Dodaj do ulubionych

"Zły" Bóg?

02.12.07, 00:33
Wczoraj spotkalam sie z przyjaciółką, ktora mi powiedziala, że nie
umie wierzyć w Boga katolickiego, bo w Satrym Testamnencie ten Bóg
wg Niej ukazywał sie ze złej strony, tzn. np. kazał ojcu wlasne
dziecko zabić itp. brutalne rzeczy są tam opisane. Ona zatem uważa,
że to Zły Bóg, robił okrutne rzeczy i wierzyć w Niego nie chce,
dodaje że jako dziecko na lekcjach religii bardzo przeżywała tą
tematykę. Jak się to ma do Boga, który jest MIŁOŚCIĄ? Jak się ma Bóg
ze Starego Testamentu do Boga z Nowego Testamentu, a przecież to ten
sam Bóg, więc jak Go postrzegać jednoznacznie i jednocześcnie w obu
kontekstach? Jak się ma Stary Testament do Nowego Testamentu? Moja
przyjaciólka kiedyś była bardzo wierzącą osobą, należała do oazy.
Gdy księży o te zagadnienia pytała, Oni Jej mówili, że to Tajemnica
po ludzkiu nie do ogarnięcia, a Jej ta odpowiedź oczywiście nie
satysfakcjonuje, zwlaszcza teraz, gdy przez to straciła wiarę, bo
nie pasuje Jej Bóg ze Starego Testamentu.
Obserwuj wątek
    • twoj_aniol_stroz Re: "Zły" Bóg? 02.12.07, 08:37
      Aby w pełni zrozumieć Boga w ST trzeba dobrze znać kulturę i obyczje
      ludów żyjących w tamtym czasie w Azji Mniejszej. Przede wszystkim
      musimy wiedzieć, że w tamtym czasie w większości plemion był zwyczaj
      zabijania pierworodnego dziecka w ofierze bogom (bo tylko Izraelici
      wierzyli w monoteistycznego Boga, reszta plemion w różne bóstwa). W
      tej opowieści o nakazie zabicia Izaaka najistotniejszy jest Anioł
      Pański, który przychodzi i ZAKAZUJE zabicia syna. Bóg w ten sposób
      tłumaczy, że ofiary z dzieci to nie jest to czego On oczekuje. Jeśli
      już jakaś ofiara musi być składana to musi to być ofiara ze
      zwierzęcia, stąd właśnie baran uwikłany w krzew nieopodal stosu
      ofiarnego. To tłumaczenie znalałam w książce "Anioły" - ale rzecz
      jasna nie pamietam autora sad
      Dopiero Jezus przychodząc na ziemię pokazuje nam czego tak naprawdę
      oczekuje Bóg. Do tej pory wszelkie przesłania Boga były przekazywane
      na zasadzie "głuchego telefonu": Bóg prorokowi, on kapłanom, a oni
      ludowi, oczywiście zinterpretowane przez człowieka, więc dostosowane
      do reguł i obyczajów panujących w owych czasach.
      Jezus to wszystko "wywrócił do góry nogami". Całe jego nauczanie,
      które nam się wydaje oczywiste, wcale takie nie było w owych
      czasach. To, że Jezus siadał do jednego stołu z celnikiem, to, że
      rozmawiał z ladacznicą, dotykał ludzi zarażonych trądem to wszystko
      były sytuacje na które nie pozwoliłby sobie nikt szanujący się w
      ówczesnym Izraelu. Np. sytuacja z ladacznicą: w tamtych czasach
      kazdy kto uważał się za bogobojnego Izraelitę jedyne co mógł zrobić
      to ją ukamienować, bo takie było prawo. Jezus, nie dość, że staje w
      obronie jej, zawstydza tych, którzy z nią przyszli, to jeszcze
      zwraca się do niej bezpośrednio, rozmawia z nią, co byo w owym
      czasie absolutnie niedopuszczalne. I co jej mówi? On ją pyta, więc
      oczekuje odpowiedzi, pozwala jej mówić do siebie, co także było
      niedopuszczalen w tamtym czasie. I mówi jej, że On jej nie potępia.
      To też było czymś nowym.
      Jezus przyszedł do nas , żeby pokazać, że Bóg jest samą miłością, że
      nie jest okrutny, że kocha nas największą miłością, której w sumie
      my nawet nie umiemy sobie wyobrazić. Bardzo często ST nie jest
      zrozumiały właśnie dlatego, że my patrzymy na niego przez pryzmat
      naszej kultury, humanitaryzmu i rozwoju duchowego, który miał
      miejsce przez te 2000 lat. Podobnie Średniowiecze, tez nam się
      wydaje wyjątkowo okrutne, podczas gdy dla ludzi żyjacych w tamtym
      czasie wcale takie nie było.
    • mamalgosia Re: "Zły" Bóg? 02.12.07, 11:45
      Aniu,
      Dobrze pisze anioł stróż powyżej.
      Ale myślę, że problem jest bardzo rozpowszechniony, wielu ludzi
      boryka się z tekstami starotestamentalnymi. Bóg "czyni
      zatwardziałym serce faraona" po to by wybić pierworodnych w
      Egipcie...
      To naprawdę trudne strony. Trzeba rzeczywiście rozpatrzyć kontekst,
      trzeba znać semityzmy. Ale taki przeciętny człowiek nie robi tego
      wszystkiego i trudno się temu dziwić. Więc on idzie do kościoła i
      tam słyszy coś takiego. Homilia mogłąby spełniać rolę tłumaczenia
      tych tekstów - ale często nie spełnia (bo czyta się kolejny list
      pasterski), albo po prostu ta osoba nie bywa w kościele, tylko czyta
      sobie Pismo Święte sama w domu.


      Obojętny machnie ręką. Wrażliwy się przestraszy. Ciekawy zacznie
      pytać.
      Mnie się wydaje, że jeżeli ktoś się czuje kochany przez Boga, to dla
      niego ST nie będzie stanowił problemu. Jeśli ktoś czuje i wie, że
      Bóg JEST miłością. Tak myślę.
      Tylko jak to zrobić, by ten ktoś to wiedział i czuł, jeśli nie wie i
      nie czuje? Albo: wie, ale nie czuje? (a może ani nie wie, ani nie
      czuje, tylko ma nadzieję?).Tłumaczenie tych tekstów oczywiście nie
      zaszkodzi. Ale jeśli wytłumaczysz Abrahama, faraona, to jutro ten
      ktoś przyjdzie i powie: "a dlaczego w Psalmach są takie straszne
      złorzeczenia dla wrogów, wytrać ich, niech sępy piją ich krew"... i
      tak w kółko. Czyli albo dogłębne studia egzegetyczne, albo wiara.
      Przyjęcie na wiarę jednej z dwóch opcji: Bóg jest dobry lub: Bóg
      dobry nie jest.

      Dla mnie osobiście teksty te nie stanowią przeszkody do wiary w
      miłość Boga do ludzi. Cóż: mam inne...

      Głupio napisałam, nic nie wnosząćsad Ale temat mi bliski - choć
      trochę obok
      • twoj_aniol_stroz Re: "Zły" Bóg? 02.12.07, 14:15
        Mam wrażenie, że temat bliski kazdemu, kto choć trochę próbuje
        zrozumieć co się do niego mówi w trakcie Mszy Św, czy w trakcie
        jakiegokolwiek spotkania z Pismem Św. Cały problem polega na tym, że
        wielu księży też się z nim boryka, też nie wie jak wytłumaczyć i
        wtedy zrzucają winę na tajemnicę. Zamiast powiedzieć wprost: "Wiesz,
        sam się z tym borykam, tez tego nie rozumiem,ale postaram się
        znaleźć odpowiedź i jak tylko coś mi się rozjaśni to Ci wytłumaczę"
        To w sumie jest pole do popisu także dla danej osoby, niech poszuka,
        niech poczyta, może to ona znajdzie i temu księdzu wyłoży. Ja ten
        tekst o Izaaku znalazłam zupełnie przez przypadek, bo akurat
        dogłębnie wczytuję się we wszystko co się tyczy Aniołów. Tak jakoś
        mnie to teraz zainteresowało i właśnie w książce o Aniołach było
        wyjaśnienie akurat tego fragmentu. Książkę napisał teolog stąd moja
        ufność, że wiedział co mówi smile)))
        A co do borykania się z różnymi fragmentami Pisma Św. to dla mnie
        taki trudny tekst stanowi Księga Hioba. Teraz też już sporo
        zrozumiałam, ale gdzieś tam w środku mnie to gniecie smile), znaczy się
        jeszcze sporo przede mną.
        Nowy Testament też nie zawsze i wszędzie jest łatwy do zrozumienia,
        choć z pewnością nie jest aż tak trudny jak Stary. Mam wrażenie, że
        jest nam trochę bliższy kulturowo (z mocnym naciskiem na "trochę").
        Kasia
    • ankapok Re: "Zły" Bóg? 03.12.07, 01:23
      dzieki za odpowiedzi!
      dla mnie jakos Ksiega Hioba jest do zaakceptowania bez problemow-
      szkola wiary i ufnosci,priorytetow,ale to b trudna szkola
      oczywiscie...
      mam podobne poglady, jak wy, w ten sposob tez to przyjaciolce
      naswietlalam, ale ona mowi, ze skad wiadomo,ze to Bóg kazal zabic
      ojcu syna, a nie np. diabel? takich przypowiesci okrutnych w Starym
      Testamencie ona ma wiecej na mysli i to zle sie konczacych. to, ze
      tak bylo w dawnych czasach i ludzie mieli wtedy inna mentalnosc itd.
      do przyjkaciolki nie przemawia, bo ona mowi, ze przeciez milosc
      rodzicielska do dziecka byla na pewno taka sama,jak obecnie,a
      przeciez szokiem teraz byloby, gdyby Bóg kazal komus wlasne dziecko
      zabic. jak to widzicie?
      • mama_kasia Re: "Zły" Bóg? 03.12.07, 07:34
        Watków o Abrahamie i Izaaku trochę tu było.
        Może zerknij sobie
        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=16182&w=21165411&a=21179581
        I pisz, jakby coś było niejasne. Porozmawiamy smile
        • ankapok Re: "Zły" Bóg? 04.12.07, 01:10
          dzieki! przekaze linki do tych dyskusji przyjaciolce i moze ona cos
          bedzie chciala dodac-mi trudno sie wypowiadac w jej imieniu.
    • mader1 Re: "Zły" Bóg? 04.12.07, 10:12
      nie wiem. Tłumaczę sobie poszczególne te fragmenty Biblii, które
      mnie niepokoją . Czytam o nich. Czasem nie rozumiem. Ale jakos,
      właśnie przyszło mi do głowy, że nie potrafię uważać Boga za "
      złego". Wychowującego raczej, dającego Znaki... " zły" nie
      pomyslałam o Nim nigdy.
    • ankapok slowa przyjaciolki: 05.12.07, 00:51
      wstawie tu fragment maila,ktorego przyjacioka mi napisala,bo ja nie
      umiem przekazywac posrednio tego tematu:
      "> No właśnie - problem w tym, że niektóre rzeczy, które są dla
      Kościoła
      > "odpowiednie" mnie odstręczają.
      > (Rdz 19,5-8)
      > (Rdz19,31-36)
      > (Rdz 19,22-29)
      > (Joz 6,21)
      > (Wj 34,13-17)
      >
      > Chodzi o to, że o tych fragmentach z Księgi Rodzaju jakoś jest
      cicho...
      > Pozostałe z nich (czyli akceptowanie ludobójstwa i brak szacunku
      do ludzi
      >
      > innych kultur i religii) jest tłumaczone w sposób którego nie
      rozumiem.
      > Jeżeli w kimś siedzi mocno wiara i ufność nie będzie się czepiał
      takich
      > "szczegółów" bo wystarczy mu to, co religia mu daje. Jeżeli daje
      mu dobro,
      >
      > to po co szukać dziury w całym? Dla mnie jest inaczej - to chyba
      kwestia
      > konstrukcji psychicznej albo nie wiem czego - jestem krytyczna
      wobec
      > takich
      > "prawd" - albo jestem gorąca (próbowałam, jak wiesz) albo zimna.
      Wybieram
      > to
      > drugie i nie jest mi z tym gorzej, tak jestem wobec siebie uczciwa.
      > Postępowanie Boga i ludzi w starym testamencie jest dla mnie
      NIEMORALNE.
      > Kościół akceptując te historie kala się tą niemoralnością (czego
      przykłady
      >
      > pokazał w swej historii)."
      prosze,odniescie sie do podanych przez moja przyjaciolke fragmentow
      Biblii i pozostalych Jej slow.pozdrawiam!
      • ankapok Re: slowa przyjaciolki: 05.12.07, 22:51
        napiszcie cos o tych fragmntach z Biblii,co myslicie?
      • otryt Historia Lota i jego córek 06.12.07, 11:01
        ankapok napisała:

        >No właśnie - problem w tym, że niektóre rzeczy, które są dla
        >Kościoła "odpowiednie" mnie odstręczają.
        >cryingRdz 19,5-8)
        >cryingRdz19,31-36)
        >cryingRdz 19,22-29)
        >cryingJoz 6,21)
        >cryingWj 34,13-17)


        5 wywołali Lota i rzekli do niego: «Gdzie tu są ci ludzie, którzy
        przyszli do ciebie tego wieczoru? Wyprowadź ich do nas, abyśmy mogli
        z nimi poswawolić!» 6 Lot, który wyszedł do nich do wejścia,
        zaryglowawszy za sobą drzwi, 7 rzekł im: «Bracia moi, proszę was,
        nie dopuszczajcie się tego występku!2 8 Mam dwie córki, które
        jeszcze nie żyły z mężczyzną, pozwólcie, że je wyprowadzę do was;
        postąpicie z nimi, jak się wam podoba, bylebyście tym ludziom
        niczego nie czynili, bo przecież są oni pod moim dachem!»3 9 Ale oni
        krzyknęli: «Odejdź precz!» I mówili: «Sam jest tu przybyszem i śmie
        nami rządzić! Jeszcze gorzej z tobą możemy postąpić niż z nimi!» I
        rzucili się gwałtownie na tego męża, na Lota, inni zaś przybliżyli
        się, aby wyważyć drzwi.



        *****


        31 rzekła starsza do młodszej: «Ojciec nasz wprawdzie już stary, ale
        nie ma w tej okolicy mężczyzny, który by przyszedł do nas na sposób
        wszystkim właściwy. 32 Chodź więc, upoimy ojca naszego winem i
        położymy się z nim, a tak będziemy miały potomstwo z ojca naszego».
        33 Upoiły więc swego ojca winem tej samej nocy; wtedy starsza poszła
        i położyła się przy ojcu swoim, on zaś nawet nie wiedział ani kiedy
        się kładła, ani kiedy wstała.
        34 Nazajutrz rzekła starsza do młodszej: «Oto ostatniej nocy ja
        spałam z ojcem; upójmy go winem także tej nocy i idź ty, i śpij z
        nim, abyśmy obie miały potomstwo z ojca naszego». 35 Upoiły więc i
        tej nocy ojca swego winem i poszła młodsza i położyła się przy nim;
        a on nawet nie wiedział, kiedy się kładła i kiedy wstała. 36 I tak
        obie córki Lota stały się brzemienne za sprawą swego ojca.


        ******


        Aniu, na początek dwa pierwsze fragmenty z Księgi Rodzaju. Pokaż, w
        którym miejscu w tych dwóch fragmentach widzisz okrucieństwo Boga?
        Dla mnie te fragmenty mówią raczej, jaki jest człowiek. Pokazano
        całą plejadę postaw ludzkich. W pierwszym fragmencie tłum wyjątkowo
        agresywnych homoseksualistów taranuje drzwi domu Lota, aby zgwałcić
        jego Gości. Lot broni się jak tylko potrafi. Nie wiem, czy ze
        strachu, czy ze źle pojętej gościnności Lot nawet córki swoje był
        gotów poświęcić, aby uratować gości. Ten grzech czy błąd Lota
        będzie miał swoje konsekwencje: kazirodcze stosunki Lota ze swoimi
        córkami. Osobiście uważam, że każdy grzech ma jakieś konsekwencje.
        (Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie) Przynajmniej w Starym Testamencie.
        Zbawiciel miał się narodzić później. Nawet prorocy, którzy będą to
        przepowiadać jeszcze się nie narodzili. To początek historii
        człowieka. Ludzie jak małe dzieci były uczone, że każde ich
        postępowanie niesie jakieś następstwa. Przyczyna – skutek, akcja –
        reakcja. Żyjąc w stepie czy na pustyni każdy najmniejszy błąd
        kończył się śmiercią. Tak się kończyło zazwyczaj każde
        nieposłuszeństwo, łamanie zasad, które były przekazywane z pokolenia
        na pokolenie. Nie to co mamy dzisiaj, więc nie możemy przykładać tej
        samej miary. Te córki miały już zięciów, lecz nie chcieli oni
        uciekać z Sodomy, dobrze im tam było, uważali, że aniołowie sobie
        żartują, że miasto spotka zagłada. Nie posłuchali, nie uwierzyli.
        Podobnie jak współcześni Noego, podobnie jak nam współcześni nie
        wierzą Bogu. Lata spędzone w Sodomie mogły mieć wpływ na ich
        późniejsze poglądy i morale. Żyjąc na odludziu zapragnęły mężczyzny,
        a tylko ojciec był pod ręką. Dzieci zrodzone ze związku kazirodczego
        były skażone grzechem, dziś powiedzielibyśmy z wadą genetyczną. Dały
        początek Moabitom i Amnonitom – ludom, z którymi walczył Izrael.
        Ludom, które odsunęły się od Boga. Ten pierwszy fragment przypomina
        mi współczesny świat, gdzie agresywna grupa wsadza do więzień
        pastora, który czyta ten urywek Pisma na ambonie a właściciela
        restauracji za prośbę skierowaną do swoich gości tej samej płci, aby
        nie migdalili się przy stoliku i nie wystraszali mu gości, zmieniają
        odwieczną definicję małżeństwa. Myślę, ze na Sodomę i Gomorę albo na
        potop trzeba patrzeć, jak na operację chirurgiczną. Chirurg wycina
        zaatakowaną przez chorobę nerkę, płuco, nogę aby przerzuty nie
        przeszły na cały organizm. Nikt nie powie, że taki chirurg jest
        okrutny, choć operacja naprawdę jest bardzo bolesna. Ten pierwszy
        fragment jest zdecydowanym stwierdzeniem, że praktyki homoseksualne
        są wielkim występkiem. Do niego odwołują się w wielu innych
        miejscach Pisma Świętego.
        • ankapok Re: Historia Lota i jego córek 06.12.07, 23:56
          dzieki wielkie!
          prosze,napisz o kolejnych przywolanych tu fragmentach Biblii?
          • otryt Re: Historia Lota i jego córek 07.12.07, 01:04
            Do innych fragmentów musiałbym się bardziej przygotować. Polecam
            książkę Tadeusza Żychiewicza "Stare Przymierze". Moje wydanie
            pochodzi z 1986 roku (około). Nie wiem czy później też wydawali tę
            książkę. Ponad 700 stron, czyta się z zapartym tchem. Najbardziej
            lubię Stary Testament spośród wszystkich ksiąg Pisma. Czytając ST
            widzę ogromną miłość Boga do ludzi i ogromną mądrość Boga, który się
            tą mądrością dzieli z ludźmi. Nieraz wpadałem w zachwyt. ST to
            historia Izraela, ale może być również rozumiana jako historia
            ludzkości, albo historia naszej wiary od momentu zejścia z drzewa.
            Bóg objawia się Abrahamowi i od tego momentu rozpoczyna się
            cywilizowanie dzikiego plemienia, które żyło gdzieś w stepie czy na
            pustyni. Wyobraź sobie, jak żyją takie plemiona. Nie sposób tego
            porównywać do naszego życia, przykładać do naszych standardów
            humanistycznych. Oni uczą się wszystkiego od początku. Współczesne
            im plemiona koczownicze robią straszne rzeczy: składają swoje dzieci
            w ofierze pogańskim bóstwom, uprawiają prostytucję sakralną,
            współżyją z owieczkami i bez przerwy krwawo walczą z innymi
            plemionami. Walczą po prostu o przeżycie, bo żywności mało, teren
            nieprzyjazny. To jest na porzadku dziennym. Pan Bóg wyprowadza
            Izrael z takiego świata. Pokazuje im krok po kroku nowe, inne
            sposoby na życie. Lud jak to lud, przywiązany jest do starych
            przyzwyczajeń, z dużymi oporami wchodzi nowe. Gdy lud sprzeniewierza
            się boskim poleceniom, popada w niewolę, zostaje podbijany i
            gnębniony przez swoich wrogów. Gdy jest posłuszny Bogu, zyskuje
            przewagę i zwycięża swoich wrogów. I tak w kółko przez całą
            historię. Nie powinniśmy się gorszyć tymi historiami. To jest po
            prostu także opowieść o człowieku, jaki może być, jakie są jego
            największe słabości. Już pierwsze księgi pokazują najczęstsze
            grzechy ludzkie, które mamy po dziś dzień: zbrodnia, zawiść, pycha,
            kłamstwo, strach...i nieposłuszeństwo Bogu.
        • paszczakowna1 Re: Historia Lota i jego córek 06.12.07, 23:56
          > Ten pierwszy
          > fragment jest zdecydowanym stwierdzeniem, że praktyki homoseksualne
          > są wielkim występkiem.

          A ja się właśnie nad tym zastanawiam. Czy to faktycznie jest potępienie
          homoseksualizmu jako takiego? Czy raczej gwałtu i złamania prawa gościności? Czy
          faktycznie cokolwiek w tej historii by się zmieniło, gdyby wysłańcy Boga
          przybrali postać kobiet, i chciano ich zgwałcić jako kobiety?

          Ale też nie rozumiem, co akurat tu jest tak bulwersującego. Ani Lot (moim
          zdaniem), ani jego córki (to na pewno), nie są w tych historiach ukazani jako
          wzór do naśladowania.

          > gotów poświęcić, aby uratować gości. Ten grzech czy błąd Lota
          > będzie miał swoje konsekwencje: kazirodcze stosunki Lota ze swoimi
          > córkami. Osobiście uważam, że każdy grzech ma jakieś konsekwencje.
          > (Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie) Przynajmniej w Starym Testamencie.

          A ta interpretacja mi się bardzo podoba. Chyba masz rację: Lot potraktował córki
          przedmiotowo, one odpłaciły mu tym samym.
          • otryt Re: Historia Lota i jego córek 07.12.07, 01:07
            paszczakowna1 napisała:

            >Lot potraktował córki przedmiotowo, one odpłaciły mu tym samym.

            Pięknie nadałaś mojej intuicji konkret. Pozdrawiamsmile

          • gintaras2 Re: Historia Lota i jego córek 07.12.07, 14:46
            paszczakowna1 napisała:


            > A ja się właśnie nad tym zastanawiam. Czy to faktycznie jest potępienie
            > homoseksualizmu jako takiego? Czy raczej gwałtu i złamania prawa gościności? Cz
            > y
            > faktycznie cokolwiek w tej historii by się zmieniło, gdyby wysłańcy Boga
            > przybrali postać kobiet, i chciano ich zgwałcić jako kobiety?

            Chciałabym się dołączyć do waszej dyskusji w tym miejscu. Zgadzam się. Nie
            byłoby różnicy, bo Pan potępia każdy gwałt.

            Ale co do homoseksualizmu, to jest taki fragment w liście do Rzyman, z którego
            wynika, że to Bóg pokarał ludzi homoseksualizmem. Chciałbym żebyście napisały co
            o tym myślicie.
            Rz 1:18-28 "Albowiem gniew Boży z nieba objawia się przeciwko wszelkiej
            bezbożności i nieprawości ludzi, którzy przez nieprawość tłumią prawdę. Ponieważ
            to, co o Bogu wiedzieć można, jest dla nich jawne, Gdyż Bóg im to objawił. Bo
            niewidzialna jego istota, to jest wiekuista jego moc i bóstwo, mogą być od
            stworzenia świata oglądane w dziełach i poznane umysłem, tak iż nic nie mają na
            swoją obronę,
            dlatego że poznawszy Boga, nie uwielbili go jako Boga i nie złożyli mu
            dziękczynienia, lecz znikczemnieli w myślach swoich, a ich nierozumne serce
            pogrążyło się w ciemności.Mienili się mądrymi, a stali się głupi.I zamienili
            chwałę nieśmiertelnego Boga na obrazy przedstawiające śmiertelnego człowieka, a
            nawet ptaki, czworonożne zwierzęta i płazy, dlatego też wydał ich Bóg na łup
            pożądliwości ich serc ku nieczystości, aby bezcześcili ciała swoje między
            sobą,ponieważ zamienili Boga prawdziwego na fałszywego i oddawali cześć, i
            służyli stworzeniu zamiast Stwórcy, który jest błogosławiony na wieki.
            Amen.Dlatego wydał ich Bóg na łup sromotnych namiętności; kobiety ich bowiem
            zamieniły przyrodzone obcowanie na obcowanie przeciwne naturze. Podobnie też
            mężczyźni zaniechali przyrodzonego obcowania z kobietą, zapałali jedni ku drugim
            żądzą, mężczyźni z mężczyznami popełniając sromotę i ponosząc na sobie samych
            należną za ich zboczenie karę.A ponieważ nie uważali za wskazane uznać Boga,
            przeto wydał ich Bóg na pastwę niecnych zmysłów, aby czynili to, co nie przystoi."

            Jest to dla mnie jeden z najbardziej znaczących fragmentów, na potwierdzenie
            niezmienności Bożej natury w Starym i w Nowym Testamencie. Uważam, że Bóg w
            Starym Testamencie był tak samo kochający jak w Nowym. Jest napisane, że przed
            ofiarą Jezusa, Bóg "puszczał płazem czasy niewiedzy".



    • otryt Re: "Zły" Bóg? 07.12.07, 01:33
      >Wczoraj spotkalam sie z przyjaciółką, ktora mi powiedziala, że nie
      >umie wierzyć w Boga katolickiego, bo w Starym Testamnencie ten Bóg
      >wg Niej ukazywał sie ze złej strony,

      Warto sprostować pewne niezrozumienie przyjaciółki. Bóg w ST jest
      przede wszystkim Bogiem Izraela, Bogiem judaizmu. Żydzi to nasi
      starsi bracia w wierze. Całe chrześcijaństwo, a więc nie tylko
      katolicy, lecz również protestanci i prawosławie mają swoje korzenie
      w ST. Potem był Nowy Testament, dzieje Apostolskie i historia oraz
      tradycje poszczególnych kościołów chrześcijańskich. Judaizm poszedł
      w inną stronę, poszczególne religie chrześcijańskie też w inną, lecz
      tradycja ST jest wspólna.
    • otryt Dlaczego nie należy przeciwstawiać sobie ST i NT? 07.12.07, 09:01
      Kiedyś pisałem o ST, dlaczego nie należy przeciwstawiać sobie ST i
      NT, co bardzo często się robi, mówiąc że ST jest be, a NT jest cacy.
      One się wzajemnie uzupełniają, stanowią jedną całość, kontynuację.

      Tylko pierwszy akapit jest o ST. Kolejne akapity są w głosem w
      bardzo trudnej i burzliwej dyskusji o biciu dzieci.


      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=16182&w=42178691&a=42299475
      • gintaras2 Re: Dlaczego nie należy przeciwstawiać sobie ST i 07.12.07, 14:48
        Ten sam temat, poruszamy na forum "chrześcijaństwo", zapraszam do przeczytania i
        dyskusji.

        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=29729&w=72936665
    • ankapok Re: "Zły" Bóg? 08.12.07, 01:46
      dzieki za wselkie refleksje!
      • twoj_aniol_stroz Re: "Zły" Bóg? 08.12.07, 14:44
        Wiesz, tak cały czas rozmyślam nad tą dziewczyną i jakoś coraz
        jaśniej krystalizuje mi się jedna bardzo ważna myśl. Próba
        zrozumienia Boga, jego działań wszelkich, rozłożenie tego na
        czynniki pierwsze i ocena, czy postępuje dobrze czy źle jest dla
        mnie brakiem pokory. Oczywiście, że nie wolno nam podchodzić do Boga
        na zasadzie "nie poczytam, nie poszukam, wszystko mi jedno, czy
        rozumiem, czy nie", ale drugą skrajnością jest postawa właśnie tej
        dziewczyny: "póki nie zrozumiem wszystkiego, będę stała z daleka,
        jak widz w ostatnim rzędzie" A gdzie jest miejsce na pokorę, na
        przyjęcie do wiadomości, że ja po prostu widocznie nie muszę tego
        rozumieć, jestem zbyt mała, słaba żeby rozumieć. A gdzie jest
        miejsce na pokorną prośbę o dar zrozumienia, o łaskę wyjaśnienia
        problemów. Wiara na tym, między innymi, polega, że pomiędzy moją
        ufną prośbą do Boga, a Jego odpowiedzią jest czas na moje trwanie w
        ufności i wierze, że otrzymam odpowiedź wtedy, gdy Bóg uzna, że
        jestem na nią gotowa i ani minuty wcześniej. Pamiętam jak bardzo
        chciałam wytłumaczyć mojemu mężowi wartość spowiedzi, ale zwyczajnie
        nie umiałam, to co mówiłam było takie słabe, takie zwykłe.
        Jednocześnie codziennie w modlitwie mówiłam: "Jezu, przykro mi
        bardzo, ale wybrałeś sobie bardzo głupią owieczkę, więc skoro taki
        jest Twój wybór, to bardzo proszę pomóż mi to wytłumaczyć, sama nie
        umiem, bez Twojej pomocy nie dam rady". Czekałam kilka tygodni, aż
        kiedyś budzę się rano i po prostu wiem, nagle znam odpowiedź smile)) To
        jest tak piękne uczucie, taka radość wewnętrzna.
        Myślę, że u tej dziewczyny problem tkwi w jej patrzeniu na samą
        siebie, na swoją wiedzę, w jej krytycznym spojrzeniu na drugiego
        człowieka i na Boga. Czasem to co widzimy nie jest takie w istocie
        rzeczy, jest zupełnie czymś innym, ale my tego nie wiemy. Oceniamy
        to co widzimy, rozumiemy, wiemy i wnioski mogą być bardzo błędne. To
        właśnie pokora pozwala nam powiedzieć: "Ok, nie rozumiem, ale
        wierzę, że jeśli będziesz chciał, to pozwolisz mi zrozumieć" Na tym
        polega moje poddanie się woli Boga, nie mnie o tym decydować, kiedy
        i co mi zostanie wyjaśnione.
        W sumie w całej Biblii jest bardzo dużo miejsc trudnych,
        niezrozumiałych, ale jeśłi nad czymś długo rozmyślamy, szukamy
        interpretacji, pogłębiamy wiedzę, to w końcu to coś rozpracujemy i
        zrozumiemy. No chyba, że podchodzę do problemu na zasadzie: "Nie
        rozumiem, nie umiem, więc do widzenia, zabieram swoje zabawki i idę
        do innej piaskownicy" To o wiele łatwiej zrobić, ale w sumie, kto
        powiedział, że ma być nam łatwo smile))
        Kasia
    • ankapok Re: "Zły" Bóg? 08.12.07, 22:24
      dzieki za wypowiedzi!

      by lepiej sprawe naswietlic,przytocze tu maila od mojej przyjaciolki
      i co wy ba to:
      "może gdybym chciała, żeby
      przemawiało do mnie to całe tłumaczenie tła historyczno-mentalnego,
      mówiąc

      najzwięźlej to dawno już temat nie byłby dla mnie żadną
      przeszkodą... Nic

      nowego ale dla mnie zło zawsze jest złem, niezależnie od kontekstu
      kulturowego (to chyba nic złego? wink Relatywizm moralny jest przecież
      tępiony... )
      Po przeczytaniu wątku potwierdziłam tylko swój pogląd, że człowiek
      wierzący
      zawsze sobie jakoś wytłumaczy coś co dla niewierzącego stanowi
      barierę,
      której na dodatek nie czuje potrzeby przekraczać.
      Poza tym to też nie jest takie proste, że jest to jedyna rzecz,
      która mnie

      od wiary oddala. Nawet nie wiem czy potrafiłabym to wyjaśnić.
      Dla mnie poza tym wątpliwa jest autentyczność tych tekstów,
      przekazywanych

      ustnie, na pewno modyfikowanych po wielekroć. To samo tyczy się
      również
      Nowego Testamentu...

      Czytałam przepiękną książkę Erica-Emmanuela Schmitta "Ewangelia
      według
      Piłata". Pierwsza część to wspomnienia Jezusa od dzieciństwa aż do
      ostatniego dnia życia - widać człowieka z krwi i kości, który
      nawiązał
      niemal namacalny duchowy kontakt z Bogiem, tak iż uznał sam siebie
      za jego

      syna.
      Druga część, to listy Piłata do brata, w których opisuje swoje
      zmagania z

      zagadką zniknięcia ciała, motywuje też dlaczego skazał Jezusa.
      Książka
      jest
      napisana w taki sposób, że wszystko psychologicznie według mnie
      trzyma się

      kupy i nic nie dziwi od tej strony.

      Jezus do końca nie miał pewności, że jest Synem Bożym. To była jego
      wiara.

      Wiara tak silna, że był w stanie sprzeciwiać się prawu
      starotestamentalnemu
      oraz tradycji i odziaływać na ludzi. Nie wie dlaczego potrafi
      uzdrawiać
      lub
      wskrzeszać. Wkurza go, że niektórzy ludzie traktują go jako
      uzdrowiciela a

      nie słuchają co ma do powiedzenia o Bogu i jego miłości.
      W listach Piłata pokazane jest ileś okoliczności umożliwiających
      zaginięcie
      ciała, żadna jednak się nie potwierdza. Ciało na koniec odnalezione
      nie
      zostaje. I z tym zostaje czytelnik.
      Jeśli jest wierzący powie - no pewnie, że nie znaleźli skoro Jezus
      zmartwychwstał!
      Jeśli nie jest, stwierdzi, że tyle było możliwości zaginięcia, że
      wszystko

      jest palcem na wodzie pisane, a analizy archeologiczne i
      językoznawcze
      sceptycznych badaczy podważają autentyczność ewangelii jako dziejów
      spisanych "na gorąco". Tak więc stwierdzi (jak ja) - ok był taki
      gość,
      miał
      z Bogiem dobry kontakt i ogólnie był niezwykły ale niby dlaczego
      miałby
      być
      wcielonym Bogiem który zmartwychwstaje? (człowiek wierzący ma na to
      odpowiedź gotową i pytania nie ma)

      W takiego Jezusa, jaki się z tej książki wyłania chcę wierzyć i nie
      ma dla

      mnie wówczas znaczenia, czy Piłat nie znalazł ciała bo powstało z
      martwych

      czy dlatego, że nie wszystkie możliwe tropy uwzględnił w
      poszukiwaniach a

      tak na prawdę Jezus-człowiek (syn Boga jak każdy z nas ale nic ponad
      to)
      zwyczajnie zmarł a jego ciało uległo rozkładowi i dotąd materia z
      jego
      "szczątków doczesnych" krąży po świecie i nią oddychami lub
      spożywamy jego

      ciało. Całkiem dosłownie!
      Chciałabym, żeby Eric-Emmanuel Schmitt miał rację co do charakteru
      Jezusa,

      chciałabym, żeby możliwe było takie doświadczanie Boga, jakiego
      doświadczał
      bohater tej książki (poza religią, tak jak on). Ot i wszystko, dla
      mnie
      reszta jest zbędna.
      Liczy się jeszcze moralność, ale aby być człowiekiem głęboko moralnym
      według
      mnie religia nie jest potrzebna - znam przykłady takich ludzi, mam
      na kim

      się wzorować wink
      (dla katolików z tego co się dotąd zoriętowałam to bluźnierstwo lub
      coś w

      tym rodzaju)
      Dla mnie niesamowitym heroizmem jest prawe życie bez wizji
      jakiejkolwiek
      nagrody po śmierci - to jest ŚWIĘTOŚĆ. "
      • mader1 Re: "Zły" Bóg? 09.12.07, 00:22
        o... jaki światły i pouczjący tekst.
        w sam raz dla chrześcijan tuż przed Bożym Narodzeniem sad
        Tak, nie raz rozmawialiśmy o tym, że dla niewierzącego wszystko
        będzie potwierdzeniem dla Jego niewiary, wierzący zaś będzie widział
        Boga wokół siebie...

        Nic
        >
        > nowego ale dla mnie zło zawsze jest złem, niezależnie od kontekstu
        > kulturowego (to chyba nic złego? wink Relatywizm moralny jest
        przecież
        > tępiony... )

        +

        > Dla mnie niesamowitym heroizmem jest prawe życie bez wizji
        > jakiejkolwiek
        > nagrody po śmierci - to jest ŚWIĘTOŚĆ. "

        Pogratuluj swojej Przyjaciółce osiągnięcia wyższego stopnia rozwoju
        w stosunku wierzących. Jestem pełna podziwu.
        Myślę, że dalsze Jej przemyślenia bardziej nadają się na forum
        chrześcijaństwo.
        Na tym forum możemy wprawdzie odpowiedzieć na niektóre pytania,
        natomiast zastrzegliśmy sobie, że nie będziemy się tłumaczyli ,
        dlaczego wierzymy smile
        • maika7 Re: "Zły" Bóg? 09.12.07, 11:03
          > Pogratuluj swojej Przyjaciółce osiągnięcia wyższego stopnia rozwoju
          > w stosunku wierzących. Jestem pełna podziwu.

          Odczytałas aż tak te słowa? Mysl o tym, ze wierzącym w pewnym sensie łatwiej
          jest byc moralnym, bo mają "busolę", wyznacznik, idealny pukt odniesienia,
          pojawiała się i w głowach wierzących (na tym forum).


          M.
          • isma Punkt odniesienia 09.12.07, 12:11
            No, ale to zalezy, co sie rozumie przez ten "punkt odniesienia".
            Jesli masz na mysli to, ze wierzacy maja w pewien sposob
            skodyfikowane normy moralne, a ateista musi je na nowo sobie
            sformulowac, to zgoda - jakkolwiek, mysle, w naszej kulturze
            ateista tez zaczyna od Dekalogu wink)). No i, jak kazda norma, takze
            i norma katolicka podlega akualizacjom i interpretcjom - po to jest
            sumienie. To nie tak, ze sie ja aplikuje wprost, i po krzyku.

            Natomiast tu jest chyba inny problem - to nawet nie idzie o tresc
            norm, tylko o powod podporzadkowania sie im. Ja w tym liscie czytam
            sugestie, ze wierzacym latwiej, bo maja obiecanego lizaka po
            smierci. A to jest nieporozumienie dosyc fundamentalne (przy czym,
            ja nie twierdze, ze nie ma wierzacych, ktorzy istotnie sie tym
            obiecanym lizakiem kieruja), i takie... yyy, no, krzywdzace.

            Z Laski jestesmy zbawieni. Nie mozemy sobie "zasluzyc" na tego
            lizaka.
            • maika7 Re: Punkt odniesienia 09.12.07, 12:24
              > No, ale to zalezy, co sie rozumie przez ten "punkt odniesienia".
              > Jesli masz na mysli to, ze wierzacy maja w pewien sposob
              > skodyfikowane normy moralne, a ateista musi je na nowo sobie
              > sformulowac, to zgoda - jakkolwiek, mysle, w naszej kulturze
              > ateista tez zaczyna od Dekalogu wink)). No i, jak kazda norma, takze
              > i norma katolicka podlega akualizacjom i interpretcjom - po to jest
              > sumienie. To nie tak, ze sie ja aplikuje wprost, i po krzyku.

              Akurat ja nie identyfikuje się z tym poglądem (że wierzący maja lepiej, bo..")
              smile) Chociaz bywa dośc popularny.
              Mi blizszy jest pogląd, ze wszyscy mamy podobną "matryce moralności" i jej
              źródła są bardziej przyziemne - ale o moich poglądach chyba w tym wątku nie
              będziemy rozmawiać smile) Od Dekalogu (w dużej cześci) zaczynamy wszyscy (ludzie
              na Ziemi) - jest bardzo uniwersalny.

              A lizaki? No to juz indywidualne podejście do własnego życia i wiary. Różnie
              ludzie wierzą.

              W przypadku koleżanki, o której tu rozmawiamy nie rozumiem jednej rzeczy - albo
              sie wierzy w Boga (i wtedy niezależnie od tego jaki jest), albo tez nie. Trudno
              mi pojąc problem, "nie wierzę, bo jest np. nieuprzejmy". Nie jestem więc pewna,
              czy w ogóle rozumiemy sedno sprawy. Bez zainteresowanej koleżanki trudno będzie
              dociec.

              smile
              M.
            • mader1 Re: Punkt odniesienia 09.12.07, 12:27
              Maiko,

              w kościele byłam, to do razu nie mogłam odpowiedzieć smile
              Ale Isma odpowiedziała

              > Natomiast tu jest chyba inny problem - to nawet nie idzie o tresc
              > norm, tylko o powod podporzadkowania sie im. Ja w tym liscie
              czytam
              > sugestie, ze wierzacym latwiej, bo maja obiecanego lizaka po
              > smierci. A to jest nieporozumienie dosyc fundamentalne (przy czym,
              > ja nie twierdze, ze nie ma wierzacych, ktorzy istotnie sie tym
              > obiecanym lizakiem kieruja), i takie... yyy, no, krzywdzace.

              No tak to też odebrałam. Może to mój błąd, ale dopatrzyłam się w tym
              liście pewnej nutki wyższości, dumy z powodu uwolnienia się od
              pewnych więzi...
              Oczywiście nie wiem, co pisze do Niej Ankapok, bo czasem ton listu
              wynika w pewnego tonu polemiki.
              Obiecaliśmy sobie, ze na tym forum nie bedziemy się tłumaczyli ze
              swojej wiary. ani niko nawracali ( choć czasemw tej mierze zdarzają
              się grzechy tongue_out)
              Na pytania czy wątpliwości przyjaciółka Ankapok dostała dosyć
              wyważaonei spokojne odpowiedzi...
              Co do teorii psychologicznych dotyczących Jezusa, Boga,
              wierzących... jest ich mnóstwo.. i co ?
              • maika7 Re: Punkt odniesienia 09.12.07, 12:40
                > w kościele byłam, to do razu nie mogłam odpowiedzieć smile
                > Ale Isma odpowiedziała

                smile często nie da się od razu smile

                > No tak to też odebrałam. Może to mój błąd, ale dopatrzyłam się w tym
                > liście pewnej nutki wyższości, dumy z powodu uwolnienia się od
                > pewnych więzi...

                Bardzo możliwe, że trafnie. Ale mozliwe, ze nie. Wszystko zalezy w jakim punkcie
                pytań o swoje miejsce światopoglądowe jest ta koleżanka. mam po prostu wrażenie,
                że możemy pomóc komus w znalezieniu odpowiedzi (własnej, indywidualnej) gdy
                skupimy sie na sednie pytania, a nie na interpretacji wink


                > Oczywiście nie wiem, co pisze do Niej Ankapok, bo czasem ton listu
                > wynika w pewnego tonu polemiki.
                > Obiecaliśmy sobie, ze na tym forum nie bedziemy się tłumaczyli ze
                > swojej wiary. ani niko nawracali ( choć czasemw tej mierze zdarzają
                > się grzechy tongue_out)

                Wiesz, Mader, czasem mysle, że to bardzo dobre założenie, ale troche pomijające
                tych, ktorzy szukają swojego miejsca. Ono jest dobre dla zdeklarowanych.
                Poszukujacym tłumaczenie może pomóc (odnaleźć sie potej lub tamtej stronie).
                Częśc dróg do ateizmu wiedzie własnie pzrez niemożnośc znalezienia odpowiedzi na
                mnóstwo pytań, które kazdy z nas sobie zadaje.
                A nawracanie - pewnie i tak Wam wychodzi mimochodem - szczególnie nawracanie
                tych, którzy wierzą, ale trudno im sie odnaleźć w tradycyjnie rozumianej religii.
                smile
                M.
                • mader1 Re: Punkt odniesienia 09.12.07, 13:11
                  To założenie wynika z tego, że wczasie, gdy go nie było - tworzyła
                  się jeszcze wtedy wizja forum, polemiki dotyczące denominacji
                  tudzież tłumaczenia się " dlaczego wierzymy", robienie pospiesznych
                  psychologicznych portretów współuczestników, wierzących,
                  niewierzących, wątpiących przyćmiły ROZMOWĘ o wierze, o wychowaniu,
                  o problemach....
                  Mam wrażenie, że te listy - przecież nie uczestniczki forum - wcale
                  nie są rozmową... pytaniami...
                  może złe, może dobre.
                  Dla mnie jest to okres adwentu.
                  • maika7 Re: Punkt odniesienia 09.12.07, 19:56
                    > Mam wrażenie, że te listy - przecież nie uczestniczki forum - wcale
                    > nie są rozmową... pytaniami...
                    > może złe, może dobre.
                    > Dla mnie jest to okres adwentu.

                    To dwie przyjaciółki. Odczytuję te listy jako próbę wzajemnego zrozumienia.

                    Mader, a co ma adewnt do tego? Pytam, bo nie bardzo rozumiem? Że czas
                    wyciszenia, skupienia, oczekiwania?

                    M.
                    • mader1 Re: Punkt odniesienia 09.12.07, 20:04
                      > Mader, a co ma adewnt do tego? Pytam, bo nie bardzo rozumiem? Że
                      czas
                      > wyciszenia, skupienia, oczekiwania?

                      No tak smile
                      Dla wszystkich wierzących smile
                      Nie chciałabym przerzucać się argumentami. Wiara - niewiara, to nie
                      okres na przytaczanie argumentów, które mogą innych ranić.
                      Ale jak już to napisałam,pomyślałam sobie, ze to może i czas
                      adwentu - oczekiwania dla Niej smile
                      Może więc podam linki do podobnych rozmów.
                      • maika7 Re: Punkt odniesienia 09.12.07, 20:16
                        > No tak smile
                        > Dla wszystkich wierzących smile

                        Chrześcijan - nie uogólniaj za bardzo smile)

                        > Nie chciałabym przerzucać się argumentami. Wiara - niewiara, to nie
                        > okres na przytaczanie argumentów, które mogą innych ranić.
                        > Ale jak już to napisałam,pomyślałam sobie, ze to może i czas
                        > adwentu - oczekiwania dla Niej smile
                        > Może więc podam linki do podobnych rozmów.

                        A wiesz, mam wrażenie, ze właśnie w tym czasie - grudniowym, adwentowym, gdy
                        zewsząd kipi nadmiar treści świątecznych (bo niekoniecznie religijnych...), gdy
                        ludzie mysla o spotkaniu sie przy wigilijnym stole - odzywają mocno róznice w
                        podejściu do świąt. I chyba nasilają sie rozmowy "światopoglądowe". Taki czas.

                        Spokojnego Oczekiwania.
                        smile
                        M.




                        • mader1 Re: Punkt odniesienia 09.12.07, 20:27
                          > Chrześcijan - nie uogólniaj za bardzo smile)

                          dobrze smile - myslałam o tym forum smile
                          Wiesz, boję się tu dyskusji podczas nieobecności autorki listów,
                          pamiętając jedną z dyskusji w historii sad , link do niej
                          przytoczyłam.
                          Z Tobą zawsze dobrze mi się rozmawia, ale pewnie to dlatego, że
                          rozmawiamy merytorycznie smile
                          • maika7 Re: Punkt odniesienia 10.12.07, 07:20
                            > Wiesz, boję się tu dyskusji podczas nieobecności autorki listów,
                            > pamiętając jedną z dyskusji w historii sad , link do niej
                            > przytoczyłam.

                            Tak, to hm.. niekomfortowa sytuacja. Dla wszystkich zainteresowanych.

                            smile
                            M.
                    • mader1 Re: Punkt odniesienia 09.12.07, 20:19
                      O naukowcu ateiście smile
                      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=16182&w=64164132&a=64164132
                      o bezinteresowności ateisty :
                      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=16182&w=66267769&a=66650526
                      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=16182&w=66267769&a=67627489
                      Łatwiej być czy nie być chrześcijaninem
                      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=16182&w=63969374&a=63969374
                      I jeszcze jeden bardzo burzliwy wątek, który wiele mnie kosztował sad
                      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=16182&w=62312370&a=62312370
                      Ja myślę, że tu nie chodzi o siłę rażenia argumentów jednej lub
                      drugiej strony.
      • twoj_aniol_stroz Re: "Zły" Bóg? 09.12.07, 10:14
        Myślę, że to stwierdzenie, że gdyby chciała to by do niej przemówiło
        to tłumaczenie, mówi samo za siebie. Nie da sie człowieka zmusić do
        wiary, skoro ona za wszelką cenę nie chce wierzyć, to jej nie
        zmusisz. Tu jest ewidentnie widoczny brak pokory wobec Boga, to ona
        chce oceniać postępowanie Boga, to ona chce sobie wybrać cechy Boga
        w które będzie wierzyła, a to zdaje się nie jest dokładnie to o co
        chodzi w wierze.
        • maika7 Re: "Zły" Bóg? 09.12.07, 10:55
          > Tu jest ewidentnie widoczny brak pokory wobec Boga, to ona
          > chce oceniać postępowanie Boga, to ona chce sobie wybrać cechy Boga
          > w które będzie wierzyła, a to zdaje się nie jest dokładnie to o co
          > chodzi w wierze.

          Trudno ocenić motywy czyjejś niewiary na podstawie jednego, listu, poruszającego
          jeden temat. Ateista nie może byc pokorny wobec Boga. Nie da się.

          A w wierze chodzi chyba po prostu o to, zeby byc przekonanym, ze Bog jest. Jaki
          jest to już zupelnie inna sprawa.

          M.
          • isma Re: "Zły" Bóg? 09.12.07, 12:13
            Ja bym tego nie nazwala "przekonaniem", bo to zaklada jakas
            argumentacje, do ktorej ktos sie przychylil.

            Ale jest dobre polskie slowo, ktore oddaje istote rzeczy lepiej: byc
            przeswiadczonym o istnieniu Boga.
            • maika7 Re: "Zły" Bóg? 09.12.07, 12:26
              > Ja bym tego nie nazwala "przekonaniem", bo to zaklada jakas
              > argumentacje, do ktorej ktos sie przychylil.
              >
              > Ale jest dobre polskie slowo, ktore oddaje istote rzeczy lepiej: byc
              > przeswiadczonym o istnieniu Boga.

              Tak, mysle, że to lepsze określenie.
          • twoj_aniol_stroz Re: "Zły" Bóg? 09.12.07, 20:26
            Maika, to nie tak, ta dziewczyna nie powiedziała, że nie wierzy w
            Boga. Ateista nie umie uwierzyć, że Bóg istnieje i ja to rozumiem.
            Tu chodzi o ocenę postępowania Boga na podstawie Starego Testamentu
            i tego właśnie dotyczył mój komentarz o braku pokory.
            • maika7 Re: "Zły" Bóg? 10.12.07, 07:38
              > Maika, to nie tak, ta dziewczyna nie powiedziała, że nie wierzy w
              > Boga. Ateista nie umie uwierzyć, że Bóg istnieje i ja to rozumiem.
              > Tu chodzi o ocenę postępowania Boga na podstawie Starego Testamentu
              > i tego właśnie dotyczył mój komentarz o braku pokory.

              Jesli jesteś ateistą od urodzenia, to sprawa jest niby prosta. Po prostu nie
              wierzysz. Natomiast, jesli ateistą "się stajesz", to masz etap 'wychodzenia z
              wiary". Określania się. Z jakiegoś powodu niebo "staje sie puste" i dla
              katolików (i innych wierzących). Ze skrawków, jakie wyczytalam w informacjach o
              tej dziewczynie - szuka swojego miejsca. Po swojemu. Z widzeniem obrazu Boga
              "starotestamentowego" i spójności tego obrazu z Bogiem "nowotestamentowym" i
              wierzący mają kłopoty.

              Brak pokory? Tak, ale wyłącznie przy założeniu, że jest Bóg. Bo jeśli jest - nie
              mamy wyboru i jaki by nie był "rozdaje karty" i nasza chęć żeby "był inny" nic i
              tak nie da. Przy założeniu, że Go nie ma - sprawa pokory przestaje istnieć.

              Dlatego uważam, że lepiej skupić się na meritum, niż na ocenie zachowania.

              smile
              M.
              • isma Re: "Zły" Bóg? 10.12.07, 08:30
                No tak. Ale moze to nie chodzi tylko o pokore wobec Boga. Moze tez o
                pokore wobec rzeczywistosci, czy ona jest przyrodzona czy nad-.
                O tak postawe, ze nwet na gruncie empirii nie wszystkie zjawiska
                dana osoba musi umiec zrozumiec, pojac.

                Ja do dzis nie pojmuje, jak dziala faks (chociaz uzywam).
                A moje dziecko, uzbrojone w wiedze z filmu pt. Rodzina Pytalskich,
                twierdzi, ze rozumie. To czekam, az mi skonstruuje wink)).

                Nie znamy mechanizmu dzialania lekow, ale je stosujemy, z lepszym
                lub gorszym skutkiem. Wlasnie "na pokore" wobec rzeczywistosci, na
                wiare w to, ze tym, co je wynalezli, i tym, co je zapisuja, warto
                zaufac.
                • maika7 Re: "Zły" Bóg? 10.12.07, 09:03
                  > No tak. Ale moze to nie chodzi tylko o pokore wobec Boga. Moze tez o
                  > pokore wobec rzeczywistosci, czy ona jest przyrodzona czy nad-.
                  > O tak postawe, ze nwet na gruncie empirii nie wszystkie zjawiska
                  > dana osoba musi umiec zrozumiec, pojac.

                  smile w omawianym przykładzie chodziło mi wyłacznie o pokore wobec Boga i wiary.

                  Bo jeśli chodzi w ogóle o pokorę - to jak najbardziej - nie ma człowieka, który
                  potrafi wszystko zrozumieć i odpowiedzieć na wszystkie pytania smile) Ciagle stamy
                  przed niewytłumaczalnym - niezaleznie od światopoglądu smile

                  Ty nie nękaj dziecka, to, ze rozumiemy, że hemoglobina "przenosi tlen" i nawet
                  wiemy jaki jest tego mechanizm nie znaczy, ze potrafimy zrobić erytrocyt wink)

                  Do lekarzy podchodze z zaufaniem mocno umiarkowanym, szczególnie po ostatnich
                  doświadczeniach. Bardzo mocno umiarkowanym nawet wink

                  M.
              • samboraga Re: "Zły" Bóg? 13.12.07, 09:53
                Jednak się odezwę, bo mam wrażenie , że zaszło nieporozumienie...

                >tej dziewczynie - szuka swojego miejsca. Po swojemu. Z widzeniem obrazu Boga
                "starotestamentowego" i spójności tego obrazu z Bogiem "nowotestamentowym" i
                wierzący mają kłopoty.

                >Brak pokory? Tak, ale wyłącznie przy założeniu, że jest Bóg. Bo jeśli jest -
                nie mamy wyboru i jaki by nie był "rozdaje karty" i nasza chęć żeby "był inny"
                nic i tak nie da. Przy założeniu, że Go nie ma - sprawa pokory przestaje istnieć.

                >Dlatego uważam, że lepiej skupić się na meritum, niż na ocenie zachowania.

                Jeśli odbierasz pokorę jako ‘przywołanie do porządku i nie zadawanie pytań’, to
                wygląda na ocenę.
                Ale nie jest.
                W poszukiwaniach jest moment zadawania i szukania pytań, wyjaśniania, jest i
                czas gdy trzeba powiedzieć sobie stop. Nie wiem w jakim punkcie jest osoba, o
                której mowa w wątku. Ale dzielenie włosa na czworo, zasypywanie kolejnymi
                obrazami biblijnymi może służyć chęci poszukiwania, a może służyć (mimowolnie)
                tylko ekscytacji, jałowej dyskusji. Wówczas możemy rozmawiać, a ta droga
                poszukiwań nie posunie nikogo do przodu.
                Szukanie swojego miejsca po swojemu... Z tych skrawków wynika, że są to
                poszukiwania intelektualne, a one prędzej czy później stają się jałowe. Stają
                się mieleniem treści bez zejścia w głąb, nie prowadzą do Boga, do osobistego
                spotkania Jezusa i uwierzenia. Stąd – w pewnym, momencie potrzeba zastopowania
                tego typu poszukiwań, trzeba przestać pytać, przestać dociekać. NIE dlatego, że
                na trudne sprawy religijne ‘trzeba’ patrzeć przez różowe okulary wiary, ale
                daltego że po przedyskutowaniu tego fragmentu pojawią się następne
                niezrozumiałe, nie tylko ST – i można je roztrząsać dłuuuugo...a nie posuną
                nikogo dalej, ciągle będzie niedosyt... To jest moje doświadczenie, ale życie
                duchowe ma tak samo swoje reguły, jak każda inna dziedzina, więc wydaje mi się,
                że jest to pewna stała zasada życia duchowego, poświadczana zresztą również w
                religiach niemonoteistycznych...

                A znajomej Ankapok podrzuciłabym, cytowane na forum wielokrotnie, „Listy starego
                diabła do młodego” Lewisa, dobrze pokazują stan przechodzenia, od strony
                duchowych zmian właśnie.
                • maika7 Re: "Zły" Bóg? 14.12.07, 09:15
                  > Jeśli odbierasz pokorę jako ‘przywołanie do porządku i nie zadawanie pytań’,
                  to wygląda na ocenę.

                  smile Nie. W tym kontekście uważam, że o pokorze wobec Boga i wiary możemy mowić
                  gdy załozymy, ze Bóg jest. Od strony ateisty (założenie, że Boga nie ma) nie ma
                  w ogóle sensu mówić w tym kontekście o pokorze.

                  > Ale nie jest.
                  > W poszukiwaniach jest moment zadawania i szukania pytań, wyjaśniania, jest i
                  > czas gdy trzeba powiedzieć sobie stop. Nie wiem w jakim punkcie jest osoba, o
                  > której mowa w wątku. Ale dzielenie włosa na czworo, zasypywanie kolejnymi
                  > obrazami biblijnymi może służyć chęci poszukiwania, a może służyć (mimowolnie)
                  > tylko ekscytacji, jałowej dyskusji. Wówczas możemy rozmawiać, a ta droga
                  > poszukiwań nie posunie nikogo do przodu.

                  To "stop" mówi sobie każdy człowiek, stający wobec złozoności "świata tego". Ale
                  to on (ten człowiek) musi rozpoznac w sobie granicę, za ktora zadawanie pytań
                  traci DLA NIEGO sens. Trudno jest powiedzieć które pytania sa juz bez
                  odpowiedzi, a które jeszcze nie. Co nas (indywidualnie) popchnie do przodu, jaka
                  odpowiedź do nas trafi. Czasem trzeba podreptać w kólko, zeby odnaleść swój szlak.

                  > Szukanie swojego miejsca po swojemu... Z tych skrawków wynika, że są to
                  > poszukiwania intelektualne, a one prędzej czy później stają się jałowe. Stają
                  > się mieleniem treści bez zejścia w głąb, nie prowadzą do Boga, do osobistego
                  > spotkania Jezusa i uwierzenia. Stąd – w pewnym, momencie potrzeba zastopowania
                  > tego typu poszukiwań, trzeba przestać pytać, przestać dociekać. NIE dlatego, że
                  > na trudne sprawy religijne ‘trzeba’ patrzeć przez różowe okulary wi
                  > ary, ale
                  > daltego że po przedyskutowaniu tego fragmentu pojawią się następne
                  > niezrozumiałe, nie tylko ST – i można je roztrząsać dłuuuugo...a nie posu
                  > ną
                  > nikogo dalej, ciągle będzie niedosyt... To jest moje doświadczenie, ale życie
                  > duchowe ma tak samo swoje reguły, jak każda inna dziedzina, więc wydaje mi się,
                  > że jest to pewna stała zasada życia duchowego, poświadczana zresztą również w
                  > religiach niemonoteistycznych...

                  Samborago, wydaje mi sie, ze każdy z nas musi miec swobodę takiego rozwoju i
                  wyboru takiej drogi, jaka jest dla niego najlepsza. Z perspektywy naszych
                  dośwaidczeń moze to wyglądac często naiwnie,/śmiesznie/jałowo, albo wręcz
                  odwrotnie - mądrze/rozważnie/własciwie, ale jesli ktos zadaje pytanie - powinien
                  dostać odpowiedź, a nie ocene pytania. Odpowiedzi rozwijają dialog, a to czy
                  jest on kręceniam się w kółko, czy daje drogowskaz - to już jest sprawą pytającego.

                  No i oczywiście z mojego punktu widzenia droga od Boga nie jest zła. Ateista nie
                  przyjmie takiego twierdzenia. I jesli zostawiamy ludziom prawo wyboru drogi
                  swiatopoglądowej, to trudno mowić o złym lub dobrym wyborze. Bo od razu
                  wchodzimy na polemike "lepszy/gorszy".

                  smile
                  M.
                  • samboraga :-) b/t 14.12.07, 09:18
                  • isma Wykluczenie - wielosc mozliwosci - oto jestem 14.12.07, 13:19
                    No, to ja pociagne wink)).
                    Maika, masz racje, jak mowisz, ze krecenie sie w kolko ma sens. W
                    pewnym sensie, dopoki krecisz sie w kolko, nie wykluczajac zadnej
                    mozliwosci (rowniez tej, ze Bog istnieje) - jestes wolny. U Grahama
                    Greena w "Koncu romansu" jest taka riposta, kierowana do ateisty-
                    wolnomysliciela, ze wlasnie wykluczenie mysli, iz Bog jest, stanowi
                    pierwsze powazne ograniczenie wolnosci myslenia ;-P. Agostycyzm
                    natomiast jest, chyba, jakas forma pozostawania w tej przestrzeni
                    wolnosci.

                    Z tym dowodzeniem roznych rzeczy o Bogu. Ja tez nie lubie
                    slowa "pokora", i nie jestem pewna, czy ono nie wprowadza akurat w
                    te dyskusje niepotrzebnych nieporozumien (jak pisala Samboraga - ono
                    latwo sie da definiowac jako "siedz cicho i nie filozofuj", a to nie
                    o to chodzi).

                    Pisalam tam gdzies wyzej o przeswiadczeniu. Dla mnie doswiadczenie
                    wiary jest zdarzeniem z tej kategorii: spotkaniem z osoba,
                    doswiadczeniem osoby: "Oto jestes. Oto jestem". Jesli widze na ulicy
                    przyjaciela, to raczej nie dokonuje procesu intelektualnego
                    rozpoznania ("Ten ktos, kogo widze, ma dlugi, ciemny plaszcz,
                    okulary i niewyczyszczone buty. Moj przyjaciel nie lubi czyscic
                    butow, nosi dlugie plaszcze i jest krotkowidzem. Widze zatem mojego
                    przyjaciela").
                    Mnie sie co prawda czesto zdarza pomylic ktoregos ze znajomych z
                    kims obcym wink)), ale dopoki zakladam, ze to moga byc oni, dopoki
                    nie przechodze na druga strone ulicy, dopoki nie odwracam sie
                    plecami - to moge, w sposob wolny, byc na takie przypadkowe
                    spotkanie gotowa.

                    Generalnie sa chyba dwie postawy wobec tajemnic rzeczywistosci: ta
                    oparta na wlasnych silach, badaniu, reflektowaniu, oczekiwaniu w
                    napieciu na rezultat, i ta bedaca doswiadczeniem obecnosci,
                    bliskosci. Pierwsza metoda faworyzuje uczonych w Pismie:
                    wyksztalconych i przedsiebiorczych wink)), a ta druga, no, coz,
                    przeznaczona jest dla ubogich: dzieci i prostaczkow (mowie bez
                    ironii, ale nieprzypadkiem takiego jezyka uzywa wlasnie Ewangelia -
                    przedmiot badan sam narzuca ich metode wink)).
                    Wiec jesli rzeczywiscie czlowiek ma dokonac wyboru, umownie
                    okreslanego: "wierze", to raczej na tej wlasnie drodze (co nie
                    wyklucza oczywiscie poszukiwan intelektualnych, ale bede sie
                    upierac, ze ten ostateczny akt woli musi miec swoje zrodlo wlasnie w
                    tej drugiej postawie).

                    Wracajac do Abrahama, i probujac zrozumiec te historie w swietle tej
                    drugiej metody: tak naprawde wazne jest tam jedno zdanie. Pojawia
                    sie oto Bog, z jakims nieprawdopodobnym roszczeniem, z czyms
                    niemozliwym do zrozumienia, po ludzku bezcelowym i bezsensownym. Ale
                    przeciez przed chwila, zawolany po imieniu, Abraham mowil Bogu: "Oto
                    jestem". A wobec tego oczywiste jest, ze wstanie nazajutrz, narabie
                    drew i pojdzie w nieznanym sobie kierunku, zlozyc syna w ofierze.

                    "Oto jestem" - jako wyraz gotowosci spotkania. Jako rozpoznanie
                    Tego, kto jest jedyna moja zaleznoscia.
                    • maika7 Ismo, zanim odpiszę 14.12.07, 13:47
                      powiedz, proszę jak rozumiesz pojęcia agnostyk i ateista. Ok?
                      Dla jasnosci, czy tak samo myślimy mówiąc te słowa.

                      A odpisze, jak złapie chwile spokojniejszą i wolnieszą, bo teraz to hm.. młyn
                      totalny smile

                      M.

                      • isma roznica 14.12.07, 15:05
                        No, ateista, chyba, mowi: "nie ma zadnego Boga". Agnostyk pozostawia
                        przestrzen dla "nie wiem".

                        Tez zakrecona jestem ;-(((.
                        • maika7 Re: roznica 15.12.07, 13:41
                          > No, ateista, chyba, mowi: "nie ma zadnego Boga". Agnostyk pozostawia
                          > przestrzen dla "nie wiem".

                          W tzw. miedzyczasie, chcialam poszukac jasnej definicji. No i hm... zamieszanie
                          jest takie, ze zgłupiałam nawet sama juz nie wiem czy jestem ateistka smile))))

                          Do tej pory rozumialam te pojecia tak:
                          1. ateista OKREŚLA SIĘ wobec Boga - uznaje, ze Go nie ma. (jest prześwaidczony,
                          ze Go nie ma - tym samym jest, w pewnym sensie, w stosunku do ludzi wierzących
                          jak zwierciadlane odbicie, bo jego przeświadczenie jest oparte mniej więcej na
                          tym samym, co przeświadczenie ludzi wierzacych - nie na wiedzy). No i jak z
                          wierzacymi - sa tu ludzie tak mocno przeswiadczeni o nieobecności Boga, ze nie
                          dopuszczaja absolutnie do siebie innej możliwości, i sa tacy, którzy nie
                          wykluczają. Uznaja, ze moga sie mylić.
                          Ja jestem z tych, co niewykluczają możliwości istnienia Boga, ale w życiu nie
                          biora tej ewentualności pod uwagę (tak jak wierzący, ktorzy czasem maja
                          wątpliwości, ale caly czas uważają sie za ludzi wierzących).
                          2. Agnostycy (niewierzący), to według mnie ludzie, którzych problem istnienia
                          lub nie Boga nie dotyczy, pomijają ten aspekt zupełnie. To mój M., dla którego w
                          ogóle problem "jest Bóg, nie ma Boga" nie istnieje. W jego życiu nie ma Boga,
                          nie bierze takiej ewntualności pod uwagę.

                          A według tego, co czytam rodzajów postaw ateistycznych i agnostycznych jest cała
                          masa i do tego nie zawsze można jasno odróznić jedną od drugiej, bo z tego, co
                          wyczytałam, to mój M. jest agnostykiem ateistą...

                          No... i nie bardzo wiem, jak odpowiedzieć na twój post sad
                          Bo w mojej rodzinie to raczej ja zostawiam margines pt. "moge sie mylić". A mój
                          Osobisty Agnostyk (i ile dobrze go szufladkuję) w ogóle nie zajmuje się "sprawą
                          Boga".

                          Dwie postawy wobec tajemic rzeczywistości. Mysle, ze one sie przenikaja, ze
                          kazdy z nas ma w sumie troche z tych dwóch postaw, tylko w różnych proporcjach.
                          I nie wiem która z tych dwóch postaw pozwala bardziej uwierzyc lub nieuwierzyc.
                          Bo w wyborze okreslanym umownie jako "nie wierze" też dokonuje sie on w oparciu
                          o te postawy. Z granicą niepoznania i niewiedzy.

                          Sprawy Abrahama komentowac nie będę smile Nawet, jesli bym wierzyła, to musze we
                          wszystkim rozumieć posuniec Boga. Po prostu nie musze. I mysle, ze na moja wiare
                          nie miałoby to wielkiego wpływu, czy i jak rozumiem dane slowa w Piśmie.

                          smile
                          M.
                          • isma Re: roznica 15.12.07, 18:52
                            A mozesz doprecyzowac, o tym désintéressement f-g (i jemu
                            podobnych)? Bo ze mozna "w zyciu" tak miec, to bez dyskusji
                            przyjmuje. Ale mysle sobie, ze przyjecie takiej postawy chyba jest
                            jednak poprzedzone jakas przeszla decyzja, jakims momentem, w ktorym
                            mowie sobie: "nie bede sie tym zajmowal"?
                            (a jesli tak, to rozne moga byc motywacje tej przeszlej decyzji).

                            To jest ciekawe, co napisalas, bo gdyby bylo tak, ze "nigdy nic", to
                            by znaczylo, ze cos, co niejaki ksiadz Giussani nazywa "zmyslem
                            religijnym" (mowiac na szybko - koniecznoscia okreslenia sie wobec
                            przerastajacej czlowieka tajemnicy wlasnego istnienia), nie
                            istnieje, a w kazdym razie, nie istnieje powszechnie i z natury
                            rzeczy.

                            A teraz ide wyrzucac gazety nagromadzone w mijajacym roku, co
                            pozwoli zyskac mi jakies dwa metry szescienne wolnego miejsca w
                            kuchni. Nienawidze sprzatac. Grrrrrr ;-(((.
                            • kulinka3 Re: roznica 15.12.07, 19:04
                              Podczytuję tak Waszą wymianę zdań z ciekawością, bom właśnie skończyła lekturę encykliki i cały czas Maika, jako egzemplum osoby niewierzącej w naszej piaskownicy,chodziła mi po głowie.Padają tam pytania, na które odpowiedź ze strony osoby niewierzącej ( czy to agnostyka czy ateisty)byłaby dla mnie ciekawa....Może kiedyś będzie okazjawink))
                              A teraz lecę wieszać firanki.
                              Pozdrawiam siostry urobione przedświątecznymi przygotowaniami.
                              • mader1 Re: roznica 15.12.07, 19:25
                                Ja też podczytuję, a nie mam kiedy pisać. Idziemy z córką z
                                zasłonami na górę ;0
                              • maika7 Re: roznica 15.12.07, 19:40
                                > Padają tam pytania, na które odpowiedź ze strony oso
                                > by niewierzącej ( czy to agnostyka czy ateisty)byłaby dla mnie ciekawa....Może
                                kiedyś będzie okazjawink))

                                Po zawierusze firankowo-gazetowo-wszelakiej - czekam na zestaw pytań - jednak
                                bardzo proszę o uwzglednienie faktu, że na forach ateistycznych uważają mnie za
                                wierzącą, zresztą, jak tu zaczełam rozmawiać z jajkiem i lipcem, to tez uznali
                                mnie za ... katoliczke. Więc nie wydaje mi sie, żebym była szczególnie
                                reprezentatywnym egzemplarzem wink))
                                Jedynie przy Arturze czuje sie "jak na ateistke przystało" wink))

                                M.
                            • maika7 wolałabym, żeby f-g 15.12.07, 19:34
                              sam napisał, bo pewnie cos pokręcę. Moze napisać na miom loginie? (kiedyś tu byl chyba - bronił mnie w jakiejs rozmowie z jajkiem wink)), ale już go nie ma).
                              Jak nie to napiszę sama i dam mu do ocenzurowania.

                              Decyzja musiała byc bo on w katolickiej rodzinie był wychowywany i do bierzmowania dotarł (siłą bezwładu kulturowego chyba).


                              Na myśl o sprzątaniu włos siwy nieco mi sie jeży na głowie - po 20 latach mieszkania w służbowym mieszkaniu z podłogą w kuchni w kształcie kołyski postanowilismy zrezygnować z klocków pod nogami szafek i .. wypoziomowac podłogę. Poziomuje się.... Co nas podkusiło?? źle nam było z tymi klockami??? całe mieszkanie jest siwe smile) a kuchnię mamy teraz wszędzie tylko nie w kuchni. I na razie sprzątac nie ma sensu smile)

                              Dla 2 m3 to warto zacisnąc zęby wink
                              M.
                              • isma Re: wolałabym, żeby f-g 15.12.07, 19:45
                                A to sie f-g przeciez wpusci. Od tego sie ma te klucze do Krolestwa
                                Niebieskiego wink)). Juz otwieram (chyba, ze woli pisac na Twoim
                                loginie).
                                • maika7 Re: wolałabym, żeby f-g 15.12.07, 19:58
                                  jemu pewnie wszystko jedno, bo i tak się podpisze, ale znowu będzie zamieszanie
                                  - bo kto wie, kto to f-g oprócz kilku osób??

                                  Jak mozna go wpuscic, to bardzo proszę.
                                  M.
                                  • isma Re: wolałabym, żeby f-g 15.12.07, 22:09
                                    No to juz.
                                    Z tym, ze Maika, zeby nie bylo, ze my tu bedziemy F-g przepytywac z
                                    przyczyn jego niewiary, nie. Tak naprawde, to przeciez tylko jego
                                    osobista sprawa, i w moim drazeniu tematu nie chodzi o to, zeby
                                    bronic tych czy innych osobistych decyzji poszczegolnych ludzi.

                                    Mnie tak naprawde szlo tylko o to, co Ty wlasciwie sama wczesniej
                                    juz w odpowiedzi na inny post, o "odchodzeniu od", napisalas - ze
                                    trudno mi sobie wyobrazic sobie czlowieka (no, powiedzmy roboczo, ze
                                    agnostyka), ktory NIGDY nie mierzyl sie z pytaniem o istnienie Boga.
                                    Rozumiem, ze po "przepracowaniu" tematu mozna go nastepnie odlozyc
                                    ad acta. Bede sie jednak upierac, ze jest taki moment, w ktorym
                                    czlowiek wobec istnienia zagadki swojego bycia musi sie jakos
                                    okreslic, o. Ze jest chwila, w ktorej kazdemu ten "zmysl religijny"
                                    podnosi leb - i mozna mu ten leb albo amputowac (to bym roboczo
                                    nazwala ateizmem), albo uznac, ze sie nie bedzie na niego zwracac
                                    uwagi
                                    • isma Lektura uzupelniajaca 15.12.07, 22:14
                                      Lepiej niz ja wyeksplikowal rzecz Dawidowski w medytacji biblijnej
                                      na te niedziele: mozna albo dowodzic, albo doswiadczac (sercem,
                                      calym soba znaczy sie).

                                      Jeszze jedna antynomie podrzuce: postawa wobec zycia jako tajemnicy -
                                      postawa wobec zycia jako problemu do rozwiazania. Nasza dyskusja w
                                      tym watku zaczela sie wlasnie od tego, ze jest "problem do
                                      rozwiazania".
                                      A w wierze sedno chyba wlasnie lezy gdzie indziej wink)).
                                      • maika7 Re: Lektura uzupelniajaca 16.12.07, 11:04
                                        > Lepiej niz ja wyeksplikowal rzecz Dawidowski w medytacji biblijnej
                                        > na te niedziele: mozna albo dowodzic, albo doswiadczac (sercem,
                                        > calym soba znaczy sie).

                                        smile) bliższy jest mi pogląd, ze nie ma "albo albo", tylko jest mieszanka "i dowodzic i doświaddczać". W róznych proporcjach w zalezności od charktetu/osobowości/potrzeb/doświadczeń itd itp...

                                        >
                                        > Jeszze jedna antynomie podrzuce: postawa wobec zycia jako tajemnicy -
                                        > postawa wobec zycia jako problemu do rozwiazania. Nasza dyskusja w
                                        > tym watku zaczela sie wlasnie od tego, ze jest "problem do
                                        > rozwiazania".
                                        > A w wierze sedno chyba wlasnie lezy gdzie indziej wink)).

                                        No własnie - o ile jeszcze dobrze łapie "rytm" wątku, to w wierze sedno lezy przede wszystkim w odpowiedzi czy wierzę? Od odpowiedzi na to pytanie zalezy cała rteszta. Bo jesli nie wierzę - to wszelkie rozważania o Bogu (jaki jest, co chcial wyrazic przez coś tam...) tracą sens. Jesli wierzę - moge sie oczywiście zastanawiać nad obrazem Boga i Jego przekazem dla nas, ale wtedy niezaleznie od tego JAKI jest - po prostu wierzę.
                                        Tak to widzę.
                                    • maika7 Re: wolałabym, żeby f-g 16.12.07, 10:53
                                      > Bede sie jednak upierac, ze jest taki moment, w ktorym
                                      > czlowiek wobec istnienia zagadki swojego bycia musi sie jakos
                                      > okreslic, o. Ze jest chwila, w ktorej kazdemu ten "zmysl religijny"
                                      > podnosi leb - i mozna mu ten leb albo amputowac (to bym roboczo
                                      > nazwala ateizmem), albo uznac, ze sie nie bedzie na niego zwracac
                                      > uwagi

                                      F-g jest na wojnie z oporną materią i (= siedzi z nosem w komputerze i jest nie
                                      do wyjecia dopóki nie rozwiąże problemu wink) więc ja króciutko, bo wsadzam nos w
                                      drugi komputer wink

                                      Tak mam tez takie wrażenie, że każdy z nas staje przed punktem, w którym
                                      odpowiada sobie na pytanie "gdzie jest", "po ktorej stronie". Nie wiem, jak jest
                                      z ateistami od pookoleń - może oni nie mają takiego momentu - tak jak niektórzy
                                      wierzący, dla których wiara jest "absolutną naturalnością" (np. moja Mama).

                                      Zmysł religijny? Hm... dla mnie to nie tyle zmysł, co kulturowe uwarunkowanie
                                      (kulturowe od zarania dziejów, memetyczny przekaz z pokolenia na pokolenia,
                                      bardzo silny i bardzo mocno utrwalony).

                                      F-g - mowi, że nie tyle odpowiedzial sobie na pytanie, co po prostu czul sie
                                      coraz bardziej obco i nie "na miejscu" w rzeczywistości religijnej. Więc
                                      "wyszedł" - gdzies pod koniec podstawówki. Zrobił coś co jest mi dalekie, bo On
                                      nie potrzebuje okreslenia sie wobec Boga. Ja potrzebuję.

                                      smile
                                      M.

                      • isma Kuszenie Spinozy 14.12.07, 15:22
                        Ja wlasciwie nie przepadam za Herbertem (a przepadam za lacina,
                        jasna skladnia i symetria wywodow), no, ale cos tam z tego tekstu
                        mozna wyczytac. O gwaltownikach i Krolestwie Niebieskim bylo we
                        wczorajszych czytaniach mszalnych, to ja sie dzisiaj skupilam na
                        nieuczonych wink)):


                        Pan Cogito opowiada o kuszeniu Spinozy

                        Baruch Spinoza z Amsterdamu
                        zapragnął dosięgnąć Boga
                        szlifując
                        na strychu soczewki
                        przebił nagle zasłonę
                        i stanał twarzą w twarz
                        mówił długo
                        (a gdy tak mówił
                        rozszerzał się umysł jego
                        i dusza jego)
                        zadawał pytania
                        na temat natury człowieka
                        - Bóg gładził roztargnioną brodę
                        pytał o pierwszą przyczynę
                        - Bóg patrzył w nieskończoność
                        pytał o przyczynę ostateczną
                        - Bóg łamał palce
                        chrząkał

                        Kiedy Spinoza zamilkł rzecze Bóg
                        - Mówisz ładnie, Baruch
                        lubię twoją geometryczną łacinę
                        a także jasną skłądnię
                        symetrię wywodów

                        pomówmy jednak o
                        Rzeczach Naprawdę Wielkich

                        - Popatrz na twoje ręce
                        pokaleczone i drżące

                        - Niszczysz oczy w ciemnościach

                        - odżywiasz się źle odziewasz nędznie

                        - kup nowy dom
                        wybacz weneckim lustrom
                        że powtarzają powierzchnię

                        - wybacz kwiatom we włosach
                        pijackiej piosence

                        - dbaj o dochody
                        jak twój kolega Kartezjusz

                        - bądź przebiegły jak Erazm

                        - poświęć traktat Ludwikowi XIV
                        i tak go nikt nie przeczyta

                        - uciszaj racjonalną furię
                        upadną od niej trony
                        i szczernieją gwiazdy

                        - pomyśl o kobiecie
                        która da ci dziecko

                        - widzisz, Baruch, mówimy o
                        Rzeczach Wielkich.

                        Chcę być kochany
                        przez nieuczonych i gwałtownych
                        są to jedyni
                        którzy prawdziwie mnie łakną

                        Teraz zasłona opada
                        Spinoza zostaje sam

                        Nie widzi złotego obłoku
                        światła na wysokościach
                        widzi ciemność

                        Słyszy skrzypienie schodów
                        kroki schodzące w dół
                    • otryt Re: Wykluczenie - wielosc mozliwosci - oto jestem 14.12.07, 14:22
                      isma napisała:

                      >Pojawia sie oto Bog, z jakims nieprawdopodobnym roszczeniem, z
                      >czyms niemozliwym do zrozumienia, po ludzku bezcelowym i
                      >bezsensownym.

                      Ale tak wyglądają wszystkie spotkania człowieka z Bogiem (np
                      zwiastowanie Maryi). Każde spotkanie to rewolucja w świadomości
                      człowieka, niebywały skok, zrozumienie czegoś wcześniej
                      niewyobrażalnego. Przecież Bóg nie będzie ludziom opowiadał banałów.
                      Człowiek może podejść do propozycji Boga (powtarzam propozycji, bo
                      cały czas jest zachowana wolność człowieka i może odmówić) w dwojaki
                      sposób albo zawierzyć Bogu, że to ma jakiś głęboki sens i zrozumieć
                      później, bo to jest jakiś proces albo próbować swoim nieskończenie
                      małym rozumkiem przeniknąć coś, co jest dla niego w danej chwili nie
                      do przeniknięcia. Ludzkie myślenie jest niestety bardzo
                      ograniczone, w gruncie rzeczy obraca w kółko prawdy powszechnie
                      znane, kręci się w koło własnego ogona. Powtarza zasłyszane opinie.
                      Musi przyjść jakiś impuls z zewnątrz, jakieś genialne olśnienie, np.
                      na naukowca. Wtedy nagle łuski spadają z oczu. Widzimy coś, czego
                      dawniej nie dostrzegaliśmy. W Piśmie nazywa się to, że Bóg zdejmuje
                      zasłonę. Albo zakłada zasłonę np. na oczy pyszałków. Aby zrozumieć
                      jakąś prawdę trzeba wcześniej zrozumieć inną, odrobić lekcję zadaną
                      wcześniej. Nie da się przeskakiwać etapów, a więc mogą być prawdy,
                      do których ludzie (ludzkość) nie dorośli i nie byliby w stanie ich
                      właściwie zrozumieć, a złe zrozumienie przyniesie zawsze szkodę a
                      nie korzyść. Posłużę się przykładem z matematyki. Człowiek znający
                      tylko cztery działania, umiejący rozwiązać równanie pierwszego i
                      drugiego stopnia chce rozwiązać równanie piątego stopnia, ale mu
                      się to nigdy nie uda. Będzie się kręcił w kółko, wciąż będzie
                      dochodził do jakiejś ściany (nie zawsze tej samej), po drodze może
                      dojść do ciekawych wniosków, ale równania piątego stopnia nie
                      rozwiąże choćby pękł. Humaniści niestety myślą inaczej. Oni starają
                      się raczej kreować rzeczywistość podczas, gdy przedstawiciele nauk
                      ścisłych ją opisują lub odkrywają. Ci pierwsi często się buntują
                      przeciwko Bogu, gdy sprawy idą nie po ich myśli, ci drudzy częściej
                      się zachwycają dostrzegając ukryte piękno. Wśród przedstawicieli
                      nauk ścisłych jest znacznie więcej osób wierzących niż wśród
                      humanistów.

                      • maika7 Otrycie, pisałes to do Ismy, czy do mnie? 15.12.07, 13:48
                        > Ale tak wyglądają wszystkie spotkania człowieka z Bogiem [...]

                        ?

                        M.
                        • otryt Re: Otrycie, pisałes to do Ismy, czy do mnie? 17.12.07, 00:56
                          Majko, prawdę mowiąc piszę do każdego, kto chce w jakiś sposób
                          włączyć się w dyskurssmile Jakoś tak dziwnie bywa, że nawet, gdy nikt
                          nic nie odpowie to odpowiedź dostaję całkiem nieoczekiwanie gdzie
                          indziej, np w realu. Tak stało się w piątek i sobotę. Wiele róznych
                          pytań postawionych w wątkach, czy omawianych w rozważaniach znalazło
                          swoją odpowiedź. Tym sposobem te wątki kończą się dla mnie.

                          A zdanie, które w jakiś sposób Ciebie, Majko dotyczy również
                          usłyszałem w tych dniach. Wypowiedział je jakiś dominikanin:

                          Naturalnym chyba jest, że niewierzący czasem zadaje sobie pytanie
                          dotyczące wiary: "A może to wszystko prawda?", wierzący z kolei
                          czasem pyta sam siebie:" A może to wszystko nieprawda?".

                          Tym sposobem powstaje przestrzeń (część wspólna), która pozwala
                          rozmawiać wierzącym i niewierzącym. Był niedawno w "Gościu
                          Niedzielnym" artykuł o Matce Teresie z Kalkuty, jakoby przez dużą
                          część swojego życia przeżywała ciemną noc wiary, w której zdarzało
                          jej się wątpić w istnienie Boga. O ciemnej nocy zmysłów i ciemnej
                          nocy ducha pisze w swoich dziełach i w swojej poezji św Jan od
                          Krzyża. Ciemną noc zmysłów przeżywa wielu ludzi, natomiast ciemną
                          noc ducha bardzo nieliczni: mistycy lub święci. Myślę, że to o czym
                          pisze Gość Niedzielny o Matce Teresie objaśniają pisma św Jana od
                          Krzyża. Tego rodzaju kryzys jest chyba koniecznym etapem rozwoju
                          duchowego czlowieka. Akurat o św Janie od Krzyża miałem niedawno
                          wykład w mojej szkole.

                          www.voxdomini.com.pl/duch/mistyka/jk/spis.htm
                          www.voxdomini.com.pl/duch/mistyka/jk/noc-1-1.htm
                          www.voxdomini.com.pl/duch/mistyka/jk/noc-1-2.htm
                          www.voxdomini.com.pl/duch/mistyka/jk/noc-2-1.htm
                          www.voxdomini.com.pl/duch/mistyka/jk/noc-2-2.htm
                          www.voxdomini.com.pl/duch/mistyka/jk/noc-2-3.htm
                          Pozdrawiam serdeczniesmile



                          • isma ojcowie sukcesu ;-))) 17.12.07, 07:55
                            otryt napisał:

                            Wypowiedział je jakiś dominikanin:
                            >
                            > Naturalnym chyba jest, że niewierzący czasem zadaje sobie pytanie
                            > dotyczące wiary: "A może to wszystko prawda?", wierzący z kolei
                            > czasem pyta sam siebie:" A może to wszystko nieprawda?".

                            No! A nam sie tu na forum wydawalo, zesmy je u starego, dobrego
                            Ratzingera czytali wink)).

                            Powaznie zas - to jest bardzo trafna formula, ale do niektorych
                            osob, na pewnym etapie niewiary (ale i wiary, chi, chi) trudno ja
                            zastosowac. To, co Maika pisze o terazniejszej niewierze F-g
                            ("Problem Boga go nie interesuje") jest chyba taka postawa. Tu
                            wahadlo jest nieruchome.
                            • maika7 nieruchome wahadło 18.12.07, 08:10
                              > Powaznie zas - to jest bardzo trafna formula, ale do niektorych
                              > osob, na pewnym etapie niewiary (ale i wiary, chi, chi) trudno ja
                              > zastosowac. To, co Maika pisze o terazniejszej niewierze F-g
                              > ("Problem Boga go nie interesuje") jest chyba taka postawa. Tu
                              > wahadlo jest nieruchome.

                              To wahadło jest chyba u większości z nas (żyjacych w danym światopoglądzie)
                              nieruchome. A jesli sie porusza to wyjątkowo powoduje rewolucje w
                              światopoglądzie. Realnie postawa moja i F-g są bardzo podobne. Skutkują takimi
                              samymi decyzjami, bardzo podobnym podejściem do życia i w sumie osadzeniem w
                              takim, a nie innym wyborze.

                              M.
                          • maika7 Re: Otrycie, pisałes to do Ismy, czy do mnie? 17.12.07, 08:08
                            > Tym sposobem powstaje przestrzeń (część wspólna), która pozwala
                            > rozmawiać wierzącym i niewierzącym.

                            Słowa, które przytoczyłes mówią bardziej o tym, ze przezywamy wątpliwości.
                            Odrózniam to od stanu, w którym się nie przeżywa wątpliwości, ale w którym ma
                            się świadomość, że obrany światopogląd jest oparty na wierze, że nie da się w
                            żaden obiektywny sposób udowodnić, ze jest prawdziwy. Konsekwencją tego jest nie
                            tyle wątpienie w słuszność obranej drogi, ile "pozycja" wobec innych
                            światopoglądów. Równoległa. Chyba, że dokładnie o tym mówił ten Dominikanin, a
                            nie jedynie o wątpliwościach.

                            Tekstów zalinkowanych czytac nie umiem. Na tyle musze w każdym zadaniu
                            przestawiać moje myslenie, że umiem przez nie przebrnąc.

                            smile
                            M.
                            • otryt Re: Otrycie, pisałes to do Ismy, czy do mnie? 17.12.07, 09:46
                              Majka:

                              >Słowa, które przytoczyłes mówią bardziej o tym, ze przezywamy
                              >wątpliwości. Odrózniam to od stanu, w którym się nie przeżywa
                              >wątpliwości, ale w którym ma się świadomość, że obrany światopogląd
                              >jest oparty na wierze, że nie da się w żaden obiektywny sposób
                              >udowodnić, ze jest prawdziwy.

                              Oczywiście masz rację. Chciałem tylko pokazać, że wątpliwości mogą
                              mieć wszyscy i wierzący i niewierzący. Nawet Matka Teresa, co dla
                              wielu może się wydawać obrazobórcze. Św Jan od Krzyża tłumaczy
                              tajemnice życia duchowego. Próbowałem czytać o tym kilkanaście lat
                              temu, ale też nie dałem wtedy rady. Myślę, że zazwyczaj stany
                              wątpliwości trwają dosyć krótko. Częściej jest tak jak piszesz, ze
                              mamy świadomość iż nasz obrany światopogląd oparty jest na wierze.
                              Zarówno na wierze, że Bóg istnieje, jak i na wierze, że Boga nie ma.
                              Jest jednak pewna grupa, która głosi swój światopogląd z
                              niewzruszoną pewnością. Są to "ludzie jednej książki" albo gorliwi
                              neofici. Z nimi sobie nie pogadasz.

                              Ciemna noc zmysłów kojarzy mi się jakoś z wątkiem o pieniądzach.
                              Wiele zmysłów nie dostaje wtedy pokarmu na który oczekuje, do
                              którego jest przyzwyczajona. Kilka osób pisało, że przeżyło okresy
                              niedostatku, ze nie chce do tego wracać, co jest naturalne. Nikt
                              poza jedną osobą nie próbował jednak pisać w jaki sposób go to
                              doświadczenie zmieniło. Sama autorka wątku moim zdaniem miała
                              słuszną intuicję, jednak część osób próbowała ją od tej intuicji
                              odwodzić. Zmysły są bardzo ważne dla świata. Gdy powstaje próżnia
                              dla zmysłów pojawia się przestrzeń dla Boga. Sprawy świata i sprawy
                              Boga są ze sobą w twardej opozycji. Nie da się jednocześnie służyć
                              Bogu i mamonie. Bogaczem w Piśmie świętym nie jest człowiek bogaty,
                              ale człowiek głuchy na wołanie potrzebującego, na wołanie człowieka,
                              którego życie jest w jakiś sposób zagrożone. Bóg zawsze wysłuchuje
                              wołania takich ludzi.


                              Isma:

                              >No! A nam sie tu na forum wydawalo, zesmy je u starego, dobrego
                              >Ratzingera czytali wink)).

                              Wydało się tym samym, że nie czytam Ratzingera. Niestety, wydało się
                              również coś znacznie gorszego. Ratzigera nie czyta także
                              dominikanin, od którego te słowa usłyszałem. Podając je jako słowa
                              innego dominikanina. Tak więc moja informacja pochodziła nie z
                              drugiej, ale z trzeciej ręki. Wiemy wszyscy, ze zabawa w głuchy
                              telefon zniekształca. Ten tekst przeszedł przez 4 ogniwa i nadal był
                              rozpoznawalny jako myśl Ratzingera. Więc chyba nie jest tak źle.smile

                              Pozdrawiam serdeczniesmile

                              • isma Re: Otrycie, pisałes to do Ismy, czy do mnie? 17.12.07, 09:58
                                otryt napisał:

                                Niestety, wydało się
                                > również coś znacznie gorszego. Ratzigera nie czyta także
                                > dominikanin, od którego te słowa usłyszałem. Podając je jako słowa
                                > innego dominikanina.

                                A nie, niekoniecznie. Moze Ratzinger tez u kogos przeczytal wink)).
                                Moze bylo jakies wspolne "Zrodlo Alfa" wink)).
                              • maika7 Re: Otrycie, pisałes to do Ismy, czy do mnie? 18.12.07, 08:03
                                > Jest jednak pewna grupa, która głosi swój światopogląd z
                                > niewzruszoną pewnością. Są to "ludzie jednej książki" albo gorliwi
                                > neofici. Z nimi sobie nie pogadasz.

                                Nie pogadam jesli dany człowiek "głosi swój pogląd z niewruszoną pewnością", ale
                                dopuszcza mysl, ze istnieja inne poglady (nawet, jesli sądzi, ze te inne są
                                błędne). Nie pogadam tylko z narzucajacym swoje poglądy innym smile

                                > Gdy powstaje próżnia
                                > dla zmysłów pojawia się przestrzeń dla Boga.

                                Nie ma nas bez zmysłów. Jesteśmy martwi, gdy nic nie czujemy. Czegoś chyba nie
                                rozumiem.

                                > Sprawy świata i sprawy
                                > Boga są ze sobą w twardej opozycji.

                                Bóg (o ile dobrze rozumiem) objawia sie we wszystkim, a przede wszystkim w
                                drugim człowieku. O jakiej opozycji więc mówimy? Sprawy Boga to jednocześnie
                                sprawy świata. (reminiscencje z katechez)

                                > Nie da się jednocześnie służyć
                                > Bogu i mamonie. Bogaczem w Piśmie świętym nie jest człowiek bogaty,
                                > ale człowiek głuchy na wołanie potrzebującego, na wołanie człowieka,
                                > którego życie jest w jakiś sposób zagrożone. Bóg zawsze wysłuchuje
                                > wołania takich ludzi.


                                Nie da sie służyc Bogu, jesli traci sie z oczu drugiego człowieka, ale czy jest
                                się bogatym (finansowo) czy biednym jest sprawa drugorzedną.

                                Bog nie zawsze wysłuchuje próśb nawet takich ludzi - dlatego w modlitwie jednym
                                z kluczowych zdań jest "badź wola Twoja".

                                smile
                                M.

                                • maika7 errata 18.12.07, 08:24
                                  Miało być:

                                  POGADAM, jeśli dany człowiek "głosi swój pogląd z niewruszoną pewnością", ale dopuszcza mysl, ze istnieja inne poglady (nawet, jesli sądzi, ze te inne są błędne).

                                  NIE pogadam tylko z narzucajacym swoje poglądy innym smile
                                  • ankapok maika7! 19.12.07, 01:22
                                    "To dwie przyjaciółki. Odczytuję te listy jako próbę wzajemnego
                                    zrozumienia."-bardzo trafnie to okreslilas!
                                    nie mailam czasu zagladac na forum,dzis weszlam i jestem pod
                                    wrazeniem dyskusji pouczajacej bardzo,ktora tu powstalasmile!-dzieki!
                                    watek zrobil sie bardzo ddllluuugggiiii,wiec zaloze nowy dla dalszej
                                    wypowiedzi mojej przyjaciokli,asi i jesli macie ochote,to
                                    skomentujcie-bede wdzieczna,przyjacioka poczytasmile
                                • otryt Sprawy Boga a sprawy świata 19.12.07, 11:07
                                  >>Gdy powstaje próżnia dla zmysłów pojawia się przestrzeń dla Boga.

                                  >Nie ma nas bez zmysłów. Jesteśmy martwi, gdy nic nie czujemy.
                                  >Czegoś chyba nie rozumiem.

                                  A co się dzieje, gdy zmysły dostają zbyt wiele bodźców, gdy są
                                  przejedzone, gdy człowiek staje się niewolnikiem zmysłów? Czy jest
                                  jeszcze żywy? Myślę, że Twoja intuicja jest słuszna. Nie podejmuję
                                  się ciągnąć tego tematu, bo to temat zbyt trudny i dla mnie samego
                                  jakoś zbyt nowy. Chciałem tylko pokazać, że nawet święci mogą
                                  popadać w ciemność wątpliwości i niewiary.


                                  >> Sprawy świata i sprawy Boga są ze sobą w twardej opozycji.

                                  >Bóg (o ile dobrze rozumiem) objawia się we wszystkim, a przede
                                  >wszystkim w drugim człowieku. O jakiej opozycji więc mówimy?

                                  Ta opozycja wynika choćby z tego, że Chrystus mówił, że jego
                                  królestwo nie jest z tego świata. Z rozgraniczenia tego, co boskie i
                                  cesarskie. Podatki i pieniądze zdecydowanie należą do świata. Wiele
                                  razy jest napisane, że Bóg wybrał to co jest głupie w oczach świata
                                  zawstydzając mędrców tego świata. Bóg wybierał do ważnych misji
                                  ludzi odrzuconych przez świat, żyjących gdzieś na jego obrzeżach,
                                  nieważnych dla świata: Dawid, dzieci z Fatimy, św Faustyna.
                                  Hierarchia ludzi ważnych w świecie jest zupełnie inna od hierarchii
                                  ludzi pierwszych u Boga: Bogacz - Łazarz. Przepaść pomiędzy bogaczem
                                  a Łazarzem widoczna jest nawet w zaświatach. Może bogactwo jest już
                                  tu bez znaczenia, ale nadal bogacz próbuje rozkazywać Łazarzowi (Każ
                                  Łazarzowi zwilżyć palec...) Setnik, też człowiek ważny w świecie
                                  rozmawia jednak inaczej, nie rozkazuje, choć jest do tego
                                  przyzwyczajony. W scenie kuszenia diabeł proponuje Jezusowi chleb
                                  (pokarm dla zmysłów), sławę i bogactwo (pokarm dla własnej
                                  próżności), proponuje kłanianie się współczesnym bożkom czyli jemu
                                  samemu. Propozycje szatana pokazują co jest najważniejsze dla
                                  świata. Jezus doświadcza wszystkich możliwych ludzkich cierpień,
                                  także kuszenia przez złego. Nikt nie może zarzucić Jezusowi, że miał
                                  pod jakimś względem lepiej niż on sam i dlatego Jezus nie może go
                                  zrozumieć. Wielu ludzi próbuje jakoś godzić te dwie wykluczające się
                                  sfery naszego życia. Mówi się Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek.
                                  Należą do PZPR i jednocześnie chodzą do Kościoła, w wózku
                                  dziecięcym powieszony jest krzyżyk i czerwona wstążeczka mająca
                                  chronić dziecko od uroku, w samochodach roznegliżowane kobiety i
                                  obrazek świętego Krzysztofa.

                                  >Sprawy Boga to jednocześnie sprawy świata. (reminiscencje z
                                  >katechez)

                                  W świecie mamy wypadkową działania kilku sił: 1)człowieka, który
                                  posiada wolność dezydowania i budowania świata po swojemu 2) Boga,
                                  który działa w sposób łagodny, w ten lub inny sposób pomaga
                                  człowiekowi, jeśli on chce tę pomoc przyjąć 3) szatana, który
                                  miesza, ile tylko się da. Robi to niezwykle inteligentnie. Nawiasem
                                  mówiąc inteligencja jest wyzej ceniona w świecie niż miłość. A
                                  znaczenie słowa miłość na kazdym kroku deformowane.

                                  Istnienie zła na świecie jest tajemnicą. Nie można Bogu przypisywać
                                  zła, które dzieje się w świecie. Wielu odeszło od Boga po
                                  okropieństwach ostatniej wojny oskarżając Go, jak mógł na to
                                  pozwolić?




                                  • maika7 Re: Sprawy Boga a sprawy świata 20.12.07, 09:01
                                    > A co się dzieje, gdy zmysły dostają zbyt wiele bodźców, gdy są
                                    > przejedzone, gdy człowiek staje się niewolnikiem zmysłów? Czy jest
                                    > jeszcze żywy? Myślę, że Twoja intuicja jest słuszna. Nie podejmuję
                                    > się ciągnąć tego tematu, bo to temat zbyt trudny i dla mnie samego
                                    > jakoś zbyt nowy. Chciałem tylko pokazać, że nawet święci mogą
                                    > popadać w ciemność wątpliwości i niewiary.

                                    Otrycie, tu nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Bo roznie reagują ludzie.
                                    Niewolnikiem zmysłów stajemy sie przede wszystkim, gdy nie mamy zaspokojonych
                                    podstawowych potrzeb biologicznych. Gdy dosięga nas głód, pragnienie, zimno.
                                    Ale wiem, co chciałes powiedzieć. Mówisz o sytuacji, gdy dążymy do zaspokajania
                                    swoich potzreb ponad "wszelką miarę".

                                    > Bóg wybierał do ważnych misji
                                    > ludzi odrzuconych przez świat, żyjących gdzieś na jego obrzeżach,
                                    > nieważnych dla świata: Dawid, dzieci z Fatimy, św Faustyna.

                                    O calym akapicie trudno mi rozmawiac z wiadomych wzgledów. mam jednak wrażenie,
                                    ze pomijasz wazny aspekt. W gronie uczniów Chrystusa obok rybaka był i lekarz...
                                    Ważna misje spelnial i JPII, stojący "na świeczniku" katolickiej społeczności.

                                    > Mówi się Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek.
                                    > Należą do PZPR i jednocześnie chodzą do Kościoła, w wózku
                                    > dziecięcym powieszony jest krzyżyk i czerwona wstążeczka mająca
                                    > chronić dziecko od uroku, w samochodach roznegliżowane kobiety i
                                    > obrazek świętego Krzysztofa.

                                    Nic nie wiemy o życiu tego, do którego Jezus powiedzial "zaprawde powiadam ci,
                                    dzis będziesz ze mną w raju". To, co my widzimy to tylko mała cząstka prawdy o
                                    danym człowieku. Trudno ocenić kogos po np. przynależności do PZPR czy
                                    rozneglizowanych panienkach wiszących nad biurkiem.

                                    > W świecie mamy wypadkową działania kilku sił: 1)człowieka, który
                                    > posiada wolność dezydowania i budowania świata po swojemu 2) Boga,
                                    > który działa w sposób łagodny, w ten lub inny sposób pomaga
                                    > człowiekowi, jeśli on chce tę pomoc przyjąć 3) szatana, który
                                    > miesza, ile tylko się da. Robi to niezwykle inteligentnie. Nawiasem
                                    > mówiąc inteligencja jest wyzej ceniona w świecie niż miłość. A
                                    > znaczenie słowa miłość na kazdym kroku deformowane.

                                    Mam inny pogląd na funkcjonowanie świata.

                                    > Istnienie zła na świecie jest tajemnicą. Nie można Bogu przypisywać
                                    > zła, które dzieje się w świecie. Wielu odeszło od Boga po
                                    > okropieństwach ostatniej wojny oskarżając Go, jak mógł na to
                                    > pozwolić?

                                    Tajemnicą?
                                    Otrycie, ateiści nie przypiszą Bogu zła - z wiadomych względów.
                                    A wobec osobistych tragedii, niejeden się załamał. Nie znamy siebie na tyle,
                                    zebyśmy mogli przewidziec jak zachowamy sie wobec niektórych przeżyc, które
                                    przekraczają naszą psychiczna wytrzymalośc.


                                    smile
                                    M.
                                    • otryt Re: Sprawy Boga a sprawy świata 17.01.08, 08:30
                                      maika7 napisała:

                                      >Niewolnikiem zmysłów stajemy sie przede wszystkim, gdy nie mamy
                                      >zaspokojonych podstawowych potrzeb biologicznych. Gdy dosięga nas
                                      >głód, pragnienie, zimno.
                                      >Ale wiem, co chciałes powiedzieć. Mówisz o sytuacji, gdy dążymy do
                                      >zaspokajania swoich potrzeb ponad "wszelką miarę".

                                      Mówię nie tylko o sytuacji, gdy dążymy do zaspokajania swoich
                                      potrzeb ponad wszelką miarę. To akurat wydaje mi się jest oczywiste
                                      dla wszystkich. Czy widziałaś film z 1973 roku "Wielkie żarcie"? W
                                      symboliczny sposób pokazano tam społeczeństwo konsumpcyjne, że
                                      nadmierna konsumpcja prowadzi do śmierci. Można by długo dyskutować
                                      o potrzebach. Potrzeby są bardzo subiektywne, najczęściej narzucone
                                      przez reklamę, świat, naśladownictwo i porównywanie się do innych
                                      ludzi. Tak rodzą się najczęściej nowe potrzeby. Kwintesencją takiej
                                      postawy jest powiedzenie, które zawiera człon "dzisiejsze czasy
                                      wymagają" lub "w dzisiejszym świecie". Zauważ, że nie oceniam tej
                                      postawy, ale raczej tylko opisuję chłodnym okiem. Każdy człowiek
                                      jest częścią tego świata i do jakiegoś stopnia musi iść z nim na
                                      kompromis. Gdy ten kompromis idzie zbyt daleko często sami ludzie
                                      nie pytani przez nikogo usprawiedliwiają się: "przecież trzeba jakoś
                                      żyć". A to "jakoś" jest bardzo względne. Potrzeby w sposób naukowy
                                      opracował Maslow, tworząc znaną piramidę potrzeb Maslowa:


                                      pl.wikipedia.org/wiki/Hierarchia_potrzeb

                                      Zauważ, że na szczycie tej drabiny jest samorealizacja. Drugi
                                      człowiek jest nieobecny w tej potrzebie. Człowiek realizuje się
                                      sam, nie w grupie. Drugi człowiek może jedynie posłużyć jako
                                      narzędzie samorealizacji. Z kolei podejście chrześcijańskie jest
                                      krańcowo inne, że szczytem miłości jest, gdy ktoś oddaje życie swoje
                                      dla drugiego człowieka. Napięcie pomiędzy tymi dwoma podejściami
                                      jest olbrzymie. I takie napięcie występuje w każdej sprawie
                                      widzianej z perspektywy boskiej i perspektywy cesarskiej. Człowiek
                                      jest pośrodku, żyje w tym napiętym świecie od początku świata, jak
                                      Ty byś powiedziała, albo od czasu grzechu pierworodnego, jak ja bym
                                      powiedział. Gdy ktoś chce być wolny od spraw tego świata, szczerze
                                      oddać swoje życie Bogu, zamyka się w klasztorze, mówi się, że
                                      umiera dla świata. Nie wiem jednak czy to do końca mu się to udaje?
                                      Nawet apostołowie wiedli między sobą spór o to, który z nich jest
                                      najważniejszy? Zły miesza nawet wśród apostołów. W symbolice
                                      biblijnej świat to jest morze a chrześcijanie ryby. Nie mamy więc
                                      uciekać od świata, ale świat czynić lepszym.


                                      >mam jednak wrażenie, ze pomijasz wazny aspekt. W gronie uczniów
                                      >Chrystusa obok rybaka był i lekarz...Ważna misje spelnial i JPII,
                                      >stojący "na świeczniku" katolickiej społeczności.

                                      Św. Łukasz Ewangelista nie był uczniem Chrystusa, nawet się nie
                                      znali, lecz znacznie później był uczniem św. Pawła. Za to spośród
                                      apostołów najbardziej wykształcony był Judasz. Maryja i Józef też
                                      byli prostymi ludźmi. Jan Paweł II nie od razu znalazł się na
                                      świeczniku, podobnie jak wielki król Dawid. JP II pochodził z
                                      rodziny, jakich wiele było w Polsce. Jego ojciec był oficerem w
                                      polskim wojsku. Jednak wybranie do tej ważnej misji człowieka
                                      należącego do narodu nie liczącego się w świecie, ma podobną wymowę.

                                      Pamiętam niezwykle dramatyczną scenę z filmu "O człowieku, który
                                      został papieżem". Mam na myśli scenę przy grobie ojca. Karol
                                      Wojtyła stracił wszystkich najbliższych. Najpierw siostra, jeszcze
                                      przed jego urodzeniem Karola, potem matka, gdy miał 9 lat, potem
                                      starszy brat lekarz, na końcu podczas okupacji umiera ojciec. W
                                      rozszalałym piekle wojennym ginęli jego przyjaciele, koledzy
                                      szkolni, koleżanki. Pozostał sam. W ulewnym deszczu na kolanach
                                      obejmuje grób. Ten człowiek musiał wtedy przeżyć noc, o której pisze
                                      św Jan od Krzyża.( Później św Jan od Krzyża był tematem jego
                                      rozprawy doktorskiej.) Jak wielka rodzina zgromadziła się przy jego
                                      łóżku, gdy umierał widzieliśmy wszyscy. W tych dniach myślało o Nim
                                      i modliło się za Niego miliony.

                                      >Otrycie, ateiści nie przypiszą Bogu zła - z wiadomych względów.
                                      >A wobec osobistych tragedii, niejeden się załamał.

                                      Ateiści może nie. Ale sporo wierzących odeszło od Boga w obliczu
                                      osobistych czy zbiorowych tragedii. Przykład JP II jest bardzo
                                      wymowny. On nie tylko nie stracił wiary, ale wzniósł się na wyżyny.

                                      Pozdrawiam serdeczniesmile



                                      • maika7 Re: Sprawy Boga a sprawy świata 19.01.08, 10:23
                                        Tak, Otrycie, zawsze będziemy balansować nad wyborem co dla nas ważniejsze -
                                        miec czy być, czy jakoś to pogodzic. Można, jak Amisze, odciąc sie od większości
                                        zdobyczy cywilizacji, można żyć skrajnie minimalistycznie (jesli chodzi o
                                        konsumpcje) i jest miejsce na Ziemi i dla takich wyborów. Zauważ, że w naszej
                                        (polskiej) rzeczywistości wybor postawy jest w dużej mierze naszym swiadomym
                                        wyborem. Gorzej maja Ci ludzie, którzy wyboru nie maja i kazdy dzien jest
                                        nakierowany na zaspokojenie podstawowych potrzeb biologicznych (np. głodu).

                                        Maslow. Zauważ, ze w zalinkowanej informacji sa ważne słowa - "sekwencja potrzeb
                                        od najbardziej prymitywnego poziomu potrzeb podstawowych do potrzeb wyższego
                                        poziomu, które aktywizują się dopiero po zaspokojeniu niższych". Na szczycie
                                        jest samorealizacja, ale bardziej podstawową potrzebą jest potrzeba WIĘZI z
                                        drugim człowiekiem.

                                        smile) powiedziałabym nie od początku świata tylko od początku powstania
                                        świadomości w toku ewolucji (choc nie umiem odpowiedzieć na pytanie ani co to
                                        jest swaidomości, ani kiedy powstała). Pomiędzy początkiem świata a początkiem
                                        człowieka jest ogromna "przepaść" czasowa.

                                        Klasztor i zły. Przy niewierze w istnienie "złego" nie mamy innego wyboru, jak
                                        uznac, ze cechy negatywne to tez wynik ewolucji i to my jesteśmy źródłem zła (i
                                        dobra też). Niezaleznie od spojrzenia - człowiek zawsze będzie tylko człowiekiem
                                        i będzie sie w nim ścierało dobro ze złem (to co boskie i to co szatańskie- jak
                                        pewnie Ty bys powiedzial). Żadne mury nie pomogą. Do tego zauważ, ze zamknięcie
                                        na sprawy świata (klasztor?) skutkuje wypadnieciem z reprodukcji. Nie jest
                                        optymistyczna wizja, gdy każdy z nas uznaje że najlepiej poświęcić swoje życie
                                        wylacznie Bogu i zrezygnowac z cielesności. Pozostaje nam godzic "ducha i
                                        ciało", czyli iść ciągle na kompromis ze światem i dokonywać wyboru jak chcemy
                                        realizowac swoje życie w tych realiach, w jakie "zostaliśmy wrzuceni".

                                        Masz racje - Łukasza nie sprawdziłam podajac go jako przykład apostoła. Ale
                                        poupieram sie, ze uczniem Jezusa można go nazwać smile

                                        Co do Judasza... Wyniosłam z katechez przeświadczenie, ze "to zły człowiek był".
                                        A ciągle we mnie brzmi pytanie - a gdyby nie Judasz? Wybrany przez jezusa z cala
                                        świadomościa konsekwencji wyboru? Ktos musial odegrac tę role. Ktos musial
                                        okazać się słaby, zdradliwy, pazerny na kilka monet. I ktos zareagowal tak, jak
                                        zareagował - z powodów wyrzutów sumienia nie skorzystał nawet z monet
                                        zarobionych na zdradzie. Postac Judasza jest dla mnie jedna z najbardziej
                                        intrygujacych w Nowym Testamencie.

                                        Prości ludzie. Religia, która jest powszechna, dostępna dla wszystkich musi
                                        opierać sie przede wszystkim na najliczniejszych reprezentantach społeczeństwa.
                                        Czyli prostych ludziach, musi ich dowartościowywać. Tu Otrycie zawsze będzie
                                        największa roznica w naszym patrzeniu. Bo gdzie indziej widzimy źródło religii.

                                        Samotnośc i tragedia straty najbliższych. trudny temat. Jedni w takich momentach
                                        przychodzą do Boga, inni odchodzą. Reakcje konkretnego człowieka wobec tragedii
                                        sa nieodgadnione. Trudno jednak uznac za zawsze sprawdzalne zdanie, ze Bóg
                                        doświadcza ludzi w takim stopniu, w jakim sa oni w stanie sobie z cierpieniem
                                        poradzić. Wielokrotnie sobie nie radzą.

                                        I jeszcze refleksja na temat "prostego człowieka'. Zauważ, ze stery w Kościele
                                        dzierżą ludzie wyksztalceni i żę praktycznie na szczycie kościelnych władz (?)
                                        są ludzie wyksztalceni, nie prości, po podstawówce (choc może mądrzy i dobrzy),
                                        ale w przewadze własnie starannie wyksztalceni.

                                        smile
                                        M.
                                        • mader1 Re: Sprawy Boga a sprawy świata 19.01.08, 10:44
                                          > I jeszcze refleksja na temat "prostego człowieka'. Zauważ, ze
                                          stery w Kościele
                                          > dzierżą ludzie wyksztalceni i żę praktycznie na szczycie
                                          kościelnych władz (?)
                                          > są ludzie wyksztalceni, nie prości, po podstawówce (choc może
                                          mądrzy i dobrzy),
                                          > ale w przewadze własnie starannie wyksztalceni

                                          Ale jednocześnie świętymi zostają ludzie prości smile
                                          • katriel Re: Sprawy Boga a sprawy świata 19.01.08, 11:51
                                            > Ale jednocześnie świętymi zostają ludzie prości smile

                                            Nie wyłącznie. Kanonizowanymi pewnie nawet nie przeważnie, bo ci kanonizowani to
                                            często-gęsto księża, a ksiądz zawsze jakieś wyższe niż przeciętny Kowalski
                                            szkoły mieć musi.
                                            Ja tam lubię wykształconych świętych. Nie żebym nie lubiła tych prostych, ale to
                                            pewien intelektualny rys duchowości jest tym, co mnie pociąga. Tomasza z Akwinu
                                            odbieram jako autora bliższego mi i paradoksalnie bardziej współczesnego niż
                                            taka np. Faustyna. Z tym, że nie zapominam o jego późnym wyznaniu: "Wszystko to
                                            słoma".

                                            A przy okazji: skąd właściwie wiadomo, że najbardziej wykształconym z apostołów
                                            był Judasz?
                                            • maika7 Re: Sprawy Boga a sprawy świata 19.01.08, 12:15
                                              > A przy okazji: skąd właściwie wiadomo, że najbardziej wykształconym z apostołów
                                              > był Judasz?


                                              Pewnie stąd:
                                              www.ekumenizm.pl/content/article/20070322150046134.htm
                                              smile)

                                              Ja przyjełam, ze Otryt bardziej wie ode mnie jakie wyksztalcenie mieli
                                              Aostołowie. W sumie to chyba tak naprawdę niewiele wiemy o samych Apostołach sad

                                              smile
                                              M.
                                          • maika7 Re: Sprawy Boga a sprawy świata 19.01.08, 12:12
                                            > Ale jednocześnie świętymi zostają ludzie prości smile

                                            Tak, oczywiscie. Ale chodziło mi o to, ze nie wyłącznie "ubodzy i prości" sa
                                            przez Kościól doceniani. Po prostu nie doszukiwałabym sie podziału na "prostych
                                            i niewyksztalconych" i "wyksztalconych" w odpowiedzi na pytanie "kto jest bliżej
                                            Boga".

                                            smile
                                            M.
                                            • mader1 Re: Sprawy Boga a sprawy świata 19.01.08, 12:52
                                              ja też nie doszukiwałabym się smile
                                              • mader1 Re: Sprawy Boga a sprawy świata 19.01.08, 12:59
                                                przepraszam... system mi się nieoczekiwanie zamknął...
                                                Ja też bym się nie doszukiwała, bo nie ma podziału na Kosciól lepszy
                                                i gorszy - ładniejszy i mniej ładny, czy ten wykształcony bardziej
                                                czy mniej... Natomiast "po ludzku" człowiek na co dzień bardziej
                                                zauważa się tych " na świeczniku", a nawet ci prości święci potrafią
                                                przekazać rzeczy najistotniejsze dla Kościoła smile w danym czasie.
    • fan_gazety Re: "Zły" Bóg? - czyli autorefleksja F_g 22.12.07, 19:43
      Witam.
      Ponieważ doszły mnie słuchy, że przypadek mój uznany został za o
      tyle ciekawy, że stał się przedmiotem dyskusji, no to pomyślałem, że
      może warto parę zdań na ten temat napisać.
      Mój rozwój na polu światopoglądu można opisać takimi etapami: wiara
      w Boga -> ateizm -> agnostycyzm.
      Przeszedłem typową chyba drogę przeciętnego dziecka urodzonego w
      katolickiej rodzinie. W katolickiej - w sensie obrządku i tradycji
      raczej, a nie realnego życia z Bogiem. Czyli uczestnictwo w
      nabożeństwach, nauka religii w salce katechetycznej, emocje związane
      z roratami (pamiętam nawet dziś te wczesnoporanne, jeszcze po
      ciemku, marsze do pobliskiego kościoła), emocje związane z
      popełnianiem grzechów, ze spowiedzią, komunią, wyrzutami sumienia
      itp.
      Jednak ... w LO człek dorastał, samodzielniał, pojawiały się różne
      pytanie na temat istoty świata. Pojawiła się też coraz bardziej
      natrętna myśl, że ciągle odwoływanie się do Boga jest jakieś takie
      bez sensu (tak to wówczas czułem), że to nie jest "po męsku" tak
      przerzucać część odpowiedzialności na Boga, że człowiek przecież sam
      odpowiada za swoje czymy - np. za wynik na sprawdzianie z matmy smile
      Że w działaniach moich i ich efektach zupełnie nie widać roli
      tego "wszechobecnego" Boga. Gdzie On w takim razie? Jeśli tak, to w
      ogóle - wówczas pojawiło się kolejne pytanie - po co w ogóle modlić
      się do Boga? Wtedy, w drugiej chyba klasie LO zdałem sobie sprawę,
      że modlitwa w ogóle nie jest mi potrzebna. Że i tak przecież za
      wszystko ja odpowiadam. Świat jest w moich rękach. Moje życie jest w
      moich rękach. To po co jakieś odwoływanie się do Boga? To było coś w
      rodzaju takiego buntu przed zniewoleniem, przyzwyczajeniem, tradycją
      tkwienia w sytuacji, że gdzieś tam w tle jest Coś nazywane przez
      ludzi Bogiem. Pojęcie "Bóg" przestało mi być potrzebne. Tak po
      prostu. W żaden sposób nie wzbogacało mnie, nie pomagało. Dosyć
      gwałtownie stało się pustym terminem. Można powiedzieć, że wtedy
      byłem na etapie ateizmu. A potem - już po studiach - pojawiła się
      refleksja kolejna. Po przeczytaniu iluś książek, po iluś rozmowach,
      myślę też, że i poprzez rozwój w pracy naukowej, zdałem sobie
      sprawę, że niewłaściwie nazywałem swoja postawę wobec problemu
      istnienia Boga. Że to agnostycyzm właśnie. To precyzyjnie określona
      postawa wynikająca także z popperowskiej teorii rozwoju nauki,
      mówiąca o tym, że nie ma sensu zajmować się tym (np. istnieniem
      Boga), w co można jedynie uwierzyć. Lepiej zajmować się tym, co
      można faktycznie badać, analizować itp. I tak to właśnie teraz jest
      ze mną. Problem Boga dla mnie jest poza sferą zainteresowań, jako
      coś, co jest po prostu - w sensie teorii rozwoju nauki, a takie
      właśnie podejście jest dla mnie bardzo ważne - nie do zbadania. To
      nie jest tumiwisizm, to nie jest też postawa "dajcie mi spokój" albo
      postawa nieokreślona typu "może Bóg jest, może nie, się zobaczy". To
      jest po prostu wykluczenie ze zbioru zainteresowań problemów,
      których - z definicji - nie da się badać naukowo. Mam nadzieję, że
      udało mi się to w miarę jasno określić, a jeśli nie, to może jeszcze
      będę miał okazję coś dopowiedzieć.
      Aha, jeszcze odniesienie się do książki "Bóg urojony", jednego z
      moich najbardziej cenionych i lubianych autorów książek z dziedziny
      ewolucjonizmu, czyli Richarda Dawkinsa. Gdybym miał pójść tropem
      jego rozważań i określić prawdopodobieństwo istnienia Boga, to
      powiedziałbym, że jest ono bliskie zeru. No tak, ale jaki jest sens
      określania prawdopodobieństwa istnienia Boga, o którym - na gruncie
      naukowym i racjonalnym nawet rozmawiać się nie da, a co dopiero
      badać?

      Serdecznie pozdrawiam
      F_g

      • isma Re: "Zły" Bóg? - czyli autorefleksja F_g 22.12.07, 21:50
        Dzieki, Fanie. Za czas dla nas i za zyczliwosc.
        Pozdrawiam swiatecznie Was Czworo.
    • ankapok Re: "Zły" Bóg? 27.12.07, 23:40
      moja przyjaciolka napisala do wassmile:

      Aniu - odczułam potrzebę aby co nieco sprostować bo o
      nieporozumienie nietrudno.
      Piszę dopiero teraz bo wcześniej nie zdołałam przebrnąć przez mrowie
      postów, dopiero dziś.

      Przeczytałam całość wątku (swoją drogą bardzo mi się to forum
      podoba - szacunek dla uczestników smile ) i widzę, że zaszło
      nieporozumienie.
      Pisze się o wierzących (czyli wyznajacych religię), ateistach i
      agnostykach.
      Nie należę do żadnej z tych grup.
      Wierzę w istnienie Boga i w to, że możemy go doświadczać. To nie
      jest postawa agnostycka - nie wykluczania istnienia Boga. Takie
      osoby jak ja nazywa się chyba bezwynaniowymi.

      Fakt - pokory we mnie za grosz jeśli chodzi o traktowanie Biblii...
      (twoj_aniol_stroz ma rację)
      Stary Testament widzę jako mitologię. Nie umiem traktować go z całą
      powagą.
      Ale nie łączę tego z postawą wobec Boga. Nie oceniam Boga, bo go w
      tych tekstach nie widzę... Widzę człowieka, Boga - jakoś nie (jak w
      mitach Greckich).
      Dla wierzących katolików wierzyć oznacza wierzyć po chrześcijańsku,
      czyli w Biblię oraz praktykować religijnie. Dla mnie wierzyć w Boga
      to znaczy wierzyć w Boga, że jest ponad nami, że nie jesteśmy tylko
      materią bez sensu i celu.
      Można to nazwać przeświadczeniem, aby uniknąć dyskusji nad tym co to
      jest wiara, a co nią nie jest.
      Co do moralności to oczywiście kompas mam zamontowany katolicki i
      nie widzę w tym nic złego. Nie walczę z nim, przeciwnie ( w tym
      pomagają przyjaciele, którzy są w temacie wink ). Kościołowi wiele
      zawdzięczam. Z drugiej strony nie padnę mu w ramiona...
      (A zbawienie to kwestia, która jest ponad mną - nie umiem tego
      rozważać. Pozostaje nadzieja...)

      Moja przyjaciółka ankapok chciałaby mnie zrozumieć, co mi się w
      Biblii nie podoba, dlaczego itp. Stąd ten wątek... Chciałaby też
      abym uwierzyła, tak jak ona i jest to zrozumiałe. Dlatego chce, abym
      szukała i znajdowała odpowiedzi. I za to jej dziękuję. Jeżeli więcej
      zrozumiem to bardzo dobrze ale nie spodziewałabym się tutaj cudu
      nawrócenia.

      Pozdrawiam serdecznie
      Joanna
      • ankapok Re: "Zły" Bóg? 28.12.07, 00:58
        to poprzedni mail mojej kolezanki:

        Poniżej link do b.ciekawego artykułu z:
        o. dr Wiesław Szymona, dominikanin, teolog, wykładowca teologii
        dogmatycznej
        w Kolegium Filozoficzno-Teologicznym oo. Dominikanów. Znawca i
        tłumacz
        mistyków nadreńskich. Przetłumaczył też najnowszą książkę Benedykta
        XVI
        "Jezus z Nazaretu". Asystent kościelny LISTU
        - cobyś nie miała wątpliwości, że nie podsyłam Ci
        jakichś "bluźnierstw"
        wink

        wiadomosci.onet.pl/1453177,240,1,kioskart.html
        Jest tam sporo rzeczy, które dla mnie są ciekawe i może rzucą Ci
        jakieś
        światło na to, o co mi chodzi w widzeniu Jezusa jako osoby
        ludzkiej.
        Szczególnie zaś słowa:

        "Krytyczne badania nad Nowym Testamentem wykazują jednoznacznie, że
        Jezus

        przed śmiercią ani nie promieniował boskością, ani też o niej nie
        mówił,
        że
        Jego ludzka świadomość mogła nie zawierać świadomości własnej
        boskości. To

        prawda, Jezus nigdzie nie powiedział wprost, że jest Bogiem, ale
        ciągle w

        Jego słowach pojawiały się aluzje na ten temat.: (...)"


        Przeczytałam to co na forum - może faktycznie za słabo mam pewne
        kwestie
        przemyślane, na pewno moja wiedza nie jest wystarczająca aby toczyć
        teologiczne spory, zresztą nie to jest tu istotą...
        .
        .
        .
        (...) sedno problemu... Od zawsze i nie wyłączając okresu kiedy
        chodziłyśmy razem do wspólnoty i kiedy miałam zwyczaj czytania Biblii
        przed
        zaśnięciem (pamiętam jak trafiłam na przejście przez Morze Czerwone
        i mnie

        zmroziło)
        Ja jestem prosty człowiek, patrzę w dużej mierze sercem i to serce
        się
        odwraca od ST i nie chce mieć z tym nic wspólnego, za tym dopiero
        idzie
        umysł. Możesz na forum napisać, że mam na imię Joanna, nie mam nic
        przeciwko. Rozumiem, że to może przeszkadzać uczestnikom, że nie
        dość, że

        sama nie piszę to nawet mojego imienia nie znają.
        Wiesz - dziwnie się czuję jeśli w "mojej sprawie" ludzie piszą
        sążniste
        posty, poświęcają swój czas itp. Pocieszam się, że każdy pewnie z
        tego
        wyniesie coś dla siebie, a życzliwość zwykle wraca do człowieka smile

        Możesz wstawiać do wątku to, co uznasz za słuszne z moich mejli, będę
        pisać
        biorąc to pod uwagę.
        Wiem, że reaguję dość dziwnie, sama tego nie rozumiem ale to chyba
        ma
        związek z poznawaniem samej siebie.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka