Dodaj do ulubionych

radzenie sobie z rzeczywistością

08.11.07, 13:24
Wyszła nowa książka Romy Ligockiej. Kupić jej sobie nie mogłam, ale
znalazłam osobę, która mi pożyczyła. I znowu jestem oczarowana tym
jej malowaniem słowem, tym zasobem uczuć.
Ale nie o tym chciałam napisać.

"Uważam, że podział ludzi na pesymistów i optymistów jest głupi i
sztywny. To są pojęcia absolutnie do niczego nie przystające, a więc
i bezwartościowe.
Ten sam człowiek bywa w pewnych okolicznościach optymistą - w innych
wręcz przeciwnie. Zależy to od jego doświadczeń, urazów, aktualnego
stanu ducha - czasem pogody nawet. Istnieje natomiast coś takiego
jak postawa człowieka wobec rzeczywistości, sposób na jej oswajanie.
Każdy wypracowuje własne metody radzenia sobie z przeciwnościami
losu, z jego niespodziankami. Ogólnie rzecz biorąc, takich postaw
może być kilka - ja znam trzy.
Pierwszy sposób, ten, który ja preferuję, pewnie najbardziej męczący
dla samego delikwenta, a także jego otoczenia, polega na tym, aby
nigdy nie dac się losowi zaskoczyć. Aby przewidzieć najgorszą
sytuację, być przygotowanym na każdą ewentualność. Po prostu martwić
się, czyli wyobrażać sobie zawsze wszystko, co może się stać.
Ponieważ mogę się poślizgnąć, to lepiej od razu usiądę na ziemi.
Jeśli los mi tak, to ja mu tak. Nie dam się - muszę się uzbroić!
Drugi sposób na życie to postawa czułego marzyciela uśmiechać się do
losu przyjaźnie, ufać mu. Przebłagać go pozytywnym
oczekiwaniem. "Losie - mówią tacy ludzie - Wiem, że jesteś dobry,
nigdy w ciebie nie wątpię. Nie chcę cię urazić złymi
przewidywaniami. Wiem, że mi dasz wszysko - wygram w totka, będę
królem. Nigdy nie myślę, że jesteś zły i niesprawiedliwy, ależ skąd!
A gdybyś przypadkiem takim się okazał - no to w końcu jakoś będzie,
bo jakoś zawsze jest".
Trudna do osiągnięcia i rzadko spotykana jest trzecia postawa.
Prawdę mówiąc, znam tylko jedną osobę, która z powodzeniem ją
praktykuje. Owa kobieta mówi: "Kiedy mam zbyt wiele kłopotów, staram
się być jak drzewo. Nie myśleć, nie czuć, nie uciekać. Trzymać się
mocno korzeniami ziemi, oddychać, machać listkami. Pozwolić kłopotom
podejść całkiem blisko i dopiero gdy mnie dotkną, wtedy im się
przyjrzeć. Być może część z nich odpadnie po drodze i wcale do mnie
nie dotrze? A te pozostałe też nie będą takie straszne?"
Wiem, że trzeba być bardzo umocnionym w sobie, trzeba mieć mocne
korzenie i grubą skórę, aby sie na to zdobyć. No i trzeba wykonać
wielką pracę nad sobą, aby taka postawa stała się nasza. Ale
pozwólmy każdemu walczyć z losem tak jak potrafi. Podobno Winston
Churchill pod koniec życia zwykł mawiać: "Ze wszystkich zmartwień,
którymi trapiłem się w przeszłości, ponad dziewięćdziesiąt procent
było niepotrzebnych". A ja? Ja już na zawsze pozostanę małym
żołnierzykiem, który boi się zbliżyć do ognia, bo wie, że jest tylko
papierowy"

