrzyło i wypraszały podczas pobierania
                        krwi. na dobrą sprawę wystarczy pomyśleć... przecież matka przy
                        dziecku może połowę roboty odwalić. do mnie już nie podchodziły,
                        karmiłam, przewijałam, byłam cały czas, o nic nie pytały, bo
                        widziały, że wszystko jest oki. a jak raz zostawiłam małża na pół
                        dnia i poprosiłam, żeby mu pomogły w razie czego, to jak mu mała
                        zjadła 2 x po 20ml (zamiast zapisanych 40ml w karcie) smokiem to
                        zaraz chciały ją "sondować", na szczęście przyjechałam w porę i
                        uświadomiłam panią pielęgniarkę, że w domu nie będę miała "sondeczki"
                        i co zrobię jak mi dziecko zje pół porcji?
                        a pokój do ściągania mleka właśnie miał powstać kiedy mała leżała na
                        oiomie... siedziałyśmy z wywalonymi cycami przy inkubatorach.
                        M-C-M, a Ty Małgosię karmiłaś piersią?
                        ja teraz mam taki trochę bunt w sobie, że bym te pielęgniary tam
                        poustawiała smile tyle razy mnie wyprosiły, tyle razy się buntowałam,
                        trochę późno zaczęłam naprawdę stawiać na swoim i uświadamiać im, że
                        to jest MOJE dziecko i nie dość, że mam prawo to jeszcze jestem mu
                        potrzebna. ale tak jak Ty, nie mam co się winić, tak samo za stratę
                        mleka, próbowałam, chciałam, walczyłam, nie udało się... przeżycia
                        mnie zjadły, strata dziecka, wcześniactwo... eh.
                        • mama-cudownego-misia Re: M-C-M... 08.04.09, 11:52
                          > M-C-M, a Ty Małgosię karmiłaś piersią?
                          Tak w ogóle to Beata jestem smile
                          Nie karmiłam piersią, stchórzyłam. Nawet mnie pielęgniarka namawiała, ale ja się
                          bałam, że ona będzie mniej jeść i dłużej w szpitalu zostaniemy. Przez 10
                          miesięcy ściągałam laktatorem i dawałam z butli, potem już mieszane z bebilonem,
                          bo mi nie starczało.

                          I założę się, że gdyby mi sie trafił drugi wcześniak, to też bym kładła uszy po
                          sobie i dawała się zepchnąć na bok, chyba że widziałabym jakieś poważne
                          niedociągnięcia (w szpitalu się postawiłam tylko jak pielęgniarka przy zmianie
                          kroplówki nie wypuściła z wężyka ponad pięciocentymetrowego bąbla powietrza,
                          który mógł dziecko nawet zabić, oraz jak chciała małą kąpać przy 16 stopniach na
                          sali).
                          Bałabym się, że w razie jakichś konfliktów to sie odbije na opiece nad dzieckiem
                          w momentach, gdy mnie nie ma.
                          Nie chodzi nawet o jakieś zaniedbania, tylko o to, że personel oddziałów
                          noworodkowych ma koszmarnie stresującą i w gruncie rzeczy niewdzięczną pracę,
                          więc mało trzeba, żeby w razie jakichś zgrzytów zaczął traktować rodzica jak
                          petenta, a dziecko jak zestaw jednostek chorobowych. Starałam się więc skupić na
                          tym, żeby było miło, żeby lekarz nabrał choć trochę mniej neutralnego stosunku
                          do tej kolejnej żaby w inkubatorze, która akurat była moją żabą... Moje potrzeby
                          i obawy wydawały się w tym momencie mniej ważne.
                          • squire1983 Re: M-C-M... 08.04.09, 13:07
                            miło mi, Kasia smile

                            wiesz co... ja nie chciałabym podważać tego jaką niesamowitą robotę
                            odwalają ci ludzie, którzy ratują te maluchy i pomagają im przeżyć
                            najtrudniejsze chwile w ich życiu, jak i również osoby, które je
                            pielęgnują i czuwają nad nimi. po prostu uważam, że matki mogłyby
                            wiele pomagać, a są traktowane jak wrogowie. choć ja też wiele razy
                            się nie postawiłam wtedy kiedy chciałam, bo bałam się co w nocy...
                            czy nie zrobią czegoś po złości... i czy to się nie odbije na mojej
                            żabce...

                            natomiast odnośnie karmienia... moja koleżanka ur. wtedy co ja
                            wcześniarę w 31 t.c. ale z wagą poniżej kilograma i nasze panny
                            leżały razem do końca, wyszły prawie tego samego dnia. i koleżanka
                            przez miesiąc ściągała, a ja namawiałam ją żeby przystawiała. 2 razy
                            mała jej spadła z wagi tak bardzo, że się przeprosiła z laktatorem, a
                            za trzecim razem się udało!!! i mała trochę spadła a jak załapała to
                            dociągnęły do 10 miesięcy na cycuchu!!! i wiesz co myślę?

                            że gdybyś miała teraz drugiego wcześniaka, to dałabyś radę, z resztą
                            nie tylko ja bym Cię namawiała, z resztą i siebie bym namawiała i w
                            ogóle... ja się czuję silniejsza. myślę, że Ty byś nie kładła uszu po
                            sobie.

                            chyba każda kobieta marzy o tym, żeby piersią wykarmić bąbelka? nie
                            no dobra, wiem, że nie każda, są mamy, które świadomie tego nie robią
                            i ja szanuję ich podejście. ja marzę i chciałabym. bardzo chciałam,
                            nie udało się, winiłam się itd. przy kolejnym dziecku będę twarda.
                            • mama-cudownego-misia Re: M-C-M... 08.04.09, 13:24
                              Fajnie, ze w Tobie tyle optymizmu smile
                              Oczywiście, ze z drugim dzieckiem, szczególnie donoszonym, będzie inaczej,
                              lepiej, łatwiej smile
                              Ale na razie aż tak myślą w przód nie wybiegam. Wymarzyłam sobie drugiego
                              dziecia o wadze co najmniej 2 kg, wydolnego oddechowo, bez wylewów i tak
                              przynajmniej z 35 t.c, bo o donoszonym to chyba nie mam co marzyć. Jak już się
                              przygotuję do ciąży, a potem dobrnę do tego wymarzonego 35 tygodnia, to się będę
                              zastanawiać, czy ryzykować jeszcze kilka miesięcy bez leków obniżających
                              odporność i karmić piersią, czy po prostu budować więź z dzieckiem na inne sposoby.
                              Ale kangurować tak czy siak będę smile
                              • squire1983 Re: M-C-M... 08.04.09, 13:36
                                we mnie optymizmu raz mniej raz więcej, szczególnie jeśli myślę o
                                przeszłości, ale dużo ostatnio próbuję myśleć o przyszłości i to mnie
                                utrzymuje przy życiu.

                                teraz siedzę sobie i się relaksuję kawką i cieknącym nosem podczas
                                gdy moje dziecię na spacerze, no i tak mnie różne myśli nachodzą...

                                ehhh życie...
                                • mama-cudownego-misia Re: M-C-M... 08.04.09, 13:42
                                  Oj, jeszcze Cię ten katar nie puścił?

                                  A życie fajne jest. Mimo wszystko smile I fajnie o nim tak czasem pogadać. Bardzo
                                  udany wątek Ci wyszedł smile
                                  • squire1983 Re: M-C-M... 08.04.09, 13:57
                                    wątek się zrobił trochę OT smile dla mnie przez ponad rok życie było
                                    jedną wielką depresją i cierpieniem, ale powoli wychodzę z tego, bo
                                    mam dla kogo żyć i zaczynam się cieszyć różnymi pierdółkami i gadać o
                                    takim tam sobie kangurowaniu i o tym jak mi dobrze, kiedy moje
                                    słoneczko się do mnie tak tuli.

                                    i cieszę się, że spotykam na swojej drodze takie osoby jak Ty smile z
                                    którymi można tak sobie pogadać o życiu i innych wiewiórkach w parku
                                    smile

                                    a katar... no jeszcze mnie trochę dręczy, choć jest już o niebo
                                    lepiej. myślę, że do po świętach (kiedy małż idzie do pracy) się już
                                    wyliżę z tego smile
                                    • mama-cudownego-misia Re: M-C-M... 08.04.09, 14:10
                                      Oj tak, w życiu nie spotkałam tylu wartościowych, interesujących ludzi, co w
                                      internecie smile

                                      Wiesz, masz za sobą tragedię, której nie jestem w stanie nawet sobie wyobrazić,
                                      ale Twój szkrab nie da Ci zginąć. Już jego w tym głowa, żeby mama była wesoła i
                                      radosna smile
                                      • squire1983 Re: OT c.d. 08.04.09, 15:31
                                        a propos internetu... faktycznie... mnóstwo ciekawych, wartościowych
                                        ludzi, a co najważniejsze... chętnych pomagać, jakkolwiek, nawet
                                        dobrym słowem czy radą...

                                        a w życiu... ehhh... przyjaciół poznaje się w biedzie... jak mi
                                        "przyjaciółka" mówi, że zna bardzo dobrze tą panią neurolog,
                                        ordynator i że ta pani taka miła i sratatata... no to pytam czy
                                        mogłaby z nią pogadać odnośnie wizyty, bo się dodzwonić nie mogę...
                                        nagle nie ma do niej numeru, a siedzi właśnie w pracy, no ale po
                                        pracy już nie oddzwoniła i następnego dnia również... i następnego
                                        tygodnia itd.

                                        no ale tak to jest jak ktoś się chwali znajomościami smile
                                        niedowartościowany uncertain

                                        dziwne to życie.

                                        p.s. moje dziecko karmi ojca chrupkami i mówi "yyy! yyy! yyy!", żeby
                                        szybciej wcinał smile)))))))))))))))))) kocham ją!!!
                                        • mama-cudownego-misia Re: OT c.d. 08.04.09, 16:06
                                          Hehe smile
                                          A moja dziś przylazła rano i "puk puk" o biurko, pytam "kto tam?", a ona zamiast
                                          "Gosia" mówi "owca" i się zaczyna rechotać na cały regulator, że taki świetny
                                          kawał powiedziała smile)
                                          Generalnie kawały ma na poziomie Benny Hilla, ale trudno się z nich nie uśmiać smile

                                          Za to moich przyjaciół potraciłam z własnej winy sad. Konsekwentnie się od nich
                                          odcinałam, aż przestali dzwonić. Najpierw miałam dołek, potem nie mogłam znieść
                                          widoku zdrowych donoszonych dzieci, jeszcze później izolowałam młodą od ludzi,
                                          żeby jej czymś nie zarazili, a w końcu nie miałam o czym rozmawiać z tymi,
                                          którzy dalej robią karierę. Jak sie do tego doda pracę w domu i uziemienie przy
                                          dziecku na końcu świata, gdzie nawet autobus rzadko jeździ, to się okazuje, że
                                          jedyne bliższe znajomości podtrzymuję przez internet i telefonicznie uncertain
                                          Mam nadzieję, że to nie szkodzi na psychikę...
                                          • squire1983 Re: OT c.d. 08.04.09, 17:01
                                            kawał dobry, turlam się po dywanie ze śmiechu smile))

                                            co do znajomych... wiesz, ja też potraciłam, poodsuwali się itd.
                                            tylko że nie z powodu córeczki, a synka, który mi umarł.
                                            najzabawniejsze jest to, że najskuteczniej, najszybciej i najdalej
                                            odsunęli się znajomi ze studiów, czyli psychologowie. ludzie, od
                                            których wtedy oczekiwałabym najwięcej wsparcia.

                                            natomiast teraz jestem na etapie totalnie zmiany. wszyscy znajomi są
                                            nowi, mieszkamy na nowym osiedlu (autobus 1 raz na godzinę w
                                            godzinach szczytu, ale na szczęście mamy z Zuzą nasze małe czarne
                                            japońskie autko, które póki co jeszcze jeździ), gdzie wiele kobitek
                                            (głównie z naszego bloku) zaciążyło mniej więcej wtedy kiedy ja i
                                            urodziło mniej więcej wtedy kiedy ja miałam urodzić.

                                            z początku nie mogłam patrzeć na bliźnięta i na małych chłopców. w
                                            szpitalu były dwie bliźniaczki, ur. w 27 t.c., obie przeżyły, mam
                                            kontakt z ich mamą, gdyby mi rozwiązano ciążę również w 27 t.c. mój
                                            syn miałby szansę. ale u mnie lekarze czekali, ona miała szczęście.
                                            wiem, tłumaczyć to można na wiele sposobów, że nie mam pewności czy
                                            by przeżył, że być może wtedy Zuza nie byłaby taka zdrowa itd. wiem.
                                            ale co z tego. to siedzi w głowie i żal jest. serce pęka.

                                            teraz mam super sąsiadki, trzy mamuśki - jedna ma córcię, dwie mają
                                            synków - wszystkie bąble z czerwca, czyli wtedy kiedy moje dzieci
                                            miały się rodzić. wszystkie mniej więcej są takie jak moja Zu
                                            wielkością i w rozwoju, więc generalnie jest dobrze.

                                            no a poza tym mam dwie koleżanki z sali szpitalnej, nasze córcie
                                            leżały w inkubatorkach obok siebie, niemalże jednocześnie wychodziły
                                            z inkubatorów do łóżeczek i z łóżeczek do domków. ostatnio robiłyśmy
                                            wspólną imprezę urodzinową.

                                            i... tyle mam znajomych. reszta... nie umie ze mną rozmawiać. nic nie
                                            rozumieją. dla mnie temat mojego zmarłego dziecka nie jest tak
                                            bolesny, żeby unikać go nie chcąc mi sprawić przykrości. dla mnie
                                            bolesne jest to, że Go nie ma ze mną. a rozmawiać... może czasem
                                            potrzebuję o Nim. ale nikt tego nie rozumie... wiem, wszyscy ci
                                            znajomi to ci których poznałam po wszystkim. ale oni wszyscy wiedzą,
                                            że moja córcia miała braciszka.

                                            w sumie... trochę ja też poodsuwałam ludzi. bo jeśli komuś
                                            powiedziałam o tym co się stało a ten ktoś nie potrafił powiedzieć
                                            głupiego "przykro mi" to przekreślałam tego kogoś. wkurzałam się, że
                                            zachowywał się jakby się nic nie stało, pomijał sprawę milczeniem.
                                            itd. teraz mam inne podejście. to moja sprawa.

                                            pracy w domu Ci zazdroszczę smile)) też bym chciała... ale mój zawód
                                            taki nijaki i raczej się nie da poprzez kompa/net uncertain
                                            • pigi1981 Re: OT c.d. 08.04.09, 20:47
                                              ja tez straciłam jedno zbliźniąt i znam ten ból kiedy patryz sie na
                                              bliźnięta. a ból jest tym bardziej wiekszy, że były to bliźnięta
                                              jednojajowe i kieyd patrze na synka i pomysle...
                                              dziwi mnie że przyjaciele się od Ciebie poodsuwali u mnie jest
                                              wręćz przeciwnie nawet znajomi znajomych chca pomóc. zaczęam na
                                              nowo wierzyć w ludzi
                                      • tumigutek5 Re: M-C-M... 08.04.09, 16:47
                                        > Oj tak, w życiu nie spotkałam tylu wartościowych, interesujących
                                        ludzi, co w
                                        > internecie smile

                                        Oj żebyś się nie ździwiła.... przeca ja mogę mordercą byc i tylko na
                                        was wsztstkie czycham wink
                                        • tumigutek5 Re: M-C-M... 08.04.09, 16:52

                                          • squire1983 Re: M-C-M... 08.04.09, 17:05
                                            mnie bardziej pasi "czyham" smile))
                                            • mama-cudownego-misia Re: M-C-M... 08.04.09, 22:00
                                              Dybie wink
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka