02.03.07, 12:49
Samboraga udowodniła mi, że z wyszukiwarką jestem na bakier, tak więc jeśli
taki pomysł już był, to proszę Matkę Przełożoną o wywalenie tego wątku i w
ogóle wywalenie mnie, bo przecież można oszaleć z takim ułomem. A pomysł jest
taki: teksty, które w jakiś sposób się Wam spodobały, czymś poruszyły,
zachwyciły - wpisujemy tutaj. Ale nie z Pisma Świętego. Tak przyszło mi to do
głowy jak przeczytałam Teresiny tekst cytowany przez ismę. I gdy dziś rano
przy bułce z miodem przeczytałam tekst, który zaraz Wam przepiszę.
Obserwuj wątek
    • mamalgosia Thomas Merton 02.03.07, 12:52
      "Jedynie człowiek, który stanął oko w oko z rozpaczą, jest naprawdę przekonany,
      że potrzebuje miłosierdzia. Ci, co nie odczuwają jego potrzeby, nigdy go też
      nie szukają. Lepiej jest odnaleźć Boga na progu rozpaczy, niż spędzić w życie w
      zadowoleniu z siebie, nieuznającym potrzeby przebaczenia. Życie bez problemów
      może być dosłownie bardziej beznadziejne niż takie, które pochyla się zawsze
      nad brzegiem rozpaczy"
      • mamalgosia i jeszcze 02.03.07, 12:57
        Fajnie byłoby, jakby można było nad tymi tekstami podyskutować. No, oczywiście
        jeśli chcecie.
        Mnie zacytowany tekst poruszył z wielu powodów. Ale dwa wybijają się mocno.
        Jednego z nich nie omawiam, bo jest bardzo osobisty. Ale drugi wiąże się z
        Ewangelią z poprzedniej soboty - że nie potrzebują lekarza zdrowi, tylko ci,
        którzy się źle mają. Czyli póki jestem zdrowa, póki MYŚLĘ, ŻE jestem zdrowa, to
        lekarza omijam szerokim łukiem. A nawet jeszcze później - gdy już czuję, że coś
        jest nie tak, ale przeciez jeszcze chodzę, jeszcze ta choroba nie daje mi się
        we znaki. A lekarz czeka. Czyżby dla mnie było rzeczywiście dobre chodzenie na
        krawędzi rozpaczy? Przyznam, że w takim stanie można oszaleć.
        A z drugiej strony - czy bezustanne poszukiwanie w sobie choroby jest dobre?
        Czy taka duchowa hipochondria ma sens?
        Gadam sama ze sobą, ale bardzo liczę na Wasze zdanie.
        O rany, byle nie z wyszukiwarki (samboraga zaraz wrzuci hasło i wyjdzie, że
        zakładam siódmy wątek na ten sam tematsmile) )
        • mama_kasia Re: i jeszcze 02.03.07, 13:43
          > Czy taka duchowa hipochondria ma sens?

          Taka hipochondria kojarzy mi się z niezauważeniem prawdy
          o sobie, więc moim zdaniem nie ma sensu, choć trudno się
          jej czasami ustrzec. No bo jeżeli ciągle zakładam, że coś
          ze mną jest nie tak, nie dostrzegam (tak mi się wydaje)
          prawdy o tym, że jestem np. stworzona na obraz Boga, że
          jestem jego dzieckiem, dziedzicem, że moja wartość w Nim tkwi,
          że mam wartość.
          • mamalgosia Re: i jeszcze 02.03.07, 14:39
            Własnie, mamo-Kasiu. Już chyba rozmwialiśmy o tym w wątku o poczuciu własnej
            wartości. Bo z jednej strony należy dostrzegać własny grzech, zło we własnej
            duszy, ale z drugiej: nie można przesadzić, posunąć się do zniszczenia swojej
            godności.
            Chciałabym to uprościć, ale nie potrafię.
            • sunday Re: i jeszcze 02.03.07, 16:27
              > z jednej strony należy dostrzegać własny grzech, zło we własnej
              > duszy, ale z drugiej: nie można przesadzić, posunąć się do zniszczenia
              > swojej godności.

              Dlaczego kładziesz nacisk, dlaczego zaczynasz od własnego grzechu i zła, zamiast
              od godności Jego stworzeń, Jego dzieci?
              • mamalgosia Re: i jeszcze 02.03.07, 21:07
                Sunday, to TEN sunday? Witaj.

                No właśnie: dlaczego? Masz rację. Albo nie masz? Pokora czy przygnębienie?
                • sunday Re: i jeszcze 06.03.07, 15:02
                  > Sunday, to TEN sunday? Witaj.

                  Chyba ten, witaj. Jest czas na wszelką sprawę pod niebem - a więc i na
                  "wychowanie w wierze". Już wkrótce. smile

                  > No właśnie: dlaczego? Masz rację. Albo nie masz? Pokora czy przygnębienie?

                  Czy pokorą nie jest widzenie siebie tak, jak On nas widzi?
      • mama_kasia Re: Thomas Merton 02.03.07, 13:39
        A to ja się z tym zgadzam, że: "Jedynie człowiek, który stanął
        oko w oko z rozpaczą, jest naprawdę przekonany, że potrzebuje
        miłosierdzia."

        Może (choć pewna nie jestem) za wyjątkiem słowa "jedynie".
        Jest tak u mnie, że kiedy już tak wszystko się zawali (nawet
        w takiej codzienności, w małych rzeczach) i czuję się zupełnie
        bezsilna, wtedy dostrzegam swoją bezradność i wtedy znajduję Boga.
        I z bezradności przechodzę do modlitwy i do odnalezienia spokoju.
        • mamalgosia Re: Thomas Merton 02.03.07, 14:43
          A ja i tak i nie. Czytając ten tekst i pisząc Wam go tutaj, nie miałam na
          myśli, że zgadzam się z nim w zupełności. Jedynie tyle, że jest w nim coś, co
          mnie poraziło.
          Wiem, że czasem rzeczywiście opierałam się za bardzo na sobie i rozpacz, która
          mnie potem spotkała była nie tylko karą, ale też bodźcem do przekonania, że
          tylko na Bogu można się opierać. Choć cudownie jest mieć oparcie w drugim
          człowieku, cudownie. Jako taka miała więc jakiś pozytywny aspekt. Czy jednak
          jest to jedyna dorga? Czy czasem można tylko takim klapsem, a nie na spokojnie?
          A może na spokojnie nie dociera?
          Wiem też, że zbyt mocny cios, zbyt głęboka rozpacz i zbyt długo trwająca, może
          spowodować przeciwny skutek - jakiegoś zupełnego poddania się. Uznania, że nie
          można się już oprzeć ani na ludziach ani na Bogu.
          Eeeeh...
      • mader1 Re: Thomas Merton 02.03.07, 13:43
        nie jedynie - czasem zwykła bezsilność wystarczy.
        Ale rozpacz - nieszczęście jest czasem jak przebudzenie, nie uważacie ?
        Zwłaszcza, gdy ktoś czuje się już prawie bogiem i panem swojego zycia, swojego
        losu.

        Z kolei czasem nieszczęście powoduje bunt.
        • mamalgosia Re: Thomas Merton 02.03.07, 14:49
          Właśnie, właśnie. Nie czytając jeszcze Twojego postu, napisałam wyżej prawie to
          samo (tylko jak zwykle dłużej i mniej zrozumiale). Czyli teoretycznie powinien
          istnieć jakiś złoty środek, który już spowoduje opamiętanie, ale jeszcze nie
          spowoduje pogrążenia się na zawsze. Wierzę, że ten złoty środek zna Bóg. Choć
          czasem to co widzę, odbiera mi tę wiarę. Znajoma straciła syna i nie potrafi
          się z tego podźwignąć, ta rozpacz się pogłębia z latami, na mój ułomny ludzki
          wzrok nie ma w tym żadnego dobra
          • mama_kasia Re: Thomas Merton 03.03.07, 18:32
            Czyli dobrze czułam, że nie "jedynie", ale ze mnie to
            taki straszny asekurant sad
            • mamalgosia Re: Thomas Merton 03.03.07, 21:12
              Kasiu, dlaczego nie rozumiem Twojego postu?
              • mama_kasia Re: Thomas Merton 03.03.07, 21:34
                Bo go tak skrótowo napisałam wink
                Wiedziałam, że trudno będzie uchwycić związek z tym, co napisałam wyżej.
                Wiedziałam smile

                Dobra, napiszę dłużej smile

                Wyżej napisałam: "Może (choć pewna nie jestem) za wyjątkiem słowa "jedynie"."
                Wyszło moje życiowe asekuranctwo. Mader od razu napisała: "nie jedynie".
                A tak w zasadzie chodzi o to, że się zgadzam, że "nie jedynie".

                No teraz to już namieszałam wink))))
                • mamalgosia Re: Thomas Merton 03.03.07, 21:36
                  Ponieważ jeszcze tu sobie siedzę, to przeczytam wszytsko jeszcze raz,
                  zaciekawiło mnie co miałaś na myśli, nie pójdę spać jak się nie dowiemsmile
        • audita Re: Thomas Merton 02.03.07, 21:17
          Dokładnie tak.
    • mader1 Re: teksty 02.03.07, 13:15
      Pomysł bardzo dobry smile

      > Samboraga udowodniła mi, że z wyszukiwarką jestem na bakier, tak więc jeśli
      > taki pomysł już był, to proszę Matkę Przełożoną o wywalenie tego wątku i w
      > ogóle wywalenie mnie, bo przecież można oszaleć z takim ułomem.

      smile))) nie jesteś ułomem smile)))
      Nie nazywaj mnie Matką Przełożoną, bo to zakłada jakąś hierarchię opartą na
      jakichś cnotach lub przynajmniej umiejętnościach. Będę wtedy musiała założyć
      wątek o wszystkich moich wadach, grzechach i ułomnościach, żeby się zlustrować.
      A ja tu tylko administruję - czytaj sprzątam wink Kiedyś nawet sama link do
      takiego fajnego moje zdjęcia zamieściłaś smile))) - w trakcie sprzątania
      właśnie smile
      • mamalgosia Matko Przełożona 02.03.07, 14:51
        Myślę, że mój dzisiejszy mailik już Cię nauczył, że posłuszeństwa nie
        ślubowałam, tak więc tytuł Matki Przełożonej masz u mnie jak w banku.
        Ale o wadach napisz, zawsze to weselej, jak bliźni też się przewracasmile
        • mader1 Re: Matko Przełożona ? 02.03.07, 15:53
          Matko Przełożona ? A co to za zakon sobie wymyśliłaś Mamalgosiu, w którym
          posłuszeństwa się nie ślubuje ? wink)))
          Może lepiej Matko Administratorko ? Też prześmiewczo...
          Wiedziałam, wiedziałam, że jak się za sprzątanie wezmę, to się zaraz bałagan
          zrobi wink
          • mamalgosia Re: Matko Przełożona Przez Kolano n/t 02.03.07, 21:11

    • samboraga Re: teksty 02.03.07, 20:28
      Mamalgosiu, przepraszam, rzeczywiście wyszło jak słoń w składzie...
      ale intencje były inne, a przede wszytskim - nie siedziałam na wyszukiwarce...
      po prostu wiedziałam, że jest taki wątek, bo...sama założyłam tamten (ten
      zalinkowany) i pamiętałam, że 'gdzieś' musi być...
      • mamalgosia Re: teksty 02.03.07, 21:12
        Nie, no co Ty, nie ma sprawy. Jeśli nie Ty, to napisałby to ktoś inny - nawet
        wiem, ktosmile Fajnie byłoby, gdybyśmy mieli tylko takie problemy, prawda?
    • mamalgosia W. Jędrzejwski 03.03.07, 14:26
      Wyznanie dane nam przez drugiego człowieka, który patrzy w oczy i mówi: "Kocham
      cię", jest już obietnicą. Pamiętajmy o tym. Każdy gest czułości, dobroci, nie
      tylko w relacjach miłosnych, ale również w różnego rodzaju przyjaźniach,
      kontaktach i dobroci okazywanej drugiemu człowiekowi, jest w pewnym sensie już
      obietnicą: "Nie jesteś dla mnie przypadkowym przechodniem, z którym się zaraz
      rozstanę". A obietnica budzi pragnienie.
      Dlaczego Izraelici wyszli z Egiptu? Dlatego, że dostali obietnicę osiągnięcia
      Ziemi Obiecanej i zapragnęli tej Ziemi. To jest bardzo ważne i niezwykłe:
      człowiek potrafi się poderwać z ziemi, ponieważ otrzymuje obietnicę, że wydarzy
      się coś bardzo ważnego. Tę obietnicę składa mu drugi człowiek, składa ją Bóg;
      więc wyrusza w drogę, bo pragnie ją osiągnąć. Podczas drogi okazuje się jednak,
      że powstaje ostry rozdźwięk pomiędzy już rozbudzonym pragnieniem, a jego
      spełnieniem. W tej własnie przestrzeni jest miejsce na tęsknotę. Bo jeśli ktoś
      w kimś obudzi miłość do człowieka czy też do Boga, to w tym pragnieniu jest
      chęć osiągnięcia ziemi; chciałoby się w tym uczestniczyć, być jedno z ukochanym
      człowiekiem i chciałoby się być jedno z Bogiem.
      Często bywa tak, że mamy gorące pragnienie, a jedno wcale nie jesteśmy,
      jeszcze długa droga przed nami. Jak znieść to poczucie zawieszenia? To jest
      strasznie trudne. Poczucie zawieszenia poznajemy przez dwa doświadczenia.
      Pierwsze to doświadczenie dystansu i braku. Drugie to doświadczenie
      nieporadności.
      Kiedy człowiek staje się upragniony przeze mnie, bo wyruszyliśmy w drogę do
      siebie, wtedy to, czego on mi nie daje, odczuwam bardzo boleśnie jako brak.
      Odczuwam pewien dystans do ukochanej osoby, dystans nieunikniony. Muszę go
      odczuwać, ponieważ pragnę jedności i nic innego nie jest mnie w stanie
      zadowolić w tej drodze.
      Gdy po otrzymaniu obietnicy odczuwam dystans i brak, jest to bardzo trudne
      doświadczenie. To pierwsza próba, którą musi przejść rodząca się tęsknota,
      bowiem doświadczenie dystansu i braku w relacji z drugim człowiekiem i Bogiem
      może się stać czymś, co nas zniszczy. W tym wszystkim trzeba bardzo uważać, aby
      nie oskarżać drugiego człowieka o to, że nie jesteśmy w jedności pełnej i od
      zaraz. Bo tak nie może być. Ten dystans, który wciąż jest pomiędzy nami, musi
      boleć i zapemne długo jeszcze będzie bolał. Uważajmy, aby nie oskarżać innych,
      tych, których kochamy i tych, którzy nas kochają. Uważajmy też w naszej relacji
      do Boga, abyśmy nie oskarżali Go, że wciąż jesteśmy od siebie daleko. Jesteśmy
      daleko, bo jesteśmy dwoma odrębnymi tajemnicami, które powoli zbliżają się do
      siebie.
      • mamalgosia Re: W. Jędrzejwski 03.03.07, 21:30
        Tekst moim zdaniem kiepski językowo, ale spodobał mi się
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka