Dodaj do ulubionych

O eutanazji w dzisiejszej Rzepie

11.08.07, 10:41
www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_070811/plus_minus_a_13.html
Obserwuj wątek
    • isma Re: O eutanazji w dzisiejszej Rzepie 11.08.07, 13:43
      Hm. Przejrzalam tylko (zapiekanka z brokulow - jak wstawie do
      piekarnika, to bede miala spokojniejsza glowe), ale mam pewne
      watpliwosci. To, ze sa drobne potkniecia w dokumentacji (np.
      Tramois, wbrew temu, co pisza w artykule, jest kobieta), to
      mniejsza. Ale, eee, no, nie wszystkie opisane w nim dzialania sa
      moim zdaniem jednoznacznie "eutanazyjne".

      Dosc dramatycznie brzmi np. info o tym, ze pacjentom terminalnym sie
      nie podaje wody czy pozywienia, w wyniku czego gina z wycienczenia.
      Tymczasem taka "smierc z wycienczenia", po pierwsze, jest jedna z
      najbardziej typowych naturalnych smierci terminalnie chorych
      onkologicznie - chory po prostu na pewnym etapie przestaje odczuwac
      glod i pragnienie. W ten sposob organizm broni sie przed dodatkowym
      cierpieniem, jakie sprawiaja wymioty (i zaparcia, bedace skutkiem
      ubocznym stosowania silnych opioidow i unieruchomienia). Cialo,
      ktore nie jest nawodnione, jest mniej podatne na odlezyny. Mozna
      oczywiscie karmic i nawadniac sztucznie, nawet czlowieka w stnaie
      przedagonalnym. Ale to, oprocz dolegliwosci opisanych powyzej,
      powoduje tez dodatkowe dolegliwosci zwiazane z lokalizacja wkluc
      itd. Pytanie, jakie sobie zadaje lekarz, jest wiec pytaniem o
      proporcjonalnosc srodkow. Decyzja jest dramatyczna, bo z drugiej
      strony skrajne odwodnienie moze wzmagac objawy tzw. splatania, do
      czego dopuszczac sie nie powinno. Ale w kazdym badz razie nie jest
      tak, ze zawsze rezygnacja z nawadniania jest podyktowana
      checia "pozbycia sie" pacjenta. Czasem jest to uzasadniona procedura
      paliatywna.

      No, ide do zapiekanki. Pogoda taka, ze..;-(((. Przemoklismy
      kompletnie na rolkach ;-(((.
      • kulinka3 Re: O eutanazji w dzisiejszej Rzepie 11.08.07, 14:40
        Ciekawe, co piszesz.
        Pozostaje tylko pytanie czy owi niedożywiani pacjenci są pacjentami
        onkologicznymi, a nie zwykłymi staruszkami i dlaczego budzi to zaniepokojenie
        innych lekarzy?
        • isma Re: O eutanazji w dzisiejszej Rzepie 11.08.07, 15:05
          No wiec dlatego ja jestem ostrozna w wyrabianiu sobie zdania na te
          tematy wylacznie na podstawie publikacji w prasie codziennej. Bo
          bardzo to jest wrazliwa kwestia.

          Ze innych lekarzy niepokoi - wiesz co, opieka paliatywna to jest
          dosyc specyficzna dziedzina. Nastawiona na inne cele, niz medycyna w
          ogolnosci. Wiekszosc lekarzy inaczej rozumie "sukces terapeutyczny" -
          bo w medycynie sukces jest wtedy, jak sie pacjenta uda jeszcze
          bodaj dobe czy godzine dluzej utrzymac przy zyciu. Malo kto potrafi
          przyjac bez zdziwienia, ze "sukcesem" moze byc odstapienie od
          pewnych dostepnych dzialan, pozwalajacych opoznic smierc pacjenta,
          ale za cene oszczedzenia mu nieproporcjonalnych cierpien.
          Zreszta - o czym my mowimy. Jak ja zaczynalam swoja kariere
          hospicyjna, to w PL nawet zajec z "medycyny" (charakterystyczne, ze
          w srodowiskach hospicyjnych sie raczej mowi "opieka" niz "medycyna")
          paliatywnej w programie studiow nie bylo, o specjalizacji nie
          wspominajac...
          • isma A w Wybiorczej - o umieraniu 11.08.07, 15:33
            www.gazetawyborcza.pl/1,75480,4363562.html
            • kulinka3 Re: A w Wybiorczej - o umieraniu 11.08.07, 15:49
              Czytałam go wczoraj.
              Dzielne niewiasty....
          • kulinka3 Re: O eutanazji w dzisiejszej Rzepie 11.08.07, 16:59
            Wiesz,jeśli sprawy śmierci pozostawimy do wyłącznej decyzji ludzkiej i
            przyzwoleniu prawnemu, będziemy mieć takie kwiaty, tego jestem pewna.
            A działania paliatywne choć specyficzne też mają chyba swoje procedury i mogą
            podlegać ocenie medycznej.Dlatego tak łatwo nie poddawałabym pod wątpliwość
            niepokój lekarzy, którzy zapewne wszyscy dentystami nie sąwink))i tym
            zagadnieniem zajmują się już kilka dziesięcioleci.
            I jeszcze, o aferze w łódzkim pogotowiu też nie pisały biuletyny medycznewink))
            • isma Re: O eutanazji w dzisiejszej Rzepie 11.08.07, 18:58
              No, przykadowo lekarze, o ktorych mowa w artykule w Wybiorczej tez
              nie sa dentystami, a jakos, prawda, elementarne zasady postepowania
              z terminalnie chorym wydaja sie byc im obce, nie?

              Jesli sa naduzycia kryminalne, tj. przekraczane jest obowiazujace
              prawo, to to jest oczywiste pole do popisu dla prokuratora, tu w
              ogole nie ma kwestii. Ale Ty (i autorka artykulu wink)), zdaje sie,
              nie o porzadku prawnym chcialas smile)).

              Zakladam wiec, ze, skoro "sprawy smierci" maja nie byc pozostawiane
              wylacznej decyzji ludzkiej i przyzwoleniu prawnemu, to masz na mysli
              argument religijny. Ktory dla mnie jest wazny, ALE:

              - nasi starsi bracia w wierze, na tym samym fundamencie wyroslej,
              nie stawiaja sprawy tak radykalnie. Podstawowe nurty judaizmu
              odwoluja sie do Koheletowego "jest czas umierania". Dopoki, jak mowi
              ksiega Powtorzonego Prawa, mozna "wybierac zycie", mam obowiazek je
              wybrac. Zycie musi byc przedluzane, ale smierci przedluzac nie
              wolno. Zydowskie prawo religijne pozwala na eutanazje pasywna, tj.
              np. odlaczenie od respiratora pacjenta z rozleglym uszkodzeniem
              niezbednych do zycia organow, ktory bez wspomagania aparatura nie
              przezylby. Co radykalnie zmienia w tej kwestii Nowy Testament?

              - doktryna katolicka dopuszcza nie tylko odstapienie od uporczywej
              terapii, ale takze tzw. radykalna analgezje, czyli dzialanie
              usmierzajace bol, co do ktorego uprawnienie sadzi sie, ze doprowadzi
              ono do szybszej smierci pacjenta - o ile spelnione sa dwa warunki,
              tj. jesli 1) nie dziala sie z intencja spowodowania smierci, ale z
              intencja zastosowania jedynego sposob usmierzenia bolu i jezeli 2)
              zastosowanie tej procedury nie przeszkodzi choremu w wypelnieniu
              powinnosci, ktorym w swoim stanie moglby jeszcze podolac. O ile
              tylko te warunki (wbrew pozorom, niespecjalnie wygorowane - a w na
              etapie wiedzy o sedacji, kiedy byly formulowane, to kompletnie
              niewygorowane) sa spelnione, to Pius XII powiada: licet ;-O.

              Wbrew pozorom - nie moge rozwinac, bo gosc sie mi niecierpliwi,
              wybieramy sie bowiem zycie wink)) nocne uprawiac - bardzo inspirujace
              jest tu odwolanie sie do kategorii prawnych. Jesli bowiem
              przyjmiemy, za Piusem XII, ze jedyna roznica w moralnym
              wartosciowaniu czynu, ktory prowadzi, za pomoca tych samych srodkow
              do tego samego skutku, jest intencja (i to, ze tak powiem,
              tylko "centralna" intencja, bo w swiadomosci dziajacego istnieje
              nawet nie przypuszczenie, ale oparty na racjonalnych przeslankach
              osad co do "ubocznych" skutkow podjetych dzialan, a wiec
              niejako "uboczna" intencja) dzialajacego, to powstaje pytanie, czy
              te sama roznice odzwierciedla prawo - i czy powino ja uwzgledniac
              (ano, w PL np. nie, bo kazde takie dzialanie, bez wzgledu an
              motywacje, jest nieuprawnione: zupelnie spokojnie sobie mozna
              wyobrazic oskarzenie o zabojstwo lekarza, ktory zastosowal radykalna
              analgezje - Holandia zas to druga strona tego samego medalu, bo
              uprawnienie wydaje sie byc bardzo szerokie...).
              • kulinka3 Re: O eutanazji w dzisiejszej Rzepie 11.08.07, 21:20
                Życia nocnego w królewskim mieście szczerze zazdroszczę!
                A argumentu religijnego nie miałam na myśliwink)), wiec utrudziłam Cię tuż przed
                wyjściem;-(((
                • isma Re: O eutanazji w dzisiejszej Rzepie 12.08.07, 01:24
                  A jaki mialas wink))?

                  Nieee, nie utrudzilas mnie, zwlaszcza ze gosc tez tematem zywotnie ;-
                  ))) zainteresowany, albowiem siedemdziesiatki dobiega. Niewierzacy
                  wprawdzie, ale za to cztery lata temu sie jezdzic na rolkach
                  nauczyl wink)). Tyle tylko, ze - poniewaz nasze nocne zycie polegalo
                  wlasnie na jezdzeniu dookola Blon - nie dosc, ze ja utrzymuje
                  rownowage na kolkach znacznie gorzej niz on, to i w jezyku Dantego o
                  wiele gorzej mi idzie prowadzenie wyrafinowanych debat ;-(((.
      • mader1 Re: O eutanazji w dzisiejszej Rzepie 11.08.07, 15:06
        u nas dopiero zacznie padać.
        Mąż gotuje zupę gulaszową... smile
        A średnia najmłodszym robią wiatraczek smile

        Przeczytalismy artykuł...
        Jest... może to jego jest dośc histeryczny... ale...
        Materia też jest dość specyficzna.
        Pojedyncze nawet zabójstwo czy morderstwo jest czynem przerażajacym.
        Nawet jeżeli przyjmiemy, że część z tych danych dotyczy sytuacji
        trudnych, ale usprawiedliwionych - takich, jakie opisujesz, to
        wszystkie inne przypadki są i tak przerazającym procederem.
        A eutanazja pacjentów w depresji ???

        Cierpienie bliskich... Bliscy mogą cierpieć z tego powodu, że ktoś
        umiera, umarł. Bliscy mogą cierpieć z tego powodu, że ktoś choruje,
        z powodu jego fizycznego cierpienia. Bliscy mogą cierpieć z tego
        powodu, że są oddaleni...Cierpieć niewygodę. Czy to może być
        powód ?
      • isma Tramois 11.08.07, 15:47
        A - i jeszcze o sprawie Tramois. O ile ja uwaznie sledzilam
        wydarzenia, to ona dostala nie dwa miesiace, tylko rok w zawieszeniu
        (sad uznal, ze okolicznoscia lagodzaca jest fakt, ze byla
        emocjonalnie zwiazana z chora), natomiast pielegniarke, ktora
        wykonala jej polecenie podania pacjentce chlorku potasu,
        uniewinniono.

        No wiec, jak by to powiedziec, intencje i kompetencje autora
        artykulu wydaja mi sie cokolwiek watpliwe. To naprawde sa za powazne
        tematy, zeby sobie o nich jak u cioci na imienienach ;-(((.
        • mader1 Re: Tramois 11.08.07, 16:00
          już przy okazji innych artykułów czy publikacji zauważyłysmy, że
          błędy merytoryczne bardzo podwazają wiarygodnośc autora.
          Ale problem jest...
        • kulinka3 Re: Tramois 11.08.07, 16:12
          Ismo,napisz, może autorka sprostuje? Rzetelność nade wszystko.
          Nie mniej jednak jeśli chodzi o meritum to przyznasz chyba ,że chwila śmierci w
          wielu krajach nie jest wyznaczana przez Boga czy rzetelnych lekarzy.Strach się
          bać.Mnie przechodzą ciarki......
          • isma Ostatnie uderzenie serca, plaskie EEG, a moze...? 11.08.07, 18:17
            Ale no bo chwila smierci... jak by to powiedziec - ona po prostu
            JEST wyznaczana przez lekarzy... Czy rzetelnych to jedno, ale
            omylnych, to drugie. Chce przez to powiedziec, ze moment smierci tak
            naprawde jest kwestia umowna. Na tym etapie wiedzy, na ktorym
            dzisiaj jestesmy, raczej uznaje sie, ze smierc w sensie medycznym
            (abstrahuje tu od momentu oddzielenia duszy od ciala, ktory to ze
            swej istoty nie poddaje sie empirycznej weryfikacji wink)) jest
            raczej procesem, sekwencja pewnych epizodow, niz precyzyjnie
            okreslonym wydarzeniem.

            Zebysmy sie nie wiem jak upierali, to faktem jest, ze to czlowiek
            decyduje, kiedy uznac drugiego czlowieka za zmarlego. I nie ma innej
            mozliwosci w tym wzgledzie. Oczywiscie, jest w tym kwestia dobrej
            wiary, zgadzam sie. Ale z punktu widzenia ewentualnego trupa
            zasadniczej roznicy miedzy pomylka, niedoskonaloscia wiedzy - a
            swiadomym dzialaniem nie ma ;-O.

            Czy nie strach sie bac, jesli pomyslimy, ile osob przez wieki
            zostalo pogrzebanych w letargu? Ile, zanim ustalono aktualnie
            obowiazujace kryteria smierci mozgowej? I, czy nie strach sie bac,
            jesli wysilimy wyobraznie na tyle, ze przyjdzie nam do glowy
            przypuszczenie istnienia nowych kryteriow, dzieki ktorym byc moze za
            pol wieku nas sie za zmarlych nie uzna, mimo spelnienia wymogow,
            ktore dzis pozwalaja na rozpoczecie procedury odlaczenia od
            aparatury "podtrzymujacej zycie"?

            Oczywiscie, jak wiecie, ja uwielbiam przyjmowac postawe adwokata
            diabla wink)). Ale moje myslenie w tej kwestii nie idzie w
            kierunku "jak zakazac" takich przerazajacych praktyk. Ludzka natura
            jest skazona grzechem, i tego nie przeskoczymy. Sek raczej w tym,
            jak pojedynczy czlowiek, ja, my, Kazdy, usytuuje smierc w
            perspektywie swojego zycia. O tym warto mowic, chyba.

            (a juz argumentacja za pomoca naciagania faktow, to kompletnie
            chybiony pomysl ;-((().
            • kulinka3 Re: Ostatnie uderzenie serca, plaskie EEG, a moze 11.08.07, 20:39
              isma napisała:

              > Ale no bo chwila smierci... jak by to powiedziec - ona po prostu
              > JEST wyznaczana przez lekarzy... Czy rzetelnych to jedno, ale
              > omylnych, to drugie. Chce przez to powiedziec, ze moment smierci tak
              > naprawde jest kwestia umowna. Na tym etapie wiedzy, na ktorym
              > dzisiaj jestesmy, raczej uznaje sie, ze smierc w sensie medycznym
              > (abstrahuje tu od momentu oddzielenia duszy od ciala, ktory to ze
              > swej istoty nie poddaje sie empirycznej weryfikacji wink)) jest
              > raczej procesem, sekwencja pewnych epizodow, niz precyzyjnie
              > okreslonym wydarzeniem.

              Chyba jednak nie do końca.Oczywiście,że w wielu przypadkach jest to
              sekwencja,ale sekwencja która prowadzi do końca nie podlegającego żadnej umownej
              zgodzie ( poza np. przypadkami śmierci mózgu itp) i nie wymagającej od lekarza
              niczego więcej poza stwierdzeniem tegoż smutnego faktu.
              A w wypadkach zależnych od lekarza wolałbym tym bardziej podlegać rzetelnemu
              lekarzowi.

              > Zebysmy sie nie wiem jak upierali, to faktem jest, ze to czlowiek
              > decyduje, kiedy uznac drugiego czlowieka za zmarlego. I nie ma innej
              > mozliwosci w tym wzgledzie.

              Zaraz, zaraz to już nie ma śmierci naturalnych?
              Pewnie,że ów drugi musi fakt stwierdzić i coś do akt wpisać, ale niejako stoi
              przed faktem dokonanym, nie?

              Oczywiscie, jest w tym kwestia dobrej
              > wiary, zgadzam sie. Ale z punktu widzenia ewentualnego trupa
              > zasadniczej roznicy miedzy pomylka, niedoskonaloscia wiedzy - a
              > swiadomym dzialaniem nie ma ;-O.

              Z punktu widzenia trupa to już nic nie ma znaczenia, ale wiesz chciałabym tym
              trupem stać się nie w wyniku zalegalizowanego morderstwa, bo się panu doktorowi
              będzie na urlop spieszyło lub łóżko będzie potrzebne na 14wink))) tylko w miarę
              naturalnie.


              >
              > Czy nie strach sie bac, jesli pomyslimy, ile osob przez wieki
              > zostalo pogrzebanych w letargu? Ile, zanim ustalono aktualnie
              > obowiazujace kryteria smierci mozgowej? I, czy nie strach sie bac,
              > jesli wysilimy wyobraznie na tyle, ze przyjdzie nam do glowy
              > przypuszczenie istnienia nowych kryteriow, dzieki ktorym byc moze za
              > pol wieku nas sie za zmarlych nie uzna, mimo spelnienia wymogow,
              > ktore dzis pozwalaja na rozpoczecie procedury odlaczenia od
              > aparatury "podtrzymujacej zycie"?
              >

              Jesteśmy tu i teraz.Na to, co było naprawdę nie mamy już wpływu i na to, co
              będzie za 50 lat też pewnie w ograniczonym stopniu, ale debata o eutanazji
              jeszcze za naszego życia, pewnie zapuka do polskich drzwi;-(((


              > Oczywiscie, jak wiecie, ja uwielbiam przyjmowac postawe adwokata
              > diabla wink)). Ale moje myslenie w tej kwestii nie idzie w
              > kierunku "jak zakazac" takich przerazajacych praktyk. Ludzka natura
              > jest skazona grzechem, i tego nie przeskoczymy. Sek raczej w tym,
              > jak pojedynczy czlowiek, ja, my, Kazdy, usytuuje smierc w
              > perspektywie swojego zycia. O tym warto mowic, chyba.

              Podziwiam Twoją wyrozumiałość dla skażonej ludzkiej naturywink)
              doprawdy.Wolałabym jednak aby lekarze pochylający się nad moimi bliskimi i nade
              mną ,akurat skażeniem eutanazyjnym nie byli dotknięciwink))
              A o perspektywę się nie martw. Każdy z nas będzie musiał się z nią osobiście
              zmierzyć.

              > (a juz argumentacja za pomoca naciagania faktow, to kompletnie
              > chybiony pomysl ;-((().

              Ismo,rozumiem,że kobitka pomyliła się, co do niektórych faktów ( płeć, wymiar
              kary).Nie zmienia to jednak faktu,że proceder kwitnie, ale jeśli tylko na tej
              podstawie uważasz,że problemu nie ma, to OT.

              • isma E la nave va, czyli w poszukiwaniu problemu 12.08.07, 01:19
                No nienienie. Wlasnie sek w tym, ze o ile czlowiek moze powiedziec
                sam o sobie "ja umieram" , to nikt nie moze sam o sobie
                powiedziec "ja umarlem". Zeby ten fakt stwierdzic, potrzebny jest
                drugi czlowiek (nie)stety. Tak jak jest potrzebny drugi czlowiek,
                zeby cialo umarlego pogrzebac. I o ile mozemy sobie rozne rzeczy
                mowic o tym, co nas od zwierzat odroznia, i dyskutowac, czy te sa
                zdolne do uczuc takich jak milosc czy bezinteresowne przywiazanie,
                to jedno jest pewne - przysluge pogrzebania ciala moze wyswiadczyc
                tylko czlowiek czlowiekowi. Taki rodzaj miedzyludzkiej umowy wink)).

                Czymze innym, jak nie "umowna zgoda" jest tez to, ze kiedys za pewny
                symptom naturalnej smierci uwazano dopiero wystapienie procesow
                gnilnych (a i to, jak wiadomo, nie do konca - "Panie, juz cuchnie",
                powiada Marta Jezusowi wink)), a teraz dysponujemy znacznie czulszymi
                miernikami - choc i te, patrzac w perspektwie doswiadczen rodu
                ludzkiego, rowniez pewnosci nie daja...? Jesli Kowalski moze
                potencjalnie byc dawca organow do przeszczepu, to "umrze" wczesniej,
                niz bedacy w tym samym stanie Nowak, ktorego sie jeszcze troche pod
                maszyneria potrzyma, zeby rodzine utwierdzic w przekonaniu, ze
                zrobiono wszystko, co bylo w ludzkiej mocy, zeby go wybawic od
                nieuchronnego...

                Z tym, ze mnie to niespecjalnie martwi smile)). I tu chyba lezy
                roznica miedzy nami w podejsciu do alarmistycznych prasowych
                doniesien. Szczerze mowiac, osobiscie nie mam jakichs szczegolnych
                preferencji co do tego, w wyniku czego trafie na katafalk wink)).
                Raczej mnie zajmuje, co moge zrobic, zanim mnie tam zainstaluja.
                No i teraz o tej "debacie" o eutanazji. Otoz mnie szczerze martwi,
                ze przedstawiana jest falszywa alternatywa pt. eutanazja vs.
                heroiczne trzymanie sie naznaczonego niepotrzebnym cierpieniem
                zycia. Oczywiste jest, ze w czasach, kiedy czlowiek sklania sie
                raczej ku rozwiazaniom radykalnym a komfortowym, mozna wieszczyc w
                takiej alternatywie nadejscie (ze zgnilego Zachodu,
                oczywiscie) "mentalnosci eutanazyjnej". Tymczasem, moim skromnym
                zdaniem, rzeczywistosc jest nieco bardziej skomplikowana, i wlasnie
                przedstawianie jej jako prostej dychotomii uwazam za falszywe (a to,
                ze pani sie strzelila raz czy drugi, to rzecz zaledwie drugorzedna -
                o tym zreszta skrobne osobno).

                Tylko o kilku aspektach. Czym innym, jak nie ukryta pod
                maska "ratowania za wszelka cene" quasi-eutanazja sa stosowane
                powszechnie w polskiej onkologii kolejne serie chemii w sytuacji,
                kiedy pacjent ma wielonarzadowe przerzuty, i wiadomo, ze powienien
                byc objety juz tylko opieka paliatywna? Ano, organizm wymeczony
                chemia, szybciej sie podda temu, co nieuchronne... Czym innym sa
                polskie "zaklady opiekunczo-lecznicze" i domy pomocy spolecznej, w
                ktorych pacjenci padaja jak muchy z powodu gronkowca, zaczynajacego
                inwazje na organizm od zainfekowanych odlezyn (srednio raz do roku,
                z przykrego obowiazku, wizytuje wszystkie takie placowki w stoleczno-
                krolewskim miescie Krakowie - jest kasa na to, zeby tam robic obwody
                zamkniete do glosowania w wyborach, bo z tego powodu tam bywam ;-
                (((, ale na materace przeciwodlezynowe to juz nie)? Dyskusja o
                prawnej dopuszczalnosci eutanazji tak naprawde niczego nie zmienia -
                to sie dzieje i tak.

                I, mysle, bedzie sie tym powszechniej dzialo, im mniej bedzie sie
                mowilo - nie, nie o moralnej ohydzie "smierci na zyczenie", tylko o
                tym, ze umieranie trzeba oswoic. Cudze, zanim i wlasne. Trzeba
                zaakceptowac jego istnienie - a to oznacza m.in. edukacje lekarzy,
                srodki na opieke paliatywna, itd. itp. Mozemy sobie wybrzydzac na
                Holandie - ale jednoczesnie nie mozna udawac, ze sie nie wie, ze
                takze tam rodzila sie nowoczesna medycyna paliatywna, ze srodki na
                opieke hospicyjna sa tam o niebo wyzsze, niz u nas, gdzie,
                oczywiscie, eutanazji pryncypialnie mowimy "nie".

                Zeby nie bylo, ze ja znowu na wysokim "c", to bedzie na koniec
                humorystycznie:
                Byly kiedys robione w szpitalach takie badania, ile czasu zajmuje
                personelowi medycznemu dotarcie na wezwanie pacjenta do jego lozka.
                I otoz prawidlowoscia okazalo sie, ze im lepsze bylo rokowanie, tym
                szybciej (rowniez nieswiadomie) pielegniarka podazala do chorego ;-
                ))). Do paliatywnych oczywiscie nikt sie specjalnie nie spieszyl.
                Opowiadalam kiedys o tych badaniach na jakiejs hospicyjnej
                nasiadowce, zmierzajac do konkluzji, ze przynajmniej u nas tego
                problemu nie ma, bo wszyscy podopieczni sa mniej wiecej jednakowo
                umierajacy wink)) - kiedy lypnela na mnie spode lba jedna z naszych
                hospicyjnych staruszek (to jest gatunek, powiadam Wam, zupelnie
                niesamowity - wdowy, ktorych bliscy zmarli u nas, zywotne
                nieprawdopodobnie - kazda kweste wystoja): "Pani Agnieszko - alez
                pani nie ma racji! Bo umierajacy to my przeciez wszyscy jednakowo
                jestesmy, od urodzenia wink))."

                No wiec ta wlasnie zyciowa madrosc wydaje mi sie znacznie bardziej
                godna uwagi, niz rzekoma paniczna masowa emigracja holenderskich
                emerytow do polskich domow starcow (u Helclow przepelnienie wink)) w
                obawie przed strzykawka z chlorkiem potasu wink)).
                • kulinka3 Re: E la nave va, czyli w poszukiwaniu problemu 12.08.07, 17:05
                  Czy ja już Ci kiedyś nie napisałam,że Ty chyba dobra kobieto sumienia nie masz
                  pisząc te elaboraty, które muszę sczytać,odpisać nie mówiąc o byciu żoną i matką
                  wielodzietnąwink))
                  No więc ów problem, który mnie trawi na razie co prawda tylko intelektualnie, to
                  ów właśnie,że człowiek w imię "godziwych i słusznych" racji wprowadza pewne
                  rozwiązania ( nie dyskutuję już,że ani one słuszne ani godziwe), które później
                  dziczeją w praktyce i ewoluują w kierunku barbarzyństwa właśnie.
                  Piszesz, że nie masz preferencji,że zajmuje Cię raczej to przed śmiercią.Masz do
                  tego prawo, ja jednak mam dalekosiężne obawy czy aby u nas za 2 lub 3 dekady nie
                  nastąpiła podobna degrengolada.Nie wiem, jak się potoczą nasze losy, ale
                  niemówiący, wymagający nieustannej opieki upośledzony pacjent+ choroba+ "lekarz
                  pochylający się z litością", w holenderskich warunkach to są raczej małe szanse
                  na naturalną śmierć.To, co jest problemem to właśnie ów brak zgody samego
                  zainteresowanego i dokonywanie eutanazji na prośbę zmęczonej rodziny lub w
                  wyniku aktów ( o zgrozo!)samych lekarzy, za które nie ponoszą żadnych konsekwencji.
                  Umieranie trzeba oswajać, ale ohyda śmierci na życzenie, a w konsekwencji
                  również bez życzenia, to również problem, o którym mówić trzeba.To,że śmierć
                  oswoimy,nie spowoduje, że eutanazja czy zabójstwo stanie się rzeczywistością
                  neutralną moralnie lub pożądaną ( wszak szybciej do niebawink))
                  Podane przez Ciebie przykłady zastanawiają mnie.
                  Nie jestem lekarzem, wiec trudno mi polemizować.Znam jednak przykłady z życia
                  moich bliskich, kiedy ze względu na wielonarządowe przerzuty i ogólny zły stan
                  pacjenta chemioterapii zaprzestano. Wiem jednak,że w wielu przypadkach chemię
                  się stosuje, by ratować, a nie zabijać Ismo.
                  "Gdy u chorego rozpoznaje się nowotwór rozsiany, czyli z przerzutami do innych
                  narządów, pojawia się często pytanie: czy w ogóle warto go leczyć? To nie tylko
                  okrutne, ale i bezzasadne, bo czy można stwierdzić, że kogoś nie warto leczyć,
                  jeśli nawet nie rozpoczęto terapii? I kto może podjąć decyzję o zaniechaniu
                  leczenia oraz w jakiej sytuacji? Lekarz? Czy sam chory, który nie mając
                  medycznej wiedzy - nie znając stopnia zaawansowania swej choroby, ani możliwości
                  współczesnej medycyny - nie jest w stanie ocenić swojej szansy na wyleczenie lub
                  przedłużenie życia? Lekarz zresztą także nie potrafi przewidzieć do końca ani
                  przebiegu terapii i jej skutków, ani reakcji organizmu na przeprowadzane zabiegi
                  czy leki, a tym samym - czasu przeżycia chorego.
                  Nierzadkie są jednak przypadki, gdy lekarz po zdiagnozowaniu zaawansowanej
                  choroby nowotworowej odradza choremu i jego rodzinie dalsze radykalne leczenie.
                  - Zdarza się, że lekarz rozpoznaje u chorego raka jelita grubego i odbytnicy lub
                  raka żołądka z przerzutami do wątroby, i informuje jego krewnych, że operacja
                  nie ma sensu - mówi prof. Popiela. - Oczywiście, w przypadku raka z przerzutami
                  sytuacja jest istotnie dramatyczna, ale można przedłużyć życie chorego wycinając
                  pierwotny guz. Jeśli trzeba - wraz z narządem, a przerzuty zniszczyć
                  chemioterapią. To nie znaczy, że następnych przerzutów na pewno nie będzie, ale
                  wprowadzając właściwy model leczenia możemy wydłużyć życie chorego, czasem nawet
                  o wiele lat. Miałem pacjentów, którzy po leczeniu zaawansowanej choroby
                  nowotworowej z przerzutami żyją 6, 7, a nawet 10 lat. Ten czas wiele znaczy dla
                  chorego, jego żony, dzieci. W medycynie walczy się przecież nawet o
                  kilkumiesięczne średnie przeżycia." Tyle Wasz krakowski chirurg prof.T. Popiela.
                  A w sprawie materacy masz dowody,że to specjalna akcja eliminacji
                  pensjonariuszy, czy rzeczywisty brak środków? ( A propos ośrodek na Zielnej to
                  jeszcze jest?)

                  • isma Tributum Petri 12.08.07, 20:18
                    O, o, o, wlasnie. "W medycynie walczy sie o kilkumiesieczne
                    przezycia". Dokladnie to mialam na mysli. Nie "o czlowieka", powiada
                    pan profesor, tylko "o przezycia". O czlowieka zewnetrznego, jak by
                    powiedzial sw. Pawel, a nie o czlowieka wewnetrznego.

                    A to, kurna, wcale nie sa wyscigi ;-(((.

                    (O co walczy, przy okazji, pan profesor Popiela, skadinad znakomity
                    chirurg, to zreszta akurat dosc dobrze wiadomo:
                    miasta.gazeta.pl/krakow/1,35798,3081613.html
                    miasta.gazeta.pl/krakow/1,35798,3204042.html).
                    No, wiec pan profesor, w swej profesorskiej omnipotencji, sie
                    zastanawia, jak wydrzec smierci ten miesiac czy dwa, a moja skala
                    obejmuje problemy drobne: czy wola sie do umierajacego pielegniarke
                    ze ssakiem, zeby go odsluzowala przez poranione gardlo (pol godziny
                    zycia do przodu! a jak jeszcze ze trzy razy sie odsluzuje, to moze i
                    calutkie dwie godziny uda sie zyskac...), czy tez, dzialania
                    zaniechawszy, ofiarowuje sie mu spokojna smierc... Mnie interesuej,
                    w co my umierajacego wyposazamy (albo czego go chcemy pozbawic) - co
                    jest na tej monecie, tributum Petri, ktora zabiera w ostatnia droge?

                    Co do zabijania pacjentow, raz zem juz napisala, a Maadzik dobitnie
                    powtorzyla - to jest zajecie dla prokuratora i nie ma nic wspolnego
                    z "problemem eutanazji". Podtrzymuje natomiast, ze "problem
                    eutanazji" w tym artykule - i generalnie w debacie publicznej - moim
                    zdaniem nie jest przedstawiany w kontekscie, ktorego rzetelnosc
                    wymaga.

                    Nie, oczywiscie, ze brak materacy nie jest zamierzona akcja
                    eliminacji. Jest natomiast efektem przeswiadczenia, ze
                    pacjentowi "skazanemu" "przez medycyne" (he, he) nic sie nie nalezy.
                    A moim zdaniem, tylko na tej drodze, na drodze domagania sie
                    poszanowania godnosci umierajacych, mozemy (mamy prawo!) skutecznie
                    mowic takze o tym, dlaczego eutanazja jest niedopuszczalna. Inaczej
                    skazujemy sie na gebe doktrynerow, ktorzy maja pelne usta frazesow
                    o "swietosci zycia". To jest sytuacja pod pewnymi wzgledami
                    analogiczna do kwestii szerokiego frontu walki o zycie
                    nienarodzonych, dla ktorego do nie tak dawna przykrym kontekstem
                    bylo lekce sobie podchodzenie do dramatu poronien samoistnych czy
                    martwych urodzen (fakt, ze niektorzy ortodoksyjni starsi bracia a
                    wierze do dzis uwazaja, ze noworodek przed 30 dniem od opuszczenia
                    organizmu matki w ogole nie zyl, wiec i umrzec nie mogl ;-O), czy do
                    pogrzebu dzieci zmarlych "naturalnie".

                    Pod tym wzgledem dziczenie w naszej kulturze zaczelo sie - i ma sie
                    znakomicie - znacznie, znacznie wczesniej, nim w ogole pomyslano o
                    dopuszczeniu "smierci na zyczenie", slowo Ci daje ;-(((.

                    (za elaboraty przepraszam - i tak masz szczescie, kiedys sie tym
                    zajmowalam bardziej wink)), ale przyzwyczajenie zostalo).
                    • kulinka3 Re: Tributum Petri 13.08.07, 00:30
                      Na Boga Ismo przecież te przeżycia są człowiecze,często na prośbę chorego o te
                      kilka tygodni czy miesięcy.Nie ma obowiązku się leczyć, nikt też na siłę nikogo
                      do chemioterapii nie zmusi, więc o czym mówimy...
                      Problemy "drobne", o których piszesz to już jest kwestia opieki paliatywnej czy
                      rezygnacji z terapii uporczywej na dni czy tygodnie się przekładające, a nie na
                      miesiące.
                      A problemy zasygnalizowane w artykule z euntnazją mają tyle wspólnego,że często
                      owa eutanazja jest pierwszym krokiem do dalszych działań już bez zgody
                      zainteresowanych.Ogólne przyzwolenie i tolerancja dla tych procederów powodują
                      nieuchronne przesuwanie granic.
                      Wspomniany holenderski profesor dokonywał eutanazji zanim była ona legalna,
                      zupełnie bezkarnie i tylko raz stanął przed sądem. Uznano go za winnego jednak
                      nie skazano, bo są uznał że nie było innego wyjścia.
                      Pewnie,że jest to sprawa dla prokuratora, ale wiesz np w naszej aferze łódzkiej
                      mówiło się o ponad 100 wątpliwych zgonach, łowców skazano łącznie chyba za 20,
                      bo tyle udało się udowodnić.Z człowiekiem bowiem odchodzą dowody.
                      I masz rację, kiedy mówisz,że trzeba domagać się poszanowania godności człowieka
                      śmiertelnie chorego, na którego nie tylko w naszym systemie zdrowotnym patrzy
                      się, jak zużyty przedmiot, któremu nic się już nie należy.
                      Działania elementarne rzecz podstawowa,ale nie przymykajmy oczu również i na
                      problemy z wysokiego csmile)))
                      • isma W gore i w dol 14.08.07, 00:31
                        Nooo, to widze, ze siostra jest wyznawczynia teorii siostry doktor
                        habilitowanej Chyrowicz o rowni pochylej wink)). Ze mianowicie
                        czlowiek, jak juz wlezie na sciezke, na ktorej poczatku znajduja sie
                        zachowania trudne do moralnej oceny, to przyzwolenie na nie
                        spowoduje, ze nieuchronnie zeslizgnie sie on w odmety dzialan
                        jednoznacznie nagannych.

                        A otoz ja pogladu siostry Chyrowicz nie podzielam, i tu jest chyba
                        pies, nomen omen, pogrzebany. W moim pojeciu (sorry za jakosc
                        tlumaczenia, wiem, kulawe jest) "my, chrzescijanie, wiemy, ze
                        konkretne wydarzenia dotyczace naszego zycia osobistego oraz zycia
                        swiata to nie sa przypadki, wynikajace ze slepego i nieublaganego
                        losu, ale stanowia one osnowe tajmniczego projektu, nie do konca
                        przed nami odslonietego, przez ktory Bog w kazdej chwili dociera do
                        nas i wzywa nas z troska do swej zbawczej komunii. To nas popycha do
                        moralnej i radosnej akceptacji wszystkich wydarzen oraz do
                        poswiecenia pelnego milosci."

                        Dobra, zlaze z ambony.
                        No, widzisz - czyli ze prosba chorego o probe wyrwania smierci tych
                        tygodni czy miesiecy ma byc najwyzszym prawem, ale juz prosba
                        chorego o "skrocenie cierpien" (pisze roboczo - zaraz bedzie
                        distinquo) niekoniecznie? I prosze mi tu nie wzywac Imienia Bozego
                        nadaremno, bo to nic nie pomoze. Nie przekonuje mnie, ze istotna tu
                        mialaby byc roznica miedzy "dniami" a "tygodniami" czy "miesiacami".
                        Chory paliatywny to chory paliatywny, istotny jest fakt, ze
                        rokowanie jest jednoznacznie niepomyslne, a czy on przygotuje sie na
                        swoja smierc w ciagu miesiaca czy jednej nocy, to najmniej zalezy od
                        wysilkow lekarza.

                        Fenigsena bardzo cenie, m.in. za blyskotliwe sformulowanie
                        paradoksu, iz w wyniku eutanazji przestaje istniec ten, ktorego
                        dobro ma ona rzekomo chronic, a wiec wydaje sie ona byc dzialaniem
                        alogicznym wink)). Na temat jego zawodowych obserwacji w Holandii sie
                        nie wypowiadam - zwlaszcza, ze biegli w temacie znaja ksiazke prof.
                        Zylicza, takoz w Holandii praktykujacego, ktory, ekhm, pokazuje
                        problem w tym ujeciu, ktore mi nieco bardziej odpowiada, tj. nie
                        ograniczajac sie do poszukiwania filozoficzno-emocjonalnych
                        argumentow przeciwko eutanazji, ale analizujac przyczyny oczekiwania
                        przez pacjentow eutanazji i mozliwosci otoczenia takich osob
                        opieka.

                        Wiec Zylicz, kierujac hospicjum Rozenheuvel, zetknal sie z
                        pacjentami, zadajacymi eutanazji, z ktorych cztery piate
                        doswiadczalo roznego rodzaju stanow lekowych (powodowanych obawa
                        przed bolem, opuszczeniem, utrata odnosci). Ta grupa w calosci
                        odstepowala od swoich oczekiwan po zapewnieniu opieki hospicyjnej.
                        Okolo 10 procent chetnych do przyspieszonego opuszczenia tutejszego
                        lez padolu z kolei jest w stanie depresji - i tu tez opieka
                        hospicyjna plus zastosowanie antydepresantow skutkuje calkowitym
                        odstapieniem od wczesniejszych oczekiwan. Kilkuprocentowa grupa
                        chorych doswiadcza rzeczywistego skrajnego bolu fizycznego - tu,
                        jesli nie skutkuja mniej agresywane metody leczenia objawowego,
                        istotnie bwa konieczne zastosowanie radykalnej analgezji. W
                        okreslonych okolicnzosciach moralnie dpuszczalnej wink)).

                        Zeby nie bylo za wesolo, to istotnie sa dwie grupy chorych, ktorych
                        trudno jest odwiesc od ich eutanazyjnego zamiaru - razem jakies 5-6
                        procent. Po pierwsze, osoby doswiadczajace tzw. zespolu wypalenia -
                        na ogol chorujacy przewlekle, wyczerpane emocjonalnie, o trwale
                        obnizonym poczuciu wlasnej wartosci. Niestety, tu antydepresanty sa
                        bezuzyteczne, co gorsza, wypalenie obejmuje czesto rowniez opiekunow
                        chorego lub personel. W takich przypadkach sa podejmowane czasem
                        decyzje o sedacji - byc moze zbyt daleko idacej, byc moze majacej
                        uwolnic od ciezaru nie tyle chorego, ile jego bliskich - uczciwie
                        trzeba sie nad tym zastanowic.
                        No i w koncu wystpuje tez w przyrodzie moj ulubiony typ pacjenta,
                        czyli Isma lat 20: niezalezna, pragmatyczna, skupiona tylko na
                        sobie, dlawiona przemozna potrzeba kontroli nad wszystkimi
                        dotyczacymi jej procesami wink)). Ten typ dosyc opornie godzi sie z
                        przykra okolicznoscia, iz w kwestii wlasnej smierci ma, wedug
                        dotychczas przyjmowanych przez sie kryteriow, niewiele do
                        powiedzenia wink)). No to chociaz zeutanazjowac sie chce wlasna
                        decyzja wink)). Ale, chwala Bogu, takie zlosliwe france po pierwsze
                        sa nieliczne, a poza tym, mozna do nich calkiem skutecznie dotrzec,
                        jak sie im uswiadomi, ze sa odpowiedzialni za tych, ktorych
                        pozostawiaja. Jak sie takiego skutecznie nakieruje na wydawanie
                        dyspozycji rodzinie, to na ogol udaje sie mu zejsc smiercia
                        naturalna wink)). Albo i nie zejsc wink)).

                        Czyli, reasumujac: eutanazja na zyczenie pacjenta to jst cos, czmu
                        mozna sie skutecznie przeciwstawiac nawet w sytuacji, kiedy dopusci
                        ja prawo. I bieglosci w tych dzialaniach sie, moim zdaniem, trzeba
                        uczyc, a nie wymachowac antyeutanazyjnym sztandarem, bo, predzej czy
                        pozniej trzeba go chyba bedzie zwinac - i oby ten czas nas nie
                        zastal nieprzygotowanych.

                        I jeszcze slowko, skoro sie tak upierasz, o tym watku kryminalnym.
                        No tez jest kilka sposobow, zeby sie przed ewentualnymi naduzyciami
                        dosyc skutecznie zabezpieczac. W USA (nie wiem, czy we wszystkich
                        stanach) funkcjonuje cos takiego, jak "living will" - sformalizowana
                        dyspozycja, dotyczaca przyszlego postepowania z wyrazajacym te wole,
                        jako pacjentem. Jesli czyjas "living will" jednoznacznie sprzeciwia
                        sie eutanazji, to biada lekarzowi, ktory by kiedykolwiek zechcial
                        pojsc w odniesienu do tej osoby na eutanazyjne skroty.
                        Ale zeby taka praktyka mogla sie upowszechnic, to trzeba najpierw
                        przyznac, zesmy sa smiertelni - a do tego to specjalnie wyrywni nie
                        jestesmy ;-(((. No wiec, ja sobie stawiam pytanie, czysmy aby czegos
                        istotnego nie zaniedbali?
                        • kulinka3 Re: W gore i w dol 15.08.07, 09:17
                          Ja tam wyznawczyni Jezusa Chrystusa nade wszystko i tylko obserwator
                          naturalistawink)).Wielu się ześlizgnie, niestetysad((
                          Mój ulubiony ksiądz mawiał kiedyś, a propos Twojej cytaty,że z tej felix culpy
                          to często pod koniec życia tylko culpa zostaje, bo na nawrócenie czasu nie
                          starczyłosad((. Więc omnia in bonum, ale pod warunkiem,że nas te eutanazje do
                          Boga doprowadzą.
                          Różnica pomiędzy prośbą o życie, a prośbą o śmierć jest taka,że ta pierwsza jest
                          zgodna z naturą człowieka, z jego instynktami, ta druga jest tak wbrew temu
                          wszystkiemu,iż nie od parady mówimy,że człowiek zgłaszający taką wolę musi być
                          człowiekiem chorym.A człowieka chorego trzeba leczyć, trzeba mu pomóc,a nie
                          sięgać po strzykawkę sprowadzającą na tamten świat.I masz rację pisząc,że dobrze
                          prowadzona opieka paliatywna jest skutecznym sposobem na rozwiązanie problemu
                          eutanazji.(!!!) Tylko dlaczegóż w owej bogatej Holandii, w której opieka
                          paliatywna nie jest na poziomie zabiegań o materace odleżynowe,eutanazja
                          istnieje. Czy ludzie cierpią tam bardziej niż w Polsce?
                          Mówisz chory paliatywny to chory paliatywny, czas nie ma znaczenia, on i tak
                          wkrótce umrze. Pewnie, ale w wielu przypadkach te darowane dni, tygodnie czy
                          miesiące są dla niego i najbliższych czasem bezcennym.Zresztą o czym ja piszę.
                          Ile znaczą miesiące? Powiedz tym matkom, które urodziły wcześniaki, ile znaczą
                          sekundy powiedz tym,którzy za późno wcisnęli hamulec.Nie lekceważyłabym czasu,i
                          nie odbierałabym ludziom prawa do życia liczonego choćby w dniach.( mam tylko
                          nadzieję,że rozumiemy się dobrze i że nie gadamy o uporczywej terapii człowieka
                          konającego).
                          Wiesz living will to rzecz konieczna w Stanach, bo tam sprawni prawnicy i
                          wysokie odszkodowaniawink)). Ale czy nie burzy Twego sumienia fakt,że idąc do
                          szpitala lepiej coś takiego mieć, bo wobec lekarza powołanego do ratowania życia
                          musimy prosić o prawo do życia?

                          • isma Cywilizacja cyjanku 16.08.07, 10:35
                            O uporczywej terapii NA RAZIE nie rozmwiamy, ale nie wypowiadaj w
                            zla godzine, bo ja mam od kilkunastu dni faze maniakalna, i spore
                            zapasy sil wink)).

                            Nie, nie burzy spokoju mojego sumienia istnienie rozwiazan
                            typu "living will". Podobnie jak dosyc latwo godze sie z
                            okolicznoscia, ze dawniej sierote zabierala do siebie dalsza rodzina
                            bez zbednych ceregieli, a teraz jest do tego potrzebne orzeczenie
                            sadu rodzinnego. Albo ze ongi gopodarstwo rolne po ojcu przejmowal w
                            sposob naturalny najstarszy syn, reszta progenitury zas musiala
                            szukac szczescia gdzie indziej, a teraz mozna testament na
                            okolicznosc spisac. Wydaje mi sie nawet to dosyc korzystne wink)).

                            Nie zgadzam sie z teza, ze prosba o smierc (chwilowo musze, dla
                            klarownosci wywowdu, z rozwazan wykluczyc kwestie, czy wolno
                            obarczac konsekwencjami tej decyzji drugiego czlowieka), dobrowolny
                            jej wybor, jest z definicji "wbrew naturze". Abstrahujac juz od
                            tego, ze malo kto, wskutek roznych okolicznosci, nigdy takiej pokusy
                            nie doswiadczal, to pamietaj, ze w naturze czlowieka lezy wlasnie
                            to, ze wlasnym zyciem moze w sposob ostateczny zadysponowac (w
                            odroznieniu, generalnie, od zwierzecia). To jest immanentnie wpisane
                            w nasza wolnosc.

                            Co wiecej, sa syytuacje, kiedy te dyspozycje "na smierc" uwazamy za
                            powod do chwaly (rowniez oltarzy wink)), nie zas symptom choroby
                            ducha. Cichociemni dostawali ampulke z cyjankiem, zeby w razie
                            tortur nie wydac tajemnic operacji - czy dobrowolnie brali na swoje
                            sumienie grzech smiertelny? A Manfred Deselaers napisal kiedys taki
                            tekst o "samobojstwie" ojca Kolbe. No, przeciez to chore jest, zeby
                            z wlasnego zycia rezygnowac wink)). I pewna jestem, ze pochwalasz
                            decyzje Gianny Beretty Molli, prawda? Wiec rzecz nie w samym wyborze
                            smierci, tylko w tym, co powoduje osoba, ktora te decyzje podejmuje!

                            Z tym czasem. Wiesz co - jak bym nie widziala, to bym nie uwierzyla.
                            Czas w umieraniu jest dziwaczny, jak, nie przymierzajac,
                            zegaronalesniki u Dalego. Czasem czasu jest duzo, a chory
                            niespodziewanie zapada w agonalna spiaczke - ktora wydaje sie byc
                            marnowaniem czasu, a tymczasem daje niespodziewana szanse rodzinie,
                            zeby uporac sie z wlasnym lekiem, w czasie "urlopu" od wytezonego
                            kontaktu z chorym, ktory do tej pory ja calkowicie absorbowal. I
                            chory potem sie budzi tylko po to, zeby te wspolna zgode na smierc
                            przypieczetowac. A czasem dobre umieranie rodzi sie w kikuminutowym
                            przeblysku.

                            Jak wiecie, ja przez lata bylam teoretykiem ruchu hospicyjnego, oraz
                            nader skuteczna kwestarka, na oddzial natomiast wchodzilam tylko
                            wtedy, kiedy trzeba byalo obcojezycznego goscia, jak po muzeum,
                            oprowadzic wink)). Byla to ewidentna spuscizna tej opisywanej powyzej
                            Ismy lat 20, ktora w swoim czasie pogryzlaby kazdego, kto by smial
                            sie nad nia ze "wspolczuciem" pochylac - a zatem podswiadomie
                            zakladalam, ze wszyscy tak maja wink)). No i razu pewnego, dwa lata
                            temu, rezydowalam sobie goscinnie w klinice hematologii, pobierajac
                            wlew zyciodajnego preparatu, ktory pozwala osobie tknietej moja
                            skaza krwotoczna w miare bezpiecznie wyrwac zab czy poddac sie
                            innemu rownie banalnemu zabiegowi chhirurgicznemu - pobyt traktujac
                            towarzysko, bo nasi hematolodzy robia zasadniczo w bialaczkach, a ja
                            tam tylko przychodze z zakupionym przez sie preparatem (powszechne
                            ubezpieczenie zdrowotne, psiakosc ;-(((), daje sie podpiac do
                            ruchomego stelaza z kroplowka i te pare-parenascie godzin sie wlocze
                            po korytarzach, albo na plotach w dyzurkach. Staram sie nie lezec w
                            sali, bo mam wrazenie, ze moja obecnosc w powodu tak idiotycznego,
                            jak zatrzymany zab, wsrod umeczonych chemia, jest jakos... nie na
                            miejscu.

                            Wiec hamuje ja z tym stelazem na zakrecie, bo widze, ze goni za mna
                            znajoma lekarka: "Sluchaj, bo ty mowisz po rosyjsku. Jest tu taka
                            Ukrainka, przypadkiem trafila - zle z nia, wiesz, trzeba by cos,
                            tego, rodzine zawiadomic - a ona w ogole nie rozumie, ze to jest
                            kwestia dni ;-((().

                            No, mysle sobie, za stary wyjadacz jestem, zeby uwierzyc, ze problem
                            jest tylko jezykowy ;-(((. I wcale nie mam ochoty isc wyreczac
                            profesjonalistow - chociaz wiem, ze ten stelaz mnie moze troche
                            uwiarygodnic, nie bede sie przynajmniej czula jak zawodowa placzka.
                            Ale wlazlam do tej sali. Gadamy sobie o tym i o owym, szczesliwie
                            mozemy swobodnie uzywac rosyjskiego, bo dziewczyna urodzila sie w
                            Odessie, atmosfera imienin u cioci, ona (sprzatajaca w PL na czarno
                            w kilku domach) rzeczywiscie trzyma fason i wydaje sie byc
                            stuprocentowo przekonana, wbrew obserwowalnym okolicznosciom
                            przyrody, ze zmierza prosta droga ku wyleczeniu, bo przeciez w ogole
                            nie jest chora, tylko oslabiona. Cos tam, ze wlasciwie dobrze sie
                            stalo, ze trafila do tego szpitala, bo faktycznie chyba musi
                            odpoczac, zarobiona byla na tyle, ze nawet na swiateczne nabozenstwo
                            czasem nie trafiala, a co dopiero zeby np. do spowiedzi... na co ja,
                            idiotka ciezka, neofitka nadgorliwa, w mniemaniu swoim nader
                            chytrze, powiadam - a, to wiesz co, mnie tu moze odwiedzic znajomy
                            zakonnik (kolegium jezuickie jest po drugiej stronie ulicy), moglby
                            przy okazji wpasc i do Ciebie, tylko ze to, naturalnie, czysty
                            lacinnik jest.
                            Po czym ugryzlam sie w jezyk ;-(((.

                            A ona pomilczala chwile, po czym powiedziala: "no, to po niego
                            zadzwon".

                            Po jej smierci szukalismy rodziny przez sluzby konsularne.
                            A mimo to pewna jestem, ze byla gotowa.
                            • kulinka3 Re: Barrbarus ante portas 16.08.07, 23:52
                              A ja jednak uparcie stoję na stanowisku,że w naturze człowieka leży dążenie do
                              zachowania i przedłużania życia i prośba o śmierć jest wbrew temu naturalnemu
                              dążeniu, jest oznaką choroby lub wołaniem o pomoc.
                              Podane przez Ciebie przykłady są znakiem tego,że człowiek może swoje życie oddać
                              w imię obrony innych wartości ( drugi człowiek, wiara).Owo oddanie życia jest
                              CENĄ, jaką się płaci, by te wartości chronić , a nie działaniem samym w sobie,
                              by z życia zrezygnować.
                              Jeśli zaś prawo do życia musi być teraz na papierze to rzeczywiście
                              barbarzyństwo stoi u drzwi.
                              • isma Dignitas i biolatria 16.08.07, 23:59
                                Otoz to. A zatem mozemy zalozyc, ze sa jakies wartosci wieksze niz
                                zycie? Ze ono, skoro moze byc cena, srodkiem do jakiegos celu,
                                niekoniecznie jest celem samo w sobie? Ze nie wyznajemy
                                bezwarunkowej biolatrii?
                                To teraz sprobujmy je wymienic.
                                Ja lubie brac pod uwage, na poczatek, godnosc. I wolnosc.
                                • kulinka3 Re: Dignitas i biolatria 17.08.07, 16:32
                                  Czy są wartości większe niż życie?
                                  Mówisz godność, wolność.No, ale czyja ta godność czy wolność? Czy
                                  cichociemni,Molla,Kolbe nie oddali swego życia de facto za życie innych ludzi?
                                  Życie za życie, jakby.
                                  • isma Re: Dignitas i biolatria 17.08.07, 17:45
                                    Gdybyz to bylo takie proste wink)). Kolbe nie mial prawa miec zadnej
                                    nadziei, ze w rezultacie tego wystapienia z szeregu OBAJ razem z
                                    Gajowniczkiem do tego bunkra nie pojda. Ale nawet gdyby bylo to
                                    jedno zycie oddawane za drugie (a zatem, zycia o nierownej
                                    wartosci), to dlaczego zycie Kolbego mialoby byc mniej warte niz
                                    Gajowniczka? Bo nie mial rodziny? Bo sie nie bal smierci?

                                    Molla patrz wyzej. Rownie dobrze mogla umrzec i ona i dziecko. Jakie
                                    miala prawo podjac to ryzyko?

                                    A z cichociemnymi, to juz baaaardzo naciagane. Ten konkretny
                                    czlowiek do uratowania w wyniku ich decyzji o samobojstwie, to
                                    baaaardzo hipotetyczny bylby wink)).
                                    • kulinka3 Re: Dignitas i biolatria 18.08.07, 09:55
                                      A dlaczego życie o nierównej wartości ( jeśli w ogóle możemy mówić w ten sposób?)
                                      Molla mogła podjąć ową decyzję, bo chciała chronić życie swego dziecka, nawet
                                      kosztem swojego zdrowia.
                                      A cichociemni wg Ciebie dlaczego podejmowali ową dramatyczną decyzję?
    • mamalgosia Re: O eutanazji w dzisiejszej Rzepie 11.08.07, 16:46
      a ja się tylko modlę, bym nigdy nie stanęła w obliczu konieczności
      praktycznego odróżnienia uporczywej terapii od eutanazji
    • isma I jeszcze o wiarygodnosci 12.08.07, 02:08
      Juz ide spac, ide.

      Ale tak. Ja generalnie nie mam zaufania do "przekrojowych" tekstow.
      Oczywiste jest, ze ich autor sam nie weryfikuje faktow, tylko siada
      w czytelni, przeglada prase roznojezyczna, i kompiluje. Co moze
      owocowac nieswiadomym powtarzaniem informacji falszywych,
      niesprawdzonych albo wyjetych z kontekstu. W tym sensie, Kulinko,
      analogia z prasowym odkryciem kryminalnej tajemnicy w lodzkim
      pogotowiu jest nietrafiona - Patora i Stelmasiak byli, widzieli,
      rozmawiali, sprawdzili. Ustalenia policji, prokuratury, sadu -
      potwierdzily to, co napisali.

      Pani z Rzepy, smiem przypuszczac, tylko czytala. Nawet miejscami
      wiem, co wink)). Np. historia o lozku obawiajacej sie eutanazji
      pacjentki potrzebnym na okreslony termin jest uderzajaco podobna do
      historii z wywiadu z niejakim dr. Johnem Wilke, opublikowanym
      w "Glosie dla zycia". Wilke, oczywiscie, tez nie byl bezposrednim
      swiadkiem tego wydarzenia, opowiadal mu o nim "przyjaciel". Fajnie,
      ze pani pisze o wyroku dla Tramois, tylko ze sobie dla
      nierownowagi "zapomniala", ze poki co w tejze Francji jednak za
      eutanazje mozna pojsc siedziec na 12 lat, jak, na szczescie, siedzi
      od 2003 r. niejaka Christine Malevre.

      Z ta depresja. Orzeczenia, o ktorym sie w artykule wspomina, nie
      znam. Przypuszczam jednak, ze mogloby chodzic nie o przyzwolenie na
      zabijanie chorych na depresje z powodu ich depresji (dopiero co w
      Szwajcarii pewien psychiatra wyladowal przed sadem za uduszenie
      trzech depresyjnych pacjentow) , ale o to, ze - przynajmniej wedle
      mojego stanu wiedzy - o eutanazje w Holandii nie mogla legalnie
      poprosic osoba, u ktorej stwierdzono chorobe psychiczna. W 2004 r.
      sad holenderski odmowil choremu na depresje prawa do skutecznego
      wyrazenia zadania dokonania eutanazji, wlasnie ze wzgledu na to, iz
      prawo ma zabezpieczac w pelni wolna decyzje osoby, zas decyzja
      podejmowana przez osobe o zaburzonej psychce, w opinii sadu, taka
      byc nie mogla. Poszukam, byc moze jest jakies odmienne precedensowe
      orzeczenie, choc szkoda, ze to autorka artykulu sie nie pokusila o
      jakies szczegoly ;-(((.
      A z tej beczki znam, owszem, w miare swieze orzeczenie sadu w
      Lozannie, ktory wyrazil opinie, ze depresja moze byc wystarczajacym
      powodem do samobojstwa (no bo tam wlasnie samobojstwo to "podejrzana
      smierc" i podlega kontroli sadowej). Tylko ze samobojstwo to jednak
      troche co innego niz eutanazja ;-/.

      No, wiec wiecie. Ja lubie konkrety. Takim konkretem jest np.
      protokol z Groningen, i o nim mozna rozmawiac. Ale rzeczowo, i z
      mozliwie najszerszym kontekstem (o, na przyklad - Rada Europy
      formalnym aktem potepila ustawodawstwo dopuszczajace eutanazje
      czynna...).
      • kulinka3 Re: I jeszcze o wiarygodnosci 12.08.07, 18:30
        Otóż afera łódzka światło dzienne ujrzała w prasie codziennej , więc roli tego
        medium bym nie lekceważyła, nie wyłącznej rzecz jasna, ale jednak...(Czy o
        losach Tramois, Malvere wiesz z prasy fachowej?)
        Oczywiście autorzy rozmawiali,sprawdzali czego autorka naszego tekstu pewnie nie
        uczyniła, ale to nie znaczy, że problem nie istnieje!
        Górny i Bodasiński w Holandii byli, nakręcili film o eutanazji i sedacjach
        terminalnych.
        Dostępny jest w necie wywiad z Pieterem Admiraalem, ojcem holenderskiej
        eutanazji, który publicznie potwierdził fakt uśmiercania pacjentów bez ich
        zgody, nieprzytomnych, z żalu nad cierpieniem rodziny.
        Jest książka dr Ryszard Fenigsena na temat kryptanazji.
        Czy ostrzeżenie dr F. Gunninga ze Światowej Federacji Lekarzy Szanujących
        Ludzkie Życie ,iż tylko połowa zgonów jest za zgodą pacjenta jest wzięta z kosmosu?
        Czy to nie są fakty, nad którymi warto się zastanowić?

        • isma Re: I jeszcze o wiarygodnosci 12.08.07, 20:35
          Fakty, to to beda, jak sady sie o nich wypowiedza wink)).

          Widzisz - raport Remmelinka np. wymienia jako najwieksza grupe
          zgonow "kryptoeutanazyjnych" (prawie polowe) zgony w wyniku
          przedawkowania srodkow przeciwbolowych. No to teraz wroc do moich
          wywodow o warunkowo dopuszczonej przez Piusa XII praktyce radykalnej
          analgezji: skad wiemy, ze te przypadki (i jaka ich czesc) nie
          spelnialy jej warunkow? Czy Remmelink badal motywacje lekarzy? Czy
          tylko medyczna bezposrednia przyczyne smierci?

          Popatrz na transplantologie: jesli nawet G. zabijal pacjentow
          (czego, zdaje sie, nie udalo sie potwierdzic), to efekt calej
          historii dla oczekujacych na przeszczepy jest zabojczy ;-(((. I
          dlatego mnie to wkurza - bo do jednego wora wrzuca sie zjawiska, w
          ocenie ktorych potrzebny jest nawyzszy stopien precyzji i
          odpowiedzialnosci w formulowaniu sadow. W efekcie odbywam co roku
          rytualna rozmowe z moim plebanem, ktoremu macham przed oczami pismem
          od kard. Macharskiego z prosba o zgode na przeprowadznie przed
          kosciolem kwesty na potrzeby hospicjum, a pleban (nie tam jakis
          niedouczony wiejski proboszcz, gdziezby, kapelan Jego
          Swiatobliwosci...), nieodmiennie rytualnie mi odpowiada: "ale wy
          przeciez tam robicie eutanazje" ;-O.
          • kulinka3 Re: I jeszcze o wiarygodnosci 13.08.07, 00:52
            Is, tylko te przedawkowania podobno zwiększyły się w zestawieniu ze spadkiem
            legalnych eutanazji, stąd podejrzenie,że coś jest na rzeczy.
            A w sprawie pana kardiochirurga to nie pojmuję? Piszesz,jeśli nawet zabijał to
            efekt dla oczekujących jest zabójczy.To co, mamy ukrywać, że zabijał( jeśli
            rzeczywiście zabijał) czy raczej starać się przekonywać ludzi,że jedna czarna
            owca nie może niweczyć pracy sztabu uczciwych?
            • isma Re: I jeszcze o wiarygodnosci 13.08.07, 08:35
              No!
              I o to wlasnie mi chodzi - ze jak moim zdaniem trzeba pisac o panu
              wiadomym kardiochirurgu, ALE trabiac jednoczesnie glosno i wyraznie
              o tym, ze transplantacje sa potrzebne i ratuja ludzkie zycie, tak
              pisanie o "problemie eutanazji" BEZ solidnego kontekstu problematyki
              opieki paliatywnej nie ma znamion rzetelnosci i nie sluzy rzeczowej
              dyskusji, a jest tylko niepotrzebnym podgrzewaniem atmosfery.

              O roznych zaleznosciach mozemy sobie gdybac. Ale to nie jest tak, ze
              w gre wchodza tylko dwa parametry i toczy sie gra o sumie zerowej.
              Trzeba brac pod uwage wiele czynnikow - np. sekularyzacje, ktora
              sprawia, ze coraz mniej ludzi w podeszlym wieku czy chorych mysli o
              swoim zyciu jako darze od Boga, a tym samym ma coraz mniej zahamowan
              w podjeciu decyzji o samobojstwie (czy "wspomaganym samobojstwie").
              Rowniez, bo lekarze nie biora sie z ksiezyca, tylko z tychze
              zsekularyzowanych spoleczenstw, i wsrod lekarzy to przeswiadczenie
              jest coraz powszechniejsze. A, oczywiscie, osobiste poglady czy
              przyzwyczajenia lekarza graja duza role w podjeciu pewnych dzialan -
              lub w od nich odstapieniu. To tylko jeden parametr. Jak wroce z
              Tynca, bede Cie jeszcze gnebic wink)).

              Odwolujac sie do analogii z transplantacjami: sa osrodki w Polsce, z
              ktorych w ogole sie nie zglasza dawcow do Poltransplantu. Ani
              jednego. Czyzby tam wszystkie smierci byly "niepewne" i lekarze
              uprawnienie obawiali sie, ze usmierca zywego, zeby mu organy pobrac?
              Czyzby pracowali tam lekarze o mniejszych umiejetnosciach stricte
              zawodowych, nieumiejacy przygotowac dawcy do pobrania? Ano, nie. Po
              prostu gdzieniegdzie sie "tego nie robi", z roznych przyczyn: bo
              nie umie sie rozmawiac z rodzina, bo nie zna sie przepisow prawa, bo
              chce sie uniknac dodatkowej papierkowej roboty. A inne osrodki,
              owszem, typuja mnostwo dawcow. Bo chca, umieja, maja doswiadczenie.
              Ludzka rzecz.

              I tak samo, ludzka rzecza wydaje mi sie, ze lekarz, znajac intencje
              pacjenta, niekoniecznie uznaje koniecznosc przeprowadzenia calej
              sformalizowanej eutanazyjnej procedury, jesli mozliwe jest (i
              moralne uprawnione!) zastosowanie radykalnej analgezji. Nie jetem w
              stanie w kazdym takim przypadku zawyrokowac, ze to przestepca, i ze
              wzrost takich zachowan swiadczy o tym, iz sa to zachowania
              kryminalne. Za malo danych.

              A jak sie nie ma dowodow, to zanim czlowiek co powie, zwlaszcza
              publicznie, w wielotysiecznym nakladzie, siedem razy sie powinien
              zastanowic ;-(((.
              • kulinka3 Re: I jeszcze o wiarygodnosci 13.08.07, 12:24
                To, ja tak na szybko.
                Rzeczywiście jeśli sekularyzacja i jakość życia to o życiu z cierpieniem mowy
                być nie może, a więc eutanazja lub sedacja to właściwie dobre rozwiązanie i po
                cóż tu się czepiać;-(((
                Za mało danych mówisz,wyroków nie ma, a więc cicho sza. Ano nie ma inie
                będzie,bo w atmosferze prawnego i ludzkiego przyzwolenia , wyroki nie zapadają
                nie dlatego,że ludzie schodzą z tego świata z własnej woli, tylko dlatego,że
                wymiar sprawiedliwości, bliźni, rodzina często nie widzą problemu w tym,że tak
                się nie
                dzieje. Przyznają się do tego sami lekarze,mówią o tym raporty,Górny dotarł do
                takich rodzin, ale to mało, mało.Pewnie,że to nie 100% wszystkich przypadków,ale
                czy to nie powód, aby o tym pisać.
                Czy to,że nie wszyscy lekarze u nas brali łapówki znaczy,że o korupcji mamy się
                nie zająknąć?


    • maadzik3 Re: O eutanazji w dzisiejszej Rzepie 12.08.07, 15:37
      "Eutanazja" bez żądania pacjenta jako wyłącznej przyczyny rozpatrzenia procedury
      (zgoda nie wystarczy, nie mówiąc o jej braku) nie jest eutanazją a zabójstwem i
      nie ma co owijać w bawełnę. Z definicji eutanazji wynika że jest to uśmiercenie
      pacjenta "na jego żądanie i wyłącznie pod wpływem współczucia dla niego". Nie
      współczucia dla rodziny, nie oszczędzania środków gdy już nie można nic zrobić,
      nie zwolnienia łóżka, ani jakiegokolwiek innego powodu poza żądaniem pacjenta. I
      o tym można dyskutować nazywając to eutanazją (uwaga! w ogóle nie wypowiadam tu
      swego zdania w kwestii eutanazji, po prostu pożadkuję pojęcia). Działania nie na
      żądanie pacjenta a tym bardziej bez jego zgody NIE są w ogóle eutanazją a
      zabójstwem. To tyle w kwestii formalnej.
      M.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka