Chciałabym zwierzyc się z pewnej refleksji, jaka towarzyszy mi już jakiś czas.
Może ktoś z Was miał też podobne odczucia, niekoniecznie dotyczące tego obszaru.
Zastanawiam się, czy nie dostałam od Losu swoistego prztyczka w nos. Nie, nie
chodzi mi o jakąś "karę boską", nie chcę mieszać tu Boga, chociaż...
Otóż od kiedy sięgnę pamięcią, zawsze towarzyszyło mi pragnienie urodzenia
córeczki, wychowywania jej, takiej wspólnoty płci. Razem czytamy (tzn.
oczywiście ja wprowadzam ja w świat literatury

), "wyżywamy się turystycznie,
razem łazimy w poszukiwaniu ciuchów, omawiamy nasze "babskie sprawy",
analizujemy jej pierwsze podboje, cierpimy też razem, itd. Taka mama-kumpela,
rozumiecie.
Nie trzeba byc psychologiem, żeby łatwo odgadnąć źródło schematu: tak ja
miałam, a właściwie miałyśmy, bo razem z siostrą i Mamą tworzymy zgrany tercet
(a jeszcze bardziej zrzyty jest duet na linii Mama-siostra, ale mi to akurat
nie przeszkadza) w opozycji do ojca (o tej opozycji nie chcę tu pisać).
Miała być córka, męża nie było trudno przekonać (metoda planowania płci
wdrożona w odpowiednim czasie

, i ... USG: "ma pani córkę". Super, dzika radość!
A potem?
A potem wszystko przebiegało/przebiega wbrew tym planom, oczekiwaniom.
Nie mam siły pisać o wszystkim, ale tak w skrócie - córka jest cudowna, tylko
niezmierna trudna, od urodzenia. Zbuntowana od pierwszego wzięcia na rękę, do
dziś (prawie 3 latka) nie do ujarzmienia, taka rogata dusza. Oczywiście
obserwując taką "kozę" u np. znajomych można powspółczyć, czasami się pośmiać,
ale przechodzenie samemu przez te "udręki dnia codziennego", przez codzienne
staczanie walk o założenie "tego sweterka", o wyjście na spacer, że o uśnięciu
nie wspomnę, może doprowadzić do nerwicy, co też niestety w moim przypadku ma
miejsce.
Pierwszy rok minął nam na wrzaskach, krzykach, i spaniu przez kwadrans (no w
najlepszym razie 45 min.), co godzinę. Do 2.5 roku nie przespała ani jednej
nocy, histeryzując, żądając np. czytania, oglądania bajek, tuptając, z
wywalaniem całej pościeli z łóżeczka, żeby wspomnieć tylko o tych mniej
hardcorowych. Dziś też z nocami różnie bywa. Psychologa, neurologa
przerobiliśmy. Tak samo pokaźną liczbę Poradników typu Jak...? Sprzeczność
otrzymywanych "życzliwych rad" otoczenia doprowadzała mnie do szału:
Kilka przykładów z okresu niemowlęctwa:
-Bierz ją do was do łóżka! Nigdy w życiu nie zgódź się na spanie z dzieckiem,
bo opuści was ok 12-stki.
-Bujaj w wózku! Nie przyzwyczajaj do spania w wózku!
-Daj smoczek! Nie dawaj smoczka, bo nie oduczysz do 3-4 roku życia!
-Karm tylko piersią! Skoro nie chce z piersi, daj butelkę!
Kilka bieżących przykładów:
-Kilka klapsów jeszcze nikomu nie zaszkodziło! Nie waż się tknąć dziecka!
-Dla św. spokoju kup jej ten soczek! Nie ulegaj histeriom, choćby miała wyć w
sklepie 3 h!
-Przytulaj, okazuj dużo miłości! Nie przesadzacie z tymi czułościami?
Przykłady mogłabym mnożyć pewnie jeszcze z 20 punktów
No ale ad rem:
Momentami czuję, że mając chłopca (przed czym wzbraniałam się rękami, nogami i
czym się da, bo przecież chłopcy są nieznośni, spadają z płotów, dachów,
wiecznie w gipsach, trudni do prowadzenia, a potem wyfruwaja z domu, tyle ich
widać - tak bardzo uległam stereotypom) miałabym lepszy kontakt, może bardziej
bym go rozumiała, niż z moją wymarzoną córeczką. Może nie rwałabym sobie
regularnie włosów z głowy: dlaczego nie potrafię znaleźć porozumienia z własną
córką? Dlaczego tak kosmicznie się różnimy?
Taki prztyk w nos: chciałaś, to teraz masz!