Dwie rzeczy mnie uderzyły w tym tekście. Nie to, że nie ma ludzi,
którzy w 100% byliby optymistami czy pesymistami - bo chyba tak w
ogóle to nie ma ludzi, którzy zawsze i wszędzie byliby w 100% jacyś.
Jedna rzecz jest taka, że rzeczywiście takie typy ludzi są. Jesli
weźmie sie pod uwagę osoby głęboko wierzące, to myślę, że najbliższy
im byłby sposób drugi - nie mówię o tym wygraniu w totka - ale o tej
ufności, nadziei, nieskarżeniu się na los - Boga. Tak myślę - choć
może macie inne zdanie i o tym chętnie bym porozmawiała.
Druga rzecz to taka, że to nie jest tak, ze trzeba być typem
trzecim. Że nie trzeba dążyć do niego za wszelką cenę (dążyć, starać
się, próbować, owszem - ale nie za wszelką cenę. Ostatnio niestety
byłam już bliska obłędu z tego powodu - że nigdy taka nie będę, a
powinnam. Otóż: "powinnam" nie jest słowem na miejscu),że nie muszę
walić głową w mur, poddawać się rozpaczy, bo znowu się nie udało,
nie muszę się leczyć. Bo Mistyczne Ciało Chrystusa składa się nie
tylko z mózgu, kręgosłupa, karku i oczu. Ale składa się także z
paznokcia małego palca u nogi. I paznokieć ten nie tylko nie musi
stać się kolanem, ale nawet nie powinien.
Kudyn tak ładnie powiedział: "Łaska buduje na naturze". I tak
wczoraj przy tej ksiażce Romy Ligockiej pomyslałam sobie, że wcale
nie trzeba tej natury wyciąć w pień.

A którym typem Wy jesteście?

Głupi mój temat jak zwykle, ale co ja zrobię, że w głowie mam takie
siano...
Obserwuj wątek
    • kulinka3 Re: radzenie sobie z rzeczywistością 08.11.07, 17:38
      Owe Tomaszowe- łaska buduje na naturze- to jest chyba temat rzeka do opowieści.
      Bo na ten przykład, jak łaska ma budować na czymś czego nie ma? Zaraz wyjaśnię.
      Np. ktoś jest leniwy. To jak ma się stać gorliwcem, hm..? Jak odwieczny
      pesymista ma trysnąć radością?
      • mamalgosia Re: radzenie sobie z rzeczywistością 08.11.07, 21:25
        kulinka3 napisała:


        > Np. ktoś jest leniwy. To jak ma się stać gorliwcem, hm..? Jak
        odwieczny
        > pesymista ma trysnąć radością?
        A czy uważasz, że bez gorliwości albo tryskania radością nie można
        być zbawionym?
        • kulinka3 Re: radzenie sobie z rzeczywistością 08.11.07, 21:48
          Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwychwink))
      • kudyn Re: radzenie sobie z rzeczywistością 08.11.07, 22:18
        Tylko czy lenistwo i odwieczny pesymizm jest naturą człowieka?
        • mamalgosia Re: radzenie sobie z rzeczywistością 09.11.07, 15:11
          Kudynie - myślę, że trzeba by się w tym miejscu zastanowić, co
          rozumiemy przez naturę. Bo jeśli masz na myśli naturę pierwotną,
          taką jaką stworzył Bóg i jakiej chciał, to oczywiście, że nie ma w
          niej miejsca na lenistwo. Nie ma w niej miejsca także na wiele
          innych niemiłych spraw, a baranek leży obok lwa i nikt nikogo nie
          zjada ani nie gryzie. Ale w tej sytuacji większość postów z naszego
          forum niemiałaby sensu.
          Ja - mówiąc "natura" - mam na myśli tę, którą już zastałam
          przychodząc na świat. Naturę skażona grzechem pierworodnym. I wtdey
          odpowiem Ci: "tak", tak, w naturze niektórych ludzi leży lenistwo. W
          naturze niektórych ludzi leży łagodność, a w naturze innych
          porywczość. W naturze jednych - towarzyskość, a w naturze innych
          samotniczość. Jeden mój syn jest z natury marudny i płaczliwy, a
          drugi z natury wesoły i pogodny. I na obu naturach łaska potrafi
          budowac, prawda?
          Ufam, że tak
          • kulinka3 Re: radzenie sobie z rzeczywistością 09.11.07, 15:16
            Natura ludzka rzecz skażona, inaczej po co by nam była łaska? Mnie bardziej
            nurtuje owo budowanie.Czym ono jest, jak działa?
            • mamalgosia Re: radzenie sobie z rzeczywistością 09.11.07, 15:23
              Myślę, że to coś takiego, że np. miałabym ochotę na deser z
              pięknych, dorodnych i błyszczących truskawek... patrzę, a mam tylko
              rozmrożone, rozciaprane i w kawałkach. nie robię więc salaterki
              truskawek z bitą śmietaną, tylko jakiś smaczny kompot.
              Tak to rozumiem
              • kulinka3 Re: radzenie sobie z rzeczywistością 09.11.07, 15:29
                No, ale z łaską Bożą, każdy z nas na swój sposób może być dorodną truskawkąwink))
                • mamalgosia Re: radzenie sobie z rzeczywistością 09.11.07, 20:45
                  A własnie myślę inaczej. Że wcale nie potrzeba świata pełnego
                  dorodnych błyszczących truskawek. Że potrzebne sa i te do salaterki,
                  i te do kompotu
            • kudyn Re: radzenie sobie z rzeczywistością 09.11.07, 16:07
              Jakiś czas temu byłem na szkoleniu przed ewangelizacją. Na początku był test
              który pokazywał predyspozycje do różnych metod ewangelizacji. Jedni lepiej się
              czują przemawiając do tłumu, inni kiedy rozmawiają osobiście, jeszcze inni
              pomagając w codziennych pracach… Część osób mówiła, że było to dla nich
              uwalniające. Przestali się oskarżać że nie potrafią przemawiać publicznie, a
              okazało się że są świetni w czymś innym.
              Lepiej kiedy organistą jest ktoś obdarzony słuchem. Ktoś kto go nie ma, raczej
              do tego powołany nie będzie.
          • kudyn Re: radzenie sobie z rzeczywistością 09.11.07, 15:40
            Nie lubię psychologii, więc nie jestem pewny za terminologię. Przez naturę
            rozumiałbym np. temperament. Na to czy ktoś jest cholerykiem, czy jest
            sentymentalny nie mamy wpływu.
            Lenistwo to zaliczyłbym do wad charakteru. Tego że ktoś jest aktywny,
            emocjonalny nie zmienimy, lenistwo tak. Co nie znaczy że Bóg nie może tego w
            jakiś sposób wykorzystać. Natura jest darem Boga, ale że lenistwo to bym nie
            powiedział.
            • kulinka3 Re: radzenie sobie z rzeczywistością 09.11.07, 17:41
              Dla mnie współpraca natury z łaską to jednak przekraczanie siebie, swoich
              przyzwyczajeń, grzechów, wad. Walka, na moja małą miarę.
              • kudyn Re: radzenie sobie z rzeczywistością 09.11.07, 18:31
                No to nie rozumiem słowa budować na czymś.
              • mamalgosia Re: radzenie sobie z rzeczywistością 09.11.07, 20:48
                Tak kulinko, ale zmieniłaś podmiot. Inaczej to wygląda od strony
                osoby posiadającej skażoną naturę (wtedy pasuje to co mówisz o
                wspłpracy z łaską), a inaczej od Osoby, która ma na tej naturze
                budować. A Bóg potrafi pisac prosto na krzywych liniach naszego
                życia.

                To tak sobie w teorii, bo w praktyce to nie widzę tego
            • mamalgosia Re: radzenie sobie z rzeczywistością 09.11.07, 20:49
              Nie wiem, też nie znam się jakoś szczególnie, ale myślę, że i z
              lenistwa może wyniknąć coś dobrego
              • kudyn Re: radzenie sobie z rzeczywistością 09.11.07, 22:25
                Na pewno może, ale nie powiedziałbym że lenistwo jest czyjąś naturą. Bardziej
                bym powiedział, że Bóg może z mojego lenistwa wyprowadzić jakieś dobro, niż że
                jest ono Jego wolą.
                • mamalgosia Re: radzenie sobie z rzeczywistością 10.11.07, 12:39
                  Nie będę się spierać, bo brzmi sensownie to co piszesz.

                  Choć może piszesz tak, bo nie znasz mnie - lenistwo jest naprawdę
                  moją naturąwink
                • kulinka3 Re: radzenie sobie z rzeczywistością 10.11.07, 19:14
                  Masz rację Kudynie i bliskie jest mi to, co piszesz.
                  Choć nasza natura jest skażona ową skłonnością do grzechu ( i Bóg bierze to pod
                  uwagę) nie znaczy to jednak wg mnie,iż mamy oczekiwać cudów i mniemać,że Bóg jak
                  za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nas odmieni.Stąd walka po naszej
                  stronie.Ze złem w nas,o dobro,o cnoty, by odpowiedzieć na Boże łaski.
    • mader1 Re: radzenie sobie z rzeczywistością 08.11.07, 19:19
      podobno Churchill powiedział kiedyś " Pesymizm jest przywilejem
      młodych. W starszym wieku nie ma się na to czasu"...
      Coś w tym jest smile))
      Co do postaw, które opisujesz..... pewnie mam mocną tendencję do
      pierwszej, ale mam nadzieję, ze rzadko już jest to widoczne i coraz
      rzadziej nawet przeze mnie odczuwalne. Przyznam, że mnie to
      męczyło... Więc wypracowałam sobie taki autorski sposób na przeżycie
      w szczęściu będący połączeniem dwóch pozostałych postaw ( a może i
      innych tu nieopisanych). A ponieważ sama tego sposobu szukałam, jest
      on nieuporządkowany iciągle zmieniający się.
      • mamalgosia Re: radzenie sobie z rzeczywistością 08.11.07, 21:27
        mader1 napisała:

        > podobno Churchill powiedział kiedyś " Pesymizm jest przywilejem
        > młodych. W starszym wieku nie ma się na to czasu"...
        > Coś w tym jest smile))
        Nie, nie jest. U mnie to dozgonne, tak samo jak trądzik - poniekąd
        młodzieńczysmile


        > Co do postaw, które opisujesz..... pewnie mam mocną tendencję do
        > pierwszej, ale mam nadzieję, ze rzadko już jest to widoczne i
        coraz
        > rzadziej nawet przeze mnie odczuwalne.
        nigdy Cię nie widziałam, więc nie wiem, co jest widoczne. TUTAJ nie
        zauważyłam

        Przyznam, że mnie to
        > męczyło... Więc wypracowałam sobie taki autorski sposób na
        przeżycie
        > w szczęściu będący połączeniem dwóch pozostałych postaw ( a może i
        > innych tu nieopisanych). A ponieważ sama tego sposobu szukałam,
        jest
        > on nieuporządkowany iciągle zmieniający się.
        No, oczywiście. Jak całe życie. Trzeba pracować nad sobą i szukać
        jak najlepszych rozwiązań. Stale to robimy...
        Bardziej mi chodziło o to, że ta praca nad sobą - jak kazda praca -
        nie może zdominować wszystkiego, nie może stać się celem samym w
        sobie, obsesją
        • mader1 Re: radzenie sobie z rzeczywistością 09.11.07, 16:36
          Praca nad sobą... jasne, ze nie może stać się obsesją.
          Zresztą, wiesz jak jest - przecież jak ktoś jest chomikiem, to nie
          może zamienic się w lwa wink
          Ale nawet mama chomiczyca może jak lew bronić tego, co dla niej
          najdroższe. Jasne, że mysliwy, który zasdza się na lwa, nawet by na
          chomiczycę strzelby nie podniósł, a tylko butem zdeptał. Ale taka
          desperacja robi wrażenie na tych, którzy mają chomika.
          W jakimś sensie więc mama chomiczyca może być tak samo skuteczna jak
          mama lwica.
          Staram się więc jak moge w granicach tego, w co jestem wyposażona -
          żeby sobie i innym krzywdy czy przykrości nie robić. Ale kim innym
          się nie stanę wink
    • maika7 Re: radzenie sobie z rzeczywistością 08.11.07, 19:28
      Chyba oscyluję gdzieś w okolicach trzeciej postawy. Pozniewaz nie jestem w
      stanie przewidzieć tego, co sie wydarzy, nie zawracam sobie za bardzo tym głowy.
      Ani sie nie zamartwiam, ani nie ufam, ze będzie dobrze. Będzie jak będzie - to
      moje patrzenie na życie.
      Chyba pasuje mi cytat z .. Harrego Pottera wink "będzie jak będzie, a jak już
      będzie to trzeba będzie się z tym zmierzyc" (czy jakoś tak...).
      I ma jakieś takie mocne przeswiadczenie w sobie, że "poradzę sobie" z tym, co
      przynieise życie. Wstane, otrzepie portki i pójde w życie dalej, inna,
      zmieniona, ale pójdę.

      M.
      • mamalgosia Re: radzenie sobie z rzeczywistością 08.11.07, 21:29
        Prawda jest taka, że każdy z nas jakoś w końcu sobie radzi. Głównie
        dlatego, że nie ma innego wyjścia.
        Znałam kiedyś osobę, która mówiła dokladnie tak jak Ty. To była moja
        ulubiona pani doktor z chemii organicznej. Mówiła i stosowała
    • mama_kasia Re: radzenie sobie z rzeczywistością 09.11.07, 09:12
      > Pierwszy sposób, ten, który ja preferuję, pewnie najbardziej męczący
      > dla samego delikwenta, a także jego otoczenia, polega na tym, aby
      > nigdy nie dac się losowi zaskoczyć. Aby przewidzieć najgorszą
      > sytuację, być przygotowanym na każdą ewentualność. Po prostu martwić
      > się, czyli wyobrażać sobie zawsze wszystko, co może się stać.

      To ja tak robię, ale ... nie siadam przy tym na ziemi. Raczej
      przykucam i robię wszystko, aby stanąć na nogi. Najskuteczniejsza
      jest wtedy dla mnie modlitwa.
      Nie wierzę, że wszystko będzie szło dobrze. Natomiast wierzę, że
      Bóg trzyma wszystko w Swoich rękach. Wiem, że mogę nie zgodzić
      się z tym, co ma dla mnie i boję się tych chwil, ale gdy one
      już są (o dziwo!) mam wiarę i nadzieję tak w całości (bo
      momentami brak). Ciągle mam... Oby ich nie zabrakło, bo wiem,
      że zabraknąć może. Słaba się czuję, a ...jednak silna - tym,
      co mam od Boga. I ciągle pamiętam słowa spowiednika Kulinki, aby
      nie czekać na to, co będzie niedobrego, bo nie wiemy przecież,
      jak w danej sytuacji się zachowamy. To pomaga mi wstać z kucków.
    • otryt Poczucie bezpieczeństwa 09.11.07, 10:05
      Ciekawy jak zawsze Twój wątek. Myślę, że pierwsza postawa łączy się
      z wewnętrznym poczuciem braku bezpieczeństwa. Druga postawa
      odwrotnie, ci ludzie czują się bezpieczni. Poczucie bezpieczeństwa
      lub jego brak nabywa się w najwcześniejszym dzieciństwie, razem z
      mlekiem matki. Najczęściej jest dziedziczne. Trzecia postawa nie
      jest do końca środkiem pomiędzy dwoma pierwszymi. Jest efektem
      usilnej pracy nad sobą, doświadczeń życiowych i dojrzałej wiary.
      Dojrzałej wiary, która ufność nie tylko w sobie pokłada, ale także w
      Bogu. Dawniej dominowała u mnie zdecydowanie pierwsza postawa.
      Przewidywałem i planowałem wszystko w najdrobniejszych szczegółach.
      To czasem paraliżowało. Komputer w mózgu pracował usilnie,
      przegrzewał się, wypalał i nie znajdował rozwiązania. Rzadko
      zdobywałem się na działania spontaniczne, improwizację. Moja żona
      jest z kolei pod tym względem moją przeciwnością. Ja pod jej wpływem
      uczę się puszczania czasem spraw na żywioł, ona ode mnie czasem
      koniecznego planowania, bo sporo rzeczy da się przewidzieć i
      zaplanować. Praca nad sobą polega na wypracowywaniu w sobie poczucia
      bezpieczeństwa, wypadnięcia z tych głębokich kolein uformowanych w
      dzieciństwie. Bardzo motywuje do tego myśl, aby własnym dzieciom nie
      przekazywać tego rodzaju dziedzictwa. Moi rodzice nie mieli
      wewnętrznego poczucia bezpieczeństwa, głównie za sprawą dzieciństwa
      podczas wojny. Bardzo trudne doświadczenia, które choć przewidywałem
      wcześniej, nie byłem w stanie im zapobiec i jakoś przeciwdziałać.
      Przeciwnie, lęk przed tym, co może nastąpić paraliżował, odbierał
      energię do koniecznego działania, fiksował na utrwalonych pozycjach.
      Bałem się, że nieopatrzny ruch strąci mnie w przepaść. Nie był
      możliwy żaden krok do przodu. Gdy w końcu przychodziło to trudne
      doświadczenie zamieniałem się w to drzewo o silnych korzeniach, o
      którym pisze Ligocka. Nie myśleć, nie czuć , nie uciekać. Trwać.
      Żyć. Robić swoje. Przyjrzeć się kłopotom z bliska. Gdy już się
      spadło nisko możliwy jest tylko ruch do góry. Wraca zablokowana
      energia, paraliż ustępuje. To jest długotrwały proces, czasem
      wieloetapowy. Takim procesem była droga od zalęknionego młodzieńca
      Mojżesza do potężnego przywódcy narodu. Kolejne plagi egipskie były
      etapami wyzbywania się lęku i nabierania mocy. Lęku, które jako
      niemowlę przeżywał rzucony na fale Nilu. Gdy miał pierwszy raz iść
      do faraona planował swoją wypowiedź. Bóg mu powiedział, aby nic nie
      planował. On będzie przemawiał jego ustami. Ma po prostu pójść do
      faraona. W trudnych chwilach pomagał mi widok małego ptaszka
      siedzącego na suchej gałęzi, który nie dawał się zimowej wichurze i
      śnieżycy. Wszędzie są takie drzewa a na nich takie ptaszki,
      wystarczy tylko spojrzeć w górę. Jak wielką ma on wolę życia. O
      takim ptaszku napisała wiersz pod tytułem "Nadzieja" Emily
      Dickinson. Mamy wciąż wyruszać w drogę.
      • mamalgosia ptak 09.11.07, 14:56
        Emily Dickinson jest mi zupełnie nieznana, ale chyba czas to zmienić.

        "Nadzieja" jest tym upierzonym
        Stworzeniem na gałązce
        Duszy - co śpiewa melodie
        Bez słów i nie milknące -

        W świście Wichru - brzmi uszom najsłodziej -
        I srogich by trzeba Nawałnic -
        Aby spłoszyć maleńkiego ptaka,
        Co tak wielu zdołał ogrzać i nakarmić -

        Śpiewał mi już na Morzach Obcości -
        W Krainach Chłodu -
        Nie żądając w zamian Okruszka -
        Choć konał z Głodu.
      • mamalgosia Re: Poczucie bezpieczeństwa 09.11.07, 15:07
        otryt napisał:

        Myślę, że pierwsza postawa łączy się
        > z wewnętrznym poczuciem braku bezpieczeństwa. Druga postawa
        > odwrotnie, ci ludzie czują się bezpieczni.

        i ja tak myślę

        Poczucie bezpieczeństwa
        > lub jego brak nabywa się w najwcześniejszym dzieciństwie, razem z
        > mlekiem matki. Najczęściej jest dziedziczne.
        Może. A może potem jeszcze wychowanie. Jak się skumuluje, to
        naprawdę bywa ciężko, żeby to jakoś przeskoczyć


        Trzecia postawa nie
        > jest do końca środkiem pomiędzy dwoma pierwszymi.
        No nie jest, ale chyba nikt nie twierdził, że jest.


        Jest efektem
        > usilnej pracy nad sobą, doświadczeń życiowych i dojrzałej wiary.
        Zapewne u wielu osób tak. Ale znam dziewczynę (idealną pod 99%
        aspektów, pod którymi byś ją rozpatrywał) - ona nie musi pracować
        nad sobą by taką postawę prezentować. Tak więc nie zawsze


        > Dojrzałej wiary, która ufność nie tylko w sobie pokłada, ale także
        w
        > Bogu.
        No wiesz, nie wziąłeś pod uwagę opcji, że można nie pokładać ufności
        w Bogu,ale w sobie tym bardziej niesmile


        Praca nad sobą polega na wypracowywaniu w sobie poczucia
        > bezpieczeństwa, wypadnięcia z tych głębokich kolein uformowanych w
        > dzieciństwie.
        Tak, tak... Często syzyfowa i często jest orką na ugorze. Ale nei
        wolno tracić nadziei - tego ptaka, który w każdej chwili może
        odfrunąć, prawda?


        Bardzo motywuje do tego myśl, aby własnym dzieciom nie
        > przekazywać tego rodzaju dziedzictwa.
        BARDZO!! Trafiłeś nawet nie w 10tkę, a w setkę.
        Nawet abstrahując od tej konkretnej sytuacji - bardzo nie chciałabym
        pewnych moich cech przekazać dzieciom. Bardzo nie chciałabym, żeby w
        ich dorosłym zyciu procentowało to, co procentuje w moim.
        Chyba juz kiedyś rozmawialiśmy na tym forum - co zrobić i jak
        zrobić, by przekazać dzieciom cechy których sami nie mamy i nie
        przekazać cech, które mamy. Z jednej strony jest to bardzo trudne,
        bo jeśli załóżmy umiem i lubię grać na pianinie, to łatwiej byłoby
        mi zaszczepić podobną pasję dzieciom, niż nauczyć ich np. gry na
        harfie, której nawet nigdy nie dotykałam. Ale jednak z drugiej
        strony - znając "owoce" tego co się działo w naszym dzieciństwie,
        jesteśmy bardziej wyczuleni na daną cechę i może jednak bardziej
        pracujemy nad tym słabym punktem? Chyba już samo zauważenie problemu
        jest ważne


        Gdy już się
        > spadło nisko możliwy jest tylko ruch do góry.
        smile, no wiesz, musiałbyś porozmawiać z moim Mężem - on uważa, że
        ZAWSZE może być gorzej.
    • isma Navigare necesse est 12.11.07, 10:18
      Nie bede sie wymadrzac ;-O.

      Dwa wypisy zamiast tego beda, jeden z naszej wieczornej lektury z M.
      a drugi z pewnego poety (jeszcze troche, i przestane sie poznawac w
      lustrze wink)):

      "Niech mi bedzie wolno zrobic jedna uwage - rzekl wowczas Conseil -
      ten biedny Ned ciagle mysli tylko o tym, czego miec nie moze. Dawne
      jego zycie ciagle przychodzi mu do glowy, i zaluje wszystkiego,
      czego musi sobie odmowic. Gniota go dawne wspomnienia i dlatego jest
      smutny. Co on tu ma do roboty? Ani on nie jest taki uczony, jak pan,
      ani nie kocha sie tak jak my w osobliwosciach morza; poswiecilby
      wszystko, aby sie dostac do jakiej knajpy w swoim kraju."




      "Tego jednego przykazania
      Nie rozumiem,
      "Blogoslaw to, co jest, gdyz jest."
      A jednak musze mu dac posluch.
      Czy po to mnie stworzono,
      Zebym sie zgadzal lub nie zgadzal?"
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka