Dodaj do ulubionych

O wiceproboszczach i inne takie

30.01.09, 22:33
KAI: Co to znaczy być Biskupem w Polsce w XXI wieku? W czym streszcza się
istota jego misji? Jak łączyć funkcję pasterską z urzędowym wymiarem tej posługi?

Abp Kazimierz Nycz: W każdym okresie historii oczekiwania wobec biskupów i
księży wynikały z jednej strony z niezmiennej misji Kościoła, z drugiej zaś z
odczytywanych aktualnych „znaków czasu”. Między sposobem pełnienia posługi
biskupa XXI stulecia a poprzednich wieków faktycznie jest sporo różnic. Wydaje
się, że biskup XXI wieku musi być bardziej podobny do biskupów z pierwszych
wieków chrześcijaństwa.

KAI: W jakim sensie?

- Biskup jest posłany by głosić Ewangelię wierzącym i niewierzącym. Musi być
nie tylko ojcem i pasterzem swej diecezji, ale umieć działać w świecie, który
nie zna Chrystusa. Na naszym posługiwaniu odbija się to, że długo towarzyszyła
nam błoga świadomość, że społeczeństwo składa się w 100 procentach z ludzi
wierzących. Tymczasem dziś trzeba zmierzyć się z wyzwaniami zlaicyzowanego
świata Europy Zachodniej, który coraz bardziej jest obecny i w Polsce.

Natomiast wspólne – dziś i dawniej - jest to, co jest istotą posługi
biskupiej. Zawsze jest to pasterz Kościoła partykularnego, który swoją misję
pełni w jedności z Biskupem Rzymu. Prowadzi powierzony sobie Lud Boży po
drogach zbawienia. Do jego misji należy: przepowiadanie Słowa Bożego, funkcje
liturgiczno-kapłańskie oraz funkcja pasterska, czyli kierowanie Ludem Bożym na
danym terenie.

Jeśli chodzi o sposób wypełniania tej posługi, to trzeba to dobrze przemyśleć,
w kontekście nowych wyzwań, jakie stawia obecne stulecie. Sądzę, że takie
określenia jak pasterz, ojciec, starszy brat, przewodnik, bardziej odpowiadają
naszym czasom, zwłaszcza jeśli w ich tle jest świadectwo apostoła. Osobiście
nie czuję się dostojnikiem i pewnie nie potrafię nim być, lecz próbuję być
pasterzem i ojcem. Nie zamierzam celebrować biskupiego urzędu, nie o to
przecież chodzi. Swej posługi nie chciałbym sprawować w sposób
paternalistyczny, lecz braterski.

KAI: Obejmując Archidiecezję Warszawską – niemal już dwa lata temu –
zapowiadał Ksiądz Arcybiskup, że chce być „aż” i „tylko” biskupem diecezji, w
odróżnieniu od poprzedników, na których barkach spoczywało tysiąc innych,
kościelnych i narodowych spraw.

- Po dwóch latach potwierdzam: Chcę być „aż” i „tylko” biskupem tej diecezji.
Moi poprzednicy też pewno tego pragnęli, ale musieli inaczej – takie były
czasy. Podziwiam kardynała i Prymasa Wyszyńskiego i Prymasa Józefa Glempa, za
to, że potrafili być równocześnie biskupami dwóch archidiecezji (warszawskiej
i gnieźnieńskiej), Prymasami Polski oraz Przewodniczącymi Konferencji
Episkopatu. Podziwiam ich za zdolność ogarnięcia tak różnych problemów, za
pracowitość, gdyż sama archidiecezja warszawska wymaga dużej pracy.

KAI: Na jakich szczególnie polach? Jak można scharakteryzować
duchowo-religijną panoramę archidiecezji?

- W archidiecezji warszawskiej w jej obecnym kształcie, mimo, że jest jedną z
najmniejszych terytorialnie, występują bardzo zróżnicowane problemy,
społeczne, cywilizacyjne, kulturowe, polityczne i inne. Liczy półtora miliona
mieszkańców. Trudno do końca ocenić ilu jest przedstawicieli cywilizacji
innych niż chrześcijańska, ilu niewierzących, ilu takich, którzy całkowicie
zerwali z Kościołem. Z pewnością dużo więcej niż w innych rejonach Polski. To
jest duże wyzwanie ewangelizacyjno-misyjne dla kapłanów i katolików świeckich.

W Archidiecezji obok tych problemów są inne, w których realizuje się misja
Kościoła. Duża koncentracja świata polityki, instytucji państwowych,
samorządowych, naukowych, kulturalnych. Cały świat ogólnopolskich mediów. To
duża praca dla parafii, ruchów i stowarzyszeń katolickich, ale także dla
księży, biskupów pomocniczych, a także dla mnie. Obok tego wszystkiego są
rejony diecezji, gdzie wielkie miasto styka się z niedawnymi terenami
wiejskimi i tu dokonuje się gwałtowna urbanizacja, niełatwa dla
duszpasterstwa. Są wreszcie rejony tradycyjnie rolniczo-sadownicze. Taka jest
ta panorama ogólna.

KAI: Czym się ona jeszcze charakteryzuje?

- Wbrew powszechnemu przekonaniu, porównaniu z innymi terenami Polski, w
Warszawie jest dużo mniej księży w stosunku do liczby mieszkańców. W
konsekwencji są naprawdę zapracowani. Jeśli w diecezjach południowych liczba
wiernych na jednego księdza (diecezjalnego i zakonnego) waha się w granicach
ok. tysiąca, przeciętna w Polsce tysiąc trzysta, to w Warszawie przekracza dwa
tysiące.

Stolica gwałtowanie się rozwija, przypływają wciąż nowe fale ludności.
Większość parafii warszawskich oscyluje między 15 a 25 tysięcy, i to nie one
spędzają mi sen z oczu. Zaplecze tych parafii jest bardzo dobre, zarówno od
strony kościołów, jak i budynków parafialnych. Jest sporo szkół katolickich w
pomieszczeniach kościelnych. Odległości między kościołami są niewielkie.
Problemem jest kilka parafii, które są powyżej trzydziestu tysięcy i te trzeba
podzielić. Natomiast zadaniem najtrudniejszym są powstające nowe osiedla w
Warszawie i na jej obrzeżach. Tu koncentrujemy naszą uwagę, by się nie spóźnić
z duszpasterstwem.

Jako biskup dużą cześć czasu chcę poświęcać kapłanom. Bez księży biskup nic
nie potrafi zrobić. Jest to jedyny sposób na to, aby Kościół był żywy.
Próbujemy z księżmi biskupami mieć czas dla księży, spotykać się z nimi w
ramach formacji duchowej i pastoralnej, dekanalnej i w parafiach,
wykorzystując każdą dobrą okazję. To oni w parafiach uobecniają wspólnotę
uczniów Chrystusa i duszpasterzując razem ze świeckimi animują Kościół.

Chodzi o to, aby parafie te były żywymi wspólnotami wiary, zdolnymi do
oddziaływania na zewnątrz. W każdej parafii - na czym niesłychanie mi zależy -
jest sporo działających grup i ruchów skupiających ludzi świeckich.
Przypominam księżom, aby grupy te nie obejmowały tylko bardzo młodych, lecz
cały, wielopokoleniowy laikat. Aby formowały go do apostolstwa „ad intra” i
„ad extra”. Uważam, że dziś szczególny nacisk należy położyć na apostolstwo
„ad extra” - ewangelizację otaczającego świata.

Obserwuj wątek
    • isma Re: O wiceproboszczach i inne takie 30.01.09, 22:36
      KAI: Mówi Ksiądz Arcybiskup o misji „ad extra”, czyli aktywności świeckich nie tylko wewnątrz parafii, ale o potrzebie wyjścia z Dobrą Nowiną do zewnętrznego świata. Mam wrażenie, że polscy katolicy – nawet w tych najlepszych parafiach – bardzo rzadko sobie to uświadamiają.

      - Jeśli jakaś grupa zajmuje się tylko formowaniem samych siebie, a nie myśli o szerszych celach apostolskich, prędzej czy później stanie się kółkiem wzajemnej adoracji. To ciepełko jest wygodne, ale w chrześcijaństwie chodzi o coś innego. Prof. Stefan Swieżawski, działacz przedwojennego „Odrodzenia”, a później przyjaciel kard. Wyszyńskiego, a także Karola Wojtyły, mówił, że trzeba rozbijać „kapliczki prywatnej pobożności” - aby katolik czuł się zobowiązany do zaangażowania w życie społeczne. Niestety taką „kapliczkową” pobożność kształtuje wiele parafii. Uważają, że misja Kościoła kończy się w obrębie świątyni.

      Tymczasem ksiądz w swej parafii jest w stanie dotrzeć do tych 30 proc. mieszkańców, którzy chodzą do kościoła. Misja „ad extra” musi być prowadzona przez przygotowanych do tego świeckich. Bez świeckich i bez dobrej współpracy księży z nimi - parafia będzie pełnić swą rolę w ograniczony sposób. W ślad za tym jej dynamizm będzie słabnąć. Wierni będą się starzeć i z każdym rokiem będzie ich mniej.

      Ludzie wciąż mają zakodowane w świadomości, że religia to rzecz prywatna. Kiedyś wkładali im to do głów komuniści, dziś nurty laickie. Uważa się, że zadania chrześcijanina kończą się na drzwiach kościoła, ewentualnie na drzwiach domu rodzinnego. A kiedy wchodzą w życie społeczne, czy do Sejmu, czy też prowadzą biznes, wydaje się im, że tam już nie obowiązują reguły chrześcijańskie.

      Kiedy wizytuję parafie, spotykam czasem lokalnych działaczy parafialnych, czy samorządowych, mówiących w taki sposób jak gdyby byli „półduchownymi”. Dążenie świeckich, aby zastępować księdza, jest ucieczką z własnego pola misji. Paradoks polega na tym, że często księża wypowiadają się o życiu społecznym czy politycznym zastępując w tym świeckich, natomiast świeccy zamiast otwarcie iść do świata chcą być jak najbliżej ołtarza i kryć się w jego bezpiecznym cieniu. Brakuje właściwych wzorców duchowości świeckich: jak być w pełni katolikiem, nie duchownym, lecz świeckim „z krwi i kości”. Potrzebujemy więcej świętych i błogosławionych polityków, ludzi życia społecznego. Tacy ludzie Bogu dzięki są, może za mało ich ukazujemy, a może oni sami gdzieś się chowają ze swoim chrześcijaństwem.

      KAI: Jak Ksiądz Arcybiskup ocenia stan wiary Warszawiaków?

      - Warszawa stoi niżej od średniej ogólnopolskiej. Na południu Polski co niedziela chodzi do kościoła ok. 70 proc. wiernych, w Warszawie 30 – 33 proc.

      Ten niski wskaźnik wynika nie tylko z postępującej tu laicyzacji, ale i z faktu, iż znaczny procent ludzi, którzy w Warszawie pracują i nawet zamieszkują parafię, z którą autentycznie są związani, mają daleko stąd. Tam jeżdżą w piątek po skończonym tygodniu pracy. Duży procent mieszkańców pozostaje anonimowy i nie zakorzenia się w tutejszym środowisku, bądź zakorzenia się dopiero po latach.

      Od czasów wojny i Powstania Warszawskiego, kiedy ludność stolicy została niemal totalnie rozproszona, przybywają kolejne fale imigrantów. Zaledwie 15 – 20 proc. mieszkańców zaliczyć można do kategorii „rodowitych warszawiaków”, uczestniczących w życiu parafii z dziada pradziada. Liczna jest kategoria ludzi przyznających się do niewiary, co w wielkim, anonimowym mieście jest o wiele łatwiejsze. Mamy też duże grupy wiernych innych wyznań, czy w ostatnim okresie przybyszów z Azji: Chińczyków i Koreańczyków. Tak więc naturalna społeczność ludzi wierzących jest tu szczuplejsza niż na innych terenach.
      KAI: W adwentowym liście do kapłanów Ksiądz Arcybiskup wymienił jako priorytety duszpasterstwo rodzin, młodzieży i studentów...

      - Najważniejsza jednak jest współpraca ze świeckimi. Chciałbym, aby nie było podziałów na „my księża” i „wy świeccy”, a parafia nie kojarzyła się z instytucją usług duchowych, lecz tworzyła wspólnotę w centrum lokalnej społeczności.

      W realiach takiego miasta jak Warszawa, bez pomocy świeckich parafia nie spełni swych zadań. Niezbędna jest reprezentatywna rada duszpasterska: w jej składzie powinni znaleźć się przedstawiciele parafialnych środowisk i wspólnot, a nie tylko ludzie bliscy proboszczowi. Usilnie proszę księży, aby powoływali rady w swych parafiach.

      Drugi priorytet to rodzina. W Polsce jest z nią coraz gorzej. W ciągu 20 lat zaszły głębokie zmiany – na niekorzyść. Każdego roku zawieranych jest ok. 200 tys. małżeństw, a 60 tys. się rozwodzi. Dotyka to co trzecie małżeństwo.

      Jeszcze poważniejszym problemem jest przestawienie hierarchii wartości rodzinnych. Dziecko i jego wychowanie – co przez wieki było priorytetem - zostało zepchnięte na dalszy plan. Wartością naczelną dla młodych jest szybka kariera. Praca pochłania kilkanaście godzin dziennie, a decyzję o urodzeniu dziecka odkłada się na kolejne lata. Jest to jedna z przyczyn małej dzietności rodzin. Dzietność mamy obecnie najmniejszą w Europie. Sprawdzają się słowa Jana Pawła II z 1991 r., który ostrzegał: „Uważajcie by dziecko nie stało się zbędnym i kosztownym dodatkiem do życia rodzinnego!”.

      KAI: Co Ksiądz Arcybiskup stara się zrobić dla rodziny na gruncie Kościoła warszawskiego?

      - Bardzo mi zależy aby podnieść poziom kursów przedmałżeńskich. Winny one odbywać się w formie pogłębionych spotkań, gdzie jest możliwość dialogu z udziałem psychologa, czy doświadczonych małżeństw. Ważne jest dalsze przygotowanie do małżeństwa w rodzinie i w katechezie szkolnej i parafialnej.

      Druga sprawa – do jakiej zachęcam księży - to tworzenie punktów oparcia dla rodzin w parafii. Kiedy przychodzi kryzys małżeństwa, najskuteczniej pomóc mogą inne rodziny. W ramach duszpasterstwa rodzin nie można ograniczać się do ogólnego poradnictwa. Potrzebna jest szczególna wrażliwość na rodziny z problemami. Pomocą mogą być grupy Domowego Kościoła, czy inne kręgi rodzin. Spowiednik natrafiający na problemy małżeństwa powinien mieć gdzie tych ludzi posłać. Powiedzieć nie tylko: „módl się!” ale „spotkaj się z bardziej doświadczonymi małżonkami, oni ci pomogą”.

      Kolejny priorytet to studenci. W Polsce studia wyższe kończy 50 proc. populacji. Za czasów PRL-u w Warszawie było 70 tys. studentów, dziś jest ich 300 tys. Dlatego tak ważne są duszpasterstwa akademickie. Nie wystarczą tylko te „z pierwszej półki”, jak dominikańskie czy jezuickie, święta Anna, św. Jakub. Niezbędne są kręgi duszpasterstwa akademickiego w parafiach, tam gdzie studenci mieszkają, gdyż niewielki procent studentów mieszka dziś w akademikach. Błagam księży by je tworzyli. Jeśli młody człowiek spędzi kilka lat w takiej grupie, pozostawi to w nim trwały ślad.

      Duszpasterstwo studentów nie wystarczy, pracę w tej formie zacząć trzeba na poziomie szkół licealnych, by nie przerwać formacji młodych. My tymczasem intensywnie zajmujemy się młodzieżą do momentu bierzmowania. Oprócz katechizacji w szkole spotykamy się z młodzieżą w parafii w małych grupach, dbamy o ich rozwój. Na początku liceum się to urywa. Tymczasem jak się kogoś zgubi w parafii przed maturą, później się go już nie odnajdzie w kościele.

      Na tym odcinku chcemy podjąć różne działania w obu warszawskich diecezjach, wspólnie z abp. Henrykiem Hoserem. Postanowiliśmy przygotować materiały duszpasterskie, które odpowiadałyby potrzebom młodych. Myślimy też o dłuższym przygotowaniu do bierzmowania, z możliwością bierzmowania bardziej dojrzałej młodzieży w liceum.
      • isma Re: O wiceproboszczach i inne takie 30.01.09, 22:37
        KAI: A czy dostrzega Ksiądz Arcybiskup załamanie religijności wśród młodzieży?
        Socjologowie twierdzą, że polska młodzież jest mniej religijna od rodziców.

        - Młodzi prawie zawsze są mniej religijni niż starsi. To jest stara
        prawidłowość. Pamiętam, że o nas 40 lat temu też tak mówiono. Problem w tym, czy
        w tej dziedzinie nie nastąpiło jakieś przyspieszenie. Nie można mówić o
        załamaniu. Dostrzegam poszukiwanie wartości wśród młodych, ale i zagubienie,
        zwłaszcza na płaszczyźnie moralnej. W świadomość młodzieży bardzo silnie wkrada
        się zasada, która leży u podstaw moralności dzisiejszego świata - że sam chcę
        stanowić co jest dobre, a co złe. Nie respektuję prawdy o dobru, która istnieje
        poza mną.

        KAI: Jak temu przeciwdziałać?

        - Powinniśmy ukazywać zasady moralności chrześcijańskiej jako wartość, a nie
        tylko jako obowiązek i system zakazów i nakazów. Robię coś nie dlatego, że
        Kościół tak nakazuje. Kościół coś przypomina, gdyż jest to dobre dla człowieka,
        a ja to czynię dlatego, że jestem przekonany, że to jest dobre.

        KAI: Czyli respekt dla wartości jako drogi do szczęścia?

        - W tym momencie dotykamy definicji szczęścia. Leszek Kołakowski powiedział:
        „Szczęście jest ubocznym skutkiem dobra”. Jeżeli człowiek za wszelką cenę dąży
        do szczęścia, a nie do dobra, to często szczęście definiuje jako przyjemność. A
        to są dwie różne rzeczy.

        I w tę pułapkę wpadają młodzi ludzie, a zwłaszcza ukształtowani przez tzw.
        wychowanie bezstresowe. Obiecuje się młodemu człowiekowi, że będzie szczęśliwy
        bez wysiłku. Nie pokazuje się mu trudnego i pełnego stresów życia, lecz mówi:
        będziesz szczęśliwy, zawsze będzie ci przyjemnie. Gdy człowiek tego nie osiąga,
        wpada w depresję, albo szuka namiastek szczęścia. Mówiąc o młodzieży mówiłbym
        raczej o zjawisku „falowania religijności” w różnych okresach życia. Jesteśmy
        bardziej religijni będąc dziećmi, później to słabnie, a wreszcie znów szukamy
        wiary. Spadająca religijność młodzieży nie koniecznie musi oznaczać laicyzację.

        KAI: Dużą rolę przywiązuje Ksiądz Arcybiskup do nowych ruchów apostolskich.
        Latem zorganizowały one „Sydney w Warszawie”. Jaka powinna być rola tych
        środowisk w ewangelizacji stolicy?

        - Mam nadzieję, że współpraca ruchów będzie kontynuowana, choćby w formie Rady
        Ruchów Katolickich. Oprócz Sydney trzeba by wymienić wiele innych ważnych
        wydarzeń, zorganizowanych przez środowiska świeckich, chociażby Orszak Trzech
        Króli na Placu Zamkowym W tym roku kolejnym etapem tej współpracy będą
        wydarzenia w czerwcu na Placu Piłsudskiego i w Wilanowie: 30-lecie pierwszej
        pielgrzymki Jana Pawła II do Polski oraz II Dzień Dziękczynienia, przygotowywane
        przez Centrum Opatrzności Bożej, Centrum Myśli Jana Pawła II, Ruch Światło Życie
        i wszystkie ruchy.

        Chcemy żeby w przyszłości ruchy te włączyły się w „Misję Miast”, czyli tydzień
        ulicznej ewangelizacji, organizowany przez wspólnotę „Emmanuel”. Poprzedzić ją
        musi przynajmniej dwuletnia praca przygotowawcza. Chciałbym by włączyły się w to
        liczne parafie po obu stronach Wisły.

        KAI: Na jakich jeszcze polach Ksiądz Arcybiskup zacieśni współpracę z diecezją
        praską i jej pasterzem abp. Hoserem?

        - Obaj wychodzimy z założenia, że wielość problemów duszpasterskich w obu
        diecezjach jest podobna. Zorganizowaliśmy już wspólne dodatki do „Gościa
        Niedzielnego” i do „Niedzieli”. Praski tygodnik „Idziemy” funkcjonuje w obu
        diecezjach. Ideałem byłoby jedno radio katolickie dla obu diecezji, nad czym też
        pracujemy.

        Mamy też pomysły jeśli chodzi o katechizację. Przygotowujemy wspólną serię
        podręczników katechezy dla uczniów z obu diecezji. W przeciągu 3 lat licząc od
        2010 r. - kiedy wszystkie przedszkolaki wejdą do szkól – będą gotowe nowe
        wspólne podręczniki. Opracowujemy wspólne materiały przygotowujące do bierzmowania.

        KAI: Wielkie miasto to duży procent niewierzących i poszukujących. W Warszawie
        ważną rolę w dialogu z niewierzącymi – już od lat trzydziestych - odegrało
        środowisko Lasek. Jak ta inspiracja jest dziś kontynuowana w życiu archidiecezji?

        - Gdyby w diecezji istniało 15 takich środowisk jak Laski w swoim najlepszym
        okresie, to cel dialogu z poszukującymi i z niewierzącymi zostałby dużo lepiej
        zrealizowany. Chodzi mi o eklezjologię Soboru Watykańskiego II. Myślę o
        zarysowanych na Soborze „kręgach przynależności i przyporządkowania” do
        Kościoła. Składają się nań po pierwsze ci, którzy są ochrzczeni i pozostają w
        pełnej łączności z Kościołem. Po drugie ochrzczeni, ale nie mający związku z
        Kościołem. Następnie ochrzczeni, ale przynależący do innych Kościołów (cała
        sprawa ekumenizmu), wyznawcy innych religii, niewierzący, ludzie dobrej woli.

        Najwyższy czas, aby księża i wierni uświadomili sobie, że ludzie należący do
        poszczególnych kręgów nie żyją gdzieś w krajach misyjnych, lecz w obrębie naszej
        parafii. I jesteśmy wezwani do ewangelicznego dialogu ze wszystkimi. Musimy
        zrozumieć, że są to często nasi parafianie, o których zapomnieliśmy, a przecież
        ponosimy za nich ewangelizacyjną odpowiedzialność. Tu nie chodzi o zaborczość ze
        strony Kościoła, ani o żaden prozelityzm. Należy ku nim wyjść, nie z nachalnym,
        ale delikatnym głoszeniem Jezusa Chrystusa.

        Trzeba też umieć zobaczyć człowieka w jego duchowej pojemności. Dawać mu tyle,
        ile potrafi przyjąć. Nie należy z ewangelizacji robić przesytu, który odpycha.
        Laski umiały i umieją to wyważyć. Te proste siostry skupione wokół Matki Róży
        Czackiej i ten mądry ksiądz Władysław Korniłowicz byli ludźmi nie bojącymi się
        dialogu, ale nie w formie irenizmu. Nigdy nie stracili własnej tożsamości.
        Dzisiaj często uciekamy od dialogu, zamykamy się, gdyż boimy się stracić
        tożsamość. Często dlatego, że jest ona kiepska i słaba. Mówienie zaś na ambonie
        wyłącznie o zagrożeniach - nie jest głoszeniem Ewangelii. Ewangelia jest radosną
        Nowiną.

        Kościół musi być otwarty. Winna być to mądra otwartość, której towarzyszy
        umiejętność oczyszczania się z tych negatywów, jakie mogą napływać z zewnątrz.

        KAI: Jako biskup diecezji, jest Ksiądz Arcybiskup odpowiedzialny za księży.
        Czego od nich wymaga? Jakie cechy winny charakteryzować dobrego duszpasterza?

        - Im dłużej jestem księdzem i biskupem tym bardziej widzę, jakie to są cechy,
        sprawiające, że ludzie idą za kapłanem. To co powiem jest pewnie banalne.
        Spotykałem księży, którzy nie byli wybitnymi intelektualistami, byli po prostu
        dobrymi, głęboko wierzącymi ludźmi. Ksiądz najpierw musi być ciepłym i normalnym
        człowiekiem, który na tym fundamencie zyskuje zaufanie, a dopiero potem prowadzi
        do Boga. Ludzie to natychmiast odczytują. Ksiądz nas lubi, ksiądz nas szanuje.
        To pierwsza sprawa.

        Druga, to pobożność księdza, którą się wyczuwa. Z prawdziwej pobożności rodzi
        się autentyczność. Człowiek taki żyje po bożemu, a to, co mówi, płynie z serca i
        zapada w serca. Mądrze to się nazywa, że ksiądz jest świadkiem Boga, modlitwy,
        Transcendencji.

        Trzecia rzecz to dyspozycyjność. Ludzie nie będą słuchać i cenić księdza, który
        nie ma dla nich czasu. Księdzem jest się przez 24 godziny. Jan Paweł II
        ostrzegał przed „etatyzacją” powołania.
        Idealnie jest, jeśli te trzy cechy występują razem u tej samej osoby i są
        podparte gruntowną wiedzą, wykształceniem i kulturą. Wtedy mówimy o spójnej
        postawie konkretnego kapłana. Benedykt XVI, kiedy był w Warszawie powiedział
        księżom, że wierni nie oczekują od nich, by byli ekspertami w ekonomii,
        finansach czy budownictwie. Oczekują aby księża byli ekspertami w dziedzinie
        życia duchowego. To się streszcza w słowach: pasterz, ojciec i starszy brat.

        • isma Re: O wiceproboszczach i inne takie 30.01.09, 22:38
          KAI: A jak jest z powołaniami w archidiecezji warszawskiej? W całej Polsce spadają.

          - Nie chcę zapeszyć, gdyż nie mieliśmy w ostatnich latach żadnego spadku. W 2008
          r. zgłosiło się 28 kandydatów do naszego seminarium diecezjalnego oraz 12 do
          seminarium Redemptoris Mater. Połowa nowych kleryków to ludzie po wcześniejszych
          studiach świeckich. Większość z nich przeszła formację w ruchach. Najwięcej ma
          za sobą przeszłość ministrantów i lektorów. To charakterystyczne!

          Jednak należy być czujnym. Szukamy nowej koncepcji duszpasterstwa powołań. Nie
          mogą to być „akcje”, lecz modlitwa przez cały rok. Apelowanie do młodych o
          przyjęcie powołania jako drogi życia, niezależnie, czy jest realizowana w
          kapłaństwie czy małżeństwie. Ktoś kto jest przygotowany do bycia ojcem czy
          matką, jest równie dobrze przygotowany do bycia księdzem czy zakonnikiem.

          KAI: Myśli Ksiądz Arcybiskup o uruchomieniu diakonatu stałego?

          W sposób roztropny będę dopuszczał tę możliwość. Warunkiem do wyświęcenia
          stałego diakona musi być to, że konkretny proboszcz widzi taką potrzebę w
          parafii i jest przygotowany do współpracy.

          KAI: Ksiądz Arcybiskup odziedziczył ideę budowy świątyni Bożej Opatrzności.
          Udało się zapalić do niej rodaków pod hasłem „Dnia Dziękczynienia”.

          - Przyszedłem, kiedy budowa świątyni była zaawansowana. Była wybudowana do
          wysokości 25 metrów. Wszedłem w te „buty”. Postanowiłem jednak zmienić sposób
          promowania idei świątyni Opatrzności poprzez promocję postawy dziękczynienia.
          Wszyscy za mało dziękujemy. Rozpoczynamy więc od zwykłego słowa „dziękuję”.
          Kiedy jestem zdolny dziękować na płaszczyźnie międzyludzkiej, mogę dziękować
          Bogu za to, co się dzieje wokół mnie i za to, co przynosi On w historię. Będę
          chciał dziękować Opatrzności Bożej.

          Główny akcent stawiamy na dziękczynienie za ostanie 30 lat od wyboru papieża i
          odzyskania wolności. Chodzi o to wszystko, co się wydarzyło na skutek
          „Solidarności” i kolejnych pielgrzymek Jana Pawła II. Jako datę Dnia
          Dziękczynienia wybraliśmy czerwiec, gdyż w tym miesiącu wydarzyło się w Polsce
          najwięcej, były papieskie pielgrzymki do Polski, a w czerwcu 1989 r. zaświtała
          wolność na płaszczyźnie narodowo-państwowej.
          Towarzyszy temu nowe podejście do budowania świątyni. Pierwszym krokiem było
          rozdzielenie świeckiej i kulturalnej misji w Centrum Opatrzności Bożej, od misji
          sakralnej. Do wsparcia projektu Centrum – w ramach którego istnieje świątynia -
          udało się zaangażować poważnych sponsorów, pomoc Państwa oraz - dzięki
          przychylności biskupów i księży proboszczów - pomoc wiernych we wszystkich
          parafiach w Polsce. Dzięki temu w ubiegłym roku udało się wybudować
          pomieszczenia narracyjnego muzeum Jana Pawła II i Kardynała Wyszyńskiego. Muzeum
          pełni też rolę stropu świątyni. Zostały nam jeszcze do zbudowania ciągi
          komunikacyjne i kopuła.

          KAI: Muzeum Jana Pawła II i kard. Stefana Wyszyńskiego - jak słyszymy – ma
          ambicję stać się muzeum bardziej ambitnym od waszyngtońskiego centrum Jana Pawła II.

          - Jesteśmy skromni i z nikim nie chcemy konkurować. Zajmuje się tym 18-osobowy
          międzynarodowy zespół. Tworzą go historycy, muzealnicy i teologowie, m. in.
          George Weigel i Rocco Buttliglione. Będzie to muzeum narracyjne, przekazujące
          nowoczesnymi środkami uniwersalny wymiar pontyfikatu Jana Pawła II i posługi
          Prymasa Tysiąclecia. Jednocześnie papież zastanie ukazany jako ktoś, kto wyrasta
          z kontekstu polskiej historii i kultury.

          Czuję potrzebę takiego przekazu, gdyż dla młodego pokolenia jest to wiedza
          historyczna. Przeciętny młody Polak nic, albo całkiem niewiele wie o kardynale
          Wyszyńskim. Taki sam los czekać będzie Jana Pawła II, o ile nie zaczniemy w
          sposób zrozumiały go pokazywać. Nie tylko historię, ale co z jego nauczania jest
          dziś do wykorzystania, a co może być programem na jutro.

          KAI: Jak przebiegać będzie najbliższy „Dzień Dziękczynienia”?

          - Przypadające na 7 czerwca br. obchody będą szersze niż przed rokiem. Złożą się
          nań rocznice: 20-lecia wolności, 30-lecia pierwszej pielgrzymki do Polski oraz
          10-lecia pobytu Jana Pawła II w Parlamencie.
          W wigilię „Dnia Dziękczynienia” na Placu Piłsudskiego odbędzie się ogólnopolskie
          czuwanie modlitewne. Liczymy na ponad 30 tys. młodzieży z całej Polski. Będą to
          uczestnicy Ruchu Światło Życie z całego kraju. Towarzyszyć temu będzie
          poświęcenie 9-metrowego krzyża na placu Piłsudskiego, wystawionego przez władze
          Warszawy. W miejscu, gdzie Jan Paweł II dwukrotnie odprawiał Mszę Świętą: w 1979
          i w 1999 roku. Młodzi pozostaną tam przez noc, a rano wyruszą na Pola
          Wilanowskie. Tam zostanie odprawiona Msza św. będąca centralnym punktem
          obchodów. Liczymy na odzew tego II Dnia Dziękczynienia w całej Polsce.

          KAI: Jaką rolę duszpasterską widzi Ksiądz Arcybiskup dla świątyni pw.
          Opatrzności Bożej?

          - Widzę ją jako szczególne sanktuarium. Mam nadzieję, że ludzie będą tam
          przychodzić jako do miejsca modlitewnego dziękczynienia. Dziękczynienia za to,
          co się dzięki Opatrzności Bożej dokonało w ich życiu oraz w historii naszej
          Ojczyzny. Może nauczymy się bardziej w duchu dziękczynienia przeżywać swoje
          życie i nasze narodowe rocznice. A w przeżywaniu tego dziękczynienia pomogą te
          trzy wymiary, obecne w Centrum Opatrzności Bożej: Świątynia, Muzeum Jana Pawła
          II i Kardynała Wyszyńskiego oraz Panteon wielkich Polaków. Do tego należy też
          Instytut Jana Pawła II.

          KAI: W ostatnich miesiącach grupa katolickich prawników - z inspiracji posła,
          który był redaktorem naczelnym katolickiego miesięcznika - przygotowała projekt
          ustawy bioetycznej. Jakie jest stanowiska Księdza Arcybiskupa w tej sprawie?

          - Stanowisko Kościoła wyraził komunikat Zespołu Ekspertów Konferencji Episkopatu
          Polski ds. Bioetycznych z 22 grudnia. Kościół zawsze będzie przypominał
          niezmienną naukę o niezbywalnej godności człowieka w każdym momencie życia. Ta
          niezbywalna godność człowieka obejmuje także sposób jego poczęcia. Kościół mówi,
          że zapłodnienie in vitro jest moralnie niegodziwe i podaje argumenty na rzecz
          takiego stanowiska. Jest to nauczanie niezmienne i profetyczne, jest to apel
          moralny do sumień, rodziców, lekarzy, naukowców, polityków. W tej płaszczyźnie
          moralnej żaden kompromis nie jest możliwy.

          Od tej płaszczyzny moralnej trzeba odróżnić płaszczyznę prawa stanowionego. Ta
          jest miejscem działania polityków, także będących katolikami. Dziedzina
          eksperymentów biomedycznych, w tym zapłodnienia pozaustrojowego, wymaga
          uporządkowania prawnego, gdyż istniejące obecnie bezprawie nie tylko nie służy
          obronie niezbywalnej godności człowieka, ale prowadzi do zamrażania,
          selekcjonowania i zabijania zarodków ludzkich.

          Do stanowiących prawo w Polsce także odnoszą się zasady najnowszej instrukcji
          watykańskiej Dignitas Personae oraz wskazania zawarte w Oświadczeniu kościelnego
          Zespołu Ekspertów. Czytamy tam, że „gdy podejmuje się inicjatywę pierwszego
          unormowania, wszyscy posłowie zatroskani o ochronę praw człowieka powinni podjąć
          działania zmierzające do całkowitego zakazu tej metody. Gdyby jednak takie
          rozwiązanie prawne zostało odrzucone, ich etycznym obowiązkiem jest aktywność w
          całym procesie legislacyjnym, tak aby maksymalnie ograniczyć szkodliwe aspekty
          regulacji”.

          Jestem przekonany, że polskim parlamentarzystom nie zabraknie mądrości i odwagi,
          by stanąć wobec tego poważnego wyzwania. Że nie zwycięży interes poszczególnych
          partii, że nie zgubi się po drodze dobro człowieka i troska o jego godność. Że
          poważne inicjatywy nie zostaną ośmieszone i nazwane ciemnogrodem. Wreszcie, że
          nie zwycięży postawa odłożenia sprawy ad „calendas grecas” i niezmierzenia się z
          poważnym wyzwaniem w imię świętego spokoju. Kto odpowie za śmierć tysięcy
          ludzkich istnień? Trzeba zrobić wszystko, aby ustanowić prawo chroniące życie
          człowieka i jego godność.

          Rozmawiał Marcin Przeciszewski
      • magdalaena1977 Re: O wiceproboszczach i inne takie 31.01.09, 00:35
        isma napisała:
        > KAI: Jak Ksiądz Arcybiskup ocenia stan wiary Warszawiaków?
        >
        > - Warszawa stoi niżej od średniej ogólnopolskiej.
        > Na południu Polski co niedziela chodzi do kościoła ok. 70 proc.
        > wiernych, w Warszawie 30 – 33 proc.
        Jakich wiernych ? czy do tych 67 % niechodzących do kościoła nie zaliczają się
        przede wszystkim ateiści, Wietnamczycy itp. ?
        Myślę, że chodzenie do kościoła wśród wiernych nie spada poniżej powiedzmy 80 -
        90 % .
        • mamalgosia Re: O wiceproboszczach i inne takie 31.01.09, 10:41
          z tego co wiem, to rzeczywiście procent tzw praktykujących nigdy nie
          przekroczył magicznej 40tki
        • isma Re: O wiceproboszczach i inne takie 31.01.09, 11:39
          Oj, chyba nie. Mysle, ze on sie moze odnosic do liczby ochrzczonych,
          pozostajacych w statystykach parafii, a nie do ogolnej liczby mieszkancow.
          Nie moge teraz znalezc statystyk parafii wlasnej, ale archidiecezja naliczyla w
          niej 7700 parafian, a dominicantes jest cos kolo 4 tys. Krakow, czyli
          tradycyjnie religijniejsze miasto wink)).
        • a_weasley Wierni, czyli kto? 31.01.09, 14:32
          > Jakich wiernych ? czy do tych 67 %
          > niechodzących do kościoła nie zaliczają
          > się przede wszystkim ateiści, Wietnamczycy
          > itp. ?

          Nie przesadzajmy z tymi Wietnamczykami. Ilu ich jest we Warszawie? Zdziwiłbym
          się, gdyby więcej niż 1%, w dodatku nie wszyscy zarejestrowani gdziekolwiek.
          Co do ateistów, też nie jest to duży odsetek. Nawet ci, którzy mówią o sobie
          "ateista", najczęściej używają tego słowa w za szerokim znaczeniu, a po zbadaniu
          sprawy okazują się agnostykami, indyferentami czy wręcz deistami.

          > Myślę, że chodzenie do kościoła
          > wśród wiernych nie spada poniżej
          > powiedzmy 80 - 90 %.

          Wszystko zależy, jak zdefiniujemy wiernego. Jeżeli jako osobę praktykującą
          regularnie, w szczególności chodzącą do kościoła co niedziela, chyba żeby
          najwyżej czasem nie, to zapewne masz rację. Co jednak zrobić ze
          wzasadziekatolikiemalepocociąglelataćdokościołaskoroBógjestwszędzie, a takich
          jest wielu, przypuszczam, że daleko więcej niż ateistów i Wietnamczyków razem
          wziętych?
          W Polsce przy ostatnim liczeniu w kościele było 48 czy 49% obywateli.
          Równocześnie wg Bertelsmanna za ludzi religijnych podaje się 87%.
          • magdalaena1977 Re: Wierni, czyli kto? 31.01.09, 19:18
            a_weasley napisał:

            > > Jakich wiernych ? czy do tych 67 % niechodzących do kościoła
            > > nie zaliczają się przede wszystkim ateiści, Wietnamczycy itp. ?
            >
            > Nie przesadzajmy z tymi Wietnamczykami. Ilu ich jest we Warszawie?
            Odnosiłam się do wypowiedzi Nycza, który właśnie tłumaczył niski procent
            chadzalności większą w Warszawie laicyzacja społeczeństwa i imigrantami z innych
            kultur.

            > Wszystko zależy, jak zdefiniujemy wiernego. Jeżeli jako osobę praktykującą
            > regularnie, w szczególności chodzącą do kościoła co niedziela, chyba żeby
            > najwyżej czasem nie, to zapewne masz rację.
            No właśnie tak mi się wydaje. Ja naprawdę wolałabym, żeby Kościół Katolicki
            przestał być tak bardzo Kościołem Wszystkich Polaków. IMHO realna religijność
            spadła na tyle, że nie ma co już oczekiwać, że przypadkowo spotkana osoba
            mieszkająca na terenie parafii to katolik. Że wszystkie rodziny w bloku przyjmą
            księdza po kolędzie (mój dawny blok miał tak jeszcze w latach 80), a jak nie to
            coś jest z nimi nie tak.
            To musi być naprawdę niemiłe co roku mówić księdzu, że nie. Może tak jak
            nachodzącym mieszkania ŚJ ?

            Owszem nie-katolików trzeba nawracać, ale nie ma co udawać że tak naprawdę są
            katolikami, tylko się zapomnieli.
            I w dzisiejszych warunkach chrzest w niemowlęctwie to za mało, żeby oczekiwać od
            kogoś pełnego zestawu praktyk religijnych. Zwłaszcza, że dorośli ludzie,
            zakładający rodziny byli chrzczeni w latach 70 i 80, kiedy inaczej do tego
            sakramentu podchodzono.
            • katriel Re: Wierni, czyli kto? 31.01.09, 20:09
              > nie ma co już oczekiwać, że (...)
              > wszystkie rodziny w bloku przyjmą
              > księdza po kolędzie

              W mojej klatce schodowej (Wrocław) mieszkań jest 14.
              Kolędę przyjmują w dwóch.
              W dwóch z pozostałych dwunastu mieszkają Wietnamczycy, w jednym
              (niepraktykująca) prawosławna Greczynka, a jedno chwilowo stoi puste
              (do niedawna była tam agencja towarzyska).
            • a_weasley Re: Wierni, czyli kto? 01.02.09, 03:11
              Magdalaena 1977 napisała:

              > To musi być naprawdę niemiłe co roku mówić
              > księdzu, że nie. Może tak jak nachodzącym
              > mieszkania ŚJ ?

              Księdzu pewnie też jest niemiło słyszeć, że nie, dziękujemy, ale trudno, od tego
              jest. Taki los uczniów Jezusa - zwracać się do ludzi, którzy niekoniecznie
              przyjmują z otwartymi rękami. Ba, głównie do tych, co do których takiej pewności
              nie ma.
              A jeżeli ktoś ma problem z tym, żeby powiedzieć "nie, dziękuję" komuś, kogo
              wpuszczać nie musi i kto się siłą nie wpycha, to wcale mi go nie żal.
          • paszczakowna1 Wietnamczycy 31.01.09, 20:49
            Ja bym tylko chciala niesmialo zauwazyc, ze wsrod Wietnamczykow to akurat
            katolikow troche jest. I msza po wietnamsku tez gdzies w W-wie sie odbywa. (A
            emigranci z reguly na msze w jezykach narodowych chodza, czasem nawet ateisci.)
    • mama_kasia Re: O wiceproboszczach i inne takie 31.01.09, 11:51
      <- Jeśli jakaś grupa zajmuje się tylko formowaniem samych siebie, a <nie myśli o szerszych celach apostolskich, prędzej czy później <stanie się kółkiem wzajemnej adoracji. To ciepełko jest wygodne, <ale w chrześcijaństwie chodzi o coś innego. Prof. Stefan <Swieżawski, działacz przedwojennego „Odrodzenia”, a później <przyjaciel kard. Wyszyńskiego, a także Karola Wojtyły, mówił, że <trzeba rozbijać „kapliczki prywatnej pobożności” - aby katolik czuł <się zobowiązany do zaangażowania w życie społeczne.

      To takie bardzo u mnie na czasie smile

      Isma, a skąd to w ogóle jest wywiad? Chętnie posłałabym dalej.
      • isma Re: O wiceproboszczach i inne takie 31.01.09, 14:56
        To z KAIa jest.
        Wywiad, moim zdaniem, rewelacja.

        Tu link:
        ekai.pl/wywiad/x17888/abp-nycz-nie-mozemy-zamykac-sie-w-religijnosci-kapliczkowej/
        • minerwamcg Re: O wiceproboszczach i inne takie 31.01.09, 15:08
          Prawda, wywiad bardzo dobry. I bardzo... Nyczowy smile W Krakowie
          miałam okazję parę razy rozmawiać z ks. biskupem kiedy jeszcze
          zajmował się majątkiem Archidiecezji - i takie też na mnie zrobił
          wrażenie: człowieka rzeczowego, wiedzącego na czym stoi i
          niespecjalnie zainteresowanego w celebrowaniu własnej osoby.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka