Kolejny raz podchodzę do napisania tego postu.
Bardzo wiele zaszło w moim życiu w ciągu ostatniego roku (trochę ponad roku) -
urodziłam drugie dziecko, wykryłam zdradę męża, przeszliśmy przez wiele
miesięcy szarpaniny, prób naprawiania, rozmaitych porażek, wreszcie mąz
zadecydował, że jednak chce się ze mną rozwieść. Tyle konkretów
I cały ten okres był w moim życiu czyms zupełnie niezwykłym, jakby ktoś
postanowił namalowac ilustrację do wszystkich mozliwych powiedzeń o Bożej
opatrzności.
Że Bóg nie zsyła nam więcej, niż możemy unieść.
Że kiedy zamyka drzwi, to otwiera okno.
Że wszystko ma sens.
Jakoś od razu po tym wszystkim poczułam, że jesli nie zacisnę zębów i nie będę
się pilnowała, łatwo moge zdryfować gdzieś z dala od wiary, z która nigdy nie
byłam jakoś tak do końca i jasno dogadana. Ale miałam przy sobie najlepszych
przyjaciół, miałam swojego Chrzestnego Tatę - wspaniałego, mądrego księdza - i
miałam Kogoś, kto czuwa nade mną.
Opisywanie tego - rozmaite próby juz mam za sobą - jest idiotyczne, wygląda
jak atak egzaltacji kwalifikujący się do leczenia

Oszczędzę Wam tego. Po
prostu czuję się, jakby ktoś zapalił mi światło i pokazał mnóstwo rzeczy
wreszcie we właściwych proporcjach. Pewnie, że jeszcze nie wszystko - ale tym
lepiej

Tyle jeszcze przede mną
Wiem, że zawdzięczam to wszystko także modlitwom wielu osób. Dziękuję Wam.
Módlcie się nadal za mnie i za moje córeczki, a my też nie zapominamy o Was.
-----------------------
Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)