Obiecalam wypis przy okazji dnia ksiedza, ale jakos zeszlo...
Bardzo ten tekst Guittona lubie, bo on trafnie chwyta napiecie (niezbywalne

)) pomiedzy "brakiem" a "do-pelnieniem", pomiedzy "jednym" a "wszystkim".
Pomiedzy ofiara-stratą i łaską-darem.
Jak w Emaus: kiedy Go poznali, zniknal z ich oczu:
"W czwartym roku naszego pobytu w obozie jenieckim, w Poniedziałek Wielkanocny
roku 1944, jeden z moich towarzyszy ożenił się. Była zaręczony od 1940 roku.
Intuicyjnie czuł, ze małżeństwo jest łaską, która pozwoli mu znieść i poddać
boskiej sublimacji rozłąkę, zmieniając ją, dla niej i dla niego, w obecność na
mocy sakramentu. Był to szczególny ślub. W nędznym baraku i bez obecności
jakiejkolwiek kobiety. Koło małżonka postawiono symbolicznie drugie krzesło.
Przy posiłku, niemal fikcyjnym, który nastąpił po ceremonii, siedziałem po
prawej stronie tego pustego miejsca, przeznaczonego dla żony. Nie było to
przykre, ale pełne powagi: spowijała nas obecność nieobecnej. I nigdy nie
pojąłem lepiej niż wtedy, że istotą małżeństwa jest obopólna zgoda.
W ten drugi dzień Wielkanocy był nad nami jakby powiew Zmartwychwstania. I to
małżeństwo było zanurzone w wewnętrznym i przemieniającym świetle. Odnalazłem
stronice dziennika, na których zapisałem wówczas swoje wrażenia; bo słuchając
Ewangelii o uczniach z Emaus zrozumiałem więź, łącząca tamto wydarzenie w
Emaus z wieloma aspektami ludzkich doświadczeń.
„Ślub G. – W kontekście tych zaślubin opowiadanie o Emaus wywołało we mnie moc
refleksji. Dzisiejsza Ewangelia wydaje się tak zgodna z tym, co przynosi nam
życie. Rozmowy toczone w naszym gronie, pełne niepewności w sprawach
najistotniejszych dla nas: wątpliwości co do sensu wielkich wydarzeń
wstrząsających światem; poczucie klęski, które tak często przynosi historia
przemian i odrodzeń; niezdecydowanie sprawiedliwych, te łatwe zarzuty, które
wysuwamy w stosunku do naszych najlepszych przewodników, odczuwana potrzeba
świętego towarzysza i równocześnie niewłaściwe postępowanie w stosunku do
niego (analogiczna do potrzeby posiadania świątobliwej małżonki przy
równoczesnym niewłaściwym wobec niej postępowaniu). A dalej Bóg, który pojawia
się w naszym życiu niepostrzeżenie, a zwyczajnie; spotkanie nieoczekiwane,
dokonujące się za sprawa jakiegoś wydarzenia banalnego, a zarazem w najwyższym
stopniu nieprawdopodobnego, jak to się mówi w języku naukowym. I nasza
niemożność rozpoznania obecności Chrystusa w danym momencie, kiedy całe nasze
serce jest przecież Jego pełne. Wspólny posiłek wieczorem, po niedzielnej
przechadzce. Radość posiadania przy sobie przyjaciela pełnego humoru, o żywej
umysłowości, poczucie, że zawsze odtąd możemy spodziewać się z jego strony
podpory, świadomość jego wierności, gdy przecież jeszcze rano wcalesmy go nie
znali. Dzień, który się nachyla; spowijająca nas noc, lęk przed możliwością
rozstania, przed śmiercią i samotnością. I tu nagle pojawia się tajemnica,
choc od tak dawna wszystko ją przygotowywało, chwila wtargnięcia boskości w
nasze życie poprzez zupełnie zwykły gest łamania chleba. Najwyższa obecność w
najwyższej nieobecności.
To także tajemnica zaślubin – jakby zaręczyny na drodze, miłość porywająca
nagle serce, nie wyznana, a nawet nie dostrzeżona. A potem chwila spełnienia –
krótka, tak szybko przerwana, po której zostają już tylko okruchy chleba,
które trzeba zebrać, prace, które trzeba wykonać, monotonny rytm, w którym
radości spłatają się z kłopotami: codzienne życie. Ale to życie nie będzie już
takie samo. W jego centrum trwa odtąd jakieś nie dające się opowiedzieć
wspomnienie. Każdy dzień i każdy wieczorny posiłek obudzi je znowu do życia.
Takie właśnie prawo rządzi ludzkim życiem: wielkie szczęście daje się na ogół
zrozumiec post factum i kiedy go zabraknie. Miłość pojmujemy w pełni dopiero
wtedy, gdy znika; rodziców rozumie się dopiero, gdy umrą; czasem jest już za
późno. Wszelka obecność jest nazbyt silna dla naszego wzroku; nie potrafimy
jej unieść. Musi się przemienić w nieobecność, abyśmy poznali jej smak. Wtedy
odprawia się liturgia pamięci. Tak dobrze cieszyc się niewymownie tym, co
przez nadmiar obecności wymykało się nam dotąd.”
A wracając do historii tego dziwnego ślubu, chciałbym dorzucić jeszcze słowo.
W dniach i tygodniach, które nastąpiły po owym Wielkanocnym Poniedziałku,
zdarzało mi się rozmawiać z młodym małżonkiem, w dalszym ciągu dokładnie tak
samo samotnym, i pytać go z uśmiechem, czy cos się zmieniło w jego życiu.
Pamiętam doskonale, w jakim duchu mi odpowiadał. Mówił, że zmiana jest
ogromna. Nie tylko dlatego, że miał poczucie wkroczenia w definitywny etap
swego życia, oparty na mocnym jak skała fundamencie obietnicy, ale i dlatego,
że czuł się teraz obecny we dwoje, czuł istniejący między dwoma istotami
głęboki związek, wynikający z otrzymanego przez nich sakramentu małżeństwa.
(…
Przypominam sobie cykl spotkań dyskusyjnych, poświęconych małżeństwu, które
zorganizowaliśmy w obozie jeńców. Prowadził je ksiądz, który pewnego dnia
powiedział nam: „Rozważając razem z wami sakrament małżeństwa zrozumiałem
głębiej i bardziej po ludzku, czym powinno być dla mnie kapłaństwo”. Wtedy
jeden z nas, żonaty, odparł wstając: „A ja, rozważając sakrament kapłaństwa, w
całej pełni pojąłem wielkość małżeństwa”.