Dodaj do ulubionych

nauczanie w domu (zamiast w szkole)

05.09.08, 09:47
W sąsiednim wątku Nati i Mamałgosia stwierdziły, że nie podjęłyby się
nauczania dzieci w domu. Mamałgosia napisała:

> Własnie ja też bym się [nie?] podjęła. Po 14 latach pracy
> w szkole, widzę bardzo wyraźnie jej niedostatki i wady. Ale
> jednak jakieś zalety ma - i dla mnie one są nie do przecenienia.

Jakie to zalety i czy naprawdę przeważają nad wadami? Pewnie mamy różne
doświadczenia, ale ja swoją podstawówkę wspominam jako koszmar - i co do
poziomu nauczania, i co do relacji z innymi dziećmi i nauczycielami. Oboje z
żoną (w różnych szkołach, w różnych miastach) nigdzie nie doświadczyliśmy tyle
przemocy i poniżenia, co w szkole. I nawet - jako dzieci - nie wiedzieliśmy,
że nie jest to stan normalny, że to nie tak powinno być.

Jako wady nauczania w domu zwykle wymienia się - poza kompetencjami rodziców -
brak "uspołecznienia" dziecka i wychowanie "pod kloszem". Rzeczywiście, martwi
brak nauki funkcjonowania w grupie. Jeśli jednak elementami tego
uspołecznienia ma być mycie głowy w toalecie, chowanie się po kątach, by znów
nie dostać po głowie, używki i wysłuchiwanie od nauczycieli, że jest się
"szczotą klozetową" - to może lepiej poczekać, aż dziecko podrośnie i będzie w
stanie się przeciwstawić? Przecież maluch przyjmie stan zastany za normalny, z
olbrzymią szkodą dla siebie. Rozumiem, że powinien się uczyć, że czasem może
dostać po głowie i że nie wszyscy dorośli są sprawiedliwi i mili. W szkołach,
które znam, ta nauka jednak była zbyt brutalna. A sam brak szkoły może można
nieco nadrabiać innymi formami kontaktu z rówieśnikami (np. oazy).

Co myślicie o nauczaniu w domu, jako rodzice i nauczyciele? A może znacie
jakieś dzieci nauczane w domu?
Obserwuj wątek
    • nordynka1 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 10:29
      było o tym w GN

      goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1188391186&dzi=1104764436&idnumeru=1188378927

      pod spodem są też załączniki
    • minerwamcg Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 10:35
      Oazy??? Skąd taki pomysł? To jest ruch młodzieżowy, Ty zaś piszesz o
      maluchach.
      • mama_kasia Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 10:57
        > Oazy??? Skąd taki pomysł? To jest ruch młodzieżowy, Ty zaś piszesz o
        > maluchach.

        Nigdy nie byłam, ale coś mi się obiło o uszy, że zaczyna się od
        dzieci - tzw. oaza dzieci Bożych. Ktoś potwierdzi?
    • mamalgosia Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 10:52
      Ojej, brak jednego "nie" i jak zupełnie zmienia to senssad Przepraszam

      Dla mnie zaletami szkoły są na przykład:
      - zawiązywanie przyjaźni (z moją Przyjaciółką obecną
      zaprzyjaźniłyśmy się w III klasie podstawówki. Przyjaźń przetrwała
      wszystko - różne szkoły srednie, wyjazdy, zamążpójście, pracę itp)
      - relacje koleżeńskie
      - wygłupy grupowe
      - wspomnienia
      - relacje z nauczycielami
      - wyjście "w świat"
      - bycie bez rodziców na jakiś czas
      - duch grupowy
      - wspólne wyjścia/wycieczki/imprezy
      - pomoce naukowe
      - doświadczenie nauczycieli

      To tak z głowy na szybko. Pewnie jeszcze coś dopiszę
      • a_weasley Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 11:23
        mamalgosia napisała:

        > - zawiązywanie przyjaźni (z moją Przyjaciółką obecną
        > zaprzyjaźniłyśmy się w III klasie podstawówki.

        To się zdarza, aczkolwiek ja z podstawówki nie mam nikogo, z liceum przetrwała
        jedna znajomość, w dodatku utrwalona przez harcerstwo.
        Wygłupów grupowych sam jakoś nie przerobiłem, ten rodzaj socjalizacji też
        zapewniły mi inne formy egzystencji stadnej, tym różnej, że w grupach o
        członkostwie dobrowolnym.
        Duch grupowy w takim stadzie z automatu stworzonym ma tyleż wad co i zalet.
        Słyszałem wczoraj taką reklamę: dzwonek, szkolny gwar, dziewczyński głos "Muszę
        być najlepsza w klasie!" i... głos spikera opiewający zalety nowego modelu
        wypasionego w kosmos fona.
        Otóż i duch grupowy A.D. MMVIII.
        Z doświadczeniem nauczycieli bywa różnie i z pomocami naukowymi tyż (pomijając
        fakt, że nie żyjemy w Polsce Ludowej i wzmiankowane pomoce są dostępne na rynku).
        • mamalgosia szkoła jest do bani:) 05.09.08, 21:30
          cbdu
    • skrzynka3 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 11:31
      Plusy jakie widze w chodzeniu chlopakow do szkoly (publiczna,
      rejonowa podstawowka moloch)

      -stykaja sie z roznymi stylami i modelami rodzin obserwujac kolegow,
      co z jednej strony uczy, ze ludzie sa rozni z drugiej czesto
      pozwolilo docenic cos na co poczatkowo narzekali w domu

      -moje majace klopoty z roznymi sytuacjami spolecznymi dziecko bylo
      zmuszone do pojscia do zupelnie nieznanej kobiety w sekretariacie i
      zgloszenia zgubienia legitymacji, zalatwienia sobie dokladki w
      szkolnej stolowce i staniecia wobec tysiaca innych sytuacji, ktorych
      bym nie przewidzaila i nie stworzyla sztucznie. Efekt -zakupy w
      sklepie na rogu okazaly sie latwizna nie warta wspomnienia a nie
      ciezka trauma jak bywalo smile

      -klasa to zlozony organizm i uczy zachowania w roznych sytuacjach-
      kiedys trzeba sie zjednoczyc i wspolnie przeciwstawic nauczycielowi,
      kiedys sie wylamac i powiedziec Nie grupie, kiedys zrezygnowac z
      wlasnych pomyslow i wspolpracowac.

      -czasem trzeba przyjac, ze dorosli nie zawsze sa mili, przyjazni i
      pomocni (jak sie najczesciej dzieje w sytuacji roznych aktywnosci
      pozalekcyjnych-druhna w zuchach chce nia byc i sie stara,robi to z
      pasja), niektore Panie w szkole czasem sprawiaja wrazenia jakby nie
      powinno ich tam byc sadTo trudna lekcja ale przy okazji byla swietna
      okazja do nauki przebaczania, oceniania postepowania a nie
      czlowieka, modlitwy za taka osobe a nie tylko zlosci na Nia,
      wymyslania przezwisk i probach "odgryzania" sie przez dokuczanie.

      -to co juz ktos napisal-wspomnienia, wrazenia z wycieczek, wyjsc
      poza szkole, przyjaznie, rowiesnicy, ktorych laczy cos na codzien.

      -umiejetnosc przezycia i sukcesu i porazki(w czyms jest sie na tle
      grupy swietnym a w czyms najgorszym)

      -praca w samorzadzie szkolnym- nauka, ze mozna zmieniac i wplywac na
      rozne rzeczy wokol siebie angazujac sie w nie

      To co opisujesz to jakis koszmar, ktorego nie potrafie sobie
      wyobrazic crying(

      Najgorsze wspomnienie mojego syna z poczatkow szkoly -obecnie V
      klasa- to przytrzymywanie drzwi do toalety przez starszego ucznia i
      droczenie sie, ze Go nie wypusci-zalatwione na miejscu przez
      nauczyciela dyzurnego po ktorego pobiegli koledzy.

      Nie wiem co bedzie w gimnazjum (i troche sie obawiam opowiesci
      innych rodzicow, ze to zupelnie inny swiat) ale i tak nie wyobrazam
      sobie wyjecia gimnazjalisty z grupy rowiesnikow.
      • a_weasley Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 11:34
        skrzynka3 napisała:

        > Efekt -zakupy w sklepie na rogu okazaly sie
        > latwizna nie warta wspomnienia a nie
        > ciezka trauma jak bywalo smile

        Co jest kolejnym dowodem, że różni mają różnie i jednym jest potrzebna taka
        szkoła, żeby byli w stanie bez traumy zrobić zakupy, a inni w wieku pięciu lat
        bez przedszkola doskonale sobie z tym radzą.
    • mirellka74 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 11:46
      Po pierwsze Sunday, przedstawiles tu najczarniejsza z wizji, ktora
      przeciez absolutnie nie musi stac sie udzialem Twojego dziecka.
      Nie pozwol, aby Twoje negatywne doswiadczenia wplynely na podejscie
      dziecka do otaczajacej go rzeczywistosci.
      Przyznaje, ze w podstawowkach kiedys bywalo roznie (moj rocznik w
      nicku), sama bylam swiadkiem nieodpowiedniego traktowania
      slabszych....ale teraz naprawde jest lepiej.
      Przyznam, ze z przyjemnoscia obserwuje jak dzieci dobrze sie do
      siebie odnosza, sa grzeczne i naprawde madresmile
      Oczywiscie zdarzaja sie problemy typu "on mnie popchnal, uderzyl,
      obrazil", ale rzadko.
      Zadnego dreczenia, wyzywania sie na slabszych nia zakonotowalam.
      Pozwol dziecku zyc jego zyciem, od tego jestes rodzicem, zeby
      wkroczyc do akcji w razie jakiejs awaryjnej sytuacji, niech dziecko
      uczy sie przebywania w normalnym spoleczenstwie.
      Bo czy wyselekcjonowanie mu znajomych ograniczajacych sie do oazy
      nie jest "chowaniem pod kloszm"?
      Moim zdaniem niestety tak i nie bedzie to dla dziecka z korzyscia,
      predzej czy pozniej zetknie sie z ludzmi o innych pogladach i
      wartosciach i wtedy to dopiero bedzie wstrzas.
      I jeszcze jedno, moim zdaniem "za moich czasow" nauczycielem mogl
      byc kazdy, faktycznie niektore odzywki z tamtych lat nie przeslyby
      dzis, ba zlinczowali by za nie nauczyciela.
      Teraz nauczyciele sa bardziej nastawieni na jednostke, kiedys na
      mase, poza tym tyle trabi sie o prawach dziecka, pewne sytuacje,
      ktore kiedys byly norma teraz bylyby nie do przejscia, i dobrze.
      Reasumujac, jestem przeciwna nauczaniu domowemu, nie stwarzajmy
      sztucznych sytuacji, nie komplikujmy rzeczywistosci.
      Pozdrawiam
      Mirellka

      • mamaanieli Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 11:55
        nauczanie w domu? Nigdy! wybaczcie, ale to jakoś sekciarsko pachnie.
      • sunday Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 12:11
        > Po pierwsze Sunday, przedstawiles tu najczarniejsza z wizji,
        > ktora przeciez absolutnie nie musi stac sie udzialem Twojego
        > dziecka. Nie pozwol, aby Twoje negatywne doswiadczenia wplynely
        > na podejscie dziecka do otaczajacej go rzeczywistosci.

        Staramy się, ale to nie takie proste. smile

        > Przyznaje, ze w podstawowkach kiedys bywalo roznie
        > (moj rocznik w nicku), sama bylam swiadkiem nieodpowiedniego
        > traktowania slabszych....ale teraz naprawde jest lepiej.

        W rodzinie mamy dwoje nauczycieli z kilkudziesięcioletnim stażem. Twierdzą coś
        dokładnie przeciwnego: że teraz jest dużo, dużo gorzej. Śledziłem niedawno
        dyskusję na forum o uczeniu w domu - zwolennikami nauki w domu byli najczęściej
        obecni nauczyciele. Nie wiem, w jakiej szkole uczysz Ty, czy też uczą się Twoje
        dzieci, ale - zauważ - jest różnica między zwykłą podstawówką w zwykłej
        dzielnicy zwykłego miasta, a np. warszawską wielokulturową szkołą im. J.
        Kuronia, do której chodzą wybrane dzieci i której dyrektorzy mogli się za
        Giertycha mądrzyć na łamach GW.

        > Pozwol dziecku zyc jego zyciem, od tego jestes rodzicem, zeby
        > wkroczyc do akcji w razie jakiejs awaryjnej sytuacji, niech
        > dziecko uczy sie przebywania w normalnym spoleczenstwie.

        To właśnie jest naszą największą troską: by nasze dzieci przebywały w normalnym
        społeczeństwie. Społeczeństwo szkolne, które my z żoną pamiętamy, oraz to z
        którym mają do czynienia nauczyciele w naszej rodzinie, jest zdecydowanie
        nienormalne.

        > Moim zdaniem niestety tak i nie bedzie to dla dziecka z
        > korzyscia, predzej czy pozniej zetknie sie z ludzmi o innych
        > pogladach i wartosciach i wtedy to dopiero bedzie wstrzas.

        To prawda. Ale czy wstrząs nie jest większy, gdy dziecko jest jeszcze małe i
        akceptuje stan zastany jako normalny: normalne jest, że na przerwie silniejszy
        bije słabszego. Normalne są wymuszenia pieniędzy. Normalne jest grupowe
        popalanie na przerwach (w podstawówce). Normalne jest, że w klasie ktoś musi być
        poniżaną czarną owcą. Itd., itp. Dziecko starsze jest dojrzalsze i wie, że to
        jednak nie jest normalne.

        > I jeszcze jedno, moim zdaniem "za moich czasow" nauczycielem
        > mogl byc kazdy, faktycznie niektore odzywki z tamtych lat
        > nie przeslyby dzis, ba zlinczowali by za nie nauczyciela.

        Dziś problemy są głównie nie z gwałtownością nauczycieli, a z ich bezradnością i
        - często - obojętnością wobec uczniowskiej przemocy w szkole.
      • a_weasley Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 13:44
        mirellka74 napisała:

        > faktycznie niektore odzywki z tamtych lat nie
        > przeslyby dzis, ba zlinczowali by za nie nauczyciela.
        > Teraz nauczyciele sa bardziej nastawieni
        > na jednostke, kiedys na mase, poza tym tyle
        > trabi sie o prawach dziecka,

        ...że dziecko uczy się w szkole braku szacunku dla innych. Uczy się być
        członkiem stada z dżungli.

        > nie stwarzajmy sztucznych sytuacji,

        Hmm...
        Co tak naprawdę jest sztuczną sytuacją? To, że dziecko poznaje świat od
        rodziców, czy to, że poznaje go od ludzi, którym państwo za to płaci, oddane im
        pod opiekę przez rodziców, których państwo do tego zmusza, uczone tego, co sobie
        jeden z drugim eurokrata wymyślił?
        Gdy patrzę wstecz, widzę, że niewiele nauczyłem się w podstawówce. A jeszcze
        mniej rzeczy, których nie mogliby mnie nauczyć rodzice, względnie których nie
        mógłbym się nauczyć sam pod nadzorem tychże.
        Oczywiście nie każdy miał takich rodziców jak ja, ale czy ja mówię, żeby zamknąć
        szkoły?
    • otryt Popieram! 05.09.08, 12:40
      Gość Niedzielny napisał:

      >Dyrektorka nie zgodziła się na odroczenie obowiązku szkolnego, mimo
      >że jako wcześniak z wadą serca nie miał szans z rówieśnikami.

      Nieludzki urzędnik skazujący dziecko na wieczny stres i niechęć do
      szkoły i nauki. Swoją drogą bardzo podobają mi się ci rodzice z
      artykułu. Ich sposoby edukacji bardzo przypominają nam nasze,
      szczególnie w stosunku do pierwszego dziecka. Zaszczepialiśmy jej
      zainteresowanie przeróżną wiedzą i wspólnie drążyliśmy problemy i
      pytania, które się w naturalny sposób pojawiały. Oczywiście żona w
      tamtym czasie nie pracowała. Dziś córka (21 lat) mówi nam, ze więcej
      się nauczyła od nas lub w wyniku samokształcenia niż w szkole. W
      swoich działaniach staraliśmy się nie dublować programu szkolnego,
      lecz kierować zainteresowania dziecka na sprawy, których nie ma w
      programie szkolnym, aby dziecko w szkole się nie nudziło. Tę wiedzę
      łapała nie wiadomo gdzie i kiedy, jeszcze zanim się w szkole
      pojawiła, więc w szkole się i tak koszmarnie nudziła, z czego były
      duże problemy. Bardzo dużo zawsze czytała, wcześniej było zawsze
      długie czytanie do snu i nie tylko, gdy była maluchem. Zauważam
      jednak, że w czasach jej dzieciństwa byliśmy młodsi, mieliśmy więcej
      energii, mniej problemów - stąd było łatwiejsze zajęciem się
      rozwojem i edukacją dziecka. Później problemów przyrastało, sił
      ubywało. Z dwójką młodszych nie byliśmy w stanie aż tak pracować.
      Każde z nich jest inne, musi więc być inne podejście, inaczej muszą
      być rozbudzane zainteresowania. Ważne, aby nie zabić tej naturalnej
      chyba dla każdego dziecka głodu wiedzy i spontaniczności poszukiwań.
      Szkoła niestety to często robi.


      Przyznam, że mógłbym uczyć przedmiotów ścisłych do poziomu
      maturalnego. Humanistycznych wolałbym się nie podejmować, bo nie
      czuję się zbyt mocny. Przez wiele lat udzielałem korepetycji i
      przygotowywałem młodych ludzi na studia politechniczne. Myślę
      jednak, że gdyby skrzyknęła się grupa znajomych bądź przyjaciół,
      którzy znaliby przeróżne przedmioty dałoby się skompletować zespół
      nauczycieli do takiego domowego nauczania. W gronie moich znajomych
      są przedstawiciele przeróżnych dyscyplin. Kolega, który spędził z
      rodziną kilka lat w Chinach mówił, że grupka polskich dzieci była w
      ten sposób uczona. Kolega uczył przedmiotów ścisłych, żona kogoś tam
      była humanistką, byli inni specjaliści. Spośród rodziców dało się
      zebrać grono nauczycieli.

      Straszne jest to, co opowiada Sunday o przemocy w szkole. I myślę,
      że jego opis odpowiada rzeczywistości. Dziś nauczyciele są bezradni
      wobec przemocy, dawniej łatwiej sobie z nią radzono, gdy się
      pojawiała. Niestety trzecie nasze dziecko doświadczyło takich
      sytuacji. Po długich, bezskutecznych próbach jakiegoś załatwienia
      tej sprawy, przenieśliśmy w końcu dziecko do innej szkoły. Wiem, że
      inne szkoły bywają podobne i można z deszczu wpaść pod rynnę. Myśmy
      mieli jednak szczęście z dużym pożytkiem dla dziecka. Znam dzieci,
      co przeżywały tak silny stres szkolny, że miały dolegliwości
      somatyczne i przez pół roku były na zwolnieniu lekarskim. W szkołach
      potrafią naprawdę dziać się cuda, mogą złamać "kręgosłup" niejednemu
      młodemu człowiekowi. Szczególnie w szatni lub toalecie. Nauczyciele
      lub dyrekcja wolą tego nie widzieć, bo istniejące prawo nie pozwala
      im na skuteczne działanie. W takich sytuacjach sprawy edukacji
      schodzą na dalszy plan, trzeba ratować dziecko.

      Myślę, że inicjatywa jest cenna i pożyteczna. Korzystać z niej będą
      nieliczni, bo nie jest to łatwe. Będzie przybywać doświadczeń,
      którymi warto się dzielić. Nie można tego ludziom zabraniać. Będą
      egzaminy weryfikujące wiedzę dziecka. Kontakty społeczne dziecko
      zdobywać może w innym miejscu niż szkoła. Pozostają przecież
      zajęcia dodatkowe, harcerstwo, kluby sportowe, prywatne wyjazdy z
      innymi dziećmi. Ma rację Sunday, gdy mówi, że lepiej, aby dziecko
      później niż wcześniej zetknęło się z patologią życia społecznego,
      gdy już będzie w jakiś sposób ukształtowane, a nie żeby kształtowało
      się w szkolnej toalecie.

      • nati1011 Re: Popieram! 05.09.08, 12:48
        to może jakimś rozwiazaniem są małe szkoły społeczne? Takie na
        kształt przedszkoli domowych. ALe potrzeba do tego umiejętności
        przekazania swojej wiedzy - a nie każdy ją posiada. Ja mogę zrobić
        wykłąd, ale wysiadam przy tłumaczeniu po raz 40 zasad mnożenia czy
        dzielenia. smile

        Rodzice bezwzglednie powinni mieć prawo o decydowaniu kiedy i do
        jakiej szkoły pójdzie dziecko. Rejonizacja w zasadzie sie skończyła
        ale jest poroblem z odroczeniem nauki.

        Młodą chcieliśmy puścić wcześniej do szkoły, potem sugerowano
        puszczenie jej od razu do wyższej klasy. ale dziś uważam to za głupi
        pomysł. Także przeskakiwanie klas ma sporo wad. Młodego bedziemy
        raczej zachecać do rozwijania zainteresowań. Jak nie bedzie miał
        problemów z naucką, to niech wolny czas poświęci na pasje zamiast
        kończyć wcześniej starsze klasy smile
    • nati1011 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 12:41
      dziecko nauczane w domu musi realizowac ząłożenia programu z zdawać
      egzaminy.
      Ja nie czuję się na siłach by zrezygnować z pracy i uczyc dzieci w
      domu - bo na pewno ktoś musi wtedy być cały dzień z dzieciakami.
      Trzeba mieć tez minimum talentu pedagogicznego i spore wiadomości.
      Musisz umieć nie tylko nauczyć czytać i pisać - co jest dość proste
      ale np wytłumaczyć skomplikowane prawa fizyki czy przyrody - w czym
      ja np byłam noga.

      NIe uważam tez szkoły za siedlisko zła i zepsucia. Są szkoły lepsze
      i gorsze oraz przeciętne. Jeżeli dziecku dzieje sie w szkole krzywda
      to nalezy reagowac - opisane przez ciebie przypadki nie sa normą !
      Sądzę, ze większość podstawówek jest przeciętnie dobra, kilka jest
      bardzo dobrych a kilka bardzo złych.
      Ogólnie nie mam złych dośwadczeńze szkołą czy przedszkolem.
      Przedskole młodego jest super. Pięciolatki młodej (w szkole) i
      zerówka tez były bez uwag. Klasy 1-3 były drobne problemy, ale nawet
      przy planowanej wtedy przeprowadzce mieliśmy młodą dowozic do starej
      szkoły, więc tez nie było źle. Dopiero ta ostatnia klasa a w
      zasadzie jedna nauczycielka, bo tak ogólnie to z pozostałymi nie
      było problemu. Ja przeniosłam dziecko, bo tym problemem był
      wychowawca, a ten powinien być zaangażowany w pomoc dziecku - na
      każdym polu. Nie podobały mi się metody stosowane w szkole, brak
      bezpieczeńśtwa (ciagłe urazy) czy bezstresowe wychowanie. ALe to nie
      był powód do zmiany szkoły. Nie wszystko mi sie musi podobać ale to
      jeszcze nie przekreśla szkoły.

      Ja swoja podstawówkę tez wspominam źle. Ale dało się przeżyć.Nie
      sądzę, bym miała po podstawówce jakiś uraz - choć czasem śni mi się
      koszmar, że nadal tam chodże wink
      • verdana Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 13:18
        Uczenie w domu ma szereg wad, z ktorych najwieksza jest totalne
        uzależnienie dzieci od rodzicow i ich jedynie slusznego sposobu
        myslenia. O ile w klasach 1-3 moge jeszcze (z trudem) dopuscic mysl,
        ze dla niektorych dzieci to dobre rozwiazanie, w klasach wyzszych
        jest to dla mnie rozwiazanie krzywdzace dziecko.
        1. Rodzice nie potrafia ocenić poziomu swojego dziecka w porownaniu
        z innymi dziecmi. Przykladem moge być ja sama - gdybym uczyla w domu
        dzieci, zmarnowalabym je nie na 90% a na 100. Bo porownywalam
        zdolnosci syna ze zdolnosciami siostry. Siostre traktujac jako
        norme, a syna wobez tego jako kompletnie niezdolnego. Tymczasem to
        zdolnosci siostry byly nietypowe - a syna wyższe od przeciętnej.
        Czyli (nie chwalac się) utalentowane dziecko potraktowałam jako
        totalnego przeciętniaka, a przecietne - jako idiotę.
        2. Rodzice mogą rozwijać tylko te zainteresowania, jakie sami mają.
        A zdarza się - u mnie sie zdarzylo - ze nauczyciele odkrywaja
        zainteresowania czy talent dziecka, ktorego rodzice nie widza. Tak
        było z córką.
        3. Dziecko, ktore widzi tylko jeden sposób zycia i jeden sposob
        myslenia bedzie o wiele bardziej sztywne w mysleniu. O ile taka
        nauka przeciagnie sie do lat nastolenich, ogranicza horyzont dziecka
        w sposób drastyczny.
        4. Dziecko jest nienaturalnie uzaleznione od rodziców. Nie może się
        nawet poskarżyc koledze na to, ze sa paskudni. To szkodliwe, a wrecz
        niebezpieczne.
        5. O ile dziecko uczy sie slabo calwe źycie rodzinne ulega
        destrukcji, bo klopoty w nauce zaczynają przenikac do normalnego,
        codziennego życia. Dziecko przestaje być dzieckiem swoich rodziców,
        a zaczyna byc uczniem, ktory sprawia klopoty i nie spełnia nadziei.
        • a_weasley Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 13:39
          Verdana napisała:

          > totalne uzależnienie dzieci od rodzicow i ich
          > jedynie slusznego sposobu myslenia.

          Nie wiem, co lepsze - to czy uzależnienie od tego, jaki jedynie słuszny sposób
          myślenia lansuje szkoła. Na co rodzice mają bardzo niewielki wpływ i w ten
          sposób art. 26 ust. 3 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka dający rodzicom
          pierwszeństwo w wyborze wychowania (inne tłumaczenie podaje "rodzaju
          nauczania"), jakie ma być dane ich dzieciom, staje się fikcją.
          A sytuacja, w której szkoła kładzie dzieciom w głowy - i wymaga! - jedno, a dom
          drugie, jest MSZ niepożądana.

          > 2. Rodzice mogą rozwijać tylko te zainteresowania,
          > jakie sami mają.

          Jeśli żyją na bezludnej wyspie, to tak.

          > Nie może się nawet poskarżyc koledze na to,
          > ze sa paskudni.

          Oczywiście jeżeli żyje z rodzicami na bezludnej wyspie.

          > klopoty w nauce zaczynają przenikac do normalnego,
          > codziennego życia.

          W zasadzie tak, ale to nie jest wyłączną cechą nauczania domowego. W przypadku
          dziecka chodzącego do szkoły dzieje się to samo, tylko zaangażowanych jest
          więcej podmiotów, co powoduje zamęt.
          • verdana Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 14:01
            Wybacz, ale szkola obecnie nie lansuje jednego sposobu myslenia.
            Nauczyciele sa różni, podreczniki do wyboru.
            I co takiego szkoła kladzie do glowy starszym dzieciom, czego by nie
            mozna przedyskutoawac w domu? Chyba ;epiej, aby dziecko wiedzialo,
            ze sa rózne poglady i umiało chocby z nimi dyskutować, niz żeby
            znalo tylko jeden, a potem ze zdumieniem stwierdzało, ze nie wszyscy
            myśla tak jak rodzice. Dopiero wówczas może się okazać, ze nie umie
            sie bronić przeciw "niewlasciwym" pogladom, bo zawsze wszystko to,
            co mu mowiono, bylo sluszne i prawdziwe...
            Jak wyobrazasz sobie wykrycie zaintersowań dziecka w dziedzinach,
            ktore Cie nie interesują i ktorymi w ogole się nie zajmujszesz?
            Nauczyciel mojej corki zainteresował ja poezja, wysylał na konkursy,
            gdzie zdobywaa nagrody. ja moge omowic wiersz, ale nie ocenię
            wiersza wlasnego dziecka, ani tez nie potrafię przekazać pasji do
            poezji, ktorej nie znoszę.
            Dziecko nie ma szans poskarzyć się kolegom, bowiem dziecko uczone w
            domu (tu moze wyjatkiem sa dzieci wiejskie, obracajace się w
            srodowisku sąsiadow) ma ograniczone kontakty. wszelkie kursy, kółka
            itd. to raczej nie miejsca zawiązywania przyjaźni.
            Jako matka niegdyś źle uczacego się dziecka zareczam Ci, ze to nie
            jest to samo, czy dziecko nie uczy sie w szkole, czy matka sama,
            jako nauczycielka nie potrafi zmusic dziecka do nauki.
            • otryt Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 14:48
              verdana napisała:

              >wszelkie kursy, kółka itd. to raczej nie miejsca zawiązywania
              >przyjaźni.

              Dlaczego?

              >Jako matka niegdyś źle uczacego się dziecka zareczam Ci, ze to nie
              >jest to samo, czy dziecko nie uczy sie w szkole, czy matka sama,
              >jako nauczycielka nie potrafi zmusic dziecka do nauki.

              Verdano, myślę, że nauczanie domowe dobre jest przede wszystkim dla
              dzieci zdolnych, które lubią zdobywać wiedzę, których nie trzeba
              zmuszać do nauki. Rodzicom w domu trudniej byłoby zmusić takie
              dziecko do systematycznej nauki niż nauczycielowi w szkole. Nawet w
              szkole lepiej jest, aby nauczycielka nie uczyła własnych dzieci.
              Taki sposób nauki na pewno będzie bardzo rzadki i raczej będzie
              dotyczyć tylko zdolnych dzieci i rodziców mających odpowiednią
              wiedzę i predyspozycje. Witkacy nie chodził do szkoły, uczył go
              ojciec - o ile się nie mylę. Nikogo do tego nie będą zmuszać, ale
              nie zabraniajmy tego ludziom.

              Szkoła i rodzina to nie jest całe środowisko społeczne dziecka.
              Przynajmniej nie powinno być. Im szersze takie środowisko, tym
              lepiej. Dziecko spotyka się z bogactwem poglądów, spraw i postaw.
              Twoje posty sugerują, że jak odbierze się dziecku szkołę, to
              pozostanie mu już tylko i wyłącznie ta najmniejsza rodzina i będzie
              skazane na dyktat rodziców. Jak wiele inicjatyw dla dzieci i
              młodzieży powstaje w parafii choćby. Moje dzieci czerpią pełnymi
              garściami z imprez organizowanych przez Kościół, także w sensie
              nowych znajomości i przyjaźni. To także zadanie rodziców, aby swoich
              dzieci nie skazywać wyłącznie na swoje towarzystwo.

              Sytuacja, o której pisze Sunday wcale nie jest taka rzadka. Gdy jest
              taka patologia to nie ma wtedy żadnej nauki, dzieciaki nic nie
              umieją. Zarówno nauczyciele, jak i uczniowie marzą jedynie o
              dotrwaniu do końca lekcji. Następuje stopniowa demoralizacja.
              Nauczyciele w takich klasach podciągają oceny, aby w papierach się
              wszystko zgadzało, by nikt nie domyślił się, że w szkole lub klasie
              dzieje się coś nie tak. Gdyby połowa uczniów dostała z przedmiotu
              ocenę niedostateczną, wnet zainteresowano by się klasą i
              nauczycielem. Nikt nie chce mieć problemów.

              Jaki to problem zaprowadzić dziecko na spotkanie autorskie z poetą,
              nawet wtedy, jeśli się samemu za bardzo nie jest zainteresowanym
              poezją? Zadaniem rodziców jest pokazywanie świata w całym jego
              bogactwie. A dziecko niech wybierze, to co je najbardziej
              zafascynuje. Wybory dzieci wcale nie muszą się pokrywać z wyborami
              rodziców.

              • verdana Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 15:28
                Skąd pomysł, ze uczyć maja sie w domu tylko dzieci zdolne? Rodzice
                podejmując taka decyzję chyba nie to biora pod uwage. Zreszta, moim
                zdaniem dzieci zdolne potrzebuja wiekszej stymulacji intelektualnej
                niz wyłącznie wlasna rodzina. One, jak nikt inny potrzebują róznych
                punktów widzenia, różnych rozwiazań, nowych pomysłów.
                Witkacego, jako osiągniecia wychowawczego, balabym sie przywoływać...
                Parafia - chm, w naszej parafii wielkomiejskej nic sie raczej nie
                dzieje, młodziez sie nie zna, wlasnie dlatego, ze chodzi do róznych
                szkół i ze szkołą jest bardziej zwiazana. Widac to bylo na kursach
                do bierzmowania - próbowana stworzyc jakąś wspólnote, nie wyszło.

                Zwracam uwage, ze rodzice nie posylajacy dziecka do szkoły, będą
                wybierali dla niego tez towarzystwo i zajecia wyłącznie takie, jakie
                im odpowiada. W wypadku starszych dzieci nie jest to zdrowa
                sytuacja.
                A zaprowadzic dziecko na spotkanie autorskie nie jest trudno, pod
                warunkiem, ze w ogle rodzicowi przyjdzie do glowy,z e dziecko mozna
                zainteresować czymś, co ani jego ani dziecko chwilowo nie
                interesuje. I trudno prowadzi dziecko "na wszelki wypadek" na
                wszystko. Pokazywanie swiata "w calym bogactwie" to - wybacz - jakas
                utopia. Zreszta nikt nie przeszkadza i rodzicom dzieci chodzacych do
                szkół pokazywac ten świat. Zreszta jedno spotkanie to naprawdę nie
                to samo, co zaangazowany w sprawe nauczyciel.
                Do bogactwa swiata należą też szkoły.
                • a_weasley Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 20:42
                  verdana napisała:

                  > dzieci zdolne potrzebuja wiekszej stymulacji
                  > intelektualnej niz wyłącznie wlasna rodzina.

                  W czym większość ludzi, również zwolenników ED, się z Tobą zgadza, jest też o
                  tym mowa na linkowanej stronie...

                  > One, jak nikt inny potrzebują róznych
                  > punktów widzenia, różnych rozwiazań,

                  No to po prostu tylko do szkoły. To po prostu kopalnia oryginalności.

                  > Do bogactwa swiata należą też szkoły.

                  Zasadnicza służba wojskowa też należy do bogactwa świata, a nie sądzę, byś
                  ubolewała nad tym, że to kolejne roczniki ominie.
                  • nati1011 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 21:45
                    a_weasley napisał:
                    > No to po prostu tylko do szkoły. To po prostu kopalnia
                    oryginalności.

                    Mieliśmy nie uogólniać. tym bardziej, ze nie tylko prywatne szkoły
                    bywają dobre.
                    Moja podstawówka była przeciętna, ale juz liceum było nastawione na
                    pracę z uczniem i motywowanie go do rozwijania swoich talentów.
                    Zapewniono mi wszystko, czego potrzebowałam. I nie tylko mnie. Nie
                    mam ani jednego przykrego wspomnienia z tych 4 lat. Jako ciekawostę
                    podam obowiazek uczestniczenia przynajmniej w jednym kółku
                    zainteresowań. W szkole lub poz nią. Ta szkoła miała wizję, świetną
                    kadrę, dyrektora z pasją (mimo niepoprawnej opcji politycznej wink))
                    i wychodzili z niej uczniowie wiedzący, czego chcą od życia i
                    siebie.
                    • sunday Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 09.09.08, 09:32
                      > Moja podstawówka była przeciętna, ale juz liceum ...

                      No właśnie - ja podstawówkę wspominam jako koszmar, żadnego dobrego wspomnienia.
                      A liceum wręcz przeciwnie - trudno mi sobie przypomnieć cokolwiek złego.
                      Dlatego, moim zdaniem, jeśli edukacja domowa, to na poziomie szkoły podstawowej,
                      ewentualnie gimnazjum.
                • sunday Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 09.09.08, 09:30
                  > Zreszta, moim zdaniem dzieci zdolne potrzebuja wiekszej
                  > stymulacji intelektualnej niz wyłącznie wlasna rodzina.

                  No właśnie. A szkoła - nie dość, że odbiera w większości możliwość stymulacji
                  intelektualnej rodzinie, to jeszcze zazwyczaj uczy bierności i milczenia.

                  > One, jak nikt inny potrzebują róznych
                  > punktów widzenia, różnych rozwiazań, nowych pomysłów.

                  Mądrzy rodzice wiedzą o tym. I lepiej niż nauczyciele potrafią się o to
                  zatroszczyć - bo to ich dziecko.
            • nulleczka Re: nauczanie domowe (nie w szkole) 05.09.08, 14:56
              Zdecydowalismy się na edukację domową naszej córki w ubiegłym roku.
              W tym roku dołączył jeszcze syn. Widzę w tym mnóstwo dobrodziejstw
              dla całej naszej rodziny.
              Córka - paradoksalnie- stała się dużo bardziej otwarta na ludzi i
              śmiała. Osławiona "socjalizacja" w grupie zerówkowiczów sprawiła, że
              nasze dziecko zrobiło się bardzo nieśmiałe i zamknięte. Aktywna
              dotąd na róznych zajęciach dodatkowych,gdy tylko poszła do zerówki,
              siedziała wszędzie cicho i nie miała nic do powiedzenia.
              Poza tym w edukacji domowej wróciła dawna ciekawość świata. Edukacja
              masowa tego typu ciekawość zabija w wielu dzieciach. Znam ten
              problem nie tylko z własnego podwórka, ale od wielu rodzin
              edukujących w domu.

              Dzięki ED nasze dziecko ma dużo czasu na rozwijanie własnych pasji i
              zainteresowań. Realizacja programu do egzaminu zajmowała jej w I
              klasie godzinę dziennie (mniej więcej), resztę poświęcała swoim
              fascynacjom, wcale nie narzuconym przez rodziców. z własnej
              inicjatywy czytała dużo o historii Polski, wielką frajdę jej
              sprawiało uczenie się po kolei wszystkich królów Polski(żadne z nas
              jej tego nie sugerowało).
              Ona sama po spotkaniu z koleżanką stwierdziła, że chce uczyć się
              łaciny.....

              Nie musisz uczyć wszystkiego sam. Jest coraz większa grupa rodziców
              wspierających się, dzielących się poglądami. Sami tez spotykamy
              ludzi - pasjonatów, którzy chętnie dzielą się swoją wiedzą.
              A jeśli chodzi o przyjaciól, to ma ich zdecydowanie więcej, niż gdy
              chodziła do zerówki.

              Jeśli będziesz miał jakieś pytania, to oboje z mężem chętnie
              odpowiemy. Nasz adres :jagaro@interia.pl
              Oprócz tego jest fajan strona o ed
              www.edukacjadomowa.piasta.pl/ .
              • sunday Re: nauczanie domowe (nie w szkole) 05.09.08, 16:24
                Dzięki za zachętę do kontaktu. Mamy jeszcze wprawdzie parę lat na decyzje, ale -
                przed podjęciem jej - pewnie skorzystamy.

                > Poza tym w edukacji domowej wróciła dawna ciekawość świata.
                > Edukacja masowa tego typu ciekawość zabija w wielu dzieciach.
                > Znam ten problem nie tylko z własnego podwórka, ale od wielu
                > rodzin edukujących w domu.

                No właśnie. Tego też się boję, poza szkolną przemocą. Że dziecko, zamiast
                aktywnie Poznawać Świat, będzie odbębniało zadane ćwiczenia. I że, zamiast
                zadawać pytania, nauczy się siedzieć w miarę cicho i czekać na przerwę. Taki
                efekt szkoły znam zresztą z własnego doświadczenia - gdyby nie pozaszkolne
                działania moich rodziców, sam prawdopodobnie bym teraz miał inne zajęcie, pewnie
                mniej ciekawe.
              • mamalgosia nulleczko 06.09.08, 10:00
                Przede wszystkim: zawsze cieszę się, jak się odzywasz.

                No patrzcie...
                A jak długo myślisz kontynuować ED?

                Nie odebrałam Twoich Dzieci jako nieśmiałych i zamkniętych (to
                prawda, że nie biegały jak opętane jak moje, czy nie weszły na dach
                drewnianego pociągu jak Pawlinkowysmile ). Ale Ty oczywiście znasz je
                lepiej.

                Pozdrawiam
                • pawlinka Re: nulleczko 06.09.08, 10:02
                  jakiego pociągu? jaki dach? smile
                  PS1 Moze zrobimy I rocznicę spotkania ?
                  PS 2 U nas zdrowotnie, Mamalgosiu, chyba lepiejsmile
                  • mamalgosia Re: nulleczko 06.09.08, 10:17
                    No nie! Ty wnecie, a smsa nie ma. Nieładnie

                    pawlinka napisała:

                    > jakiego pociągu? jaki dach? smile
                    Niby nie pamiętasz? Czy nie chcesz pamiętać? Ale mam jeszcze corpus
                    delicti w postac zdjęcia Twojego Syna na dachu chyba wagonu (bo na
                    ciuchci go nie uchwyciłam)

                    > PS1 Moze zrobimy I rocznicę spotkania ?
                    A Rudy? Czekają...
                    Bardzo chętnie, ale wolałabym pomyśleć o tym w październiku. Na
                    razie wrzesień mnie pokonuje, może z październikiem pójdzie mi
                    lepiej?

                    > PS 2 U nas zdrowotnie, Mamalgosiu, chyba lepiejsmile
                    To bardzo się cieszę. To może jutro się sprawa zakończy
                    • pawlinka Re: nulleczko 06.09.08, 10:34
                      się poprawięsmile
        • dominikjandomin Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 15:30
          verdana napisała:


          > 2. Rodzice mogą rozwijać tylko te zainteresowania, jakie sami mają.

          Naprawdę? To juz nie mogą puścić dziecka nigdzie? Żadnych zajęc pozalekcyjnych?


          > 4. Dziecko jest nienaturalnie uzaleznione od rodziców. Nie może się
          > nawet poskarżyc koledze na to, ze sa paskudni. To szkodliwe, a wrecz
          > niebezpieczne.

          Paskudni rodzice. Dziecko w klatce, bez podwórka i kolegów. Ech...

          Ja wiem, czego mnie szkoła nauczyła, zwłaszcza podstawówka.

          Osobiście myślę o zarabianiu na tyle dużo, aby stać było mnie na dobrą szkołę
          katolicką dla dzieci. Nie publiczną z nadmiarem świętych krów, gdzie dobry
          nauczyciel jest tłamszony.
          • nati1011 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 16:43
            > Osobiście myślę o zarabianiu na tyle dużo, aby stać było mnie na
            dobrą szkołę
            > katolicką dla dzieci. Nie publiczną z nadmiarem świętych krów,
            gdzie dobry
            > nauczyciel jest tłamszony.


            Nie wszystkie publiczne szkoły są złe i nie wszystkie prywatne
            katolicke dobre. W moim mieście są 3 prywatne katolickie
            podstawówki. Jedna bardzo dobra, druga dobra, a 3 fatalna. W sumie w
            tych dobrych jest góra 30 miejsc co roku w obu. Na 400 tys miasto.
            • dominikjandomin Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 22:36
              nati1011 napisała:

              > > Osobiście myślę o zarabianiu na tyle dużo, aby stać było mnie na
              > dobrą szkołę
              > > katolicką dla dzieci. Nie publiczną z nadmiarem świętych krów,
              > gdzie dobry
              > > nauczyciel jest tłamszony.
              >
              >
              > Nie wszystkie publiczne szkoły są złe i nie wszystkie prywatne
              > katolicke dobre. W moim mieście są 3 prywatne katolickie
              > podstawówki. Jedna bardzo dobra, druga dobra, a 3 fatalna. W sumie w
              > tych dobrych jest góra 30 miejsc co roku w obu. Na 400 tys miasto.

              U nas jest jedna katolicka i akurat dobra. Bywają i dobre publiczne - zwłaszcza
              muzyczna (ale do niej to dziecko musi mieć jakiegoś talenta, a jeśli zechce je
              przejąć po mnie, to się do tej szkoły nie ma co wybierać).

              Niestety, przy obecnym podejściu do oświaty i jej finansowania, małe szanse aby
              się dużo zmieniło na lepsze.

              Choćby i z tego względu jestem za tym, aby zezwalać na nauczanie indywidualne.
              • mader1 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 23:36
                zwłaszcza
                > muzyczna (ale do niej to dziecko musi mieć jakiegoś talenta, a
                jeśli zechce je
                > przejąć po mnie, to się do tej szkoły nie ma co wybierać).

                a to może będzie szansa po mamusi wink i jej rodzinie.
                Zastanawiam się nad moim... wprwdzie cherlawy, więc skrzypiec na
                ramieniu nie udżwignie wink))))))) ale na perkusji to choćby nogami
                może skakać smile))))))) I nie kosztuje tyle taka szkoła smile
                • isma muzyka 06.09.08, 08:38
                  E tam, cherlawy! Jak M. dzwiga, wprawdzie nawet nie cwiartki, tylko osemki, bo
                  palcami gryfu nie obejmie - to on by nie dzwignal?

                  Nawiasem mowiac, to wlasnie jest doskonaly przyklad na to, ze rodzice jako
                  preceptorzy dziecku NIE WYSTARCZAJA. Ja sie uwazam za dosyc dobrze
                  umuzykalniona, slubny nie gorzej - ale w kwestii cwiczen skrzypcowych nie wiemy
                  NIC i chwala Bogu. Od tego jest nauczycielka.
    • pawlinka Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 15:13
      w mojej szkole uczymy dwoje dzieci wcześniej eudukowanych w domu.
      Rodzice - nauczyciele. Uczyli dzieci do końca podstawówki, młodsza
      jest teraz w gimnazjum, starsza - w liceum, uczę ją. Usłyszałm od
      niej, że nie akceptowała pomysłu rodziców, że bardzo chciała już iść
      do szkoły, do gimnazjum. Czyli, najtrudniejszy czas to początek, dla
      nich, spotkania ze szkołą gimnajalną. Młodsza ze szczęścia, że jest
      wśród innych, była niczym młodę źrebię, a rodzice często musieli
      gościć w szkole, mają problemy.

      Jestem nauczycielem, nie jestem ideałem, ale nie czułabym się
      dobrze, wychodząc do pracy, do szkoły, a jednocześnie własnym
      dzieciom tłumaczyłabym, że szkoła jest miejscem nie dla nich, złym,
      destrukcyjnym. Wierzę, że mam wpływ na moich uczniów, nie chce ich
      krzywdzić, chce, aby poznawali świat, służyli mu potem, że mają być
      tą solą. Tak samo jest z moimi dziećmi.
      • dominikjandomin Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 15:35
        Pawlinko, ilu jest nauczycieli takich jak Ty?

        Czemu jednak częściej starają się "nie widzieć, nie słyszeć"? W końcu niech się
        dzieci socjalizują! A że któreś będzie ofiarą klasową... pewnikiem ofiara sama
        sobie jest winna!
        • nati1011 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 16:35
          dominikjandomin napisał:

          > Pawlinko, ilu jest nauczycieli takich jak Ty?
          >
          > Czemu jednak częściej starają się "nie widzieć, nie słyszeć"? W
          końcu niech się
          > dzieci socjalizują! A że któreś będzie ofiarą klasową... pewnikiem
          ofiara sama
          > sobie jest winna!


          No nie przesadzaj. Większość wykonuje swoją prace z poświeceniem i
          zaangażowaniem. Raz mniejszym raz większym, ale złych nauczycieli
          jest niewielu.

          To tak jak w firmie - dużo zależy od dyrektora. Dziwi mnie to, że
          przeważnie są albo szkoły dobre jako całość, albo słabe całościowo,
          albo całe przeciętne. Są szkoły gdzie dyrekcja potrafi zmobilizować
          wszystkich i zachecić do twórczości. Dobra szkoła wymaga przede
          wszystkim chęci. Pieniedzy gdzieś w dalszej kolejnosci. Po prostu
          jak kapitan steruj, tak okręt płynie.
        • skrzynka3 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 18:07
          Nasza szkola jak pisalam to masowa rejonowka (okolo 800 dzieci!)
          Jeden syn w V klasie drugi w IV.
          Zdecydowana wiekszosc nauczycieli z ktorymi sie do tej pory ja i
          moje dzieci zetknelismy to normalni, zaangazowani w swoja prace
          ludzie! Nie jakies wynaturzone monstra.Wsrod nich naprawde wielu
          jest wartosciowych pedagogow z powolania. Jestem dla nich pelna
          wdziecznosci za prace jaka wykonuja.Czulabym sie bardzo nie w
          porzadku gdybym nie wziela ich w obrone.

          To wychowawczyni mlodszego w delikatny sposob zwrocila nam uwage na
          Jego problemy i uswiadomila bledy ktore popelnialismy! To Ona
          odkryla w nim zamilowanie do muzyki i wrazliwosc na nia.

          Zdarzaja sie sytuacje trudne wychowawczo ale jak do tej pory ani
          razu nie byly one pozostawione same sobie, tylko rozwiazywane.

          W ciagu tych 5 ciu lat szkolnych doswiadczen spotkalismy moze ze 2-3
          osoby (wliczajac Panie ze swietlicy) ktore minely sie z powolaniem -
          ale nawet w ich przypadku nie ma mowy o jakis drastycznych
          sytuacjach.

          Nie wiem moze jak pisze Pawlinka zalezy to od dyrekcji?? A moze
          latwiej jest uderzac w ton jak jest tragicznie, jaka to mlodziez
          teraz jest wynaturzona a nauczyciele beznadziejni??
          • dominikjandomin Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 22:46
            Czasy się zmieniają... za moich czasów nasza szkoła była "taka sobie" - 1700
            dzieciaków... a teraz masowa to 800 smile Może i to jest powodem zmian?

            Może rzeczywiście zależy to od dyrekcji... mam wrażenie, że to jakieś
            rozwiązania systemowe są najgorsze - a te zależą od kierowników najbardziej.

            Ale nadal nie zmienia to w niczym sytuacji, że dla chętnych powinna być
            możliwość nauczania domowego. I tak mało osób się na to odważy, mało się
            podejmie. Po co stwarzać sztuczne biurokratyczne bariery?
            • mader1 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 23:39
              > Ale nadal nie zmienia to w niczym sytuacji, że dla chętnych
              powinna być
              > możliwość nauczania domowego. I tak mało osób się na to odważy,
              mało się
              > podejmie. Po co stwarzać sztuczne biurokratyczne bariery?

              i tu się całkowicie zgadzam ( fanfary) smile))))))
              • mamalgosia Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 06.09.08, 10:50
                To i ja się tutaj dopisuję. I również poproszę o fanfary
      • a_weasley Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 15:51
        pawlinka napisała:

        > w mojej szkole uczymy dwoje dzieci wcześniej
        > eudukowanych w domu. Rodzice - nauczyciele.
        > Uczyli dzieci do końca podstawówki, młodsza
        > jest teraz w gimnazjum, starsza - w liceum, uczę ją.

        Znakomicie. Zatem możesz powiedzieć nam, jak te dziewczyny intelektualnie,
        emocjonalnie i społecznie wypadają w porównaniu z grupą kontrolną.

        Uwaga na marginesie: przecież nikt nie twierdzi, że należy rozpędzić szkoły. Że
        zawsze jest lepsze nauczanie domowe. Zapewne dla jednych lepsze jest to, a dla
        innych tamto.
        Są natomiast tacy, którzy chcą wszystkich uszczęśliwić na siłę jedynie słusznym
        rozwiązaniem.
        • artemis_fowl Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 16:30
          -----> a_wesley'u i otrycie - chylę czoło przed racjonalnością
          Waszych argumentów! smile))
          -----> verdano - niestety jak zwykle w temacie ED piszesz o czymś, o
          czym nie masz zielonego pojęcia. Ty i wielu innych macie bardziej na
          myśli "szkołę w domu" niż edukację domową. Podobnie w sprawie
          pobliskiej parafii wielkomiejskiej chciałbym zapytać w ilu
          inicjatywach i jakich brałaś udział, może zaproponowałaś
          proboszczowi jakąś innowację???
          -----> pawlinko - żeby Twoja opinia była wiarygodna, trzeba by oddać
          głos jeszcze rodzicom i córkom, których zachowanie i wypowiedzi
          przytaczasz... rodzice mogliby powiedzieć wtedy czy mają faktycznie
          problemy z córkami, czy ze szkołą i dlatego muszą tam często bywać smile

          Jestem jednym z "sekciarskich" rodziców, którzy zdecydowali się na
          edukację domową swoich dzieci, dlaczego już gdzieś padło, ale jak by
          tego mało, przytoczę kilka powodów:

          1. Mam niestandardowe dzieci. Widzę ich wyjątkowość i nie chcę, aby
          je
          standaryzowano.
          2. Moje dzieci potrzebują dzieciństwa. Szkoła odbiera dzieciństwo.
          3. Moje dzieci rozwijają się zbyt szybko dla szkoły. Szkoła je
          hamuje.
          4. Nie chcę, aby moje dzieci były uczone uznawania autorytetów
          opartych na
          tzw. kwalifikacjach.
          5. Chcę, aby rozwijały się zgodnie ze swoimi zdolnościami i
          zainteresowaniami. Nie mogą tracić czasu na niepotrzebne rzeczy.
          6. Dzieci powinny jak najwięcej przebywać wśród ludzi, którzy ich
          mądrze
          kochają. Najwięcej takich ludzi znajdzie się w domu.
          7. Dom jest naturalnym środowiskiem dla dziecka, szkoła - sztucznym.
          8. Z reguły nie wolno ufać instytucjom państwowym.
          9. Dzieci wychowuje się do dorosłości wśród dorosłych.
          10. Prawdziwych przyjaciół poznaje się poza szkołą.
          11. Szkoła zawęża horyzonty i tłumi indywidualizm.
          12. Dzieci potrzebują poznawania praktycznych umiejętności. Niewiele
          jest
          mniej praktycznych miejsc od klasy szkolnej.
          13. Poza szkołą dziecko może zgłębiać wiedzę. Szkoła wiedzę spłyca.
          14. Ławki szkolne krzywią kręgosłup i wypaczają postawy. Również
          życiowe.
          15. W domu rzadko marnuje się czas, wyjąwszy gapienie się w
          telewizor.
          16. W domu można rozwijać naturalne przyjaźnie na całe życie - z
          rodzicami i
          rodzeństwem.
          17. Rok w domu nie zaczyna się i nie kończy.
          18. W domu dzieci nie mają przerw od myślenia i wakacji od nauki.
          19. Dzieci w domu są potrzebne i tak też się czują. W szkole są
          zbędne. I tak
          też się czują.
          20. W domu dzieci są wychowywane. Szkoła indoktrynuje zgodnie z
          panującą opcją
          polityczną.
          21. Wypadkowość w szkole przewyższa tę w górnictwie.
          22. W domu mogą do woli uczyć się tego, co lubią.
          23. Dla dzieci edukowanych w domu możliwy jest miesięczny wyjazd
          majowy w
          Beskidy i wrześniowy tydzień nad morzem.
          24. Dzieci naturalnie wolą dom od szkoły i rodziców od nauczycieli i
          nie ma w
          tym nic złego.
          25. W domu można spędzić cały dzień na rysowaniu lub oglądaniu
          robaczków.
          Można też cały dzień naprawiać rower. Są to niezwykle pożyteczne
          zajęcia, które
          w szkole uznane byłyby za marnowanie czasu.
          26. Do domu nie trzeba dojeżdżać autobusem. To oszczędza czas i jest
          bezpieczne.
          27. W domu nie ma złych nauczycieli ani złych uczniów. Dobrzy
          rodzice nie
          krzywdzą swoich dzieci ani na to nie pozwalają.
          28. W domu nie ma sztucznej ciszy lekcyjnej ani sztucznego hałasu
          przerwy
          szkolnej.
          29. W domu nie nosi się tornistrów. W domu nosi się potrzebne rzeczy.
          30. W domu dziecko może pobyć samo. Żadna szkoła nie daje takiej
          możliwości.
          31. W domu można spokojnie samodzielnie pomyśleć. W szkołach nie ma
          na to
          czasu - dzieci muszą odgadnąć to, co myśli nauczyciel.
          32. Rodziców można (prawie) zawsze o wszystko zapytać. Można też
          (prawie)
          zawsze wszystko im powiedzieć. Robienie tego w szkole rozbija lekcję
          i
          wszystkich denerwuje.
          33. Jeśli dziecko nie chodzi do szkoły, może spędzić pięć godzin
          dziennie na
          basenie. Albo w lesie. Albo grając w piłkę.
          34. W domu nie prowadzi się zeszytów. Chyba że są potrzebne.
          35. W domu można się wyspać. Chyba, że jest coś ciekawszego do
          zrobienia.
          Można też uciąć sobie drzemkę, kiedy organizm jej potrzebuje. W
          szkole można
          tylko ziewać, ale tak, aby nauczyciel tego nie zauważył.
          36. W domu dziecko nabiera pewności siebie. W szkole pewność siebie
          jest źle
          widziana.
          37. W domu można rozwiązywać zadania i problemy na różne sposoby. W
          szkole nie
          można robić tego szybciej od nauczyciela.
          38. Dla dziecka edukowanego w domu świat jest całością. W szkole
          świat
          podzielony jest na przedmioty.
          39. W domu nie ma jedynek. Ani szóstek. W domu jest normalnie -
          dzieci uczą
          się do życia.
          40. W domu można pójść do ubikacji bez pozwolenia. Bez pozwolenia
          można też
          wstać albo położyć się na podłodze.
          41. W domu, wyjąwszy obecność rządowych mediów, nie ma propagandy.
          42. W domu są ciekawsze książki.
          43. W domu są lepsze zabawki.
          44. W domu można bawić się z dziadziusiem i babcią i uczyć się od
          nich.
          45. W domu można pomagać rodzicom. W ogóle można być potrzebnym i
          użytecznym.
          46. W domu nie ma dzwonków na przerwę. Nie ma przerw w ogóle, bo
          niby od czego?
          47. Nauczanie domowe nie ma minimum programowego.
          48. W domu można bawić się w szkołę. Tylko po co?
          49. Szkoła uczy myśleć jak nauczyciel. Edukacja domowa uczy myśleć.
          50. W domu nie ma apeli ku czci. W ogóle w domu czci się właściwe
          osoby.
          51. Szkoła wychowuje pracowników. Dom wychowuje ludzi samodzielnych.
          52. Najlepszy uczeń w szkole to taki, który idzie za nauczycielem. W
          domu
          uczymy dzieci podążania za Bogiem.
          53. W domu nie ma lekcji przysposabiających do życia w rodzinie. W
          domu jest
          prawdziwa rodzina.
          54. W domu nie ma lekcji przyrody. W domu przyroda jest wszędzie.
          Matematyka,
          fizyka i obce języki również.
          55. W domu nie ma niepotrzebnego stresu.
          56. W domu nie zostaje się na drugi rok.
          57. W domu robi się, wyłączając bezmyślne gapienie się w telewizor,
          sensowne
          rzeczy.
          58. Dziecko w szkole cały dzień marzy o wyjściu z niej. Edukacja
          domowa
          spełnia marzenia.
          59. W domu dziecko je lepiej. W dodatku je z rodziną.
          60. W nauczaniu domowym nie ma pracy domowej, w domu jest zwykła
          praca.
          • nati1011 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 16:40
            smile))

            W takie bajki to ja nie wierzę. Piszesz o ideale. Takie warunki mogą
            stworzyć bardzo nieliczni rodzice. Od wymogów materialnych
            (rezygnacja z pracy) zaczynając a na pasji i wiedzy końćząc.

            Czytając twoja listę zastanawiałąm się, jak ja się w publicznych
            szkoąłch tyle lat uchowałam? Do dziś wydawało mi się, ze wyrosłam na
            ludzi i nikt mi kręgosłupa nie złamał wink
          • pawlinka Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 16:54
            Artemisie_fowl,
            zapytał Założyciel wątku, czy znane są nam dzieci uczone w domu.
            Zatem odpowiedziałam. A co do wiarygodności, mówię z perspektywy
            własnej - nauczyciela, są to moje obserwacje i refleksje, dlaczego
            miałabym pisać nieprawdę?
          • verdana Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 16:58
            Prawde mówiac, Twoje argumenty przekonuja mnie , ze uczenie dzieci
            w domu to całkowite uzaleznienie ich od rodziny - tu akura zwracam
            uwagę szczególnie na te przyjaźnie. Wiekszość osób, ktore byly "za"
            uczeniem w domu podkreslało, ze przecież dziecko może nawiązywac
            przyjaźnie gdzie indziej - owszem, piszesz , ze prawdziwe przyjaźnie
            zawiera się poza szkołą (co wcale nie musi być prawdą), ale
            jedniczesnie "W domu można rozwijać naturalne przyjaźnie na całe
            życie - z > rodzicami i> rodzeństwem."
            . Obawiam sie jednak, ze wielu rodzicow, ktorzy decydują sie na
            takie nauczanie wlasnie ma ambicje.
            Argument, ze dzieci wolą dom nie zawsze jest prawdziwy i nie ma nic
            do rzeczy. Prawdziwy jest w wypadku, gdy przedstawia imm sie swiat
            jako wrogi. Ale ja tez wole dom od pracy, z czego nie wynika, ze
            praca jest zla.

            Najwiecej wypadków zdarza się nie w szkole i w gornictwie, ale w
            domu. W domu bywaja żli nauczyciele, tak samo jak w szkole. Bycie
            rodzicem nie gwarantuje , ze sie jest dobrym nauczycielem. Bycie
            dzieckiem nauczyciela nie gwarantuje zdolnosci.
            Samo moze pobyć w domu i dziecko chodzace do szkoły. W szkole
            dziecko nie przebywa cały dzień.
            Szkola to nie stołówka. Moje dziecko tez je z rodziną. Brak wakacji
            od nauki to nie jest zaleta... Nawet osoba prowadzaca w domu
            dzialalność zazwyczaj robi sobie wakacje - tu, jak widać, czy
            dziecko będzie mialo wolne czy nie zalezy od widzimisię rodzicow.
            Dla mnie wybacz argument "moje dzieci sa wyjatkowe, rozwijaja się
            szybciej, nie potrzebują autorytetów poza rodzicami, nie powinny
            uczyc sie rzeczy, ktore ja albo one uznajemy za niepotrzebne, trzeba
            wychowac je w nieufnosci do instytucji, przyjacielem nie powinien
            być ktos obcy, tylko rodzina" to najlepsze argumenty przeciw
            nauczaniu domowemu. Bo wyglada na to, ze Twoim celem jest wychowanie
            ludzi, ktorzy będa od dzieciństwa uczeni, ze swiat jest wrogi, wolno
            ufac tylko rodzinie, a one sa madrzejsze i lepsze od większosci
            ludzi. Bo najprawdopodobniej nie są.
            • nati1011 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 17:15
              jak urodziłam młodego zdecydowałam się na pracę w domu. Wydawało mi
              się, ze ma same zalety. Przede wszystkim nie muszę zostawiać
              dziecka.

              Po 4,5 roku z ulgą wyprowadziłąm pracę z domu. Ma zalety,
              oczywiscie. Ale ma tez dużo wad. Wcale nie małych. Na jakiś czas,
              okresowo, gdy dziecko maleńkie... świetny pomysł. Ale na dłuższą
              metę nie zawsze.

              Tak samo z nauką w domu. Ma oczywiscie zalety. Ale jest nie dla
              wszystkich i radzej jako alternatywa a nie powszechność. Osobiscie
              uważam, zę mało który rodzic sobie poradzi. Jeżeli komuś się udało -
              super. Szczerze gratuluję. Ale jeżeli ktoś stoi przed decyzją, to
              niech najpierw sobie odpowie na pytanie, czy na pewno da radę.
            • a_weasley Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 19:18
              verdana napisała:

              > argument "moje dzieci sa wyjatkowe,

              jest prostym stwierdzeniem faktu, bo każde dziecko jest wyjątkowe. Każde
              potrzebuje indywidualnego podejścia. I szkoła tego nie gwarantuje, bo po prostu
              tych dzieci jest za dużo. Albo nauczycieli za mało, jak wolisz.

              > rozwijaja się szybciej,

              Też się zdarza. Dla inteligentnego dziecka większość czasu spędzonego w szkole
              to jest czas stracony.

              Nie wydaje mi się też, żeby do nauczenia się wykonywania obowiązków potrzebna
              była szkoła (chyba że rodzice praktykują rozpieszczanie i wychowanie
              bezstresowe). Ostatecznie całkiem niedawno były w Polsce miliony ludzi, którzy w
              życiu do szkoły nie chodzili, a do wykonywania różnych obowiązków w domu i
              zagrodzie byli wdrażani bardzo skutecznie, odkąd zaczęli chodzić.

              W każdym razie zgadzam się, że ED nie musi i nie może oznaczać spędzenia
              dzieciństwa w zamkniętym kręgu najbliższej rodziny. Ale na to jest wiele
              sposobów innych niż szkoła, łącznie ze spółką kilku ED-ukujących rodzin, która
              faktycznie byłaby szkołą społeczną, tyle że bez osobowości prawnej i całego
              związanego z tym papierowego kramu.
              • verdana Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 19:35
                Jest stracony, o ile szkoła ma być wyłącznie źródlem zdobywania
                konkretnych informacji.
                Zdobywanie wiedzy, ze ludzie są różni, że inni sa też wyjątkowi, ze
                nie wszyscy rozumieją równie szybko lub równie wolno co ja, że
                wiersz kazdy interpretuje inaczej, choc nie zawsze się z tym
                zgadzam - to nie jest czas stracony.
                Zwracam tez uwagę, ze obowiązek szkolny dla dzieci od 7 do 14 roku
                życia wprowadzono w 1919 i został on zagwarantowany w Konstytucji
                Marcowej. Wiec te miliony ludzi (przesada, to nie były milony), to
                byli analfabeci - do tego raczej nie dążymy.
                • a_weasley Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 20:45
                  verdana napisała:

                  > Zwracam tez uwagę, ze obowiązek szkolny dla dzieci
                  > od 7 do 14 roku życia wprowadzono w 1919

                  W Wielkopolsce nawet rychlej.

                  > i został on zagwarantowany w Konstytucji Marcowej.

                  A realizowany był z bardzo różnym skutkiem, zwłaszcza za Bugiem.
                  • verdana Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 21:34
                    Ale za Bugiem nie ma mowy o edukacji domwej, tylko o braku edukacji -
                    to inny temat. I raczej do takiej edukacji nikt nie zachęca.
              • dominikjandomin Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 23:09
                a_weasley napisał:


                > > rozwijaja się szybciej,
                >
                > Też się zdarza. Dla inteligentnego dziecka większość czasu spędzonego w szkole
                > to jest czas stracony.

                Jejku, mam zdanie identyczne jak Artur Weasley! Fanfary!

                W ciszy muzyki wspominam moją szkolną uwagę "Dominik czyta książki na lekcji".

                Wyjaśnienie dla zainteresowanych - po zrobieniu zadanych przez Panią wszystkich
                zadań Dominik się nudził, wyjął z tornistra książkę i zaczął czytać. To
                oczywiście było złe, bo zgodnie z belferską logiką powinienem siedzieć i "się
                uczyć" gapiąc się na osobę, która męczyła się przy tablicy. Gdyby choć Dominik
                miał 1 błąd w tych zadaniach, ale nie...

                Fanfary dla indywidualizmu!

                PS. W wyższej podstawówce była matematyczka, która w takich wypadkach dowalała
                Dominikowi zadania z innej półki, aby się nie nudził. I za to ją cenię.
          • pawlinka Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 17:25
            jeszcze...
            o nieufności do instytucji słyszałam rok temu, dlatego tak mi
            znajomo brzmią Twoje argumentysmile. Mocno wyrażony wtedy argument o
            braku zaufania do szkoły i nauczycieli mnie osobiście dotknął, bo
            wierzę, że młodego człowieka wychowuje człowiek, nie instytucja.
            Szkoła składa się ludzi: dzieci, ich rodziców, nauczycieli. I
            dlatego nie będę się jej bać, bo nie tędy droga według mnie.
            Rodzic może wybrać dla swoich dzieci edukację domową, ale na litość,
            niech za tym nie stoi niechęć domowych nauczycieli do rodziców,
            którzy posłali swoje dzieci do szkoły. Do rodziców, którzy też się
            troszczą, też rozwijają swoje dzieci, wkladając w to wiele trudu,
            wcale nie finansowego przecież, też spędzają ze swoimi dziecmi
            mnóstwo czasu, jedzą razem i tak dalej..
            Pozdrawiamsmile
            • a_weasley Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 19:10
              pawlinka napisała:

              > braku zaufania do szkoły i nauczycieli mnie
              > osobiście dotknął, bo wierzę, że młodego
              > człowieka wychowuje człowiek, nie instytucja.

              Wiara jest dobra do przenoszenia gór. Jako argument sprawdza się słabo.
              I zbyt wiele słyszałem narzekań nauczycieli, że tak, to czy tamto jest bez
              sensu, ale instytucja im przeszkadza.

              > niech za tym nie stoi niechęć domowych nauczycieli
              > do rodziców, którzy posłali swoje dzieci do szkoły.

              Zaobserwowałaś? Bo ja tu nie widzę...
              • pawlinka Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 20:02

                >
                > Zaobserwowałaś? Bo ja tu nie widzę...
                >
                nie pisałam, że tu.
          • skrzynka3 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 18:17
            Przepraszam za szczerosc ale to nie jest lista powodow
            przemawiajacych za ED tylko utopijnych zyczen ktore hmm.. obawiam
            sie w zyciu wygladaja troszke mniej rozowo.

            W kazdym razie nie znam takich rodzicow idealow - siebie wlaczajac,
            ktorzy byliby w stanie spelnic te warunki.

            Odniose sie tylko do kilku. Tak idac do szkoly trzeba wstac na
            okreslona godzine i nie mozna wyjechac kiedy sie chce oraz biegac za
            pilka 5 godzin dziennie. Nie mozna bo ma sie obowiazki do spelnienia
            i szkola to czas kiedy mlody czlowiek sie tego uczy. Dla mnie to nie
            wada tylko zaleta smile

            Niestety wiekszosc smiertelnikow wstaje do pracy na okreslona
            godzine, musi dostosowac sie do innych i nie zawsze moze robic to na
            co akurat ma ochote.
            Co wiecej nawet jak nie pracowalam tylko "siedzialam" w domu to
            wstawalam kiedy budzily sie na karmienie moje dzieci i gotowalam
            obiad chociaz akurat mialam ochote poczytac pasjonujaca ksiazke z
            interesujacej mnie dziedziny.

            Gdziekolwiek zycie nas nie postawi tak czy inaczej musimy
            dostosowywac sie do innych. Szkola m. in. uczy wlasnie tego.
            • verdana Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 19:11
              Znane jest mi czworo dzieci uczonych w domu. W USA.
              Nauka skończyła sie w momencie, gdy najstarsze dziecko odmowiło
              powrotu z wakacyjnej wizyty u dziadków w Polsce. Problem był
              straszny, bo dziecko oswiadczyło, ze do Stanow nie wraca, woli zyć
              bez nich i bez rodzeństwa, ale "normalnie", z kolegami i wolnoscią.
              Dziecko mialo ok. 16 lat.
              Rodzice nie oddali dzieci do szkoly, poniewaz stwierdzali, ze jest
              zbyt malo religijna, a towarzystwo - demoralizujace. Ale byli na
              tyle rozsadni, ze po buncie najstarszego pozwolili pozostalej trojce
              wybrać. Wszyscy wybrali szkołę.
              Mam, w rozmowie ze mną stwierdziła, ze domowe nauczanie starszych
              dzieci to powazny błąd wychowawczy. Chociaz dzieci umieja
              rzeczywiscie wiecej od rówiesników. Tylko zamiast się "zaprzyjaźnić
              z rodzicami" marzyli o tym, aby od rodzicow wreszczie się odczepić.
              • a_weasley Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 19:21
                verdana napisała:

                > Dziecko mialo ok. 16 lat.

                No, to już nie takie dziecko. Mam wrażenie, że większość przedpiśców ma na
                uwadze towarzystwo nieco młodsze.

                > marzyli o tym, aby od rodzicow wreszczie się
                > odczepić.

                Co akurat jest popularnym marzeniem nastolatków niezależnie od sposobu wychowywania.
                • verdana Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 21:35
                  Obawiam sie, ze nie...
          • mader1 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 19:19
            Ja też miałam wątpliwości przed wysłaniem dzieci do szkoły. Ja
            moglam uważać, że szkoła jest " be" a dopiero na studiach zaczęłam
            się w pełni rozwijac,ale się w tej szkole tak czy inaczej obroniłam,
            choć przytłamsili mnie nieco, natomiast mojego męża szkoła dużo
            mocniej wykończyła i osłabiła. Dziękuję Artemisowi i Nulleczce za
            informacje.
            My też mieliśmy podobne obawy, szczególnie zbieżne z punktami
            1,3,11,31,32,37,39,52.....
            Z tym, że ja miałam doświadczenia, że szkoła nie jest " monolitem",
            mówiącą jednym głosem "instytucją", bo zdarzali mi się nauczyciele,
            którzy i pozwalali mysleć i mówić i zauważali oraz ośmielali
            bardziej niz rodzice. ( inna rzecz, że moja rodzina nie byla ani
            idealna, ani do ideału zbliżona, szkoła dawała mi wytchnienie), mój
            mąż inne.
            Większa częśc " olewała", " nie widziała" i " nic nie można było z
            nimi zrobić", ale byli przecież tacy, którzy dodawali skrzydeł...
            Ale... edukacja domowa odbywała się przecież przez całe wieki i
            wydała wybitnych ludzi.
            Ale...to nie jest tak, ze trzeba przeżyć w życiu wszystko, być
            podtapianym czy zamykanym w toalecie, żeby się życia nauczyć.
            Jednego to nauczy życia, drugiego na pół zycia przestraszy i
            złamie... I ten drugi wcale nie jest okazem bezwartościowym jedynie
            dlatego, ze pobić się dał .
            Moje dzieci- na razie dwójka chodzi do szkoły.
            Wybraliśmy szkołę wyznaniową, ale wcale nie każda wyznaniowa nam
            się " podobała". Chcieliśmy szkołę małą, taką w której nie jest się
            anonimowym. I taką w której pracują ludzie a nie " realizujący plan".
            Tych samych nauczycieli można spotkać zresztą i w szkole państwowej,
            bo wielu z naszych nauczycieli pracuje w szkołach państwowych.
            Dlaczego szkoła ?
            1.świat nie tylko jest pełen niebezpieczeństw, którym nasze dzieci
            muszą ulec, w świecie można tez znaleźć wielu dobrych, cudownych
            ludzi, porozrzucanych po wielu instytucjach, kościołach, klasach.
            Oni pokazują człowiekowi Boga, pomagają w zrozumieniu świata,
            potwierdzają to, co dobrego nauczył się w domu... Może wspomogą, gdy
            w domu coś złego się wydarzy... A nie tylko od nas zalezy, czy się
            wydarzy. Żal się nam zrobiło, że nasze dzieci mogłyby nie poznać
            tych wszystkich ludzi. Obcych dla nas ludzi.
            2.Chcieliśmy, żeby nasze dzieci( w jak najbardziej przyjaznym
            środowisku jakie mogliśmy im zapewnić), dojrzewały emocjonalnie do
            kontaktów czy współpracy w grupie, grupie zróżnicowanej. Uczyły się
            panować nad emocjami w sytuacjach trudnych i w grupie.
            3. Chcieliśmy, żeby miały swój własny świat, którym zechciałyby się
            z nami dzielić. Żebyśmy my powoli uczyły się, że będą mieli swoje
            życie, miejsca w ktorych będą budowały swój wizerunek w oparciu o
            swoje poczynania ponosząc tego konsekwencje. Zeby nauczyły się , że
            naturalnym jest, że rodzice nie we wszystkich ich poczynaniach
            uczestniczą, ufają im, kibicują im, moga im doradzić, pocieszyć i są
            pewni, ze dadzą sobie w świecie radę.
            4.Chcieliśmy, żeby nauczyły się, że współpracować będą musiały nie
            tylko z tymi, którzy ich kochają, chronia, dla których ich dobro
            jest najważniejsze. Że będą czasem współparacować z kimś, kto ich
            nie lubi, kogo one nie lubią. I że ta wspólpraca wyda owoce.
            Chcieliśmy, by obiektywny, obcy, dobry dorosły pokazał im, na co
            przy takiej wspólpracy " można sobie pozwolić" a co jest już
            niedpuszczalne. Potrafił to uzasadnić i miał instrumenty, by to
            wyegzekwować.
            5.Chcieliśmy, żeby przy naszych całych staranich wychowawczych i
            uwadze im poświecanej, nauczyły się, że nie zawsze one i ich
            potrzeby są najważniejsze. Nawet jeżeli są najlepsze smile
            6. Chcielismy, żeby nauczyły się, że nie tylko mama i tato mogą być
            mistrzami, którzy podzielą się wiedzą, zagadają w interesującej
            rozmowie, zostaną po lekcjach , by rozwiązywać ciekawe problemy smile)))
            7. Chcieliśmy, by nasze dzieci miały jak najszersze pole do
            doświadczeń na polu koleżeństwa i przyjaźni. Żeby one pokazały nam,
            kogo wybierają i żebyśmy my mieli czas, by z nimi to omówić... i się
            z tych wyborów ucieszyć.
            Z pewnością straciła na tym wiedza naszych dzieci, bo rzeczywiście
            większość czasu słuchają i przyglądają się słabszym. Trudno, nie
            wiedza jest najważniejsza.
            • verdana Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 19:28
              Edukacja domowa dotyczyła tylko "warstw wyzszych" i raczej uczyli
              nie rodzice, a nauczyciele i guwernerzy. To zasadnicza różnica - w
              tym wypadku nauka odbywa się w domu, ale niezaleznie od rodzicow.
              Wiecej - zalecenia mowiły, zeby rodzice nie wtracali się do
              nauczycieli. Oni mieli miec ostateczną role w wychowaniu (co chyba
              jest sprzeczne z dzis lansowana ideą nauczania domowego).
              trzeba tez pamiętac, ze wtedy rodzenstwa były wieksze, w domu bywało
              kilkoro dzieci.
              Juz teoretycy pedagogiki w starozytnym Rzymie byli przeciwni
              nauczaniu przez rodziców "bo rodzice albo niedoceniaja, albo
              przeceniaja swoje dzieci". W Rzymie istnialy szkoły podstawowe,
              bardzo zbliżone do dzisiejszych, gdzie posylala dzieci większość
              obywateli.
              Od XIX w. wielu arystokratów i ziemian zaczyna posylać swoje dzieci
              do szkółek wiejskich, wlasnie po to, aby nie czuly się "lepsze" i
              wyobcowane.
              Tak więc rodzice wcale tak powszechnie nie uczyli dzieci - owszem,
              samych podstaw - czytania i pisania, do poziomu dzisiejszej trzeciej
              klasy - tak. Potem robili to fachowcy.
              • mader1 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 22:20
                z tego, co wiem o domowej edukacji, tylko początki polegają na tym,
                że dziecko prowadzi jedynie rodzic, potem rodzice korzystają z
                pomocy nauczycieli przedmiotowych lub specjalistów nie będących
                nauczycielami.
                A i kiedyś było to różnie. Niektórzy mieli mamę - wybitny umysł,
                nauczycielkę, inni jako nauczyciela syna przyjaciól, świeżo po
                studiach, inni znowuż naprawdę wielkie sławy smile

                Zresztą edukacja państwowa jest tak kulawa, że po lekcjach rodzice,
                ci których stać, i tak często korzystają z korepetytorów...
                Języki - to już wiemy, że większość dzieciaków ma jakieś dodatkowo,
                jeżeli rodzicom na tym zależy, a potem... to już wariacja. " Za
                moich czasów" korepetycje dostawali najgorsi... Teraz i najlepsi,
                którzy chcą się dowiedzieć więcej, mają zmawianego do domu mistrza,
                zamast nawiązać dialog z nauczycielem w szkole sad
                Właśnie moja przyjaciółka przemyślewała nad zabraniem syna ze szkoły
                w 3 klasie gimnazjum. Poszła do dyrektorki jakieś pół roku temu i
                mówi " Dzieci przez półtora roku gimnazjum napisały dwa
                wypracowania - charakterystyki. Prosiliśmy panią na zebranie i
                prosiliśmy, żeby pisały więcej. Pani powiedziała, że " ma swoje
                metody". Dyrektorka patrzy - No nie wiem, co poradzić. Może niech
                pani syn PISZE SOBIE W DOMU "
                Więc syn ma nauczyciela od polskiego, ma nauczyciela od
                angielskiego, ma nauczyciela od francuskiego, doszedł nauczyciel od
                matematyki, bo wprawdzie teraz przyszedł do szkoły zupełnie dobry,
                ale to już trzeci - powiedział, że braki są duże. Od historii też
                było trzech .... A... stopnie są całkiem niezłe...
                • verdana Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 22:36
                  Tak, moja kolezanka tez miala dla syna nauczeli od wszystkiego.
                  Efekt - syn zdał na studia, wprawdzie nie wymarzone i leczy sie od
                  roku. Po przebadaniu przez wszystkich istniejacych specjalistow
                  skierowano chlopaka do psychiatry. Mam wrazenie, ze ambicje rodzicow
                  (na pewno nie co do językow), ale wielu innych rzeczy są czasem
                  grubo przesadzone.
                  mlodzież nie pisze wypracowań, poniewaz - moim zdaniem niesłusznie -
                  wypracowania wypadly z programu szkoły. Pozostay krotkie eseje.
                  Jednak wiele osob, nawet moich znajomych, jest za - twierdzac nie
                  bez racji, ze w doroslym zyciu wiekszość osób potrzebuje
                  umiejętności zwiezłego i krotkiego wypowiadania sie na pismie, a nie
                  tworczego pisania dlugich prac.
                  • mader1 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 05.09.08, 23:52
                    nie wiem, co ze studiami....
                    Mam wrażenie, ze trochę te dzieci powinny pisać, zwięźle, wiadomo,
                    bo kartka na teście gimnazjalnym jest jedna, ale jednak pisać smile)))))
                    Nie wygłupiajmy się. Tych dłuższych wypowiedzi uczeń powinien
                    nauczyć się w szkole.
                    My mieliśmy pełen komfort smile Nie było potrzeba nawet nauczyciela od
                    języków - Najstarsza, druga jeżeli chodzi o znajomość tegoż w
                    klasie, nie miała ani przez chwilę prywatnych lekcji... No ale jak
                    coś przeczytała, to naczycielka bardzo zadowolona ( uczy, uczy też w
                    szkole państwowej i jest tam taka sama) była w stanie pogadać z nią
                    o tym na przerwie.... Przy przyjęciu do państwowego ogólniaka, po
                    teście, dostała się do najlepszej grupy, w której jako jedyna uczyła
                    się tylko w szkole.....
                    Nauczyciel poskiego świetny, nauczyciel fizyki - pasjonat,
                    nauczycielka matematyki - czuła mama kompetentna w swojej
                    dziedzinie....
                    Dyrekcja dbała o to, żeby trzy razy w ciagu trzech lat nie zmieniali
                    się nauczyciele od wiodących przedmiotów...
                    Wystarczyło, że się uczyła smile)))))))
                    • nulleczka Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 06.09.08, 07:46
                      Chciałam jeszcze dodać, że edukacja domowa to nie jest powielanie
                      szkoły w domu, to po prostu styl życia.
                      Fakt, dzieci muszą zdawać egzaminy, ale mamy nadzieję, że prawo
                      będzie się zmieniało na korzyść rodziców edukujących w domu. W USA w
                      wielu stanach dzieci nie są zobligowane do realizacji programu
                      szkonego i mają czas na swoje pasje przede wszystkim.

                      A i u nas udaje się program szkolny potraktować ulgowo - są
                      dyrektorzy i nauczyciele, z którymi można narmalnie się porozumieć.
                      My na przykład nie zamierzamy w tym roku naszego sześciolatka uczyć
                      literek, bo w jego przypadku byłaby to na razie strata czasu. Widzę
                      wyraźnie, że nie jest jeszcze gotowy. Niech rysuje ( co bardzo lubi
                      i ma ewidentny talent w tym kierunku), jeździ na rowerze, uczy się
                      pływać itd.....Poznawanie literek go na razie przerasta, ale za to
                      na wystawie w zbrojowni, potrafi powiedzieć, jaka zbroja, z jakiego
                      okresu pochodzi, bo to go akurat bardzo interesuje.

                      W edukacji domowej właśnie kładzie się nacisk na naukę zdobywaną
                      empirycznie, przy okazji, zgodnie z zainteresowaniami dziecka. Ważne
                      jest czytanie książek, podróżowanie, poznawanie ciekawych
                      ludzi...mniej istotne jest wkuwanie podręcznikowej wiedzy.

                      Dzieci nie są izolowane od innych, bo np. nasza córka chodzi na
                      tańce, muzykę, teraz chce się zapisać do zuchów, gdzie oprócz
                      cotygodniowych zbiórek są dwa razy w roku wyjazdy na obozy.
                      Kiedy tylko ma mozliwość chodzi do swoich koleżanek, my nigdy nie
                      robimy z tego powodu problemów. Poza tym są zjazdy rodzin edukująych
                      domowo, my sami często kogoś odwiedzamy, u nas ciągle są goście. I
                      co ciekawe, moje dzieci lubią rozmawiać nie tylko z rówieśnikami.
                      Bardzo się cieszą, gdy dorośli poświęcają im uwagę.
                      Dzięki edukacji domowej poznaliśmy ludzsi - prawdziwych pasjonatów,
                      którzy robią mnóstwo ciekawych rzeczy.

                      Życie w domu też nie wiąże się z kompletna beztroską, bo dzieci mają
                      swoje obowiązki, uczą się przy tym wielu praktycznych
                      zajęć....Spotykają się nie tylko z tymi, których lubią, bo przecież
                      mamy znajomych z dziećmi w różnym wieku i czasami muszą zorganizować
                      zabawę młodszym kolegom, muszą zaopiekować się swoją młodszą
                      kuzynką...

                      Piszę to nie po to, że polemizować z Verdaną, która nie rozumie, że
                      istnieją ludzie z innym sposobem pojmowania świata, ale po prostu,
                      żeby przedstawić zainteresowanym, jak to naprawdę wygląda i że nie
                      ma nic wspólnego z "hodowaniem geniuszy" i "szkołą w domu".
                      I nie jest to izolacja, bo wszystko zależy od rodziców, od ich
                      otwartości na innych.
                      Aha i jeszcze bardzo ważne zdanie na temat tzw. "socjalizacji".
                      Otóż słowo to zyskało w mowie potocznej znaczenie, którego nie
                      przypisuje mu słownik języka polskiego.Potocznie za socjalizację
                      uznaje się naukę współżycie w grupie z rówieśnikami, tymczasem
                      socjalizacja to inaczej uspołecznianie, przekazywanie norm, wartości
                      i zasad liczących się w danej społeczności. Przekazywanie przez
                      tych, którzy te normy znają, a więc przez starszych.

                      Pawlinko, nie krytykuję rodziców, którzy wysyłają swoje dziecko do
                      szkoły. Często uważam, że oni mają znacznie więcej trudności,
                      zwłaszcza jeśli zdarzy się, że szkoła nie pomaga w wychowaniu, ale
                      je utrudnia.I nie uważam, że nasze dzieci będą lepsze od
                      tych "szkolnych", ale będą na pewno miały więcej czasu na zajmowanie
                      się tym, co je interesuje.
                      • pawlinka Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 06.09.08, 09:26
                        Nulleczko, wiem, Ty że nie krytykujeszsmile Mnie chodzi tylko o coś
                        innego. Niech będzie różnorodność w edukacji, ale bez
                        deprecjonowania innych, szkoły, naczycieli, którzy się starają,
                        zatroskanych rodziców. Tak, twórcza krytyka koniecznie musi być.\

                        Przeczytałam raz jeszczze 60 punktów z postu Artemis_a. Widzę
                        różnicę między sformułowaniem
                        "Szkoła zawęża horyzonty i tłumi indywidualizm." (krzywdzace
                        uogólnienie), a
                        "Mam niestandardowe dzieci. Widzę ich wyjątkowość i nie chcę, aby
                        je standaryzowano." To rozumiem, są różne dzieci, mają różne
                        potrzeby. Są rózne szkoły, różne dzieci, rózni rodzice.

                        SErdecznie pozdrwaiam
                        • isma Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 06.09.08, 10:37
                          O, Pawlinka, wlasnie. Trafilas w sedno.

                          Ja poniekad bylam uczona w domu, bom byla na tyle chorowita, ze powyzej 30
                          procent frekwencji w podstawowce chyba w zadnym roku nie osiagnelam.
                          Rodzice polonistka (z talentem pedagogicznym, choc niepracujaca w zawodzie) i
                          matematyk (beztalencie pedagogiczne, tj. jak na standardy szkolne beztalencie -
                          ile razy Tata mi cos wytlumaczyl, a ja potem w szkole probowalam nabyta
                          umiejetnosc zaprezentowac, okazywalo sie, ze owszem, domowa metoda obliczen
                          jest poprawna, a nawet bardziej wyrafinowana, ale ja mam liczyc tak, jak sie
                          liczy w szostej klasie wink)).

                          ALE: zadne z moich rodzicow nie czulo miety do geografii czy biologii. A AZ TAK
                          sie nie ambicjonowali wzgledem mnie, zeby mieli sie sami wciagac w poglowie
                          owiec gdzies tam, albo w subtelnosci rozmnazania pantofelka. Wiec nauczanie
                          domowe w tej dziedzinie ograniczalo sie do przyswojenia pamieciowo odpowiedniej
                          tresci z podrecznika, i po sprawie.
                          Efekt jest taki, ze do dzis jestem noga z geografii, chemii i biologii, a takze
                          z fizyki...

                          Zmierzam do tego, ze nie wydaje mi sie, azeby rodzice - przynajmniej tacy,
                          ktorego trescia zycia nie sa w stu procentach dzieci - byli w stanie z rownym
                          zapalem i rozna kompetencja nauczac wszystkich przedmiotow powyzej poziomu klasy
                          trzeciej.

                          A ze dzieci nie powinny byc wylaczna trescia zycia rodzicow, to jestem
                          absolutnie pewna. Bo jak takim rodzicom niespodziewanie dorastaja i sie
                          usamodzielniaja, jest tragedia ;-(((.
                          • mamalgosia żeby oddać sprawiedliwość 06.09.08, 10:47
                            Myślę, ze z moich wypowiedzi można odczytać jednoznacznie, że jestem
                            przeciwna edukacji domowej powyżej - powiedzmy, tak +/- czwartej
                            klasy sp. Ale żeby oddać sprawiedliwość, chcę nadmienić, że byłam
                            edukowana szkolnie, z dużą frekwencją (nie chorowałam wiele i nie
                            wagarowałam w ogóle), a z historii czy fizyki i tak jestem nogasmile
                          • mader1 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 06.09.08, 15:19
                            > ALE: zadne z moich rodzicow nie czulo miety do geografii czy
                            biologii. A AZ TAK
                            > sie nie ambicjonowali wzgledem mnie, zeby mieli sie sami wciagac w
                            poglowie
                            > owiec gdzies tam, albo w subtelnosci rozmnazania pantofelka. Wiec
                            nauczanie
                            > domowe w tej dziedzinie ograniczalo sie do przyswojenia pamieciowo
                            odpowiedniej
                            > tresci z podrecznika, i po sprawie.
                            > Efekt jest taki, ze do dzis jestem noga z geografii, chemii i
                            biologii, a takze
                            > z fizyki...
                            >

                            No tak. Ja nie jestem zupełna noga, ale miałam świetnego nauczyciela
                            do matmy, wychowawcę smile)))
                            Ismo, niestety, w podstawówce, nawet w starszych klasach - 4,5,6 -
                            program fizyki, chemii, geografii i przyrody jest połączony... Uczy
                            tego - nazywa się to przyroda - jeden nauczyciel. U nas
                            biolog smile))))) Nasz biolog jest w pełni oddany swojemu powołaniu,
                            więc skończył na razie podyplomowo studia geograficzne....
                            Niestety Ismo, w szkole też często bywa, że trzeba po prostu nauczyć
                            się i wykuć podręcznik, zwłaszcza z powyższych przedmiotów.
                            Ćwiczenia ( np. " Świat i my") tak są skonstruowane, że sprawdzają
                            czy przeczytało się dobrze podręcznik : (((((
                            W podręczniku jest zestaw prostych doświadczeń do każdego większego
                            tematu, ale... nie ma kiedy przelewać tej wody smile))))), więc dzieci
                            robią to w domu....
                            Niestety, znam szkoły w dużym mieście, w których jedna pani uczy
                            zarówno polskiego jak i historii( gimnazjum), a nauczyciel
                            matematyki - matematyki, fizyki i ... uwaga... wiedzy o
                            społeczeństwie czy jak to się tam nazywa... Moja dawna sąsiadka -
                            biolog- przez dwa lata douczyła się jeszcze na nauczycielkę
                            angielskiego..., bez żadnego innego kontaktu z językiem, oprócz
                            kursowego ....
                            Takie są fakty, które znam.
                            > A ze dzieci nie powinny byc wylaczna trescia zycia rodzicow, to
                            jestem
                            > absolutnie pewna. Bo jak takim rodzicom niespodziewanie dorastaja
                            i sie
                            > usamodzielniaja, jest tragedia ;-(((.

                            To już nie ma nic wspólnego z nauczaniem domowym. Większa tragedia
                            jest, moim zdaniem, gdy rodzice nie zajmują się dziećmi, lekceważą
                            je, układają sobie życie, jakby ich nie mieli i jakby ich nie
                            chieli, a potem nagle po ślubie czy po ich usamodzielnieniu
                            przypominają sobie, że chcą mieć z nimi silną więź.I to codzienną,
                            absorbującą. A przecież mieli " swoje życie".
                            • isma Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 06.09.08, 15:59
                              Oj, no, wiem, ze teraz szkoly czasem rzadza sie dziwnymi prawami. Moja genialna
                              rusycystka z liceum uczy, uwaga! etyki, bo nikt sie nie chce uczyc rosyjskiego,
                              a ona musi jakos do emerytury dociagnac ;-(((. Jak uczy tej etyki po dwuletnim
                              przyuczeniu, to ja nie wiem, ale z cala pewnoscia z wieksza korzyscia by bylo,
                              gdyby jednak pozostala przy tym rosyjskim...

                              Natomiast jeszcze co do tego "wypelniania przez dzieci zycia rodzicow". Zgoda,
                              wiekszym niebezpieczenstwem jest sytuacja odwrotna. Ale to nie znaczy, ze nie ma
                              zagrozen, kiedy rodzice i dzieci (nie male, kilkuletnie - tylko dziewiecio-,
                              dziesieciolatki, i starsze) wypelniaja sobie wzajemnie caly czas...
                              • mader1 Ismo 06.09.08, 16:51
                                przyszło mi do głowy, że jestes chodzącą reklamą nauczania domowego.
                                • mamalgosia Re: Ismo 06.09.08, 16:54
                                  Isma jest chodzącą reklamą wszystkiego. Z grą na skrzypcach włącznie
                                  • isma Re: Ismo 06.09.08, 17:26
                                    Zebys Ty wiedziala, jak ja juz mam tych skrzypiec dosc ;-(((. Ona piluje
                                    okropnie, naprawde okropnie. A u nas w domu, tego... nie bardzo sie da od tych
                                    dzwiekow odizolowac ;-(((. No, ale moze sie zniecheci - poniewaz jest slomiany
                                    ogien, jak ja (i chyba jednak uzdolniona jakos szczegolnie w tym kierunku nie
                                    jest, za to lubi sie popisywac - zupelnie jak ja), to istnieje szansa, ze to
                                    dlugo nie potrwa...

                                    Zebym ja mogla podejrzewac, ze sie tak to chodzenie przez dwa lata do
                                    filharmonii skonczy, to bym ja omijala szerokim lukiem...
                                • isma Re: Ismo 06.09.08, 17:19
                                  wink)).
                                  No, wiesz - jako depresyjno-maniakalna, to ja potrafie sie jednoczesnie tym
                                  samym entuzjazmowac i zalamywac wink)).

                                  A powaznie. No kiedy wlasnie ja uwazam, ze nawet niedoskonalosci szkoly - ktore
                                  widze! - maja jakis-tam sens. Np., ze przymus jest uczenia sie tego, co nie
                                  interesuje. No, dajmy na to, z tym rosyjskim. Ja zaczynalam liceum w 1986 roku.
                                  Byly juz wtedy w Krakowie szkoly, ktore uczyly dwoch jezykow zachodnich, a
                                  "jezyka wroga" za bardzo sie nikt uczyc z wlasnej woli nie chcial (w edukacji
                                  domowej z cala pewnoscia by sie postawilo na te "atrakcyjniejsze" jezyki). I co
                                  sie okazalo - ze trafila sie nauczycielka rewelacyjna, surowa, ale z
                                  niespotykana umiejetnoscia wciagniecia uczniow w gry jezykowe, w zabawe
                                  mowieniem. Ja do dzis nie wiem, czy te niesamowite zdania do tlumaczenia,
                                  ktoresmy w ilosciach hurtowych "przerabiali" ona ukladala celowo w poetyce
                                  absurdu, czy to byl przypadek - ale niektore konstrukcje frazeologiczne (o
                                  ktorych mojemu slubnemu, nativovi, sie nie sni wink)) pamietam do dzisiaj.

                                  No, dajmy na to, tlumaczy czlowiek zadane zdanie: "Spotkalismy ja na dworcu i
                                  jestesmy z niej dumni" (jedna konstrukcja odmienna niz w polszczyznie plus
                                  uzycie sprawiajacego trudnosci w odmianie zaimka) - i wyobraznia podsuwa mu, co
                                  ona na tym dworcu mogla robic, i czy aby na pewno byl to powod do dumy... A
                                  tymczasem zdanie drukuje sie niepostrzezenie w pamieci na wieki wiekow amen.

                                  Wiec, z jednej strony, byl szkolny przymus uczenia sie. A z drugiej byla jakas -
                                  obustronna - chec znalezienia sie w tym przymusie tak, zeby to bylo dla
                                  wszytskich z pozytkiem. Nawet totalne glaby, ktore idac do liceum z trudnoscia
                                  odroznialy bukwy, porozumiewaly sie calkiem poprawnie. Kolega, ktory przeszedl
                                  wlasnie w LO droge od totalnej negacji "ruskiego" do w miare poprawnego
                                  porozumiewania sie tymze, prowadzi dzisiaj kancelarie radcowska z obsluga... po
                                  rosyjsku wlasnie...

                                  Dla mnie pozytek dodatkowy (oprocz jakiejs tam wygranej olimpiady i takich
                                  tam... - ewidentnie dzieki nauczycielce, a nie jakiemus ewentualnemu mojemu
                                  talentowi do jezykow, bo, jak wspominalam, z niemieckiego pozostalam null) byl
                                  jeszcze taki, ze jak moj in spe slubny uslyszal mnie czytajaca na zajeciach na
                                  glos jakis fragment po rosyjsku w ktoryms reportazu Kapuscinskiego, to sie
                                  zafascynowal, ze tak slicznie bez obcego akcentu to czynie, no i wyszlo, co
                                  wyszlo (nieeeee, nie wierze mu w ani jedno slowo - oczywiscie, ze to moje piekne
                                  oczy mialy tu decydujace znaczenie ;-P).
                              • mamalgosia żeby znowu oddać sprawiedliwość 06.09.08, 16:52
                                isma napisała:


                                >
                                > Natomiast jeszcze co do tego "wypelniania przez dzieci zycia rodzicow". Zgoda,
                                > wiekszym niebezpieczenstwem jest sytuacja odwrotna. Ale to nie znaczy, ze nie m
                                > a
                                > zagrozen, kiedy rodzice i dzieci (nie male, kilkuletnie - tylko dziewiecio-,
                                > dziesieciolatki, i starsze) wypelniaja sobie wzajemnie caly czas...

                                tez uważam, że to bardzo niebezpieczne, ale takie uzależnienie jest mozliwe
                                nawet w sytuacji gdy dziecko jest przez pół dnia w szkole
                                >
                            • mamalgosia Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 06.09.08, 16:50
                              Wiecie co...
                              U nas nie ma takich przypadków. No naprawdę. jestem bardzo zaskoczona tym co
                              piszecie. W naszym mieście by to nie przeszło
                      • mamalgosia nulleczko - btw 06.09.08, 10:44
                        nulleczka napisała:
                        > My na przykład nie zamierzamy w tym roku naszego sześciolatka
                        uczyć
                        > literek, bo w jego przypadku byłaby to na razie strata czasu.
                        Widzę
                        > wyraźnie, że nie jest jeszcze gotowy. Niech rysuje ( co bardzo
                        lubi
                        > i ma ewidentny talent w tym kierunku),

                        Wcale nie trzeba uczyć literek, by dziecko czytało. Mój Starszy
                        czytał pojedyncze wyrazy w wieku 3 lat (znając tylko literę A i O),
                        a płynnie (płynniej niż moi gimnazjaliści) w wieku 3,5 roku - nadal
                        znając tylko kilka liter. Wszystkie litery poznał co najmniej rok
                        później, a przeliterowac wyraz umie od powiedzmy roku (obecnie ma 6
                        lat). Szkoda, że w szkołach ciągle wdraża się najpierw litery (choć
                        przyznam, że w naszym przedszkolu zainteresowano się Starszym i
                        panie teraz wprowadzają inne metody nauki czytania właśnie już od
                        maluchów - z tym, że niestety obok programu, bo programowo tej
                        rewelacyjnej metody wprowadzać nie możnasad ) - mój Młodszy Synek nie
                        jest tak genialny jak jego Brat - tzn w ogóle nie jest genialny. Tak
                        więc nie tylko nie czyta płynnie (choć Brat mu mówi: "Masz już 3
                        lata i 3 miesiące, mógłbyś już coś umieć"), ale nie czyta w ogólesmile
                        Jednak swoje imię napisane gdziekolwiek, jakimkolwiek charakterem
                        pisma - rozpoznaje. "Czyta" również np wyraz "plaża" (bo na
                        meleksach widział), "Noddy", "Hel" i jeszcze kilka innych. Przy czym
                        w żaden sposób nie wspomagamy tego - może gdyby się przyłożyć,
                        efekty byłyby lepsze. Tak więc, nulleczko - skoro i tak robisz to
                        sama, to śmiało przemycaj Synkowi choćby przy tym rysowaniu całe
                        wyrazy. Efekty są naprawdę niesamowite, a przy 6latku to sądzę, że
                        błyskawiczne
                        • mader1 Re: nulleczko - btw 06.09.08, 13:33
                          taka metoda - uczenie całych wyrazów - jest z powodzeniem stosowana
                          na przykład w Kanadzie ( to wiem ) i daje bardzo dobre efekty.
                          Daje dobre efekty także w przypadku dzieci z dysleksją itd, itp...
                          Bądź czujna jednak, bo bywa, że dziecko musi do czegoś dojrzeć, bo
                          ma akurat taką a nie inną dojrzałość emocjonalną, ale bywa też, że
                          nie stymulowane, "nie będzie chciało się w coś bawić", bo to sprawia
                          mu trudność. Tak jest w przypadku pisania przez dzieci ze
                          skrzyżowaną lateralizacją. One nie chcą pisać, czasem rysować, bo
                          sprawia im to trudność i nie daje spodziewanych efektów - nie muszą
                          się porównywać z klasą, wystarczy, że wychodzi im to gorzej niż
                          siostrze czy bratu sad I nigdy po to pisanie same z siebie nie
                          sięgną.A po ćwiczeniach, przełamaniu pewnych oporów, okazuje się, że
                          wychodzi całkiem dobrze smile)))
                          Zapewne wiecie sporo o różnego rodzaju zaburzeniach i o tym, jak w
                          tym wypadku stymulować dziecko, by nie czuło się gorsze i by
                          niedostaki w pewnych dziedzinach, nie były przeszkodą w rozwijaniu
                          tych ulubionych smile
                          Moja Najstarsza czując się kochana, czując, że jest zdolna,
                          potrzebowała grupy, by mieć motywację do niezaniedbywania pewnych
                          dziedzin, które są w życiu potrzebne.
                          Co do talentów smile)))
                          Mieliśmy w klasie pewnego chłopca... Miałam przyjemność go znać od 3
                          roku życia. Piszę Wam, ciężki kawałek chleba i dla rodziców i dla
                          nauczycieli... Wydawało się, że no... kompletnie nieprzystosowany.
                          Jak inni pisali, on leżał na ławce, jak inni... itd... ciągle
                          skupiał na sobie uwagę. Jego rysowanie, to była tragedia smile))) W
                          wieku 5 lat potrafił narysować tylko kilka kresek tudzież
                          bazgrołowate koło, kolory były mu obojętne...Całe nauczanie
                          początkowe pani musiała... hm... nieoceniać tego, co narysował...
                          Dziś ma 18 lat i niewątpliwy TALENT w tym kierunku. W drugiej klasie
                          gimnazjum NAGLE zaczął rysować, robić biżuterię, malować i okazało
                          się, że jest TALENTEM w dodatku z całego serca zaczął nad tym
                          pracować...
                          Najważniejsze nie zniszczyć, ale nie można też sobie przypisywać
                          zbyt wielkiej zasługi wink))))
                          • mamalgosia Re: nulleczko - btw 06.09.08, 13:52
                            mader1 napisała:

                            > taka metoda - uczenie całych wyrazów - jest z powodzeniem
                            stosowana
                            > na przykład w Kanadzie ( to wiem ) i daje bardzo dobre efekty.
                            Ja też wiem, że ona jest stosowana, nawet ma nazwę chyba od czyjegoś
                            nazwiska, coś też jest o globalności...Nie pamiętam. Ale tego
                            wszystkiego dowiedziałam się dopiero jak nam Starszy to
                            zademonstrował w praktyce, wcześniej nigdy o tym nie słyszałam!



                            > Bądź czujna jednak, bo bywa, że dziecko musi do czegoś dojrzeć, bo
                            > ma akurat taką a nie inną dojrzałość emocjonalną,
                            Mader, zapewniam Cię, że jesteśmy bardzo czujni. I nie tylko
                            obserwujemy dojrzałość emocjonalną Starszego, ale nawet jesteśmy już
                            krok dalej- wiemy, że ta dojrzałość pozostawia wiele do życzenia.
                            Jego rozwój jest bardzo nierówny i cały czas mamy to na uwadze.
                            Przyznaję, że tutaj przedszkole odwala większy kawał dobrej roboty
                            niż rodzina

                            ale bywa też, że
                            > nie stymulowane, "nie będzie chciało się w coś bawić", bo to
                            sprawia
                            > mu trudność.
                            No na pewno. Uczniowie mojego gimnazjum w ogóle "nie chcą się bawić"
                            w całą tę naukęsmile) No, ale robimy co możemysmile


                            > Zapewne wiecie sporo o różnego rodzaju zaburzeniach i o tym, jak w
                            > tym wypadku stymulować dziecko, by nie czuło się gorsze i by
                            > niedostaki w pewnych dziedzinach, nie były przeszkodą w rozwijaniu
                            > tych ulubionych smile
                            Trochę wiemy, a więcej nie wiemy. Na pewno wiele się uczymysmile

                            > Najważniejsze nie zniszczyć, ale nie można też sobie przypisywać
                            > zbyt wielkiej zasługi wink))))
                            Zasługę to ja sobie przypisuję taką, że jak mój Starszy uważał, że
                            jest najmądrzejszy na świecie, to po jakimś czasie udało mi się
                            skorygować, że może tylko w Europie?smile)
                            • mader1 mamalgosiu :) 06.09.08, 14:53
                              Dziękuję serdecznie za odpowiedzi smile)))), ale korzystając z tytułu
                              Twojego postu " nulleczko" napisałam większosć tego, co napisałam do
                              Nulleczki smile Bezmyślnie, bo w drzewku pokazuje się jako odpowiedź na
                              Twój post, moja wina.
                              • mamalgosia Re: mamalgosiu :) 06.09.08, 16:28
                                no, śmiej się śmiejsmile
                                Tak trochę myślałam, że średnio na temat, ale ja ostatnio (lub zawsze) słabo
                                kojarzę, więc uznałam, że mea culpa, więc ustosunkowuję się pomimo niezrozumieniasmile)
            • sunday zgadzam się, choć jedno "ale" 09.09.08, 09:43
              Mader, dzięki za posta. Zgadzam się z większością Twoich uwag. Jest tylko jedno
              "ale" - gdy ma się trójkę dzieci, trzeba naprawdę dużo zarabiać, by móc posłać
              wszystkie do dobrej prywatnej szkoły...
              • mader1 Re: zgadzam się, choć jedno "ale" 09.09.08, 22:16
                Wydatki związane z trojgiem dzieci nie są małe. Przedszkole Małego,
                gdyby chodził cały miesiąc, kosztowałoby ( z zajęciami dodatkowymi
                typu angielski, plastyka, gimnastyka...) 471 zł ( z groszami)
                Szkoła ( bez obiadu oczywiście, ale z tymi samymi zajeciami w
                pakiecie) dla drugiego dziecka w tym samym miejscu 500 zł.
                Tak czy inaczej zerówka nas kosztuje.
                • sunday No to i tak niewiele... 16.09.08, 10:55
                  No to i tak niewiele płacicie. Może jeszcze się nie rozglądaliśmy zbyt uważnie,
                  ale obejrzeliśmy oferty przedszkoli w naszej dzielnicy (na państwowe nie mamy
                  szans, bo nierozwiedzeni i jednak powyżej minimum na głowę) - najtańsze kosztuje
                  850 zł za miesiąc plus dodatkowe opłaty. Domyślam się, że szkoła nietańsza. Po
                  pomnożeniu przez trzy wychodzi całkiem spora suma.

                  PS. Tak, są dwa przedszkola tańsze - ale w jednym dzieci nie dostają jeść,
                  drugie jest w mieszkaniu w bloku.
                • sunday Re: zgadzam się, choć jedno "ale" 16.09.08, 11:01
                  Hmmm, czy mógłbym prosić (tu lub mailowo) o namiary na przedszkole/szkołę...
          • mamalgosia Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 06.09.08, 13:55
            Teraz dopiero przeczytałam ten post i zawarte w nim punkty...
            Rany...toż to po praniu mózgów...
            • mamalgosia i jeszcze 06.09.08, 16:39
              Myślę sobie o tych punktach. Wzięłam kawkę do ogródka i tak wystawiając ryjek do
              słońca i podziwiając wyczyny Synów w dmuchanym basenie (ten basen taki mały a
              oni tacy wielcy, że wyczynem jest już fakt, ze tam się w ogóle mieszczą),
              myślałam sobie o tym co przeczytałam w poście artemisa i o tym co w poscie
              nulleczki.
              Może ten post będzie do usunięcia, trudno. Ale powiem Wam, że mnie to
              przeraziło. Nie będę się ustosunkowywać do każdego punktu z osobna, ale ogólne
              wrażenie straszne. Nie lubię i boję się prania mózgu.
              I rzecz ciekawa: od czasu gdy dowiedziałam się o ED (jakiś rok temu) do dziś,
              traktowałam to jako formę kształcenia alternatywną do szkoły. Taką, której ja
              bym z wielu przyczyn nie zastosowała, ale różnorodność nalezy cenić i tolerować
              inne drogi.
              Natomiast dzisiaj to już jestem całkiem na nie.
              • mamalgosia Re: i jeszcze 06.09.08, 16:42
                Wysłałam, a chciałam wyjaśnić.
                Traktowałam edukację w domu jako edukację samą w sobie. A teraz widzę, że jest
                to cały system ideologiczny, który zupełnie mi nie odpowiada i nawet uważam go
                za niebezpieczny.
                Trochę tak jak z jogą - kiedyś myślałam, ze to tylko fikanie nóżkami i
                oddychanie przeponą. Teraz wiem, że prawdziwa joga to nawet wiara w
                reinkarnację. Dla mnie nie do przyjęcia.
                Wiem, że to mocne słowa, dlatego nie zdziwię się, gdy ten post wylecisad
                • a_weasley Re: i jeszcze 06.09.08, 16:59
                  mamalgosia napisała:

                  > Traktowałam edukację w domu jako edukację samą
                  > w sobie. A teraz widzę, że jest to cały
                  > system ideologiczny,

                  Muszę być bardzo tępy, bo nic takiego nie zaobserwowałem. Możesz rozwinąć?
                  • isma Re: i jeszcze 06.09.08, 17:37
                    A to ja sie moge zglosic na ochotnika. Otoz mnie zabija pkt 8: "Z reguly nie
                    wolno ufac instytucjom panstwowym".

                    Ja rozumiem, zauwazac i pietnowac, absurdy, bledy, naduzycia. Ale zalozyc, ze
                    instytucje sa zle z zasady... nooo... to juz jest dla mnie trudne. Chocby
                    dlatego, ze ja z zasady NICZEGO, z czym sie stykam, nie skreslam, dopoki mi
                    czyms konkretnym nie podpadnie.
                    A nawet jak podpadnie, to tez sie zazwyczaj jeszcze chwile zastanawiam...
                    • dominikjandomin Re: i jeszcze 06.09.08, 21:12
                      isma napisała:

                      > A to ja sie moge zglosic na ochotnika. Otoz mnie zabija pkt 8: "Z reguly nie
                      > wolno ufac instytucjom panstwowym".
                      >
                      > Ja rozumiem, zauwazac i pietnowac, absurdy, bledy, naduzycia. Ale zalozyc, ze
                      > instytucje sa zle z zasady... nooo... to juz jest dla mnie trudne. Chocby
                      > dlatego, ze ja z zasady NICZEGO, z czym sie stykam, nie skreslam, dopoki mi
                      > czyms konkretnym nie podpadnie.

                      Poza tym, ze wg niektórych systemów religijnych nie wolno ufać instytucjom
                      państwowym... zauważmy jeszcze całkiem zdroworozsądkowe patrzenie na świat - na
                      instytucje w Polsce czy choćby w cudownych USA...

                      Czytałem kiedyś konstytucjonalistę z USA, który twierdził, ze władza winna
                      być... tak słaba, jak to tylko możliwe. To jest ta myśl. Obecna i kiedyś u nas.
                      Niestety, potem poszło to tylko w kierunku umacniania władzy państwowej.

                      Źle, jak rodzice mają własną ideologię? A jak ideologie ma nauczyciel, czy
                      dyrektor? Jak rodzic ma się bronić przed praniem mózgu dzieciom w szkole (nie
                      mówię, że w każdej tak jest, ale się zdarza, więc co, jak się zdarzy)? Wszak
                      rodzic nie ma nic do powiedzenia w obecnej szkole, jeśli tylko nauczyciel w
                      ZNACZNY sposób nie przekracza swych uprawnień.
                      • isma "my" i "oni" 06.09.08, 22:39
                        Dominik, ja jednak jestem troche starsza od Ciebie, i chodzilam do szkoly, jak
                        od ideologii nie bylo sie mozna opedzic. Moja szkola podstawowa, przypominam,
                        imienia marszalka ZSRR byla.
                        Jakos mi ideologii nikt nie wtloczyl, "praniu mozgu" sie oparlam - rodzice
                        wystarczajco o to zadbali. Ale argumentami, a nie izolacja.

                        Natomiast ogolnie, co do wladzy... Tu bysmy musieli sie dluzej zatrzymac. Jesli
                        rozumie sie "wladze" jako opresje, to moze i racja, powinna byc jak najslabsza.
                        Ale mozna tez rozumiec wladze jako sluzbe. Jak sie dobrze przyjrzec niektorym
                        strukturom samorzadu (a szkoly sa samorzadowe, nie "panstwowe"), to ciekawe
                        rzeczy mozna zaobserwowac. A najlepiej po prostu samemu w tym uczestniczyc.

                        Jestem zdecydowanie przeciwna dzieleniu swiata na "oni-wladza" i "my-broniacy
                        swojej wolnosci". To juz bylo.
                        W obecnej rzeczywistosci to po pierwsze jest nieprawda, a po drugie do niczego
                        nie prowadzi...
                        • pawlinka Re: "my" i "oni" 06.09.08, 22:47
                          Isma, ale taki podział tyle załatwiasad Co ja się namęczę, że by
                          moim w szkole to wytłumaczyć...
                        • mader1 Ismo :) 06.09.08, 22:48
                          > Dominik, ja jednak jestem troche starsza od Ciebie,

                          Ismo, no coś Ty ! smile)))))))) tego się nie spodziewałam.
                          • isma Re: Ismo :) 06.09.08, 22:59
                            A no bo wlasnie sama przypominalas, zeby sie farbowac, a ja, eeeeee, jakos
                            ostatnio nie mialam do tego glowy, no i w zwiazku z tym jednak dowody na metryke
                            sie same pchaja przed oczy...
                • a_weasley Re: i jeszcze 06.09.08, 17:01
                  mamalgosia napisała:

                  > widzę, że jest to cały system ideologiczny,

                  Nie zaobserwowałem. Możesz rozwinąć?

                  > uważam go za niebezpieczny.

                  Powinni tego zabronić. Kto wie, co tam rodzice temu dziecku do głowy włożą?

                  > Trochę tak jak z jogą -

                  Zapomniałaś wspomnieć o Harrym Potterze, który, jak wiadomo, jest częścią
                  ogólnoświatowego projektu ideologicznego.
                • sunday jak zawsze i wszędzie 09.09.08, 09:59
                  > Traktowałam edukację w domu jako edukację samą w sobie.
                  > A teraz widzę, że jest to cały system ideologiczny, który
                  > zupełnie mi nie odpowiada i nawet uważam go za niebezpieczny.

                  Spokojnie - pewnie są i ideolodzy, i normalni ludzie (jak Nulleczka). Jak zawsze
                  i wszędzie.
      • sunday A jak... 09.09.08, 09:37
        Dzięki za obserwacje. Czyli dzieci mają problemy wychowawcze. A jak się sytuują,
        na tle klasy i rówieśników uczonych w szkole, "naukowo" i społecznie?
    • nati1011 moje podsumowanie :)) 06.09.08, 09:29
      Należę, do wielkiej masy rodzicó, któych nie stać na rezygnacę z
      pracy by uczyć dzieci. Poza tym brak jest mi całkowicie talentów
      pedagogicznych. Systematycznie przekazywanie wiedzy min ie wychodzi.
      Kiedyś próbowałam nauczyć języka obcego siostę, potem córkę - nic z
      tego nie wyszło. Im się nie chciało, a ja nie potrafiłam tej ich
      niecheci przełamać. Choć całkiem nieźle wychodziło mi pomaganie w
      ramch korepetycji osobom starszym, chcacym się uczyć wink

      Młodego posłałam do przedszkola - z mieszanymi uczuciami - musiałam
      mu zapewnić opiekę na czas mojej pracy. Idąc tam był rozwinięty w
      wielu zakresach ponad wiek - ale były też braki. Np bardzo słabo
      mówił. A ja widziałam jak w tym przedszkolu - przez pierwsze 2
      miesiace trochę pochodził - rozkwita i co dzień przynosi nowe
      umiejętnosći.

      Po przeczytaniu waszych postów doszłam do przekonania:
      1. rodzice powinni mieć prawo decyzji o podjeciu ED
      2. to rodzice powinni decydować czy dziecko jest do szkoły dojrzałe
      i móc przesunąć edukację np do 2 lat
      3. ED moze być dobrym rozwiazaniem dla dzieci młodszych i w zakresie
      klas 1-3 - taki zakres umiejętności powinien udźwignąć nawet
      przecietny rodzic.
      4. dla klas starszych jest to już wyzwanie, dla niektórych rodziców.
      5a. ED jest raczej wyjątkiem i powinna być dopuszczalna, ale nie
      powinno się z niej robić masowego modelu. Bałabym się sytuacji,
      gdyby zaczęto namawiać rodziców do tej formy, odpuszczając dbałość o
      szkoły, a może nawet zmuszając rodziców trudniejszych dzieci do ich
      zabrania ze szkoły.
      5b. JEŻELI JEDYNYM POWODEM ED JEST STRACH PRZED SZKOŁĄ TO NALEŻY TO
      JESZCZE PRZEMYŚLEĆ. To naprawdę nie łatwe zadanie, i rodzice
      szczerze muszą sobie odpowiedzieć czy dadzą radę. Jeżeli dziecko nie
      uzyska założonego poziomu wiedzy, to moze stracić rok czy 2 i w
      efekcie i tak wylądować w szkole. Oczywiscie nie powinno się dziecka
      szkołą straszyć.
      6. Dla dziecka wybitnie zdolnego warto poszukać odpowiedniej szkoły.
      Przynajmiej w duzym mieście powinno to być możliwe.
      7. Ogólnie szkoły nie są złe. Zwłaszcza podstawóki pracują z róznymi
      dziećmi i trudno 30 dzieci w klasie traktowąć indywidualnie.
      8. Jako rodzice mamy prawo do domagania się od szkoły bezpieczeńśtwa
      i szacunku dla dziecka. Drastyczne sytuacje muszą zawsze być powodem
      interwencji. I nie powinny być traktowanie jako norma - to nie jest
      pieniactwo, że nie godzimy się na falę wśród dzieci.
      9 zdolniejsze dzieci zawsze bedą sie trochę w szkole nudzić - ale
      też jest to pułapka. Często zdolny matematyk nie przykłada się do
      przedmiotów humanistycznych lub odwrotnie. A jednak pewna wiedza
      jest nam potrzebna. Poza tym zawsze jest mozliwe zdolniejszemu
      uczniowi dać trudniejsze zadania.
      9. Czytajac ten wątek doszłam do wniosku, że wszyscy mamy
      szczególnie uzdolnione dzieci wink
      • mamalgosia Re: moje podsumowanie :)) 06.09.08, 10:10
        nati1011 napisała:


        >
        > Po przeczytaniu waszych postów doszłam do przekonania:

        > 2. to rodzice powinni decydować czy dziecko jest do szkoły
        dojrzałe
        > i móc przesunąć edukację np do 2 lat
        Nie mogę się z tym zgodzić. Jest wielu rodziców ( wtym np ja),
        którzy nie są w stanie ocenić poprawnie stopnia rozwoju swojego
        dziecka. Może mi się wydawać, że coś w normie, coś powyżej, coś
        poniżej. Jednak wolę, by zrobiła to pani w zerówce, która prowadzi
        kartę obserwacji, która ma wieloletnie doświadczenie i która sie w
        tym specjalizuje. I która - jeśli ma wątpliwości - skonsultuje np z
        psychologiem, logopedą itd.
        A przeciez mam wykształcenie pedagogiczne - a co z rodzicami, którzy
        w ogóle nie są obeznani w tych sprawach?



        > 4. dla klas starszych jest to już wyzwanie, dla niektórych
        rodziców.
        Moim zdaniem jednak wyzwanie, któremu nikt nie jest w stanie
        sprostać. Bo nie ma ludzi będących jednocześnie historykami,
        biologami, fizykami itd. Tylko gdzie ta granica, nie potrafię
        sprecyzować. 1-3 pod względem merytorycznym na pewno bym dźwignęła,
        ale może 6 klasy już nie



        > 5a. ED jest raczej wyjątkiem i powinna być dopuszczalna, ale nie
        > powinno się z niej robić masowego modelu. Bałabym się sytuacji,
        > gdyby zaczęto namawiać rodziców do tej formy, odpuszczając dbałość
        o
        > szkoły, a może nawet zmuszając rodziców trudniejszych dzieci do
        ich
        > zabrania ze szkoły.
        popieram

        > 5b. JEŻELI JEDYNYM POWODEM ED JEST STRACH PRZED SZKOŁĄ TO NALEŻY
        TO
        > JESZCZE PRZEMYŚLEĆ.
        Zgadzam się z Tobą.
        Strach przed szkołą (jako taką - nie konkretną, w której np dziecko
        było źle traktowane) należy próbować przełamywać. Można odroczyć
        obowiązek szkolny



        > 6. Dla dziecka wybitnie zdolnego warto poszukać odpowiedniej
        szkoły.
        > Przynajmiej w duzym mieście powinno to być możliwe.
        Albo wspomagać rozwój w odmu. Czyli edukacja w domu nie zamiast, ale
        oprócz
        • nati1011 Re: moje podsumowanie :)) 06.09.08, 10:41
          mamalgosia napisała:
          > > 2. to rodzice powinni decydować czy dziecko jest do szkoły
          > dojrzałe
          > > i móc przesunąć edukację np do 2 lat
          > Nie mogę się z tym zgodzić. Jest wielu rodziców ( wtym np ja),
          > którzy nie są w stanie ocenić poprawnie stopnia rozwoju swojego
          > dziecka.

          Myślałam raczej o problemach zdrowotnych - typu dziecko ciagle
          choruje, lub cierpi na chorobę przewlekłą. Czasami niewskazane jest
          posłanie go do dzieci. A z tym bywa problem. Koleżanka ma dziecko -
          dziś już spore - opóźnione w rozwoju. Mała chodziła do przedszkola.
          Chciała przedłużyc edukację w przedszkolu + rachabilitację naprawdę
          szeroko rozwinietą. Urzędnik stwierdził, ze ustawa dopuszcza
          przesuniecie obowiązku tylko o rok, a skoro dziecko jest niedojrzałe
          to powinno pójść do szkoły specjalnej. A im włąśnie zależało na
          osiagnieciu dojrzalości kwalifikującej do zwykłej szkoły, bo były na
          to spore sznase.
          • mamalgosia Re: moje podsumowanie :)) 06.09.08, 10:49
            nati1011 napisała:

            >
            > Myślałam raczej o problemach zdrowotnych - typu dziecko ciagle
            > choruje, lub cierpi na chorobę przewlekłą. Czasami niewskazane
            jest
            > posłanie go do dzieci.
            Nati, ale o tym można porozmawiać!


            >A z tym bywa problem.
            Oczywiście, że bywa, wiem. No i dobrze - niech więc jest ta furtka.
            Ale według mnie jednak ED powinna pozostać furtką, a nie szeroko
            otwartą bramą


            I jak sie skończyła sprawa koleżanki? Czy jeszcze jest w toku?
            • verdana Re: moje podsumowanie :)) 06.09.08, 11:11
              A ja mam watpliwosci, co do tego, czy rodzice powinni moc sami
              decydowac o edukacji dzieci. Tzn, powinni moc edukować w domu, o ile
              chca , ale przedtem chyba powinny byc jakieś obowiazkowe
              konsultacje - a ja bym nawet zastanowila się nad tym, czy dziecko
              nie powinno co pewien czas odwiedzać fachowca - pedagoga czy
              psychologa.
              Dlaczego? Bo część rodzicow edukujacych w domu ma wazne powody, albo
              doskonale pomysly, albo specyficzne dziecko - i to jest OK. Część
              jednak - i o takich slyszałam - edukuje w domu, aby izolowac dziecko
              od swiata, aby byc dla niego jedynym punktem odniesienia i jedynym
              autorytetem. A to nie jest dobre dla dziecka, staje sie ono
              faktycznie własnoscia fantycznych rodzicow. I o ile takie uczenie
              nie bedzie kontrolowane, obawiam się, ze wlasnie toksyczni rodzice
              moga sie na nie stosunkowo czesto decydować.
              To nie jest tak, ze rodzic powinien mieć prawo do wszelkich decyzji
              dotyczacych jego dziecka.
              • sunday Re: moje podsumowanie :)) 09.09.08, 10:03
                Verdano, to chyba pierwszy Twój post w tym wątku, z którym się zgadzam. smile
                • sunday Re: moje podsumowanie :)) 09.09.08, 10:05
                  > Verdano, to chyba pierwszy Twój post w tym wątku, z którym się zgadzam. smile

                  Chociaż trochę bałbym się tych regularnych ocen (przecież nie całkowicie
                  bezstronnego i wszechwiedzącego) urzędnika "fachowca".
            • nati1011 Re: moje podsumowanie :)) 06.09.08, 11:19
              To było kilka lat temu. Dokłądnie nie pamiętam. Coś tam wywalczyli,
              ale dużo to kosztowało - dla mnie bez sensu jest sztywność przepisów
              w takich sprawach.
              • nulleczka Re: moje podsumowanie :)) 06.09.08, 11:49
                ED zawsze będzie rozwiązaniem niszowym, nawet w Stanach, gdzie
                spotyka się z życzliwością i poparciem (bo zauważono, że przynosi
                bardzo dobre efekty nie tylko intelektualne, ale i społeczne), jest
                tych dzieci ok 2 mln.
                Natomiast radykalne nieraz wypowiedzi zwolenników ED są formą
                odpowiedzi na agresywne, zmasowane ataki przeciwników. Bo tych
                rzeczywiście nie brakuje. A najbardziej irytuje nas to, że autorami
                większości tych kategorycznych wypowiedzi są osoby, które opierają
                swoje wywody na własnych wyobrażeniach, a nie na faktach.

                Bo to, że znacie jedną czy dwie rodziny uczące w ten sposob, nie
                znaczy że macie realną wiedzę na ten temat. My znamy większość
                rodzin uczących w Polsce, w tym jedną, której dzieci już są dorosłe.
                I widzimy,że nieźle sobie radzą w życiu.

                Mamalgosiu, w poście powyżej pisałam, że to nie rodzic jest jedynym
                guru, ktory przekazuje dziecku wiedzę. Są znajomi, jest
                stowarzyszenie rodziców ED, są ksiązki, internet, korepetycje.
                Ty myślisz o ED kategoriami "szkoły w domu", a pisałam już
                wcześniej, że tak nie jest.

                Poza tym jeśli piszesz, że nie poradziłabyś sobie z materiałem VI
                klasy, to co Ci dało wkuwanie tych wszystkich przedmiotów i cała
                nauka szkolna? (To tak trochę półżartemsmile))
                Dlaczego dzieci uczone w szkole siedza popołudniami w domu nad
                zeszytami i podręcznikami, dlaczego rodzice wydają mnóstwo pieniędzy
                na korepetycje? Przecież ich dzieci są w rękach specjalistów.
                I nie potępiam wcale wszystkich nauczycieli, ale po prostu przy tej
                ilości uczniów w klasie nie jest możliwe dotarcie do każdego.

                Myślę, że tu jest konflikt pomiędzy zwolennikami maksymalnej
                kontroli państwa i instystucji społecznych nad rodziną a tymi,
                którzy cenią sobie wolność i uważają, że rodzina powinna byc
                wartością priorytetową.
                • nati1011 Re: moje podsumowanie :)) 06.09.08, 12:29
                  > Myślę, że tu jest konflikt pomiędzy zwolennikami maksymalnej
                  > kontroli państwa i instystucji społecznych nad rodziną a tymi,
                  > którzy cenią sobie wolność i uważają, że rodzina powinna byc
                  > wartością priorytetową.

                  Nigdy państwo nie zapewni lepszych warunków niż rodzina. To rodzice
                  powinni podejmować decyzje o przyszłości dziecka. Bo to ich dziecko
                  a nie pańśtwowe. A przykłądy patologii w rodzinie nie powinny
                  powodować karania ogromnej większości normalnych rodziców. Chyba za
                  bardzo daliśmy sobie wmówić, ze kazdy rodzic popełnia jakieś błedy -
                  oczywiście, ale to nie znaczy, ze państwo lepiej wychowa dziecko.

                  I jeszcze jedno. Obecne wartości przekazywane w szkole są dla mnie
                  do zaakceptowania. Jeżeli jednak - może za parę lat - pojawią sie
                  pomysły rodem z "cywilizowanego" zachodu - to zabiorę dziecko z
                  państwowej szkoły i bedę uczyć w domu lub w szkole wyznaniowej. Na
                  szczęście w Polsce można jeszcze w miarę bezpiecznie pusczać dziecko
                  do szkoły bez obawy, ze ktoś zrobi mu tam pranie mózgu.
                  • a_weasley Re: moje podsumowanie :)) 06.09.08, 17:05
                    nati1011 napisała:

                    > I jeszcze jedno. Obecne wartości przekazywane
                    > w szkole są dla mnie do zaakceptowania. Jeżeli
                    > jednak - może za parę lat - pojawią sie
                    > pomysły rodem z "cywilizowanego" zachodu -
                    > to zabiorę dziecko z państwowej szkoły
                    > i bedę uczyć w domu lub w szkole wyznaniowej.

                    Ja już teraz mam opory, a można rozsądnie spodziewać się, że będzie jeszcze
                    gorzej. Na dzień dzisiejszy jestem raczej za ED, ale nie radykalnie.
                    W dodatku dla nas szkoła wyznaniowa nie bardzo wchodzi w grę, raz dla różności
                    wyznania, po wtóre, że Minerwa uważa szkoły katolickie za wylęgarnie ateistów i
                    za żadne ciastka by dziecka do takowej nie posłała.
                  • sunday Re: moje podsumowanie :)) 09.09.08, 10:10
                    Dziękuję - zgadzam się z każdym zdaniem. smile Z jedną uwagą:

                    > Obecne wartości przekazywane w szkole są dla mnie
                    > do zaakceptowania.

                    Czasem problemem są nie tylko wartości przekazywane przez szkołę, ale wartości
                    przekazywane przez rówieśników. Są szkoły - wcale nierzadko - gdzie większość
                    dzieci nie ma podręczników, bo ich na nie nie stać, ale za to stać je na
                    codzienną paczkę papierosów. A ich rodziców to nie interesuje. Do takiej szkoły
                    - nawet z najlepszym (na papierze) programem nauczania - też bałbym się posłać
                    dziecko.
                • pawlinka Re: moje podsumowanie :)) 06.09.08, 13:43
                  nulleczka napisała:


                  > Myślę, że tu jest konflikt pomiędzy zwolennikami maksymalnej
                  > kontroli państwa i instystucji społecznych nad rodziną a tymi,
                  > którzy cenią sobie wolność i uważają, że rodzina powinna byc
                  > wartością priorytetową.

                  Nulleczko, myślę, że tutaj na tym forum niejednokrotnie dało sie
                  zauważyć, że rodzina jest wartością priorytetową i nie sądzę, że
                  mamy tutaj zwolenników maksymalnej kontroli państwa i instystucji
                  społecznych nad rodzinąsmile))
                  • isma Non omnia possumus omnes 06.09.08, 14:57
                    O, o, wlasnie. Czy to,ze dziecko chodzi do szkoly, oznacza, ze "panstwo? ma
                    "kontrole" nad rodzina? To chyba zalezy, na ile ta rodzina sobie na to pozwoli
                    wink)).

                    Mysmy zawsze uwazali, ze szkola nie jest od wychowywania, tyko od nauczania. I
                    m.in. dzieki temu, ze w domu nie nauczamy (a musielibysmy sie sami douczac, zeby
                    nauczac np. chemii czy biologii - zadne z nas nie ma o tym zielonego pojecia i
                    miec na wlasny uzytek nie zamierza wink)), to mamy resztki czasu i sil wychowywac
                    wink)).

                    A powaznie. Nasze dziecko ledwie poszlo do zerowki. I widac oczywiscie pewna
                    rozbieznosc miedzy stylem zycia domowym i placowkowym, np. w kwestii
                    rozwiazywania konfliktow. Ale dziecko na razie wydaje sie wiedziec, gdzie sa
                    priorytety.

                    W zerowce pojawilo sie sporo nowych dzieci, dla ktorych pewne specyficzne
                    ograniczenia M. sa egzotyczne. W tym niejaki Mikolaj. No i opowiada mi M. we
                    wtorek:

                    - Mikolaj powiedzial, ze bede glupia, bo nie pije mleka, a od mleka sie madrzeje.
                    - A ty co mu powiedzialas? - pytam, przewidujac, ze zgodnie z zasada
                    atrakcyjnych ersatzow M. zasunela Mikolajowi, powiedzmy, menu domowej kolacji z
                    dnia poprzedniego - zeby udowodnic, ze sa rownie atrakcyne rzeczy do jedzenia,
                    jak mleko. Ewentualnie gustowna wiache w jezyku martwym - zeby dowiesc, iz nie
                    jest az tak zle z jej glowa.
                    - Nie zdazylam mu nic powiedziec, bo to bylo przy pani, i pani powiedziala
                    Mikolajowi, ze sam jest glupi.
                    [noooooo... ;-(((]
                    - I co Mikolaj?
                    - Mikolaj sie pobeczal. To ja mu powiedzialam, zeby nie beczal, bo wcale nie
                    jest glupi. I powiedzialam mu, ze jak by mu to picie mleka nie pomagalo, to ja
                    go moge nauczyc "Gloria" po lacinie...

                    I w ten oto sposob banda M. skladajaca sie do tej pory z czterech mlodziencow,
                    zyskala piatego wtajemniczonego. Mikolaj umie na razie powiedziec "Verba
                    volant, scripta manent" (mam nadziej, ze to juz nie ten wiek, kiedy sie smaruje
                    po scianach, i nie bedzie mial okazji poczestowac ta fraza wzburzonych wlasnych
                    rodzicow...). A mnie entuzjastyczne opowiesci o Mikolaju przelewaja sie juz
                    uszami wink)).
                    • pawlinka Re: Non omnia possumus omnes 06.09.08, 15:22
                      "musielibysmy sie sami douczac, zeby nauczac np. chemii czy
                      biologii"

                      ot wlaśnie, nie mam szans przemycić wśród zagadnień na temat, na
                      przykład, poezji Sępa Sarzyńskiego polecenia dotyczącego chemii, a
                      taka Mamalgosia to i chemii nauczy, i zwiazki frazeologiczne z
                      dziećmi powtórzywink)))))
                      • mamalgosia Re: Non omnia possumus omnes 06.09.08, 16:34
                        Tak, bo w naszej szkole to taka rodzinna atmosfera panuje (i położyć się na
                        ławce można, i zapytać panią jak robi fryzurę), że my niemalże jak EDsmile)
                    • mader1 Re: Non omnia possumus omnes 06.09.08, 15:45
                      > - Nie zdazylam mu nic powiedziec, bo to bylo przy pani, i pani
                      powiedziala
                      > Mikolajowi, ze sam jest glupi.

                      Pani się tak skutecznie w szkole w dzieciństwie uspołeczniła, że jej
                      odruchy społeczne zostały smile)))
                      Taaa... nie na darmo jestem wielbicielką M. smile
                    • mamalgosia Re: Non omnia possumus omnes 06.09.08, 16:32
                      ismo, ja piłam i piję mleko. Wierz mi, nie mądrzeje się od tego
                • mamalgosia Re: moje podsumowanie :)) 06.09.08, 13:44
                  nulleczka napisała:

                  > ED zawsze będzie rozwiązaniem niszowym, nawet w Stanach, gdzie
                  > spotyka się z życzliwością i poparciem (bo zauważono, że przynosi
                  > bardzo dobre efekty nie tylko intelektualne, ale i społeczne),
                  jest
                  > tych dzieci ok 2 mln.
                  Wiemy również, że absolwenci szkół w Stanach też sobie radzą całkiem
                  nieźle. I że choć poziom jest o wiele niższy niż w naszych szkołach,
                  to kraj radzi sobie o wiele lepiej niz nasz.
                  Całą Oświatę należałoby przeorać i zacząć wszystko od nowasad


                  >
                  > Mamalgosiu, w poście powyżej pisałam, że to nie rodzic jest
                  jedynym
                  > guru, ktory przekazuje dziecku wiedzę. Są znajomi, jest
                  > stowarzyszenie rodziców ED, są ksiązki, internet, korepetycje.
                  > Ty myślisz o ED kategoriami "szkoły w domu", a pisałam już
                  > wcześniej, że tak nie jest.
                  Dobrze. Powiem tak: moich dzieci nie kształciłabym w ten sposób. A
                  co ktoś inny robi, to jego sprawa. Być może dla niego to lepsze i
                  dla jego dzieci lepsze.

                  >
                  > Poza tym jeśli piszesz, że nie poradziłabyś sobie z materiałem VI
                  > klasy, to co Ci dało wkuwanie tych wszystkich przedmiotów i cała
                  > nauka szkolna? (To tak trochę półżartemsmile))
                  A uważasz, że wykształcony w domu będzie w stanie po 20 latach
                  nauczać wszystkich na takim poziomie? Czy Edukacja Domowa kształci
                  Leonardów da Vinci? Wiesz, że nauczyciel uczący dajmy na to w tej
                  nieszczęsnej VI klasie wie więcej (o wiele) niż to, co przekazuje
                  uczniom. Ja (nawet gdybym jakimś cudem zapamiętała ze szkoły 100%)
                  mogłabym tylko przekazać część każdej dziedziny - na poziomie
                  właśnie maksymalnie licealnym. Nauczyciel jest na poziomie
                  akademickim. Po prostu nie czuję się i nie jestem kompetentna.



                  > Dlaczego dzieci uczone w szkole siedza popołudniami w domu nad
                  > zeszytami i podręcznikami, dlaczego rodzice wydają mnóstwo
                  pieniędzy
                  > na korepetycje?
                  Dlatego, że system oświaty w Polsce jest zły. I pogarsza się. Ale to
                  nie znaczy, że szkoła jako instytucja nadaje się tylko do potępienia
                  w czambuł.
                  Choć są rodzice, którzy korepetycjami kupuja sobie spokój - że robią
                  wszystko co w ich mocy. Miałam kiedyś na korepetycjach dziewczynę,
                  która miała świetną nauczycielkę, program przerobiony, nawet
                  poszerzony. Wystarczyłoby żeby w domu sama przysiadła i powtorzyła.
                  No, ale korepetycje sa modne

                  Ale nie rozumiem: to dzieci kształcone systemem ED nie muszą ślęczeć
                  nad podręcznikami?


                  >Przecież ich dzieci są w rękach specjalistów.
                  W większości tak 9wiemy, że są i źli nauczyciele). Ale za kogoś nikt
                  się nie nauczy. Możemy tylko pomóc, pokierować, wytłumaczyć, pokazać


                  > Myślę, że tu jest konflikt pomiędzy zwolennikami maksymalnej
                  > kontroli państwa i instystucji społecznych nad rodziną a tymi,
                  > którzy cenią sobie wolność i uważają, że rodzina powinna byc
                  > wartością priorytetową.

                  Przepraszam, ale nie czuję się "zwolennikiem maksymalnej kontroli
                  państwa i isntytucji społecznych nad rodziną" bynajmniej. I
                  zapewniam Cię, że rodzina jest dla mnie wartością priorytetową.
                  Bardzo nieładne to ostatnie zdanie, które napisałaś - muszę to
                  stwoerdzić pomimo całej sympatii, jaką do Ciebie czuję. Brzmi jakoś
                  sekciarskosad
                  • a_weasley Re: moje podsumowanie :)) 06.09.08, 16:23
                    mamalgosia napisała:

                    Nulleczka napisała:

                    >> tych dzieci ok 2 mln.

                    Czyli pi razy drzwi jakieś 6-7% dzieci objętych obowiązkiem szkolnym. To już
                    całkiem spora nisza.

                    Nulleczka napisała takoż:

                    >> Dlaczego dzieci uczone w szkole siedza
                    >> popołudniami w domu nad >> zeszytami
                    >> i podręcznikami,

                    na co zanim zdążyłem odpowiedzieć, odpowiedziała Mamałgosia i napisała:

                    > Ale nie rozumiem: to dzieci kształcone systemem
                    > ED nie muszą ślęczeć nad podręcznikami?

                    Co do ślęczenia to nie wiem, niech się wypowiedzą praktycy, ale w każdym razie
                    nie spędzają połowy dnia w szkole.
                    Dalej było coś o rodzicach. Owóż i mnie się nasunęło, że wielu rodziców dzieci
                    chodzących do szkół, większość może, zużywa w związku z nauką szkolną dzieci
                    niewiele mniej lub może wcale nie mniej czasu i atłasu niż prowadzący ED, lecz
                    bez żadnych korzyści z tejże wynikających.
              • mamalgosia Re: moje podsumowanie :)) 06.09.08, 13:30
                Szkoda, że nie wiesz, bo zaciekawiła mnie ta sytuacja
                • nati1011 Re: moje podsumowanie :)) 06.09.08, 13:53
                  szczerze mówiąc nie pamiętam. To było 7 lat temu, a ja juz ponad 5
                  lat tam nie pracuję i kontakt sie zerwał.

                  To była wogóle wspaniała dziewczyna. Po raz pierwszy spotkałam się z
                  taką postawą wobec dziecka niepełnosprawnego. Żadnego rozczulania,
                  użalania, pretensji do losu... Do tej pory wszyscy rodzice, których
                  spotykałam byli trochę przewrażliwieni na punkcie chorego dziecka. A
                  to dziecko było traktowane jak zupełnie zdrowe, ale ze świadomoscią
                  jego ograniczeń. Do tego masa rehabilitacji. Ogromny wysiłek i
                  organizacyjny i finansowy. Ale najbardziej imponował mi ten
                  zwyczajny stosunek do swojego dziecka. A było to jedno z tych
                  dzieci, które według lekarzy miało nie żyć, nie funkcjonować, być
                  rośliną, a wogóle umrzeć najwyzej po paru godzinach życia.... Wogóle
                  długa i pasjonująca historia smile
                  • mamalgosia Re: moje podsumowanie :)) 06.09.08, 13:58
                    Nigdy nie przestanę podziwiać takich rodziców.
      • mader1 Re: moje podsumowanie :)) 06.09.08, 16:46
        W Cogito jest artykuł " Szkołę mamy w domu", bardzo dobry, niestety
        nie mogłam go znaleźć na stronie.
        Natomiast chciałam jeszcze dodać, że choć my zdecydowaliśmy się na
        szkołę i mamy szczęście do całkiem niezłych ( a niektórych wręcz
        wybitnych i oddanych pracy z uczniami całkowicie) nauczycieli,
        którzy nasze dzieci ubogacają... To rozumiem rodziców, którzy chcą
        nauczać w domu. Czasem ma się większego pecha, czasem dziecko jest
        nietypowe lub spotyka się z dużą agresją. Na zebraniach... no
        dziwnie jest... Widzi się, że klasówka jest złożona z przepisanych
        przez nauczyciela zdań z podręcznika - do uzupełnienia konkretnymi
        słowami ( jedynymi możliwymi)... Nie dziwię się, że rodzice wtedy
        nie chcą firmować swoją osobą tego, co widzą, a na co nie mogą nic
        poradzić sad Nie godzą się na następnych korepetytorów , ochraniarzy
        w szkole ( tak, tak do pobliskiego gimnazjum do klasy sportowej
        nauczyciel wchodzi na lekcję z ochroniarzem sad
        Chcą wziąć całkowitą odpowiedzialność za swoje dzieci.
        Chcą nauczyć je , że nie na wszystko trzeba się zgadzać, że nie
        wobec wszystkiego jest się bezsilnym.
        • isma Re: moje podsumowanie :)) 06.09.08, 17:44
          Nie no, to ja tez rozumiem, kiedy innego wyboru nie ma. Bo np. sie mieszka w
          malej miejscowosci, a jedyna w miare dostepna szkola jest beznadziejna. Albo
          dziecko doznalo jakiegos konkretnego aktu agresji w szkole i ma gleboki uraz do
          pozostawania w tego rodzaju zbiorowosciach.

          Nie rozumiem natomiast edukacji w domu jako "pierwszego wyboru" - ale rozumiec
          nie musze, nie moje dzieci przeciez.
          Ale nie rozumiem tez udowadniania obiektywnej wyzszosci takiej edukacji nad
          szkolna - tego to juz kompletnie.
          • mader1 Re: moje podsumowanie :)) 06.09.08, 18:10
            no jako pierwszy wybór to ja też nie rozumiem, ale mój mąż, któremu
            w szkole było nieszczególnie, zrozumiałby wink
            Moja Najstarsza uznała, że dobrze, że chodziła do szkoły, jest z
            tego zadowolona. Ufff... Spotkała tam bardzo sensownych nauczycieli
            i "ludzi"
            A Średnia bardzo się nauczaniem domowym zainteresowała smile" Świetny
            pomysł !!!" Bardzo mnie to zdziwiło, bo ona towarzyska jest
            ogromnie smile))) Za chwilę jej przeszło, gdy zasugerowałam, że bym ją
            nadzorowała smile)))) Nauczyciele są " mniej czepliwi" smile))))))
            Czyli fajnie - dobrze byłoby, gdyby wpadali do nas ci nauczyciele,
            których zna albo żeby raz na tydzień, miesiąc się z nimi spotykała i
            referowała im, co zrobiła smile))) a koleżanki zapraszałaby na wieś na
            nocowanki smile Żyć nie umierać !
            • verdana Re: moje podsumowanie :)) 06.09.08, 18:23
              Ja zupełnie rozumiem zabranie dziecka za szkoly, bo fatalnie sie tam
              czuje, choc tu edukacje szkolna prowadziłabym rownoczesnie z
              terapia, a nie traktowala jej jako rozwiazania.
              Rozumiem tez edukacje malych dzieci, gdy maja bardzo daleko do
              szkoły, albo gdy choruja.
              Natomiast nie rozumiem nie posylania dziecka do szkoły z zasady. To
              znaczy nie - rozumiem, tylko nie popieram. Bo najwazniejszym
              argumentem dla mnie jest to, ze dziecko nie jest wychowywane dla
              rodziny, musi prowadzic część własnego , niezaleznego od rodzicow
              zycie poza rodziną. Bo do tego wlasnie rodzice mają je obowiazek
              przygtować - do tego, ze będzie oceniane przez innych, będzie się
              musialo dostosowac lub sprzeciwic innym, ze będzie musiało zyć nie
              tylko w kontrolowanych warunkach domowych.
              A wydaje mi sie, ze większość rodzicow, ktorzy z zalozenia odrzucaja
              szkołę, wlasnie tego dla swoich dzieci nie chcą najbardziej, sa
              przekonani, że wystarczą swoim dzieciom.
    • rycerzowa Uważajcie na alergię! 06.09.08, 21:59
      Rzeczywiście - szkoła, do której ja chodziłam, to nie było idealne miejsce dla
      dziecka.
      Szkoły, do których chodziły moje dzieci - tym bardziej.
      Ale jestem zdecydowanie "za szkołą" , a do argumentów przez innych wymienionych
      dodam jeszcze jeden - nazwę go alergiczny.
      Lekarze coraz częściej mówią,że za obecną epidemię alergii odpowiedzialne jest
      zbyt czyste, aseptyczne wychowanie dzieci.

      Może więc to idealne wychowanie domowe przyniosłoby podobny skutek?
      Może dziecku trzeba troszkę chamstwa, głupoty, indolencji i niekompetencji, by
      być odpornym na zwykłe życie?
      • pawlinka Re: Uważajcie na alergię! 06.09.08, 22:05
        Niektórzy alergolodzy uważają, że "wybuch" alergii nastąpił, gdy
        mydło przestało być na kartkismile))
        Pozdrawia żona alergika
        • mamalgosia Re: Uważajcie na alergię! 06.09.08, 22:16
          Częste mycie skraca życie - prawda znana nie od dziś. I kto się
          często myje, ten niedługo zyje.

          Pozdrawia matka alergika
        • isma Re: Uważajcie na alergię! 06.09.08, 22:23
          Hehe, hipoteza higieniczna zawsze sie pocieszam, jak mi sie nie chce sprzatac,
          co zdarza sie dosc czesto wink)).
          • pawlinka Re: Uważajcie na alergię! 06.09.08, 22:24
            ja mam teściową emerytowaną pracownicę Sanepidu...
            • mamalgosia Re: Uważajcie na alergię! 07.09.08, 09:41
              To rozumiem, że masz oddzielne drzwi do kuchni: jedne, którymi się
              wynosi posiłki np. do pokoju i drugie, którymi wracają puste
              naczynia?
              I chyba wiesz, że nigdy, przenigdy nie wolno stawiać umytych
              szklanek do góry dnem? (wytwarza się otoczka bakterii)

              Aż się wzruszyłam na wspomnienia o Sanepidzie...
              • pawlinka Re: Uważajcie na alergię! 07.09.08, 09:53
                W ogóle nie mam drzwi, bakterie fruwają jak mogą i jak chcą.
      • mamalgosia Re: Uważajcie na alergię! 06.09.08, 22:15
        Tak tak. Z naszej sali biologicznej trzeba było usunąć króliczka, bo
        jeden z uczniów miał alergię na króliczą sierść.
      • mader1 Re: Uważajcie na alergię! 06.09.08, 22:50
        coś jest w tym, co piszesz
    • mamalgosia no dobrze... 06.09.08, 22:05
      Dominiku, arturze
      Nie chodzi mi o sensowność czy bezsens nauczania w domu. Chodzi mi o
      sposób argumentacji. Potępiający w czambuł szkołę w całości,
      wyliczenie punkt po punkcie swoich rzekomych racji - w formie
      atakującej i agresywnej. I z takiego punktu widzenia, że to jedynie
      słuszne.
      To jest sekciarskie i to jest niebezpieczne. Wiele z tych punktów
      można obalić w równie agresywny sposób.
      I już nie chodzi o to, czy uczyć dziecko w domu czy w szkole, tylko
      o uzasadnianie swoich racji. Taka niby obrona, ale jednak przez atak.

      A to nie jest tak, że dziecko uczące się w szkole już w domu w ogóle
      nie bywa. Co to w ogóle za argument: "w domu są lepsze zabawki"? no
      niech sobie są (choć pewnie są biedne domy, w kórych zabawek nie
      ma), ale cóż to za priorytet? A ja mam w szkole piękne modele
      chemiczne, na które sobie nigdy w domu nie pozwolę, bo są drogie.

      No dobrze, jak szaleć, to szaleć:
      1. Mam niestandardowe dzieci. Widzę ich wyjątkowość i nie chcę, aby
      je
      standaryzowano.
      Moje też są wyjątkowe i rozumiem, że ja chcę je stłamsić.
      Sama równeiż uczęszczałam do szkoły i rzadko mieszczę się w jakichś
      normach, totalny indywidualizm. Często w negatywnym sensie - ale
      jednak. Żadnej urawniłowki

      2. Moje dzieci potrzebują dzieciństwa. Szkoła odbiera dzieciństwo.
      Czy całkiem odbiera, to nie wiem, ale tu trochę się zgodzę:
      spędzając czas w szkole nie można go jednocześnei spędzać na
      trzepaku. OK


      3. Moje dzieci rozwijają się zbyt szybko dla szkoły. Szkoła je
      hamuje.
      Ach tak. W szkole same dzieci rozwijające się powoli


      4. Nie chcę, aby moje dzieci były uczone uznawania autorytetów
      opartych na
      tzw. kwalifikacjach.
      Bo? Nie widze nic złego w podziwianiu historyka za jego wiedzę. Albo
      nei za wiedzę - tylko np za to jakim jest dobrym człowiekiem. Bo -
      nie do wiary - wśród nauczycieli też zdarzają się dobrzy ludzie


      5. Chcę, aby rozwijały się zgodnie ze swoimi zdolnościami i
      zainteresowaniami. Nie mogą tracić czasu na niepotrzebne rzeczy.

      Tu trochę się zgadzam - w naszym systemie oświaty jest wiele bzdur


      6. Dzieci powinny jak najwięcej przebywać wśród ludzi, którzy ich
      mądrze
      kochają. Najwięcej takich ludzi znajdzie się w domu.
      Tak, szczególnie, gdy dziecko np jest jedynakiem, wtedy przebywa
      wśród całego tłumu ludzi. Myślisz, że poza domem nikt Twojego
      dziecka nie pokocha? Dlaczego? Czyż nie jest tego warte?


      7. Dom jest naturalnym środowiskiem dla dziecka, szkoła - sztucznym.
      Tak. Naturalna jest też ciemność w grudniu o 17tej. Rozumiem, że nie
      zapalasz światła


      8. Z reguły nie wolno ufać instytucjom państwowym.
      To już omówiła Isma

      9. Dzieci wychowuje się do dorosłości wśród dorosłych.
      A dlaczego dorosłość jest celem? Przecież i to przeminie. Każde
      życie kończy się śmiercią - może więc warto do tego najważneijszego
      momentu wychowywać wśród umarłych?


      10. Prawdziwych przyjaciół poznaje się poza szkołą.
      Przekażę mojej Przyjaciółcesmile


      11. Szkoła zawęża horyzonty i tłumi indywidualizm.
      A Ty chodziełś do jakiejś szkoły? I co: czujesz się osobą o wąskich
      horyzontach i bez indywidualizmu? Tak? Wątpię. Ale jeśli ta, To nie
      sądź innych po sobie


      12. Dzieci potrzebują poznawania praktycznych umiejętności. Niewiele
      jest
      mniej praktycznych miejsc od klasy szkolnej.
      A dlaczego? Czyż umysł nie rozwija się poznając zasady działąnia
      wszechświata? Czy przypadkiem to nie Ty zawężasz horyzonty do owych
      praktycznych spraw?


      13. Poza szkołą dziecko może zgłębiać wiedzę. Szkoła wiedzę spłyca.
      A kto zabroni dziecku zgłębiać wiedzę poza szkołą także?
      • mamalgosia cd 06.09.08, 22:14


        14. Ławki szkolne krzywią kręgosłup i wypaczają postawy. Również
        życiowe.
        Co do tego pierwszego to w wielu szkołąch bierze się pod uwagę
        wzrost ucznia przy doborze stolików. Ale rzeczywiście ruchu więcej
        by sie przydało. Co do tego drugiego, to naprawdę w to wierzysz?smile


        15. W domu rzadko marnuje się czas, wyjąwszy gapienie się w
        telewizor.
        Być może

        16. W domu można rozwijać naturalne przyjaźnie na całe życie - z
        rodzicami i
        rodzeństwem.
        I to jest bardzo niebezpieczne - to uzależneinei emocjonalne od
        rodziny. Ale to już napisały i isma i verdana

        17. Rok w domu nie zaczyna się i nie kończy.
        No i co z tego? To dobrze?


        18. W domu dzieci nie mają przerw od myślenia i wakacji od nauki.
        Współczuję, że sobei nie odetchnąsmile

        19. Dzieci w domu są potrzebne i tak też się czują. W szkole są
        zbędne. I tak
        też się czują.
        Moi uczniowie nie czują się zbędni i nie są.


        20. W domu dzieci są wychowywane. Szkoła indoktrynuje zgodnie z
        panującą opcją
        polityczną.
        No doprawdysmile)) Rzeczywiście musiałam w tym roku przerabiać program
        nauczania chemii żeby był bardziej pro-PO

        21. Wypadkowość w szkole przewyższa tę w górnictwie.
        A wypadkowość w domu przewyższa tę w szkolesmile

        22. W domu mogą do woli uczyć się tego, co lubią.
        A to jest normą absolutną? Robić w życiu to co się lubi, a nie to co
        trzeba i warto? I co dobre?


        23. Dla dzieci edukowanych w domu możliwy jest miesięczny wyjazd
        majowy w
        Beskidy i wrześniowy tydzień nad morzem.
        Tak jest. Pełny luz. Fajnie, ale argument "fajności" mnie nie
        przekonuje. Ale powiem mojemu szefowi, że chcę wyjechać na miesiąc -
        pewnie się zgodzi, bo lubię jeździć w górysmile



        24. Dzieci naturalnie wolą dom od szkoły i rodziców od nauczycieli i
        nie ma w
        tym nic złego.
        Dobrego też nie. A czy zawsze wolą... Znasz jakiekolwiek dziecko z
        rodziny patologicznej? Dla którego szkołą jest jedynym azylem?



        25. W domu można spędzić cały dzień na rysowaniu lub oglądaniu
        robaczków.
        Można też cały dzień naprawiać rower. Są to niezwykle pożyteczne
        zajęcia, które
        w szkole uznane byłyby za marnowanie czasu.

        Można. Całe życie można spędzić na oglądaniu robaczków.


        26. Do domu nie trzeba dojeżdżać autobusem. To oszczędza czas i jest
        bezpieczne.
        Argument nie do odrzucenia. Proponuję w ogóle nie wychodzić z domu.
        Wiesz, co moze się stać w drodze do sklepu?


        27. W domu nie ma złych nauczycieli ani złych uczniów. Dobrzy
        rodzice nie
        krzywdzą swoich dzieci ani na to nie pozwalają.
        Nauczyciele są tylko źli. I zawsze pozwalają na krzywdzenie swoich
        uczniów oraz sami ich regularnie i perfidnie krzywdzą


        Już mi się nie chce, bo to wszystko w ten sam deseń.
        Ludzie, jak można w ogóle takich argumentów używać?




        męskie nogismile
      • pawlinka Re: no dobrze... 06.09.08, 22:15
        >
        > 9. Dzieci wychowuje się do dorosłości wśród dorosłych.
        > A dlaczego dorosłość jest celem? Przecież i to przeminie. Każde
        > życie kończy się śmiercią - może więc warto do tego
        najważneijszego
        > momentu wychowywać wśród umarłych?
        >
        Mamalgosiu, zmiłuj się...
        • mamalgosia Re: no dobrze... 06.09.08, 22:16
          Tak mnie zesłabiły te "argumety"
          • pawlinka Re: no dobrze... 06.09.08, 22:28
            Mamalgosiu, a ten program chemii mocno musiałaś przerabiać?
            wink

            Kochani, spróbujmy nieco zluzować. Nie pasuje mi tutaj to
            sekciarstwo. Znam Nulleczkę i jej rodzinę. To fantastyczni ludzie!
            • isma Re: no dobrze... 06.09.08, 23:46
              Nie no, ja rozumiem, ze te 60 puktow nie jest autorstwa Artemisa, tylko ze on
              sie z nimi zgadza? Ze to taki rodzaj dekalogu ED, funkcjonujacy w srodowisku:

              www.zamosconline.pl/text.php?id=229&rodz=publ
              • mamalgosia Re: no dobrze... 07.09.08, 09:51
                W szkole podąża się za nauczycielem, a w domu za Bogiem.

                No jak można coś takiego wymyślić, napisać, popierać...
                • pawlinka Re: no dobrze... 07.09.08, 10:03
                  Rozumiem, że rodzic - nauczyciel, który zdecydował się na ED zna
                  doskonale mechanizm rządzący szkołą. Jeśli jest realistą,
                  oczywiście, ma doświadczenie, bo wtedy wie, na co szkołę stać, gdzie
                  są owe plusy, gdzie minusy. Ma przygotowanie, kompetencje, zdolności
                  pedagogiczne. Lekarz będzie leczył swoje dzieci, to dlaczego
                  nauczyciel nie może swoich uczyć. Ok, wolno mu. Niech będzie to
                  możliwe. Ale taki elaborat z 60 punktami, w którym uproszczenie goni
                  uposzczenie, zrobił więcej złego niż dobrego. Przeciętny rodzic, nie-
                  nauczyciel, dużego wyboru nie ma. Posłał dziecko do jaskini lwa,
                  gdzie zbójcy i wszelkie zło. Nic, "ino się załamać..."
                  • verdana Re: no dobrze... 07.09.08, 10:34
                    Zazwyczaj lekarz nie leczy swoich dzieci - a juz na pewno nie, jesli
                    potrzebne jest leczenie specjalistyczne. Lekarz, ktory powie "moim
                    dzieciom wystarczy tylko moja pomoc medyczna, adni specjalisci -
                    nie" jest nieodpowiedzialny....
                    I dla mnie rodzice, ktorzy w wyzszych klasach decyduja się na
                    samodzielne (nie domowe z udzialem nauczycieli, ale samodzielne)
                    uczenie dzieci sa w ten sam sposób nieodpowiedzialni.
                    • pawlinka Re: no dobrze... 07.09.08, 11:15
                      Tak, lekarz swojego nie leczy, chociaż pewnie wie, do kogo skierować
                      chorego w rodzinie. Ale podobno w POlsce wszyscy znają sie na
                      medycynie i szkolnictwiesmile
                      Teraz serio. Żałuję, że nie jest już dostępny w sieci artykuł
                      z "Ozonu", z przed kilku lat, na temat rodzin w Polsce uczących
                      dzieci w domu. Był opisywany przypadek studenta, który nigdy do
                      szkoły nie chodził. Mnie ciekawi, co dalej? Dla niego chyba nie były
                      możliwe studia w Polsce. Nie miał matury, o ile sie nie mylę.
                • sunday Oj, no bo to pewnie... 09.09.08, 10:21
                  > No jak można coś takiego wymyślić, napisać, popierać...

                  Oj, no bo to pewnie jest tłumaczenie z amerykańskiego...
              • nati1011 Re: no dobrze... 07.09.08, 10:40
                jeżeli to ma byc dekalog rodziców ED to ja zaczynam być na nie.
                • mamalgosia Re: no dobrze... 07.09.08, 14:59
                  własnie, nati - o tym pisałam powyżej. Że nie miałam nic przeciwko
                  ED do momentu przeczytania tego wątkusad
            • mamalgosia Re: no dobrze... 07.09.08, 09:36
              Właśnie też mi nie pasuje do tej nulleczki, którą poznałam.
              I tym bardziej mnie zaskoczyło.
              • mader1 Tym bardziej.... 07.09.08, 11:07
                Tym bardziej, że masz takie doświadczenie z Nulleczką warto się nad
                tym wszystkim, co postanowili zastanowić. To nie jest tak, że ludzie
                z nauczania domowego chodzą po domach i piorą mózg rodzicom, którzy
                wcześniej , w szkole odebrali to, co najlepsze sad
                Ten manifest, który jest szalenie uproszczonym pojmowaniem
                otaczającej rzeczywistości nie wziął się znikąd.
                To nie jest tak, że i Sunday i Artemis i Weasley i Dominik - nie
                mówięc o ich żonach są w zmowie i pod wpływem jakiegoś prania mózgu.
                Łączą ich jakieś doświadczenia, wysłuchują też opowiadań innych
                rodziców.....
                • mamalgosia Re: Tym bardziej.... 07.09.08, 15:02
                  Nie wiem, mader.
                  Jesli te stwierdzenia sa efektem przemyśleń, to tym bardziej jest to
                  niepokojącesad
                  Ale to pewnie nie moja sprawa.
                  BTW: przeczytałam Mężowi te punkty i powiedział: "promocja
                  anarchii"smile) No bo: dlaczego to dobrze, że można w każdej chwili
                  położyć się, zjeść coś, wyjechać w beskidy na miesiąc?
                  Eee, chyba już powiedziałam swoje, idę sobie z tego wątku.
                  • pawlinka Re: Tym bardziej.... 07.09.08, 15:39
                    Mamalgosiu, myślę, że ED u nas jeszcze raczkuje, za dużo o niej na
                    razie nie wiemu, bo i też jeszcze nie umie się pokazać. Za dużo
                    emocji, za mało argumentów merytorycznych, wielu rodziców będzie
                    chciało wiedzieć wiecej niż "nie bo nie" (vide ED x 60). Poczekaj...
    • mamalgosia www.nasza-klasa.pl :) 07.09.08, 15:02
      umarłobysmile))
      • dominikjandomin Re: www.nasza-klasa.pl :) 07.09.08, 23:14
        Eee tam. Mam rodzinę, księży, ministrantów, studentów... Nie trzeba się
        ograniczać do osobników z którymi miało się szczęście lub nieszczęście chodzić
        do klasy.
    • rycerzowa Teoria a doswiadczenie 07.09.08, 19:14
      Teoretycznie ED jest OK. Tak pewnie też myślała Skłodowska, gdy postawiła
      hipotezę, że "lepiej dzieci podusić, niż posłać do szkoły". Dosłownie.
      Zatem swoim pociechom zorganizowała domową edukację że hej. Oczywiście
      niedosłownie domową, bo to były laboratoria uniwersyteckie i inne takie.
      I jakie wnioski z eksperymentu?
      Czym prędzej obie córki zapisano do szkoły.

      Są takie dwie instytucje, o których mówi się,że mają same wady, ale na razie nic
      od nich lepszego nie wymyślono. To demokracja i małżeństwo. Ja bym jeszcze do
      tego dopisała szkołę.
      • nati1011 Re: Teoria a doswiadczenie 07.09.08, 20:53
        a ja po weekendzie, podczas którego usiłowałam dokończyć pracę mgr
        (wśród dzikich indiańskich wrzasków i ostatniej miłości młodego w
        postaci cymbałek) ciesze się, ze jutro dzieci idą do szkoły i
        przedszkola. Ci rodzice, którzy pozbawiają się tych paru chwil
        błogiej ciszy budza moje zdziwienie wink))
    • kukulka11 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 08.09.08, 07:40
      Ja jestem jak najbardziej za edukacja domowa i tak tez zamierzam wychowac swoje
      dziecko. Mowie to z pelna swiadomoscia jako nauczycielka w normalnej szkole. po
      przeczytaniu forum gazety Edukacja domowa i kilku stron o edukacji domowej
      wlasnie rozwiałąm swoje obawy co do tego, ze szkola czy przedszkole sa konieczne
      do dobrego rozwoju społecznego
      • artemis_fowl Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 08.09.08, 09:45
        Witam po weekendzie.
        W życiu bym się nie spodziewał, że owa "sześćdziesiątka" zostanie
        potraktowana jak "bibilia edukatora domowego", nie jest nią nawet
        dla największych ekstremistów spod znaku "Idź pod prąd"... autorem
        jest nasz kolega z edukacji domowej i bardziej niż argumentami za
        edukacją jest światem w krzywym zwierciadle...
        Nigdy nie traktowałem szkoły jako wroga, czy jaskini lwa... chociaż
        sam przyznaję, że więcej nauczyłem się od moich rodziców niż w ośmiu
        klasach podstawówki, łacznie z czytaniem, rysowaniem, matematyką,
        czy wieloma praktycznymi rzeczami. Każdy powinien mieć wybór - czyli
        zgodnie z własną wiarą, światopoglądem, przekonaniami zdecydować, co
        jest lepsze dla własnej rodziny i tego się trzymać. Ja wybrałem
        edukację domową i gdybym wybrał inaczej musiałbym uznać, że jestem
        złym rodzicem, bo nie wybrałęm dobra dziecka. Ktoś wybiera szkołę i
        też uważa, że wybrał dobrze dla swojego dziecka.
        Moim zdaniem nikt nie ma porawa twiedzić, że rodzicom nie powinno
        się pozwalać, albo, że tylko w wyjątkowych wypadkach, czy powinni
        być pod stałą opieką pedagoga... to są bzdury jakieś. Wolność wyboru
        gwarantuje mi Konstytucja, Karta Praw, Ustawa i rozporządzenia.
        Jeśli w moim domu są przyjęte jakieś wartości (jestem katolikiem,
        charyzmatykiem i patriotą) to byłbym schzofrenikiem, gdybym nie
        chciał tych wartości, które uznaję za dobre zaszczepić moim dzieciom.
        Jeśli mam jakieś fascynacje, czy hobby, też przekazuję to dzieciom i
        jest to piekne, jesli ktoś uważa to za izolację i zamykanie to
        gratuluję logiki. Dzieci doskonale odnajdują też swoje własne
        fascynacje, niezależnie od nas i to jest jeszcze piekniejsze.

        Środowisko edukacji domowej jest faktycznie młode w Polsce, ma dwa
        stowarzyszenia i grono sympatyków. Tworzą je różni ludzie - różnej
        wiary: katolicy, protestanci i ateiści, różnej opcji politycznej i
        różnego śwatopoglądu. Łączy nas domowa edukacja. Jeśli ktoś chce się
        dowiedzieć więcej, zapraszam na strony:
        www.edukacjadomowa.pl/
        www.edukacjadomowa.piasta.pl/
        www.edukacja.domowa.pl/
        i na blogi:
        wyspaskarbow.blox.pl/html
        naukapozaszkola.blog.onet.pl/
        W edukacji domowej najpiękniejsze dla mnie jest to, że nie jest to
        ideologia, czy izolacja jak nam niektórzy zarzucają, nie jest to
        nawet alternatywa dla szkoły (dla mnie osobiście!), to styl życia,
        który wybraliśmy dla naszej rodziny.
        Pozdrawiam wszystkich zwolenników i przeciwników, wszystkim dziękuję
        za cenne głosy w dyskusji smile))
        • artemis_fowl Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 08.09.08, 09:50
          ciekawy artykuł o zmianach w szkole, czy na lepsze - nie jestem
          przekonany:
          www.rp.pl/artykul/2,182261.html
          ja osobiście uważam za skandal robienie z Polski kolejnego państwa
          Bismarcka.

          i jeszcze jeden kwiatek, tym razem z dzisiaj:
          www.dziennik.pl/wydarzenia/article233713/Selekcja_uczniow_w_polskiej_szkole.html
          • mader1 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 08.09.08, 09:55
            proszę, jak spokojny człowiek wink podziękował, nawet za wzburzone
            wypowiedzi smile To dobrze rokuje jego wychowywanym i uczonym w domu
            dzieciom smile
            • artemis_fowl Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 08.09.08, 10:05
              oczywiście, przecież w gruncie rzeczy miły ze mnie gość, taki
              Żmudzin, dobrocią można wszystko, ale złością i najeżdżaniem można
              trafić na kolce wink))
          • sunday Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 09.09.08, 10:34
            Dzięki za linki. Nas ostatnio bardzo zdenerwowały plany posłania do szkoły
            sześciolatków. W imię w większości zupełnie chybionych argumentów - w całej
            Europie wcale tak nie jest.

            1) Żeby wyrównać szanse uczniów wiejskich? No to, zamiast antagonizować uczniów
            "wiejskich" i "miejskich", zamiast karać większość dzieci troskliwych rodziców
            za cudze grzechy, poprawcie jakość i dostępność kształcenia przedszkolnego.
            Skorzystają na tym dzieci i "wiejskie", i "miejskie".

            2) Żeby słupki PKB rosły... To już straszny argument - rok dzieciństwa zabrany
            dzieciom nawet nie w imię ich dobra, a w imię "dobra uśrednionego". To że PKB
            rośnie, wcale nie musi znaczyć, że ludziom żyje się lepiej - w USA od wielu lat
            średni dochód na głowę rośnie, a jednocześnie mediana dochodu cały czas spada
            (czyli średnią ciągną nieliczni mocno się bogacący, a większość biednieje).
            Emerytura? Niech każdy sobie sam zdecyduje, kiedy kończy pracę - jeśli za mało
            odłożył i może pracować, to niech ma możliwość popracować sobie dłużej.
        • kukulka11 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 08.09.08, 09:58
          tez uwazam,z e edukacja domowa to styl zycia przede wszytskim. i oczywiscie
          mozliwosc wyboru powinien miec kazdy
        • artemis_fowl Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 08.09.08, 10:03
          Żona czytała trochę o metodzie Charlotte Mason i w punktach
          przedstawia to, co wydaje się najważniejsze.
          Kilka linków:
          www.amblesideonline.org/
          simplycharlottemason.com/books/education-is/
          www.squidoo.com/cmnaturestudy
          simplycharlottemason.com/timesavers/manucopywork/
          www.thehomeschoolmagazine.com/

          I początek refleksji:

          1) Edukacja wymaga stworzenia odpowiedniej atmosfery.
          To nie może być powielanie szkoły w domu. Nauka domowa powinna mieć
          charakter jak najmniej sformalizowany, bowiem sformalizowana nauka
          zniechęca, zabija ciekawość świata. Dom powinien być miejscem, gdzie
          dzieci będą zdobywały wiedzę w sposób naturalny przy okazji
          wycieczek, spacerów, gotowania, pieczenia... Trzeba pozwolić im na
          eksperymentowanie, dać czas na czytanie wartościowych książek, dać
          możliwość zdobywania wiedzy od mądrych ludzi, których spotykamy w
          naszym życiu.

          2)Edukacja to dyscyplina. Nie chodzi tu o rygor szkolny, ale o
          kształtowanie w dziecku dobrych nawyków.
          Np. uczyć umiejętności skupienia uwagi czytając dziecku coś raz i
          następnie zadając pytania na temat przeczytanego fragmentu.
          Pilnować, by kończyły to, co zaczynają robić. Uczyć rzetelności,
          pilności, żeby nie robiły niczego byle jak, prawdomówności,
          obowiązkowości...

          3)Ideały
          Wpajanie ideałow mi.n. poprzez czytanie pięknych, wartościowych
          książek, najlepszych dzieł literatury. Unikać skróconych wersji
          arcydzieł, literatury pisanej kiepskim językiem... I rozmawiać z
          dziećmi na temat przeczytanych książek.


          Tyle tytułem wstępu - zainteresowanych odsyłam do stron i blogów.
          Pozdrawiam, Wasz artemis wink
          • verdana Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 08.09.08, 11:21
            Styl zycia - ale rodzicow, narzucony dzieciom. dzieci maja to do
            siebie, ze nie bardzo lubia wyróżniać się spośrod rówiesnikow.
            I naprawde, czy jestescie przekonani, ze rodzice sa ludxmi tak
            idealnymi, ze nikt wiecej nie jest dziecku potrzebny? Że nikt nie da
            dziecku czegos, czego rodzice nie mogą mu dac?
            Mnie absolutnie nie przekonuje niesformalizowana nauka, chocby
            dlatego, ze nie uczy mlodego czlowieka systematycznosci w
            wykonywaniu codziennych obowiązków pozadomowych. Dyscypline, o
            ktorej jest mowa, można równie dobrze wyegzekwowac przy odrabianiu
            lekcji... A rozmawiac na temat przeczytanych książek - mam nadzieję,
            ze to nie ogranicza sie tylko do dzieci sztalconych w domu.
            natomiast ograniczanie dziecka wyłacznie do czytania mu czy dawania
            książek wartosciowych i "najlepszych dzieł literatury" nie wychowa
            czytelnika. jesli chcemy miec naprawde czytającego mlodego
            człowieka, to wybor książek nalezy pozostawic mu w 70%. 30
            zostawiamy na polecanie mu wartosciowej literatury - jesli nie
            będzie czytal tego, co go naprawde bawi i interesuje, to porzuci
            czytelnictwo wraz z wyjsciem poza nadzór rodziców.
            No i lektury, często nudne i nie tak znowu wartosciowe i tak musi
            przeczytać...
          • mamalgosia Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 09.09.08, 09:35
            Przecież my to wszystko robimysmile
        • nati1011 artemis i zwolennicy ED 08.09.08, 11:17
          artemis

          to wszystko piękne co piszecie, tylko jeżeli wasze dziecko bedzie
          chciało zostac kiedyś lekarze, to nie uda mu sie to bez matury i
          studiów medycznych. Nawet 15 letnie nauczanie przez dziadka lekarza
          nie wystarczy. takich zawodów jest masa.

          Ja też uważam, ze programy szkolne sa przeładowane rzeczami
          niepotrzebnymi, i często trzeba się uczyć rzeczy, które wydają nam
          sie zupełnie zbędne, do szłu doprawadza mnie moda testowa, ale...

          z własnego doswiadczenia. Jak kończyłam podstwówkę byłam święcie
          przekonana, ze chce iść na ekonomię. Jak pytano mnie co bedę robić,
          to mówiłam, ze mogę wszystko ale na pewno nie pójdę do budownictwa.

          Moją pierwszą pracą była firma kłądąca gazociągi. I nie wypisywałam
          bynajmniej faktur. Latałam po budowach i szybko stało sie to moją
          pasją. Zrezygnowałam z uniwersytetu, przeniosłam się na
          politechnikę, skończyłam studia inżynierski, teraz kończe
          uzupełniajace w miedzyczasie przebranżowiłam się zupełnie w kierunku
          nieruchomosci.

          Życie pisze różne scenariusze. Dzis najbardziej przydaje mi się to
          czego najbardziej w szkole nie lubiłam.
          • kukulka11 Re: artemis i zwolennicy ED 08.09.08, 13:47
            przeciez tak mozna uczyci dziecko do samej matury. a potem moze pojsc na studia
          • artemis_fowl Re: artemis i zwolennicy ED 09.09.08, 07:30
            Nikt nie twierdził, że dzieci edukacji domowej nie mają świadectw,
            czy nie zdają matury, chociaż i takie się zdarzyły w polskiej
            historii i dostały się na studia z amerykańską maturą zamiast
            polskiej z uwagi na przygotowanie dzieci własnym programem autorskim
            i brak świadectw polskiej szkoły. Na etapie nauczania zintegrowanego
            dziecko potrzebuje 1h dziennie na przedmioty ogólne i ok. 3h na
            tydzień angielskiego, żeby wzorowo wywiązać się ze szkolnych
            zobowiązań. Dzieci przeważnie zdają egzamin dwa razy do roku, czasem
            tylko na zakończenie danej klasy.
            Ja na dodatek uważam, że jak najbardziej powinny wybierać np. licea
            profilowane, jesli na tyle już są pewne swoich zainteresowań, jeśli
            wybiorą źle, to też jest dla nich jakieś doświadczenie, które potem
            mogą skorygować. Studia jak najbardziej na politechnikach i
            uniwersytetach odbywają, na dodatek często będąc pożądanym nabytkiem.

            W edukacji domowej to dziecko jest głównym animatorem nauczanych
            treści. W 80% samo wybiera książki i zagadnienia, które chce
            przyswoić, a tylko 20% lub nawet mniej wynika z przyjętego programu.
            Samo dobiera też sobie przyjaciół i kółka, rodzic jedynie służy radą
            i pomocą w osiągnięciu celu, bo chyba nikt nie oczekuje, że
            ośmiolatek sam wyszuka sobie drużynę zuchową, zadzwoni, umówi się z
            druhną i pójdzie się zapisać wink))

            A może ktoś uważa, że to źle, że dziecko samo wybiera np.
            przyjaciół? Może trzebaby stworzyć szkolny bank nazwisk i
            przydzielać przyjaciół "z urzędu" (ku temu chyba zmierza verdana)kto
            z kim ma się kolegować i przyjaźnić - to by dopiero była szkoła
            życia i tzw. socjalizacja!!! A jeszcze lepsza byłaby rotacja i wtedy
            taki socjolog, czy psycholog mógłby pilnować czy każdy wywiązuje się
            z przyjacielskiego obowiązku wink) Dla mnie paranoidalny koszmar, ale
            może ktoś to lubi.
    • rycerzowa Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 08.09.08, 13:24
      Słuchajcie, ale katechizacja, klub sportowy, harcerstwo, chór, ognisko muzyczne,
      to też jest SZKOŁA, czyli ktoś obcy naucza i wychowuje twoje dziecko w grupie
      innych dzieci.
      A nawet na kółku różańcowym rówieśnik może uświadomić twojego skarba,że jest
      "grubym maminsynkiem".
      Myślę też, że ktoś mu to przecież musi powiedzieć.
      • mader1 A co jest maminsynek ( córeczka) ? 08.09.08, 14:02
        Myślę, że nie trzeba się jakoś zasługiwać na to okreslenie, o ile
        ono kiedyś padnie... Naszej znajomej syn, wiek 15 lat, został tak
        nazwany przez kolegów - a jakże ,ze szkoły, gdzie nie jest bity i
        maltretowany i ogólnie kłopotów nie ma, kilka pucharów w związku z
        koszykówką - bo nie chciał wypić z nimi piwa.
        Mój brat - wcale się bidak dobrze nie uczył, w nogę grał zamiast
        lekcje odrabiać i po podwórku ganiał - został tak nazwany, bo...
        koledzy wracali z imprezy, na której piwo było - a jakże on też
        wypił-i przyszło im do głowy rąbnąć w szybę samochodu kamieniem. A
        on nie zgodził się i nie chciał mieć z tym nic wspólnego...
        Mój brat nawet matce nie powiedział smile)))))
        A... jeden ze znajomych chłopaków został tak nazwany, po czem
        jeszcze został okreslony innym epitetem, bo nie skorzystał w
        pierwszej klasie liceum z propozycji seksu z kolezanką.
        • verdana Re: A co jest maminsynek ( córeczka) ? 08.09.08, 14:25
          A mój syn(gimnazjum, on 150 cm, koledzy przeciętnie 170), namawiany
          przez starszych kolegów na wypalenie z nimi papierosa,
          powiexial "dziękuje, nie wlasnie sie odzwyczajam". W związku z tym
          nie został nazwany maminsynkiem, koledzy parskneli smiechem i teraz
          pierwsi mowia mu "cześć".
          Pewnemu panu, ktory zaczepiał go przed szkołą (w podstawowce
          jesszcze) moj syn o twarzy - nie da się ukryć, dobrze wychowanego
          aniołka, rzekł zwięźle "Sp..." i facet wykonal polecenie.
          To jest wlasnie umiejetność poruszania się w róznorodnym
          środowisku...
          • mader1 Re: A co jest maminsynek ( córeczka) ? 08.09.08, 14:37
            > To jest wlasnie umiejetność poruszania się w róznorodnym
            > środowisku...

            i jak widać nie nabywa jej się w szkole ???
            Opisani przeze mnie chłopcy wcale się nie popłakali, ale też i nikt
            nie mówił im pierwszy cześć, czy nie mówi pierwszy cześć.
            Samo życie. Takie okreslenia nic nie znaczą, a raczej więcej mówią o
            mówiącym niż o tym , do kogo się je kieruje.
            Dziecko przede wszystkim powinno wiedzieć, że niezaleznie od tego,
            co zrobi, moze być przez kogoś, komu to nie odpowiada, określonym
            kujonem, maminsynkiem, prymitywnym katolem. I co z tego ?
            • verdana Re: A co jest maminsynek ( córeczka) ? 08.09.08, 14:46
              W szkole, a gdzieżby! Sądzisz, ze ja zwracam się do małoletniego
              dzieciecia "Sp..."?
              Zresztą nic, co powie kolega nie jest tak niszczace jak to, co
              czasem wymknie się rodzicowi.
              • mader1 Re: A co jest maminsynek ( córeczka) ? 08.09.08, 15:01
                No ale do podobnych szkół chodzili i opisywani przeze mnie chłopcy,
                wszystkie państwowe. Więc jeden się uczy, drugi się nie uczy. Jedni
                koledzy potem będą się kłaniać, inni rzucą " maminsynek"... no ale
                najważniesze jest, że się tego nie zrobiło, prawda ?

                > Zresztą nic, co powie kolega nie jest tak niszczace jak to, co
                > czasem wymknie się rodzicowi

                W tym wypadku nie było niszczące. Ale okazało się, że samo chodzenie
                do szkoły od niczego nie chroni, ani niczego nie gwarantuje.
                • verdana Re: A co jest maminsynek ( córeczka) ? 08.09.08, 15:57
                  Ale przed czym ma chronić? Przed brakiem wyzwisk czy przeciwnie?
                  A jesli cos jest w szkole cenne, to mozliwość wyboru - jeden zapali,
                  drugi nie, ale dlatego, ze sam wybrał, a nie dlatego, ze jest stale
                  pilnowany. Wiem, możliwość zapalenie nie jest wartoscia sama w
                  sobie, ale już odmowienie - tak. W domu szans na to, by dziecko
                  nauczylo sie odmawiać obcym raczej nie ma.
                  • mader1 Re: A co jest maminsynek ( córeczka) ? 08.09.08, 16:21
                    verdana napisała:

                    > Ale przed czym ma chronić? Przed brakiem wyzwisk czy przeciwnie?


                    z postu Rycerzowej, do którego się odniosłam, a raczej z jego
                    fragmentu :
                    "A nawet na kółku różańcowym rówieśnik może uświadomić twojego
                    skarba,że jest
                    "grubym maminsynkiem".
                    Myślę też, że ktoś mu to przecież musi powiedzieć."
                    odniosłam wrażenie, że mamisynkami i to " grubymi" są " skarby"
                    uczone w domu.
                    Czyli że chodzenie do szkoły powinno od tego uchronić, czyż nie ?
                    Nie chroni.
                    Dzieci sobie nawzajem uświadamiają różne rzeczy.

                    > A jesli cos jest w szkole cenne, to mozliwość wyboru - jeden
                    zapali,
                    > drugi nie, ale dlatego, ze sam wybrał, a nie dlatego, ze jest
                    stale
                    > pilnowany.
                    W szkole też dzieci są pilnowane " przed paleniem" i " przed piciem"
                    i " przed narkotykami". Skąd mogę wiedzieć, może pilnowanie w domu
                    też jest podobnie skuteczne ? smile))))
                    Tak czy inaczej KAŻDY z tych pilnowanych czy przez zespół dyżurnych
                    nauczycieli czy przez matkę lub ojca, będzie musiał albo odmówić
                    albo zapalić w jakiś momencie życia smile))))) No chyba, że " palę ale
                    się nie zaciągam" smile))))
                    Na przykład na obozie harcerskim.
                  • dominikjandomin Re: A co jest maminsynek ( córeczka) ? 08.09.08, 19:40
                    Ale edukacja domowa nie polega na tym, ze dziecko jest w domu więzione...

                    Ale fakt, będąc w domu wielu cennych rzeczy w szkole się nie nauczy... jak sobie
                    radzić, gdy ciągle plecak mu wsadzają do śmietnika... jak znosić z uśmiechem
                    kokosy, blachy, muki i karczycha
            • rycerzowa Re: A co jest maminsynek ( córeczka) ? 08.09.08, 16:48
              mader1 napisała:

              > Dziecko przede wszystkim powinno wiedzieć, że niezaleznie od tego,
              > co zrobi, moze być przez kogoś, komu to nie odpowiada, określonym
              > kujonem, maminsynkiem, prymitywnym katolem. I co z tego ?

              O to to. Dokładnie tak. Dziecko powinno wiedzieć.
              Dziecko powinno dowiedzieć się, jakie jest społeczeństwo w swojej masie. W domu
              się tego nie dowie, tzn. może zostanie poinformowane, ale nie przekona się na
              własnej skórze, samo tego nie doświadczy. Musi wiedzieć,że przez niektórych
              będzie nazwane katolem. Ale tylko przez niektórych.

              Poza tym dziecko tylko w świecie zewnętrznym może dowiedzieć się, jak
              obiektywnie jest postrzegane. Mamy w rodzinie dziewuszkę, pulpet nad pulpetami,
              chronioną przez rodziców, hołubioną.
              Dopiero w szkole dowiedziała się,że jest "grubą krową" , i trochę to trwało,
              zanim uświadomiła sobie, że przed tym określeniem mama i tata jej nie obronią,
              bo 30 kg nadwagi naprawdę razi zmysł estetyczny kilku- , kilkunastolatków. Tak,
              naprawdę należy odstawić słodycze.

              Poza tym - każde dziecko, dorastając, potrzebuje aprobaty, uznania, aby
              zbudować poczucie własnej wartości.
              Aprobata i uznanie ze strony rodziców, domowników, jest warunkiem do tego
              koniecznym, ale daleko niewystarcząjącym.
              Od pewnego wieku liczy się przede wszystkim uznanie obcych.
              Możesz przekonywać swoją śliczną córkę, że jest uosobieniem wdzięku, a ona i tak
              będzie uosobieniem kompleksów, jeśli nie doświadczy przepychania się kolegów ,
              którzy tłoczą się, by być blisko niej na klasowej fotografii.
              Możesz wmawiać synowi,że jest genialny, ale on się musi z kimś porównać, by w to
              uwierzyć. Musi dowiedzieć się,że przez niektórych postrzegany będzie jako kujon,
              inni będą mu zazdrościć,a jeszcze inni zaprzyjaźnią się z nim właśnie na
              płaszczyźnie intelektualnej.

              Szkoła to taka próbka socjologiczna, gdzie mały człowiek zdobywa świadomość
              swojego miejsca w układzie.
              Nie zawsze odbywa się to bezboleśnie.
              • verdana Re: A co jest maminsynek ( córeczka) ? 08.09.08, 17:07
                Każde dziecko - i tu sie narażę - potrzebuje w swoim towarzystwie
                osob, ktore nie chronia, nie kochają, a czasem i pewnych rzeczy nie
                aprobują. Potrzebuje też, przynajmniej od wieku dorastania
                zetkniecia z innymi wartosciami, niż te, ktore daje dom, aby moglo
                przyjąc to, co mowia rodzice nie na wiarę, ale swiadomie. Inaczej
                opinie rodzicow albo beda przyjęte calkowicie bezrefleksyjnie,
                jako "jedyna słuszna prawda" i wychowamy fanatyka, albo tez runą, bo
                dziecko nie będzie umiało ich obronic, ani zmodyfikować - bo tego
                wlasnie rodzina nie jest w stanie nauczyć.
              • mader1 Re: A co jest maminsynek ( córeczka) ? 08.09.08, 17:35
                Tak, tak ja to wszystkow wiem...
                Ale argument " poslijcie syna do szkoły, bo go będą wyzywać od
                maminsynków" jest trochę naiwny...
                Możemy się tak jeszcze "ponakręcać", ale to wszystko już wyżej
                zostało napisane, tylko innymi słowami. Powtarzamy się.
                • rycerzowa Re: A co jest maminsynek ( córeczka) ? 08.09.08, 18:34
                  mader1 napisała:

                  > Ale argument " poslijcie syna do szkoły, bo go będą wyzywać od
                  > maminsynków" jest trochę naiwny...

                  Absolutnie nie o to chodzi.
                  Tylko o to,że jeśli mamy w domu maminsynka, to on się o tym jednak dowie choćby
                  na katechizacji, że go nie uchronimy przed "chamstwem szkolnych kolegów".

                  A swoją drogą już widzę na rynku matrymonialnym za jakieś 20 lat te zastępy
                  synów zespolonych z matkami przez wszystkie swoje szkolne
                  lata.
                  Chyba we wszystkich kulturach wiek około 7 lat to czas wychodzenia chłopca spod
                  pieczy matki, najbliższej rodziny.
      • mader1 Na co mojej córce szkoła :)))))) 08.09.08, 18:00
        A teraz, żeby troszkę się odprężyć, napiszę Wam, na co mojej córce
        szkoła smile))))))
        Mam taką jedną córkę smile ze skłonnościami do zarządzania, w tym
        zarządzania rodzeństwem i rodzicami, co się jej ojcu wybitnie nie
        podoba ( rozumiecie - cecha jest raczej wrodzona, więc po KIMŚ
        nabyta). TA własnie cecha jest uwielbiana przez nauczycieli od
        podstawówki ( w przedszkolu też jej nie doceniali smile))) aż po liceum
        ( ze szczególnym uwzlędnieniem tego ostatniego, gdzie i ma z tego
        powodu dużo uznania i pracy smile))))
        I teraz : wyobrażacie sobie, jaka męką byłoby dla jej ojca nie
        sarkać ? a gdyby uczyła się tylko w domu, to sarkać by nie mógł
        kompletnie i jeszcze jakiejś depresyi by dostał smile))))))))) A tak
        on sobie posarka, a ona i tak wie, że jest w tym świetna. A ja ani
        nie musze wycierać łezek, ani pocieszać, mam tylko ubaw, jak się
        ścierają smile)))))))))
        Napisałam, bo pozwoliła smile))))
        • decylia Re: Na co mojej córce szkoła :)))))) 08.09.08, 18:01
          I się wydało...

          Ale miss lata zostałam nie w szkole, ale na wczasach, nad morzem. Ha!
          • isma Re: Na co mojej córce szkoła :)))))) 08.09.08, 20:25
            Oj no, Decylka, bo lato sie z definicji spedza nie w szkole, tylko na wakacjach!
            Ale gdybys byla nauczana domowo, to moglabys zostac miss jesieni w Beskidach wink)).
            • decylia Re: Na co mojej córce szkoła :)))))) 08.09.08, 20:51
              A nie miss kawiarni w Krakowie, w maju? To mogłabym i z nauczaniem
              szkolnym wink
              • isma Re: Na co mojej córce szkoła :)))))) 08.09.08, 22:12
                No, no! Nie to, zebym byla jakos szczegolnie przewrazliwiona na punkcie urody
                wlasnej corki, co to, to nie, maloletnie w konkurencje nie wchodzi - ale
                wiesz... siostra sie moze na Ciebie smiertelnie obrazic wink)).
                • mader1 Re: Na co mojej córce szkoła :)))))) 08.09.08, 22:15
                  smile)))))
                • decylia Re: Na co mojej córce szkoła :)))))) 09.09.08, 17:52
                  isma napisała:

                  > No, no! Nie to, zebym byla jakos szczegolnie przewrazliwiona na
                  punkcie urody
                  > wlasnej corki, co to, to nie, maloletnie w konkurencje nie
                  wchodzi - ale
                  > wiesz... siostra sie moze na Ciebie smiertelnie obrazic wink)).
                  >

                  Ależ jeszcze są inne kategorie - miss obiektywu i miss uśmiechu wink)))
    • minerwamcg Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 08.09.08, 18:16
      Krótko mówiąc, oba rozwiązania mają złe i dobre strony. Może nauka
      domowa się "skichać", można trafić na doskonałą szkołę. Wiadomo, że
      nie każe rozwiązanie jest dla każdego - generalnie jednak rodzice
      powinni znać swoje dziecko i wiedzieć, jak jest dla niego lepiej. I
      na tej podstawie mieć możliwość wyboru. Rodzice - nie ministerstwo
      oświaty, nie pani w kuratorium, nie dyrektor szkoły.
      • dominikjandomin Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 08.09.08, 19:48
        I o to chodzi, aby to rodzić, a nie urzędnik, miał prawo do decyzji. A urzędnik
        miał OBOWIĄZEK w obu wypadkach wspierać rodzica.
        • verdana Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 08.09.08, 19:53
          A ja mam wątpliwości, czy rodzic zawsze może mieć prawo do
          ostatecznej decyzji w sprawie własnego dziecka. Bo nie jest prawdą
          popularne twierdzenie, ze rodzice znają dziecko najlepiej i wiedza,
          co dla niego najlepsze.
          Jesli rodzic bedzie mógł decydować zupełnie swobodnie o losie
          własnego dziecka, to dziecko jest kompletnie ubeswłasnowolnione.
          jestem za udzielaniem pozwoleń, ale nie z automatu. Jednak przydala
          by się rozmowa z psychologiem, rozmowa z dzieckiem bez obecnosci
          rodziców, jakaś kontrola. Bo inaczej moze okazac się, ze w pewnych
          wypadkach dom bedzie nie szkołą, a więzieniem.
        • verdana Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 08.09.08, 22:32
          Rodzica? Nie dziecko?
          • dominikjandomin Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 08.09.08, 23:01
            Rodzica. W wychowaniu dziecka.
            • verdana Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 08.09.08, 23:02
              Moim zdaniem dobro dziecka jest na piwrwszym miejscu - a nie wybór
              rodzica.
              • dominikjandomin Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 09.09.08, 00:29
                verdana napisała:

                > Moim zdaniem dobro dziecka jest na piwrwszym miejscu - a nie wybór
                > rodzica.

                Ale pomijając przypadki chorób psychicznych i bandziorów, to rodzic lepiej
                zajmie się dzieckiem niż urzędnik.

                A dziecko niestety jest za małe, żeby o pewnych rzeczach mogło świadomie
                decydować. Więc... mając do wyboru rodzica i urzędnika, w normalnych przypadkach
                stawiam na rodzica.
      • mader1 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 08.09.08, 19:59
        tak jest. Też tak uważam.
        Chociaż... takie egzaminy co roku czy w innym korzystnym czasie nie
        są głupie, bo mogą pomóc rodzicom wychwycić akieś trudności. Jakbym
        uczyła w domu, lepiej bym się czuła z takim sprawdzeniem zewnetrznym
        moich poczynań.
    • rycerzowa Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 08.09.08, 20:17
      Nasz Prymas Tysiąclecia, Stefan Wyszyński w czerwcu 1929 roku doktoryzował się z
      prawa kanonicznego, obroniwszy pracę pt. "Prawa rodziny, Kościoła i państwa do
      szkoły."
      Zna ktoś tę pracę?
      Bo z tytułu wynika, że prawa do dziecka mają nie tylko rodzice.
      • decylia Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 08.09.08, 20:50
        rycerzowa napisała:

        > Nasz Prymas Tysiąclecia, Stefan Wyszyński w czerwcu 1929 roku
        doktoryzował się
        > z
        > prawa kanonicznego, obroniwszy pracę pt. "Prawa rodziny, Kościoła
        i państwa do
        > szkoły."
        > Zna ktoś tę pracę?
        > Bo z tytułu wynika, że prawa do dziecka mają nie tylko rodzice.

        Ale tylko rodzice ponoszą za to dziecko odpowiedzialność prawną.
        Kościół oraz państwo może podpowiadać oraz wspierać, ale decyzja
        nigdy nie może należeć do żadnego z tych organów. Bo według
        polskiego prawa za decyzje dotyczące dziecka jest odpowiedzialny
        rodzic.
        Oczywiście uważam, że pedagog, psycholog, nauczyciel czy nawet
        babcia z dziadkiem powinni mieć jakiś wpływ na decyzję rodzica, nie
        powinna być ona pochopna, nieprzemyślana. Ale przy ważnych decyzjach
        (a edukacja dziecka, według mnie, do takich należy) naogół chyba tak
        jest, no nie?
        A kształcenia domowego nie przyrównujmy do więzienia, miejsca,
        odosobnienia, klasztoru, czy czegokolwiek innego. Siłą rzeczy nigdy
        czymś takim nie będzie. Bo każdy rodzic, nawet z anielską
        cierpliwością, ma czasami dosyć swojej pociechy i wysyła ją na
        zajęcia wszego rodzaju, tudzież podwórko. Myślę, że nawet
        najbardziej ubezwłasnowolnione dziecko znajdzie sobie
        drogę "ucieczki" i swój "niekontrolowany świat". Dzieci nie są
        głupie wink
        • verdana Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 08.09.08, 21:44
          Zalezy, kto sie do tego zabierze i z jakich motywów. Znam niestety
          ludzi, którzy po to edukowali w domu czwórke dzieci, aby izolować je
          od "nieodpowiedniego towarzystwa". A wtedy, to niestety - jest
          więzienie. Owszem, dziecko znalazlo droge ucieczki - odmowilo
          powrotu od dziadkow, odmowilo widywania rodziców, odmowilo powrotu
          do USA. czylie wyrwało się, ale sporym kosztem.
          Oczywiscie nie twierdze, ze tak jest zawsze, ale możliwość
          zatrzymania dziecka wyłącznie w domu, o ile rodzice tego sobie zycza
          nie jest bezpieczna.
          • artemis_fowl Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 09.09.08, 07:16
            Czy ja mam jakieś deja vu, czy czytam te same posty i argumenty
            przytoczone po raz trzecia. To jak TVN, jak uważa, że powtórzy coś
            wystarczającą ilość razy to stanie się prawdą, albo sam w nie
            uwierzy smile)

            Na szczęście to nadal rodzic decyduje. To jakaś paranoja, żeby
            zabraniać czegoś np. 100 rodzinom, bo może wśród nich znaleźć się
            jedna dysfunkcyjna. Znam około 40 rodzin i żadna nie jest
            siedliskiem sekciarskiego zamknięcia na świat. A poza tym
            czasem "trzeba coś zamknąć, żeby coś otworzyć".

            Po wtóre szczęście to rodzic decyduje w Polsce jak, kiedy i gdzie
            przebadać dziecko i ewentualnie jesli chodzi o poradnie
            psychologiczno-pedagogiczne może pokazać wynik szkole. Badanie
            dziecka przez szkołę zlecone i to na dodatek pod nieobecność rodzica
            jest bezprawne!!!
            Jest kilka systemów państwowych, które traktują rodzica jak
            zagrożenie dla nowego pokolenia i dopiero przychodzi dobry urzędnim-
            zbawca i bierze poszkodowanego w opiekę. Nawet kilka książek
            powstało... Mam prośbę, żeby socjologowie, psychologowie itp. nie
            szukali uzasadnienia swojego istnienia kosztem rodziny. Je sli ktoś
            badanie socjologiczne opiera na przypadku jednej rodziny, to obawiam
            się, że nawet statystykiem byłby marnym, jeśli do tego dobudowuje
            teorię, można by go nazwać ideologiem pewnego systemu... ale na
            pewno nie badaczem czy praktykiem.
            • kukulka11 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 09.09.08, 09:27
              podpisuje sie rekami i nogami, nic dodac, nic ując
            • mamalgosia Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 09.09.08, 09:28
              artemis_fowl napisał:

              Je sli ktoś
              > badanie socjologiczne opiera na przypadku jednej rodziny, to
              obawiam
              > się, że nawet statystykiem byłby marnym, jeśli do tego dobudowuje
              > teorię, można by go nazwać ideologiem pewnego systemu... ale na
              > pewno nie badaczem czy praktykiem.
              Gwoli ścisłości: w przypadku dzieci chodzących do szkół próba jest
              jednak zdecydowanie bardziej reprezentatywna niż w przypadku dzieci
              edukowanych w domusmile))
            • verdana Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 09.09.08, 21:53
              I dlatego dzieci, ktorym xle sie dzieje nie mogą nigdzie znaleźć
              pomocy - bo nikt im bez zgody rodzica nie pomoze. To dla mnie
              ogromna wada - dziecko jest uzaleznione od rodziców, nawet jesli
              dzieje mu się krzywda. A krzywda, zaręczam Ci, dzieje sie wielu
              dzieciom.
              • minerwamcg Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 09.09.08, 22:01
                I dlatego każdego, kto ma dziecko, należy z automatu traktować jak
                podejrzanego i sprawdzać, kontrolować, pilnować?
                • verdana Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 09.09.08, 22:07
                  Nie, ale kazdego, kto uznaje, ze jego dziecku wystarczy przebywanie
                  w domu, bo jednak istnieje mozliwość, ze nie wypuszcza dziecka ,
                  aby coś ukryc. Jestem tu jednak nie za zakazem, ale za zyczliwa
                  kontrolą, a moze także jednak jakiś formalnosci. Bo tak naprawde, to
                  w tej chwili dziecko w szkole musi uczyc czlowiek ze
                  specjalistycznym wyksztalceniem, a w domu - ktoś , kto może nie miec
                  pojecia ani o nauczaniu, anie o psychologii dziecka, ani o
                  wykładanych przedmiotach.
                  • minerwamcg Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 09.09.08, 22:11
                    No cóż, moje doświadczenia szkolne ograniczają się wyłącznie do roli
                    ucznia i później prelegenta na gościnnych występach - to jednak w
                    zupełności wystarczyło, żeby mit "specjalistycznego wykształcenia"
                    zajmował u mnie miejsce... na półce z mitami.
                    • paszczakowna1 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 09.09.08, 23:32
                      No racja. Niestety, na wydziałach ścisłych (np fizyka na UW) 'specjalność
                      nauczycielska' to eufemizm na 'wymagania obniżone tak, by każdy półgłówek dał
                      sobie radę na egzaminie'. Ja mam z nauczycielami in spe kontakt z tej drugiej
                      strony, i, niestety, jak sobie pomyślę, kto może kiedyś moje dzieci w szkole
                      uczyć, robi mi się z lekka nieswojo. (Bo co tu dużo gadać, ludzie, którzy IMHO
                      nie powinni otrzymać nawet matury, opuszczają mury renomowanej bądź co bądź
                      uczelni z dyplomem uprawniającym do nauczania.) O poziomie przedmiotów
                      pedagogicznych i dydaktycznych szkoda gadać, to jest zawracanie głowy. Za
                      nauczania biorą się i niektórzy dobrzy studenci, nie przeczę, ale tych fatalnych
                      się nie odsiewa.

                      A ludzi, którzy są w stanie uczyć własne dzieci i nie mieć ochoty ich udusić po
                      godzinie szczerze podziwiam. Ja mam dopiero dwulatka, a już podejrzewam, że ja
                      bym nie potrafiła. A jak sobie przypomnę, co się w domu działo, jak mój własny
                      ojciec usiłował mi coś tam z matematyki tłumaczyć (matka zapowiedziała, żeby na
                      przyszłość ostrzegać z wyprzedzeniem, to ona z domu wyjdzie), podziwiam jeszcze
                      bardziej.

                      > No cóż, moje doświadczenia szkolne ograniczają się wyłącznie do roli
                      > ucznia i później prelegenta na gościnnych występach - to jednak w
                      > zupełności wystarczyło, żeby mit "specjalistycznego wykształcenia"
                      > zajmował u mnie miejsce... na półce z mitami.
                      • isma Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 10.09.08, 08:22
                        Oooo, tak. "Tato, ja absolutnie nie potrzebuje wiedziec, ile wynosi
                        zero silnia!".
                        Inna sprawa, ze Tata byl niezrownany w opowiesciach o fraktalach
                        demonstrowanych na kalafiorach - stad zapewne moje zamilowanie do...
                        gotowania wink)).
                        • paszczakowna1 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 10.09.08, 12:33
                          > Oooo, tak. "Tato, ja absolutnie nie potrzebuje wiedziec, ile wynosi
                          > zero silnia!".

                          Coś w tym rodzaju. smile Tudzież: "Tato, jakbym ja wiedziała, czego tu DOKŁADNIE
                          nie rozumiem, to bym w ogóle o pomoc nie prosiła! Ja właśnie NIE ROZUMIEM!"

                          Własne dzieci jakieś takie... tępe są. Jak muszę studentce trzeciego roku chemii
                          tłumaczyć (po raz n-ty i bynajmniej nie na matematyce), jak się sprawdza, gdzie
                          funkcja ma minimum (rozstrzelać tych, którzy wyrzucili pochodne z programu
                          liceum), to jakoś to znoszę, i nawet się uśmiecham. A jak mi własna córka lat 2
                          z uporem pakuje kawałki z BRZEGIEM do środka puzzli, to mnie ponosi. No chyba
                          lepiej, żebym ja jej nie uczyła.
                          • nati1011 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 10.09.08, 16:10
                            A jak mi własna córka lat 2
                            > z uporem pakuje kawałki z BRZEGIEM do środka puzzli, to mnie
                            ponosi. No chyba
                            > lepiej, żebym ja jej nie uczyła.

                            Mój 4-latek też to robi smile) Może musi sprawdzić, czy jednak jakoś to
                            tam nie wejdzie, a ja go ograniczam, mówiąc, że OD RAZU powinien
                            wyłożyć na brzeg???


                            bo może my tylko do nauki młodzieży sie nadajemy wink))

                            Do maluchów to jakieś specjalne predyspozycje + anielską cierpliwość
                            trzeba smile)
                      • nati1011 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 10.09.08, 10:13
                        paszczakowna1 napisała:
                        > A ludzi, którzy są w stanie uczyć własne dzieci i nie mieć ochoty
                        ich udusić po
                        > godzinie szczerze podziwiam. Ja mam dopiero dwulatka, a już
                        podejrzewam, że ja
                        > bym nie potrafiła. A jak sobie przypomnę, co się w domu działo,
                        jak mój własny
                        > ojciec usiłował mi coś tam z matematyki tłumaczyć (matka
                        zapowiedziała, żeby na
                        > przyszłość ostrzegać z wyprzedzeniem, to ona z domu wyjdzie),
                        podziwiam jeszcze
                        > bardziej.


                        Ja wczoraj też wyszłam wink) Ale po powrocie i tak jeszcze godzinę z
                        młodą musiałam posiedzieć. Z czego nauka zajełą jej 7,5 minuty a
                        pierwsze 52,5 minuty lały się łzy, tynk od wrzasków odpadał itd.
                        Dopiero jak zobaczyła, ze jej teatr nie robi na mnie żadnego
                        wrażenia wzieła w końcu kredkę i dokończyła zadanie.

                        Swoją drogą to powiedzcie jak długo dziecko może reagować na
                        wszystko płaczem? A moze są jakieś sposoby na przerobienie
                        dziecięcych łez i wrzasków np w energie elektryczną? Rachunki coraz
                        wieksze, a tu takie masy czystej energii się marnują wink)
                        • mama_kasia Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 10.09.08, 10:23
                          Tak się czasami zastanawiam, ...a gdyby tak zupełnie odpuścić.
                          Niech dostanie w kość od innych. Może to ma sens?
                        • minerwamcg Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 10.09.08, 15:52
                          > Swoją drogą to powiedzcie jak długo dziecko może reagować na
                          > wszystko płaczem? A moze są jakieś sposoby na przerobienie
                          > dziecięcych łez i wrzasków np w energie elektryczną? Rachunki
                          coraz
                          > wieksze, a tu takie masy czystej energii się marnują wink)

                          No i wyobraź sobie teraz, że mamy państwowy system kontroli nad
                          rodziną, który w szczególności ma zapobiegać krzywdzeniu dzieci.
                          Mała podnosi wrzask. W trzydziestej minucie wpada lotna brygada
                          kontrolerów z policją, zaczynają się przesłuchania, dziecko dostaje
                          skierowanie na lekarskie oględziny z ginekologiem włącznie, a Wy na
                          przymusową terapię rodzinną. Zakładają Wam teczkę na komisariacie i
                          jesteście co tydzień wzywani na rozmowę, podczas której wypełniacie
                          ankiety "Czy przestaliście już bić/gwałcić/dręczyć psychicznie swoje
                          dziecko? Odpowiedz tak albo nie".
                          • nati1011 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 10.09.08, 16:14
                            minerwamcg napisała:

                            > > Swoją drogą to powiedzcie jak długo dziecko może reagować na
                            > > wszystko płaczem? A moze są jakieś sposoby na przerobienie
                            > > dziecięcych łez i wrzasków np w energie elektryczną? Rachunki
                            > coraz
                            > > wieksze, a tu takie masy czystej energii się marnują wink)
                            >
                            > No i wyobraź sobie teraz, że mamy państwowy system kontroli nad
                            > rodziną, który w szczególności ma zapobiegać krzywdzeniu dzieci.
                            > Mała podnosi wrzask. W trzydziestej minucie wpada lotna brygada
                            > kontrolerów z policją, zaczynają się przesłuchania, dziecko
                            dostaje
                            > skierowanie na lekarskie oględziny z ginekologiem włącznie, a Wy
                            na
                            > przymusową terapię rodzinną. Zakładają Wam teczkę na komisariacie
                            i
                            > jesteście co tydzień wzywani na rozmowę, podczas której
                            wypełniacie
                            > ankiety "Czy przestaliście już bić/gwałcić/dręczyć psychicznie
                            swoje
                            > dziecko? Odpowiedz tak albo nie".

                            W Szwecji już tak jest sad(

                            (przy zdolnościach młodej do zmyśłania bez mrugnięcia choćby
                            powieką to nas by juz dawno do łagrów zesłali).
                            Znajomi załapali się w Szwecji na półroczną opiekę socjalną, bo
                            młody się w szkole poskarżył, że tata na niego nakrzyczał. Przez pół
                            roku baba przychodziła na 12 godzin dziennie i obserwowała co sie w
                            domu dzieje. Po 2 tygodniach znajoma kwalifikowała sie do leczenia
                            psychiatrycznego, a znajomy poczuł pierwotny instynkt mordercy. Mało
                            to śmieszne było.
                            • a_weasley Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 10.09.08, 18:30
                              nati1011 napisała:

                              > Przez pół roku baba przychodziła na 12 godzin
                              > dziennie i obserwowała co sie w domu dzieje.

                              W zestawieniu z tymi duńskimi kontrolerkami zastanawiam się, czy to nie jest
                              taki skandynawski pomysł na walkę z bezrobociem wink

                              Tak poważnie, to podobne myśli jak Minerwie przyszły mi zupełnie niedawno do
                              głowy, kiedy się sparzyłem dnem od czajnika elektrycznego. Co rychlej odłupałem
                              z zamrażalnika trochę lodu, wrzuciłem do szklanki i wsadziłem w to palce. Jak
                              stopniał, dorzuciłem znów lodu i tak przez kwadrans czy więcej moczyłem palce w
                              wodzie o temperaturze bliskiej zeru.
                              Bolało jak cholera i mało które dziecko w analogicznej sytuacji pozwoliłoby się
                              tak leczyć, a zmuszane darłoby się na całą parafię, że boli, że nie chce i co
                              tam jeszcze...
                              P.S. 1. Kuracja podziałała.
                              P.S. 2. Leczenie przez osobę nie będącą lekarzem, nawet niezarobkowe, jest
                              sprzeczne z przepisami ustawy o zawodzie lekarza.
                              • nati1011 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 10.09.08, 20:15
                                Polecam ksiażkę Polski hydraulik Zaremby. Opisuje Szwecję jakiej nie
                                znamy. I - niestety - kierunek w jakim zmierzamy. Można sie
                                wystraszyć. Tam to już jest.
                            • a_weasley Gdy państwo jest Bogiem... 11.09.08, 11:25
                              ...a przynajmniej ma takie ambicje, to trudno się dziwić, ze usiłuje wszystko
                              oczyma widzieć nieuchronionemi i generuje aniołów stróżów. Czy szwedzkie, czy
                              sowieckie, to już mniej istotne.
                              Oczywiście taki twór potrzebuje donosicieli. Znajdą się. Tanio i w wielkiej
                              obfitości. U nasteż.
    • otryt Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 09.09.08, 10:14
      Opisujecie różne przypadki nauczania poza szkołą. Pawlinka pisze, że
      dziewczynki nie akceptowały ED, przynajmniej tuż przed przejściem do
      szkoły. Myślę, że ED powinno się odbywać za obopólną zgodą rodziców
      i dzieci. Tak zapewne było na początku, lecz w którymś momencie
      rodzice powinni zakończyć i posłać dziecko do szkoły. Być może
      trudno zauważyć ten moment, to cienka i delikatna granica, że dzieci
      już nie chcą a rodzice coraz mniej mogą. Najczęściej dzieci i tak
      wtedy się buntują i ED się kończy. Tak było także w przypadku
      Witkacego. Przestały mu odpowiadać poglądy ojca i jego wielce
      utytułowanych korepetytorów. Myślę jednak, że to normalny proces
      szukania własnej tożsamości młodego człowieka. Nie widzę potrzeby,
      aby stawiać biurokratyczne bariery przed rodzicami, czego usilnie
      domaga się przez cały ten wątek Verdana, głównie w oparciu o
      jednostkowy przypadek z USA. Myślę, że to rodzice w znakomitej
      większości najlepiej zadbają o swoje dzieci i do nich powinna
      należeć decyzja o edukacji swoich dzieci. Taką decyzję może tylko
      wtedy podjąć ktoś inny, gdyby rodzice w rażący sposób zaniedbywali
      swoje dzieci lub działali w równie rażący sposób przeciwko ich
      interesom. Jeśli nic takiego nie zaszło, należy im zaufać. To
      komunizm nikomu nie ufał i od każdego chciał zezwoleń na wszystko.
      Podobne zapędy widzę w biurokratycznej Unii Europejskiej. Po 50
      latach przeżywamy jakieś deja vu. Mam na myśli jedynie słuszną
      ideologię, którą próbuje się zaszczepić ludziom. Starsi są już
      skażeni dawnym myśleniem, ale dzieci to czyste tablice na których
      można wypisywać, co się urzędnikom żywnie podoba. Stąd moim zdaniem
      pochodzi pomysł posłania o rok wcześniej dzieci do szkół. Mówi się
      teoretycznie, że chodzi o wyrównanie szans dzieci z różnych
      środowisk. Tymczasem jest odwrotnie. Wczoraj w TV podawano, że
      szkoła utrwala wrodzone nierówności tworząc np. klasy według stopnia
      zamożności rodziców i już w szkole daje im odczuć, że są te gorsze.

      Szkoda, ze dyskusja nie skupiła się wokół postu Nulleczki (albo
      zalinkowanych stron praktyków), które szczegółowo opisują jak w
      rzeczywistości wygląda ED. Rozmowę zdominowały dość żartobliwe 60
      punktów Artemisa, podobne moim zdaniem do 30 punktów dowodzących
      dlaczego piwo jest lepsze od kobiety i niczym nie uzasadnione
      obawy Verdany, budowane nie w oparciu o praktykę ED w naszym kraju,
      lecz w oparciu o co? Sam nie wiem.

      Myślę, że ED to styl życia. To ludzie bardziej otwarci na innych
      niż przeciętnie. To ludzie mający więcej znajomych i przyjaciół,
      żyjący w szerszym środowisku społecznym niż przeciętnie. To ludzie
      aktywni i zaradni, wykształceni i lubiący swoją pracę,
      optymistycznie nastawieni do życia i wspólnie podejmujący przeróżne
      inicjatywy w które włączają zarówno swoje dzieci, jak i dzieci
      swoich przyjaciół. To ludzie stale uczący się i ruchliwi, ciekawi
      świata, życia i ludzi. To ludzie promieniejący radością, chcący od
      życia coś więcej niż tylko telewizyjną papkę lub szkolną
      przeciętność. To ludzie poważnie traktujący swoją wiarę, aktywnie
      uczestniczący w życiu religijnych współnot. To ludzie dokładnie
      odwrotni niż rysuje ich Verdana. To nie jacyś zalęknieni sekciarze
      izolujący się w zamknietej twierdzy od świata i zniewalający swoje
      dzieci. Od nich można się sposo nauczyć. Tworzą środowisko, o które
      się kiedyś otarłem.
      • isma Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 09.09.08, 10:34
        Otrycie, jedna uwaga co do punktow Artemisa - to nie jest tak, ze
        ktos krytyczny wobec edukacji domowej wygrzebal je w necie i teraz
        sie nad nimi pastwi. Wtedy, byc moze, moglibysmy powiedziec, ze nie
        ma co robic z igly widel.

        Ale to Artemis uzyl ich jako argumentu w dyskusji...

        A co do tego, czy piwo jest lepsze od kobiety. Widzisz, znam
        kobiety, ktore by sie smiertelnie obrazily, slyszac te wyliczanke.
        Zwlaszcza gdyby ja uslyszaly nie przy piwie, ale np. w dyskusji o
        swojej przydatnosci zawodowej...
        • mader1 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 09.09.08, 10:51
          też uważam, że one były żartobliwe, ale... to nie przeciwnicy je
          wygrzebali. Trzeba przynać, że zapewne w dobrej wierze, Artemis sam
          się, że tak napiszę kolokwialnie " podłożył"
          • otryt Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 09.09.08, 11:07
            Oczywiście, to nie przeciwnicy ED wbili tę bramkę z 60 punktami,
            lecz Artemis wbił samobója. Z pozostałymi wypowiedziami Artemisa,
            pisanymi już od siebie, jednak się zgadzam.smile
            • mader1 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 09.09.08, 11:27
              smile
              • artemis_fowl Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 09.09.08, 13:20
                Informuję, że Artemis podłożył się specjalnie, żeby przeciwnicy
                wyprzttykali się z amunicji w magazynkach... albo przynajmniej sam
                tak twierdzi smile)) jak będzie sobie wystarczająco długo to powtarzał
                to może nawet w to uwierzy smile))

                Uprzejmie donoszę, że na rynku polskim są narazie dwie publikacje
                poważne na temat ED:
                merlin.pl/Edukacja-domowa_Marek-Budajczak/browse/product/1,361467.html
                oraz
                www.impulsoficyna.com.pl/?t=indeks&sort=nazwisko&start=195&id=702
                inne niestety w "intersubiektywnie sensownym języku" czyli po
                angielsku wink

                -----> otrycie po raz kolejny dziękuję za Twój głos, nie sposób się
                z nim nie zgodzić smile)
                -----> mader i decylio, chylę czoło, jestem pod wrażeniem mądrości
                matki i córki smile)
                -----> ismo - jeśli verdana przytacza przykład 4 dzieci w USA z 2,5
                mln dzieci objętych ED, a ja przytaczam przykład 40 rodzin czyli ok.
                120 dzieci (2 do 5 na rodzinę)z być może 200 objętych ED w Polsce,
                to o jakiej wiarygodności próby statystycznej może być mowa???

                Pozdrawiam, Wasz Artemis wink)
                • artemis_fowl Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 09.09.08, 14:04
                  artemis_fowl napisał:

                  jest:
                  > -----> ismo - itd. itd.

                  winno stać:
                  > -----> mamalgosiu - itd. itd.
                • mader1 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 09.09.08, 19:37
                  > -----> mader i decylio, chylę czoło, jestem pod wrażeniem mądrości
                  > matki i córki smile)

                  dobra, dobra smile)))))
    • kukulka11 Re: nauczanie w domu (zamiast w szkole) 10.09.08, 14:59
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=21000&w=84364200&v=2&s=0
    • otryt Kształtowanie świadomości społecznej dzieci 11.09.08, 11:11
      Warto zauważyć, że ludziom związanym z ED zależy bardziej niż innym
      na kształtowaniu odmiennej świadomości społecznej swoich dzieci, od
      tej najbardziej powszechnej, kształtowanej przez telewizję lub
      państwową szkołę. Zawsze odbywała się walka o świadomość
      najmłodszego pokolenia. Dziś jest nie inaczej. Mainstreamowe media i
      związane z nimi ośrodki opiniotwórcze patrzą z pewną irytacją, że
      wyrasta im konkurencja, nowa siła opiniotwórcza, wyznająca nieco
      inne wartości, sposoby życia, autorytety oraz interpretacje
      rzeczywistości. To coraz bardziej prężne środowisko wyrosłe
      przeważnie z katolickiej, dotychczas milczącej większości, jest
      atrakcyjne dla wielu ludzi, wciągając ich w swoją orbitę.

      ED to częściowa utrata kontroli nad kształtowaniem umysłów dzieci
      przez państwo. Przypomnijmy sobie, jak wielki krzyk był kilkanaście
      lat temu, gdy powstawały pierwsze szkoły społeczne: że nie będą
      realizować programu, niezbędnego minimum, że państwo musi tego
      pilnować. Ile kłód pod nogi rzucano. Później były problemy z
      przekazaniem dotacji na te szkoły z budżetu w takiej samej ilości,
      jakie dostają szkoły publiczne. Czy dziś te dotacje na każde dziecko
      są już takie same? Myślę, ze ten krzyk wtedy i dziś w przypadku ED
      ma swoje źródło w obawie, że utraci się kontrolę nad umysłami.
      Przypomnijmy sobie jak wielka była walka pomiędzy opcjami
      politycznymi o podręcznik do wychowania seksualnego. Dziś mamy stan
      kruchej równowagi. Trudno przewidzieć, jaki światopogląd w
      przyszłości będzie dominujący w naszym społeczeństwie?

      Dyskusja o świadomości społecznej to obszerny temat. Tu chciałbym
      tylko zasygnalizować, że bardzo mocno wiąże się on z ED. O tym jaka
      ma być świadomość dzieci decydować winni ich rodzice. Wszyscy inni
      powinni ich w tym wspierać, nigdy działać wbrew nim.


Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka