Wychowalam sie w rodzinie silnie zwiazanej z ruchem swiatlo-zycie, zylam
wsrod ksiezy, ludzi gleboko- jak mi sie wydawalo - wierzacych. A teraz??? Nie
chodze do kosciola , nie modle sie , nie przezywam w jakis szczegolny sposob
Boga czy Natury czy jak tam zwac ta sile nadprzyrodzona. To wszystko
obrzydzili mi ludzie obludnicy ktorzy w kosciele krzyzem leza, na msze
codziennie chodza a np. nie odzywaja sie do nikogo: rodziny,sasiadow,
obgaduja , sklucaja ludzi itd.....
Nie wiem jak bede wychowywac swoje dziecko. Jest ochrzczony ale....na pewno
nie bede mu mowila ze jedyna droga zbawienia jest kosciol katolicki, ze tylko
on, nic poza tym....Mam slub koscielny bo wtedy bylam jeszcze slepa jak mi
sie zdaje.
Dla mnie najwazniejsze jest to zeby byc dobrym, uczynnym, sprawiedliwym-
porzadnym czlowiekiem.
Nie lubie jak mi sie mowi, ze jedyna droga dobra prowadzi przez kosciol
katolicki, nie cierpie tego.....
A jesli chcialaoby sie pogadac niby z ludzmi wierzacymi np. na tematy
biblijne, to nawet nie wiedza gdzie w Pismie sw. szukac ewangelii- tak z tym
sie spotkalam.
Podziwiam ludzi ktorzy deklaruja sie jako wierzacy i praktykujacy i
rzeczywiscie swoja wiara zyja, i przezywaja ja.
Nie wstydza sie swoich symboli religijnych. Takich ludzi bardzo szanuje i
szanuje ich wiare i religie. Ja juz tak nie potrafie, zycie religijne nie
jest dla mnie wazne, nie potrzebuje spowiedzi, mszy sw...Nie potzrebuje
kosciola do dobrego zycia, do tego zeby byc dobrym czlowiekiem, do tego zeby
wiedziec co dobre a co zle.....A moz ezle mysle????
PS. Nasz- moj i meza przyjaciel jest ksiedzem i baaardzo czesto sie
spotykamy

) Paradoks? Moze