Zeby sie nie zgubilo, bo dobre:
MAŁGORZATA WAŁEJKO
Razem czy osobno?
Zbigniew Nosowski, występując przeciwko wielowiekowemu błędnemu
dostrzeganiu świętości tylko w celebrowaniu samotności i ucieczce od
więzów międzyludzkich, popełnia błąd przechylenia duchowych zaleceń
na przeciwną szalę – niczym mantrę powtarza w książce wezwanie do
porzucenia „indywidualnej” duchowości na rzecz absolutnej jedności
małżeństwa i jego wyłącznej wspólnotowości
Przed trzema laty Zbigniew Nosowski wydał bardzo ciekawą i przez
wielu uznaną za przełomową książkę o małżeństwie. Parami do nieba 1
upomina się o zaniedbaną dotąd w Kościele – jak śmiało i słusznie
ocenia autor – formułę duchowości małżeńskiej. Co więcej, proponuje
nowe jej odczytanie, które najkrócej można streścić, odwołując się
do tytułu książki: „parami” zamiast „osobno”.
Hiperindywidualizm w historii Kościoła
Nie sposób nie zgodzić się z autorem, że małżeństwo przez długie
wieki traktowane było jako dużo mniej doskonała droga do świętości
niż życie konsekrowane. I choć przynajmniej 83 parom małżeńskim (do
tylu w badaniach historiograficznych dotarł Nosowski) udało się
znaleźć na ołtarzach, zwykle uświęcały się nie tyle poprzez
rzeczywistość małżeństwa, ile „pomimo” czy „obok” niej: na drodze
ślubu zachowania wstrzemięźliwości seksualnej, poprzez pospieszne
udanie się do klasztoru po śmierci czy nawet za życia małżonka lub
przez męczeństwo. Fakty mówią same za siebie: znakomita większość
kanonizowanych to celibatariusze, znamienne przemilczanie lub
niechętne, marginalne wspominanie w opisach hagiograficznych stanu
małżeńskiego kanonizowanych (jak gdyby był on „wypadkiem przy
pracy”

, pierwsza wspólna beatyfikacja pary małżeńskiej (bł. Maria i
Luigi Beltrame Quattrocchi) dokonana dopiero w 2001 roku. Jednym ze
źródeł deprecjacji małżeństwa było traktowanie współżycia
małżeńskiego jako smutnej konieczności dla bardziej popędliwych i
mniej doskonałych chrześcijan: konieczności uniemożliwiającej
przyjmowanie Komunii świętej (!).
Nic więc dziwnego, że małżonkowie żyjący w XX i XXI wieku zaczęli
pytać o drogę świętości w małżeństwie. Pozbawieni są bowiem wzorców
wśród kanonizowanych, bo jak w codzienności wzorować się na małżonku
wyrzekającym się współżycia, udającym się do pustelni, spędzającym
czas na umartwieniach i żyjącym rytmem klasztornym, jeśli
odpowiedzialnie podchodzi się do rodziny, pracuje zawodowo i żyje w
świecie?
Błogosławiony przełom
Niewątpliwie autorowi należy przyznać rację, że duchowość małżeńska
nie może być naśladownictwem życia konsekrowanych, sztucznie
adaptowanego do warunków świeckich. Próba uświęcania „pomimo”
małżeństwa kończyła się takimi absurdami, jak porzucenie małżonki
tuż po narodzinach dziesiątego dziecka po to, by udać się do
klasztoru (św. Mikołaj z Flüe). Stąd potrzeba sformułowania
definicji duchowości małżeńskiej jako niezależnej od sposobu życia
konsekrowanych jest prawdziwa, a przedstawiana przez Nosowskiego
droga świętości „poprzez małżeństwo”, która w ostatnich dekadach
wybrzmiewa coraz pełniejszym głosem Kościoła, teologów i samych
małżeństw – jak najbardziej słuszna.
Opisanie duchowości małżeńskiej jako uświęcenia poprzez wzajemne
ukochanie małżonków pośrodku wspólnej codzienności, jak i poprzez
swoiste ukochanie tejże codzienności, jest niewątpliwie odkryciem na
wagę złota. „Mistyka codzienności” to potraktowanie zwykłych
czynności (praca, obieranie ziemniaków, wspólne wyjazdy na wycieczkę
i wszystko, co składa się na „szarą, płaską i nieodświętną”
codzienność) jako okazji do pięknego życia dla Boga, do spełnienia
swego człowieczeństwa. Wszystko więc, co robimy – mamy robić jak
najlepiej; niekoniecznie z pobożną pieśnią na ustach, byle
wielkodusznie.
„Mistyka codzienności” jest niewątpliwie nowością wobec
niegdysiejszych pomysłów na idealne chrześcijaństwo, szczególnie
wobec brzydzących się codziennością rodzin. Jednak wydaje się, że
wielu już dawno żywiło podobne intuicje; choćby św. Teresa z Lisieux
zachęcająca do czynienia najdrobniejszych rzeczy – jak podniesienie
kamyka – z miłością, nadającą im zbawczy charakter.
W odniesieniu do cielesnego wymiaru miłości małżeńskiej autor
przywołuje współczesną teologię ciała, która szczęśliwie odeszła od
uznawania czystości za synonim wstrzemięźliwości i nazwała akty
miłosnego złączenia małżonków przeczystymi wyrazami oddania ich
serc. Zbliżenia małżeńskie stanowią szczególnie wyrazisty element
sakramentu małżeństwa, w którym jest obecny żywy Bóg.
Wreszcie autor rewiduje tak częsty nawet dzisiaj
stereotyp „całkowitego oddania się Bogu” w konsekracji, w
przeciwieństwie do „niecałkowitego” w małżeństwie. Nosowski dowodzi,
że żyjąc wśród rozlicznych spraw przyziemnych, takich jak pieluchy i
zakupy, praca i płaca, serce chrześcijanina, który przez wzgląd na
Chrystusa cieszy się darem każdego dnia i chce go przeżyć pięknie,
może być Jemu całkowicie oddane. Serce poślubionego chrześcijanina,
oddane ziemskiemu oblubieńcowi/oblubienicy może być także oddane
całkowicie Bogu, czas ofiarowany najbliższym jest bowiem dany Bogu.
Hurrawspólnotowość małżeńska
Zdaje się jednak, że Zbigniew Nosowski zapędza się w budowaniu wizji
małżeństwa jako rzeczywistości absolutnej jedności i wyłącznej
wspólnotowości. Występując przeciwko wielowiekowemu błędnemu
dostrzeganiu świętości tylko w celebrowaniu samotności i ucieczce od
więzów międzyludzkich, popełnia błąd przechylenia duchowych zaleceń
na przeciwną szalę – niczym mantrę powtarza w książce wezwanie do
porzucenia „indywidualnej” duchowości na rzecz duchowości „wspólnej”.
Wspólne ogłoszenie błogosławionymi Marii i Alojzego [Quattrocchich –
przyp. MW] oznacza też watykańską aprobatę dla tezy, że duchowość
małżeńska powinna być przeżywana wspólnie, nie zaś pojedynczo.
Uprzednio w życiu świętych, którzy żyli w małżeństwie, podkreślano
raczej ich osobiste starania o uświęcenie. (141)
Nosowski chce, aby określenie Jana Pawła II „jedność dwojga”
interpretowano jako zupełną unifikację z pominięciem indywidualności
osoby i indywidualnej relacji z Bogiem. „Z istoty małżeństwa wynika,
że nie może istnieć szczęście (także świętość) jednego małżonka
pojedynczo” (175). Autor wyraża przekonanie, że z racji świętości
związku małżeńskiego świętość jednej osoby przechodzi na drugą,
ponieważ stanowią jedno ciało. Krytykuje wynoszenie na ołtarze
małżonków pojedynczo jako skutek błędnego postrzegania świętości
jako „sprawy indywidualnej”.
Skoro uznawano, że małżonkowie nie mogą się uświęcić poprzez
małżeństwo jako para, a co najwyżej mogą pojedynczo tak przeżywać
swój związek, że osobiście uda im się dojść do świętości – to nic
dziwnego, że nie kanonizowano par, a pojedyncze osoby. (109)
Autor zdaje się nie cenić „starań osobistych” na drodze do Boga, a w
zamian za to podkreśla, że małżonkowie powinni wszystko robić razem,
gdyż przed Bogiem stają najpierw jako „my”, później zaś jako
dwa „ja”. Stąd też Nosowski podkreśla, że najważniejszą modlitwą
małżonków jest modlitwa wspólna – małżeńska, nie indywidualna.