mamalgosia
03.03.07, 12:37
Dziś do sklepu przyszła staruszka. Trzęsąca się, blada, zgarbiona, z brzydką
siatką w dłoni, wsparta na lasce. Nie potrafiła powiedzieć, co chce kupić.
Kiedyś odprowadziłam z kościoła inną staruszkę - było ślisko, bałam się, że
się przewróci. Doszłyśmy pod jej dom - brudna, śmierdząca kamienica, okna
odrapane z farby, tynk odłażący płatami.
Moja babcia. Tygodniami sama w swoim mieszkaniu. Radość z sobotnich naszych
odwiedzin (a my z bratem jęczeliśmy, że w sobotę nie możemy robić tego, na co
mamy ochotę), życie relacjami telewizyjnymi o papieżu, życie naszym życiem.
Chłopiec, do którego chodzę na nauczanie domowe. Sparaliżowany, czytający
przy użyciu lupy, płaczący na dźwięk sygnału karetki pogotowia.
Inny chłopiec - zdrowy, sprawny, przystojny, ale rodzice piją, on nie widzi
przed sobą żadnej przyszłości, we własnych oczach jest zły, głupi i
nienadający się do niczego. Jako jedyny z klasy odpowiedział na pytanie
dlaczego atom jest elektrycznie obojętny - ta radość w jego oczach! przepisał
zeszyt, przychodzi do mnie na przerwach i mówi - nonszalancko i niedbale
niby - jaka to ta chemia łatwa dla niego.
Jak radzicie sobie z nędzą ludzką? Znieczulić się? Nie patrzeć? Pomóc? W
większości przypadków pomóc się nie da.
Myślę o zawodach, w których z tą nędzą ludzką trzeba spotykać się na co
dzień. Myślę o opiekunach z Izby dziecka, która mieści się przy mojej szkole.
Myślę o rzeszy wolontariuszy w hospicjach. O lekarzach i pielęgniarkach. O
pracownikach socjalnych.
Jak na to patrzeć? Jak odpowiedzieć na pytanie "dlaczego?". Jak się z tym
pogodzić?
Moją jedyną obroną jest modlitwa w intencji tych osób. Ale pogodzić się z
tym nie umiem