Dodaj do ulubionych

Pomóżcie w ocenie sytuacji :(

20.07.09, 11:50
Byłam na ślubie - ślubie cywilnym dość dalekiego kuzyna i od soboty
jestem w koszmarnym dołku własnie z powodu rodziny. Otóż, wujek nie
akcptuje wyboru syna. To bardzo religijna rodzina, aktywna w
Kościele, wielodzietna i właśnie najstarszy syn najpierw odszedł od
Kościoła, potem związał się z byłą dziewczyną swojego kuzyna i na
koniec zamieszkał z nią bez ślubu... To wszystko było ponad
mozliwości wujka i ten zerwał kontakt z synem, nie przyszedł na ich
ślub - cywilny z woli mojego kuzyna...
Nie mogę przestać mysleć o nich, wujek jest cieniem człowieka,
ciocia też, kuzyn tez cierpi... Cierpią wszyscy...
Cały czas o nich rozmyślam i w jakiś sposób staję po stronie kuzyna,
czuję, że jego tata, choć nie akceptował wyboru swojego dziecka, to
jednak nie powinien aż tak drastycznie postapić wobec 30 letniego
faceta. Z drugiej strony jednak czasem przychodzi mi myśl, że byc
może zbyt liberalnie patrzę na to wszystko, może faktycznie tak
trzeba było sad a wujek ma rację w tym wszystkim...
No właśnie, pomóżcie ocenić tę sytuację.
Obserwuj wątek
    • nati1011 Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 20.07.09, 13:41
      trudno potępić złe czyny nie potępiając przy tym człowieka. Czasem
      rodzicom wyjątkowo trudno. Z drugiej strony jak pokazać dziecku, że
      nie akceptujemy jakiś zachowań.
    • justyna.ada Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 20.07.09, 14:12
      Myślę, że nie ułatwimy osobie która odchodzi od wiary/praktyk,
      powrotu do Kościoła przez wypieranie się jej jako członka rodziny.
      Moja siostra też odeszła, i też mieszka z facetem... i rodzice mają
      zgryz jak to traktować, ale nigdy nie odrzucili jej jako swojego
      dziecka.
      Może ten "marnotrawny" kiedyś wróci, tego nie wiemy, ale ja bym
      jednak mimo wyrażonej dezaprobaty dla jego postępowania, nie
      wyrzekała się go.
      • nati1011 Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 20.07.09, 14:48
        Nie wiem. To sprawy indywidualne. Na jednego działa to na innego co
        innego.

        A co myślicie o takim rozwiazaniu: utzymujemy z dzieckiem - i jego
        partnerem - noramlne kontakty. Mówiac oczywiście, że brak ślubu jest
        dla nas problemem (byle nie przy każdym obiedzie smile). Natomiast
        odmawiamy uczestnictwa w ślubie cywilnym - jako sprzecznym z naszymi
        przekonaniami - wraz z tłumaczeniem dlaczego i że nie jest to
        obrażanie się, tylko wierność swoim przekonaniom.
        • twoj_aniol_stroz Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 20.07.09, 16:02
          Ale jakby nie było jest to ważny moment w życiu dziecka i warto
          byłoby być z nim w takiej chwili. Poza tym co z uczuciami rodziny
          tej dziewczyny?
          Czyli lepiej, żeby kuzyn zrobił "szopkę" dla rodziców (żeby byli,
          żeby wszystko na zewnątrz było ok) i jednak ugiął się pod presją?
          Skoro on stracił wiarę, odszedł od Kościoła to taki ślub w kościele
          byłby wyłącznie rytuałem dla rodziców, dla niego nic by to nie
          znaczyło...
        • madziaq Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 20.07.09, 16:09
          Moim zdaniem to nie przejdzie. Utrzymujemy normalne kontakty, ale nie
          przyjdziemy na ślub własnego dziecka? czy to samo w sobie nie jest sprzeczne
          wewnętrznie? Jakby moi rodzice wywinęli mi taki numer to bym już na żadne
          "normalne kontakty" z nimi przez dłuższy czas nie miała ochoty.
          • madziaq Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 20.07.09, 17:01
            A, jeszcze nauczyłam się, że zawsze warto wyobrazić sobie sytuację odwrotną. Czy
            gdyby dziecko z rodziny ateistów przyjęło jakąkolwiek religię i chciałoby wziąć
            ślub wyznaniowy to byłoby OK (w ogóle do pomyślenia) ze strony rodziców
            powiedzieć "dla nas jest problemem, że wierzysz w takie bzdury a nie kierujesz
            się zdrowym rozsądkiem. Dlatego nie przyjdziemy na Twój ślub w
            kościele/synagodze/meczecie, ale jeśli oprócz, a najlepiej zamiast tego
            urządzisz ślub w urzędzie, to z chęcią przyjdziemy"
    • anik801 Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 20.07.09, 16:00
      Każdy rodzic chce żeby dziecko kroczyło "dobrą drogą".Niestety świat
      nie jest tak piękny.Ja wiem jedno-nigdy nie wyprę się dziecka.Nawet
      gdyby zrobiła coś bardzo złego.Zawsze będziwe moją córką,nie można
      od tak przestać kogoś kochać.Poza tym to dorosły człowiek.Ma prawo
      do własnych wyborów,nawet jeśli są one inne od naszych.Moja siostra
      też wzięła tylko ślub cywilny(choć mogą wziąć kościelny).Mojej mamie
      też jest ciężko,ale pomaga jej z całych sił i nie potępia.Moja druga
      siostra mieszka z facetem bez ślubu(mają wziąć,ale kiedy?).Moja mama
      jest bardzo wierząca.Jednocześnie jest matką,która dla dzieci zrobi
      wszystko.Może tylko powiedzieć swoje zdanie,ale to wszystko.Dorosły
      człowiek i tak postąpi tak jak on uważa za słuszne.30letni facet nie
      będzie słuchał mamy(choć zdarzają się tacy).
      • twoj_aniol_stroz Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 20.07.09, 16:07
        Wlaśnie przez to jak wujek się męczy, jak bardzo cierpi nie tylko
        on, ale cała reszta też założyłam ten watek.
        Wczoraj na Mszy Św była odmawiana Koronka i właśnie podczas tej
        koronki przyszła do mnie myśl, która nie daje mi spokoju. Otóż
        przyszło mi do głowy, że kuzyn nie nawróci się dopóki ojciec nie
        wyciągnie ręki do zgody...
        Ci rodzice cały czas modlą się o nawrócenie swojego dziecka, cały
        czas wytrwale proszą, a tu taka myśl...
        • madziaq Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 20.07.09, 16:12
          Ale moim zdaniem ta myśl jest bardzo prawdziwa. Bo pomyśl, jakie miałabyś zdanie
          o kościele/wierze, w imię której Twoi rodzice wyrzekli się Ciebie, postanowili
          olać Cię (niestety, taka prawda, nawet jeśli wujek wewnętrznie przeżywał, to z
          perspektywy syna totalnie nie stanął na wysokości zadania) w dniu twojego ślubu?
          Tak po ludzku, czy można dojśc do wniosku, że w imię wyższych wartości, wielkiej
          miłości itd rodzice robią coś takiego swojenmu dziecku? Jeszcze gdyby kogoś
          zabił, okradł, skrzywdził, zrobił coś obiektywnie złego... Ale nie, on po prostu
          ma inne poglądy.
          • verdana Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 20.07.09, 16:22
            Pytanie brzmi - czy dzieci maja obowiązek wyznawać wartosci
            rodziców? czy do konca życia powinni postepować tak, jak kaze ojciec
            i matka, nawet nie mając do tego przekonania?
            Mysle, ze kazdy odpowie na to pytanie "nie" - bo dorosly człowiek
            dlatego wlasnie jest dorosły, ze odpowiada sam za siebie. Odrzucanie
            dziecka dlatego, ze wybrało w życiu wartosci, ktore rodzicom nie
            odpowiadaja, ale nie czynią z niego złego człowieka świadcza o tym,
            ze rodzice nie akceptują doroslosci swego dziecka.
            W mojej rodzinie dwoje rodziców wyrzeklo się dzieci - na zawsze.
            Własnie z powodu zmiany wiary. Cóż, nie przynioslo to nikomu nic
            dobrego. Mój ojciec nie poznał nigdy swoich dziadkow. Moja tesciowa -
            także nie. Nic bardziej nie moglo ich zrazieć do wartosci, jakie
            wyznawali...
        • chrust5 Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 20.07.09, 18:29
          Uwazam, ze wujek postepuje nie fair i, szczerze mowiac (nie chce Cie
          urazac, to Twoja rodzina) po prostu nie na poziomie. Mozna (chyba?)
          w rozmowie z synem powiedziec, ze nie lubi synowej, ale robic
          wlasnemu synowi taki numer! No i jak ktos powyzej rozsadnie
          zauwazyl, jaki niby slub ma brac syn, jesli nie jest wierzacy?!
          Branie koscielnego dla przyjemnosci dziadkow czy rodzicow to jest
          dopiero okropnosc, bylam dwa razy na takich slubach i nigdy wiecej!
          No, a czy jest wierzacy, czy nie, to jednak ma oceniac syn,
          zwlaszcza 30-letni, a nie jego rodzice. Oni robili co mogli przez 30
          lat, teraz moga swiecic przykladem (raczej nie swieca) i modlic sie,
          zycie nalezy do syna. Tak na marginesie: bylismy kiedys na slubie,
          gdzie ze strony panny mlodej pojawili sie nawet, zgodnie, jej od lat
          rozwiedzeni rodzice z drugimi partnerami, bo w koncu jest to slub
          wspolnej corki, nie mowiac o dalszej rodzinie, a ze strony pana
          mlodego jedynie jacys dalecy kuzyni. Rodzice wraz z rodzenstwem nie
          zaszczycili obecnoscia, jak on sie czul, moge sie tylko domyslac,
          dla nas byla to ogromna zenada. Slub byl koscielny, rodzina jego
          bardzo wierzaca, ale mamusia uwazala, ze syn ma powolanie, no i w
          zwiazku z tym zadna synowa nie moze wchodzic w gre. Logiczne, prawda?
          • mader1 Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 20.07.09, 18:36
            . Logiczne, prawda?

            Nie, ale to jej nie przeszkadzało.
            • chrust5 Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 21.07.09, 08:54
              A nie, tu bym sie akurat nie zgodzila. Skoro syn ma byc ksiedzem
              (sytuacja okreslana przez moich znajomych ksiezy mianem 'mamusia
              miala powolanie'), to zadna synowa nie wchodzi w gre. A tu jeszcze z
              rozwiedzionej rodziny! Czego jak czego, ale logiki temu rozumowaniu
              nie mozna odmowic...
    • justyna.ada Re: śluby? 20.07.09, 16:19
      A mnie tak naszło, czytając między wierszami. Czy Wy będąc
      zaproszonymi na czyjś ślub cywilny, (jeśli jest to osoba niechodząca
      do kościoła i kościelnego nie bierze) odmawiacie? No bo dla mnie to
      ciut dziwne... Jak ktoś nie wierzy, to mam nie uznawać w ogóle że
      się ożenił?? to byłoby bez sensu smile
      • twoj_aniol_stroz Re: śluby? 20.07.09, 16:23
        Nie odmawiam, nie zdarzyło mi się...
        Ta refleksja właśnie na ślubie cywilnym była spowodowana własnie
        nieobecnoscią najblizszego członka rodziny Pana Młodego...
    • isma Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 20.07.09, 17:13
      No ale zaraz. Jak ten mlody czlowiek jest niewierzacy, to jaki on slub ma brac?
      Koscielny? No przeciez nie.
      Wiec chociaz tyle, ze sie zdecydowal komus zlozyc jakies zobowiazanie - zgadzam
      sie, nie tej wagi jak sakrament, ale jednak.

      Na cywilny slub konsekwentnie niewierzacego z konsekwentnie niewierzaca bym
      poszla. W przypadku roznostronnym bym sie pewnie zastanawiala, czy nie mogli
      wziac koscielnego za dyspensa. Rozumiem tez - do pewnego stopnia - sluby cywilne
      brane z powodow czysto formalnych, ale wtedy uwazam organizowanie z ich okazji
      fety z udzialem gosci za nieporozumienie.
      • twoj_aniol_stroz Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 20.07.09, 17:22
        W tym problem, że rodzice nie bardzo przyjmują do wiadomości fakt,
        że ten chłopak nie wierzy, a dochodzi tu jeszcze problem wybranki,
        za którą wujek, delikatnie mówiąc, nie przepada.
        Dziewczyna sama w sobie nie jest jakimś dziwnym indywiduum, po
        prostu zwykla dziewczyna. Miała pecha, że kiedyś była dziewczyną
        innego kuzyna i to chyba wujka najbardziej w tym wszystkim boli.
        Piszę "chyba", bo sam tego głośno nie powie, to są domysły rodzinne
        i niekoniecznie musza byc zgodnie z prawdą.
        • mader1 Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 20.07.09, 17:26
          gdzieś kiedyś przeczytałam, że brak akceptacji dla narzeczonej, żony dziecka,
          jest tak naprawdę brakiem zaufania do jego wyborów.
          Tak chyba jest. I to naprawdę boli sad
          • verdana Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 20.07.09, 17:48
            No cóż. O ile odrzucenie dziecka z przyczyn wiary/niewiary jest już
            bardzo dyskusyjne, odrzucenie go, bo wybrał żone, ktora się rodzicom
            nie podoba jest poza dyskusją.
            • mader1 Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 20.07.09, 18:34
              Myślę, że dziecku należy się przede wszystkim szacunek.Jako człowiekowi. I temu
              najmłodszemu i temu całkiem, całkiem dorosłemu. Nawet, jak serce boli, nawet jak
              są obawy.
              Wiecie co ? Ja się zastanawiam, skąd u niektórych rodziców, ale nie tylko
              rodziców, bo czasem znajomych też, przekonanie, że wiedzą lepiej, że lepiej by
              to zrobili, rozegrali i podjęliby lepsze decyzje.
              Każdy ma swoje pięć minut i tym powinien się zająć.
    • twoj_aniol_stroz Bardzo Was proszę o modlitwę... 20.07.09, 20:14
      w intencji ich zgody. Rodzice modlą się za nawrócenie syna, więc my
      bedziemy się modlić o zgodę w tej rodzinie, dobrze?
      Dziękuję Wam bardzo za mądre myśli. Dziękuję za pochylenie się nad
      tematem kiss
      • mader1 Re: Bardzo Was proszę o modlitwę... 20.07.09, 21:30
        dobrze.
    • ese1 Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 20.07.09, 20:24
      pisalam juz gdzies kiedys o mojej znajomej muzulmance i o zwyczajach jej kulury,
      ze dziewczyna musi koniecznie wyjsc za muzulmanina (nawet jezeli mieszka w
      Niemczech i tu sie wychowuje), bo inaczej rodzina sie od niej odwraca
      nasza religia jest inna. Fakt, boli jezeli nasze kochane dziecko popelnia bledy,
      ale jezeli kochamy je tak naprawde, to wazne, zeby przy nim byc, a nie od niego
      sie odwracac. Mysle, ze w pierwszej kolejnosci powinna byc wlasnie milosc a nie
      szantaz emocjonalny, albo twoja 'dziewka' albo my. Jezeli jedynym powodem
      odwrocenia sie od dziecka jest jego wybor zyciowego partnera, to jest to bardzo
      nie w porzadku!
    • nati1011 Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 20.07.09, 20:44
      Jest logiczne, ze niewierzacy bierze ślub cywilny. Ale jest równie
      logiczne, ze dla wierzacych rodziców jest to grzeszny (nie zły, a
      grzeszny) związek. Czy nie jest logiczne, że tak samo rodzicom
      nalezy sie szacunek? Czy też w imię miłości do dzieci maja łamać
      swoje sumienie? Może gdyby nie wczęsniejsze awantury obie strony
      potrafiłyby się wzajemnie zrozumieć? Odnośnie swoich dzieci sie nie
      bedę wypowiadać, bo są jescze za małe. Ale jako dziecko doskonale
      wiedziałam, ze moja mam nie zaakceptuje pewnych sytuacji. Np pomysłu
      wyjścia za rozwodnika. I gdybym się na cos takiego zdecydowała, to
      zrozumiałe byłoby dla mnie, ze ten związek nie ejst akceptowany. Tak
      samo jak mieszkanie bez ślubu itp. Nie we wszystkim słuchałam mamy,
      ale przecież nie mogłam mieć pretensji, ze tego nie akceptuje. Tak -
      w skrajnym wypadku potrafie sobie nawet wyobrazić, ze nie przyszłaby
      na mój ślub. I nie miało to nic wspólnego z nasza wzajemną miłością.

      Mam tylko 1 pytanie. W Polsce jest "kościół" złożony przez pana
      Szymona Niemca. Udziela on "ślubów" parom homoseksualnym. Czy w imię
      tej samej miłości i akceptacji do dziecka poszlibyście na taki
      homoseksualny ślub koscielny? A jeżeli nie, to czym on się rózni - z
      punkutu widzenia chrześijaństwa - od ślubu cywilnego? Pytanie to
      kieruję do tych, dla których ślub jest sakramentem.
      • ese1 Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 20.07.09, 21:05
        nati1011 napisała:

        Czy nie jest logiczne, że tak samo rodzicom
        > nalezy sie szacunek? Czy też w imię miłości do dzieci maja łamać
        > swoje sumienie?


        prawde mowiac nie widze zwiazku. Czy wybor wlasnej drogi zycia laczy sie z
        brakiem szacunku? Moi rodzice chcieli, aby moj brat byl inzynierem, on sam
        zostal muzykiem. Czy postapil wbrew szacunku wobec rodzicow?? Szacunek to nie
        posluszenstwo a w sumieniu swoim kazdy odpowiada za siebie, a nie za innych.
        Owszem, moze popelnili gdzies jakis blad wychowawczy i teraz sa tego owoce, ale
        czy nalezy obwiniac wlasnymi bledami wlasne dziecko? Co ma ich sumienie do
        rzeczy z zyciem tego doroslego czlowieka, ktory ma w zyciu prawo do swoich
        wyborow i sam je powinien poddawac wlasnemu sumieniu.

        > samo jak mieszkanie bez ślubu itp. Nie we wszystkim słuchałam mamy,
        > ale przecież nie mogłam mieć pretensji, ze tego nie akceptuje.


        tu nie chodzi chyba tyle o brak akceptacji pretensji rodzicow, co probe ochrony
        swojego zycia przed ich toksyczna ingerencja. Na pewno jego postepowanie nie
        jest do konca OK, ale to tez jest ludzkie buntem i niechecia odpowiadac na
        niechec... a moze to rozczarowanie, zal wlasnie braku milosci i podzielania
        przez najblizszych takiego szczescia, jakie sobie samemu wybral

        > Mam tylko 1 pytanie. W Polsce jest "kościół" złożony przez pana
        > Szymona Niemca. Udziela on "ślubów" parom homoseksualnym. Czy w imię
        > tej samej miłości i akceptacji do dziecka poszlibyście na taki
        > homoseksualny ślub koscielny? A jeżeli nie, to czym on się rózni - z
        > punkutu widzenia chrześijaństwa - od ślubu cywilnego? Pytanie to
        > kieruję do tych, dla których ślub jest sakramentem.

        to trudne pytanie. Moglabym wiele madrosci i teorii tutaj wysuwac, ale inaczej
        sie postepuje bedac w takiej sytuacji. Jedno wydaje mi sie pewne, nie mozna tej
        sytuacji przyrownywac do zycia dwojga ludzi, kobiety i mezczyzny, bez slubu
        koscielnego. To juz nie tylko sprawa odrzucenia wiary jak sprawa innej
        orientacji seksualnej, co bardzo czesto nam katolikom duzo trudniej jest
        przelknac niz jezeli mowa tylko o odrzucenia Boga z zycia rodzinnego.
        • mamachlopca1 Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 20.07.09, 21:20
          moja tesciowa i cala meza rodzina miala inna wizje powolania syna niz malzenstwo
          wiec bardzo dlugo nie akceptowali ani calej sytuacji naszej ani slubu ani
          zareczyn a juz najmniej mojej osoby.i tez robili taki na pokaz wyrzut
          sumienia-zobacz synu jak mnie meczysz,jestem cieniem czlowieka, cierpie-w
          podtekscie"przez ciebie".dla mnie to jest w pewnym sensie zaprzeczenie milosci
          rodzicielskiej.bo co wtedy rodzic chce osiagnac?szantazem emocjonalnym zmusic
          dziecko-dorosle i stanowiace o sobie-by robilo jak rodzic chce?a nie patrzac na
          wlasne wybory, uczucia byle zadowolic rodzica? sprzeczne z miloscia dajaca wolnosc.
          najwazniejsze jest stawac przed soba samym w prawdzie i jesli kuzyn odszedl od
          Kosciola to slusznie zrobil biorac slub cywilny a nie oklamujac siebie, Boga,
          rodzine.po prostu mial odwage i tyle.a rodzic owszem-powinien sie moim zdaniem
          modlic za dziecko ale nie moze zmusic do niczego.a niepojawienie sie to tylko
          stwarzanie niepotrzebnych gniewow. albo poza-patrzcie ludzie jaki ten moj syn
          ale ja mu pokarze!jak sie zmieni to i przyjdzie ze lzami to MOZE mu przebacze.
          i jeszcze jedno-czy gdyby to byl slub obcych, znajomych-to wujek tez by nie
          poszedl bo tylko cywilny?
      • mader1 Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 20.07.09, 21:49
        Wiesz co ? Tak, wiedziałam, że pewne rzeczy są przez moich rodziców nie do
        zaakceptowania. Ale myślę, że to nie dlatego tych rzeczy nie zrobiłam, że
        wiedziałam, że to jakieś tam " nigdy tego nie zaakceptujemy". Za tym szły
        rozmowy. Ja rozumiałam, dlaczego oni tego " nie akceptują". Trochę ta ich
        konsekwencja podobała mi się. Chciałam ich akceptacji, bo ta miała dla mnie
        znaczenie. I potrafili mi to wytłumaczyć, pomimo iż nie byliśmy wzorową rodziną.
        Czy wyobrażam sobie, zeby zrobiła coś " co im się w głowie nie mieściło". Chyba
        tak. Teoretycznie mogłabym. Ale musiałabym mieć powody. I jakoś ( choć nie
        miałam okazji sprawdzić) przez skórę czuję, że chociaż lekko by nie było, oni BY
        MNIE WYSŁUCHALI. I
        próbowali zrozumieć.
        Nati, ja nie powiem Ci nic " gotowego". Nie kryję przed dziećmi swoich poglądów
        i rozmawiam z nimi " dlaczego". I rozmawiamy o sytuacjach, które widzimy. Ale
        wIEM, ze gdyby przyszło do mnie dziecko, które zrobiłoby coś " kosmicznego" czy
        podjęło " kosmiczną decyzję" spróbowałabym je ZROZUMIEĆ. Niekoniecznie
        usprawiedliwić, wcale nie zmienić poglądów. Zamiast "obrażać się" ( co to w
        ogóle za forma relacji między dwojgiem bliskich sobie, dorosłych ludzi),
        próbowałabym poszukać trochę winy w sobie. Spróbować pomóc trochę ponieść
        ciężar. Bo ja rozumiem, że skoro ludzie się kochają i są sobie tak bliscy, jak
        rodzice i dziecko, to musi być naprawdę POWAŻNY powód, by podjęć decyzje, która
        zrani osobę najbliższą.
        Wiara i relacja do Boga, relacja miedzy Bogiem a człowiekiem, jest o ponad
        relację posłuszeństwa rodzicom. W Boga nie wierzy się dlatego, żeby komuś
        sprawić przyjemność czy okazać szacunek czy posłuszeństwo. W Boga się wierzy
        lub nie wierzy. I jeżeli ma się z Nim jeszcze jakieś sprawy do załatwienia,
        rodzice mogą wspierać, modlić się i czekać.
        Natomiast jeżeli chodzi o małżonka, jest to decyzja , którą, po przemyśleniu
        wszystkiego, należy podjąć samemu. Też niezależnie od humorów najbliższych. I
        choć Krzyś może lepiej pasować do rodziny, być przystojniejszy i mieć więcej
        pieniędzy , to ja czuję,że Darek to jest TEN.
        • verdana Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 20.07.09, 21:52
          Moi przodkowie zostali wykleci, poniewaz się ochrzcili. Wiedzieli,
          ze jest to nie do zaakceptowania dla ich rodzin.
          czy wobec tego powinni z chrztu zrezygnować?
          • mader1 Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 20.07.09, 22:30
            tak, oni pojęli, musieli podjąć decyzję. Relacja z Bogiem i prawda o tej relacji
            jest ponad wszystkie " grzeczności".
            Jeżeli uwierzyli w Chrystusa, musieli podjąć taką decyzję. Decyzja ich rodziców,
            którzy w Chrystusa nie mogli uwierzyć, musiała być inna. Ale... na miejscu
            rodziców próbowałabym zrozumieć.

            Właściwie, było jakieś lekkie podobieństwo - lekkie, ale zawsze- do mojej
            sytuacji z młodości. Moja mama wierzyła, tato nie. Nie mogę chyba napisać, ze
            moja wiara to dla taty kompletny kosmos był, no bo przecież żył obok wierzącej
            żony. Niemniej trudno było mu się pogodzić, trudno było mu zrozumieć i przyjąć
            do wiadomości. Było gadanie, były uszczypliwości i dokuczanie. Ale relacji nie
            zerwał.
            • verdana Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 20.07.09, 23:42
              No własnie - w tę stronę "musięli" (choc nie do konca - w jednym
              wypadku chodzilo o faktyczne nawrocenie, w drugim - raczej o
              małżenstwo). Musieli, mimo że rodzice od wczesnego dziecinstwa
              uczyli ich, ze tego robić nie wolno, ze moga aprobować rózne rzeczy,
              ale tej jednej - nie, nigdy.
              I w tym wypadku jakos nikt nie powie, ze zerwanie kontaktow powinno
              być dla tych ludzi absolutnie oczywiste, ze powinni to zaakceptować.
              • mader1 Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 20.07.09, 23:48
                ale( jeżeli poprzedni post kierowałaś do mnie,co nie jest dla mnie jasne ) wcale
                nie uważam, że tylko w tym przypadku musieli. Jeżelibym przestała wierzyć, też
                bym musiała, trudno byłoby udawać.
                • verdana Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 20.07.09, 23:53
                  Alez nie - to było raczej uzupelnienie Twojego postu, jako odpowiedź
                  Nati. Że bylaby sklonna zrozumieć swoją mame, gdyby postapila
                  niezgodnie z tym, co rodzice uznaja za sluszne.
                  Chicałam pokazać, ze gdy nasze wartości zgadzaja się z
                  wartosciami "buntownikow", to sprawa natychmiast przestaje być
                  oczywista.
          • isma Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 20.07.09, 23:02
            Ale przeciez Mader to juz napisala:
            "Wiara i relacja do Boga, relacja miedzy Bogiem a człowiekiem, jest o ponad
            relację posłuszeństwa rodzicom. W Boga nie wierzy się dlatego, żeby komuś
            sprawić przyjemność czy okazać szacunek czy posłuszeństwo. W Boga się wierzy
            lub nie wierzy."

            Tu wybor jest zerojedynkowy, a relacja miedzy Bogiem a czlowiekiem, i nikt nie
            powienien w nia w sposob, powoiedzmy, wladczy, ingerowac.

            Natomiast relacje miedzyludzkie maja to do siebie, ze podlegaja roznym
            zewnetrznym wplywom. Wszystkie. Jest tylko kwestia zakresu tego wplywu. I tu
            warto pamietac, ze z jednej strony oczywiscie to Jasio ma prawo wybrac sobie
            Kasie a nie Zosie, ale z drugiej... nie jest na swiecie tak, ze dla Jasia jest
            przeznaczona tylko Kasia (oczywiscie mowimy o etapie dokonywania wyboru, nie o
            etapie, kiedy juz istnieje malzenstwo), a z zadna inna nigdy nic mu sie stworzyc
            nie uda.
            Czasem jest tak, ze otoczenie potrafi wskazac na cos, czego zaangazowana osoba
            nie dostrzega, albo uwaza za malo istotne. Czasem to jej da do myslenia, a
            czasem nie. I otoczenie ma prawo wyrazic to swoje zdanie. Ale ostatecznie wybor
            nalezy do niej.
            • mader1 Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 20.07.09, 23:21
              > Czasem jest tak, ze otoczenie potrafi wskazac na cos, czego zaangazowana osoba
              > nie dostrzega, albo uwaza za malo istotne. Czasem to jej da do myslenia, a
              > czasem nie. I otoczenie ma prawo wyrazic to swoje zdanie.

              No, pewnie niektóre rzeczy widać lepiej, jak sie jest niezaangażowanym. Chyba
              trzeba powiedzieć, jeżeli to coś ważnego. Ważnego. Ale jak to zrobić ?
              Zastanawiam się czy znam taką historię, że rodzice w dobry, spokojny sposób
              przestrzegli dziecko przez złym wyborem. Z pewnością znam dwie sytuacje, gdy
              dzieci pobrały się NA ZŁOŚĆ rodzicom. Nie było to jedyne kryterium wyboru, ale z
              pewnością podstawowe - wybranek miał się NIE PODOBAĆ rodzicom.
              Co pozostaje,jak widzi się katastrofę. Próbować przestrzec, rozmawiać , ale czy
              grozić i szantażować można ?
              No i sama nieobecność na ślubie... to przecież nic nie daje. To już "po
              wszystkim" jest.
              • mader1 No napiszcie... 20.07.09, 23:28
                może jacyś rodzice lub znajomi umiejętnie odwiedli kogoś od złej decyzji o ślubie.
                • nati1011 Re: No napiszcie... 21.07.09, 07:59
                  Chyba bardzo trudno o zdjecie komuś różowych okularów smile Najlepiej
                  sprawdza sie nie metoda odwodzenia od danej osoby tylko proszenie o
                  odwleczenie decyzji o ślubie. Ten czas pozwala zakochanemu dojrzeć
                  wady wybranka. I znam kilka takich przypadków, gdzie takie pary same
                  sie rozsypały. Choć np rok wczęsniej dziewczyna chciała brać ślub
                  choćby w najbliższy wtorek wink

                  I znam też parę osób, które dziś, po paru latach mówią otwarcie, że
                  rodzice mieli rację i żałują, że ich nie posłuchali. Niestety
                  pewnych błędów nie da się już bezboleśnie naprawić.
      • vocativa Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 21.07.09, 01:49
        Nati1011 napisała:
        Mam tylko 1 pytanie. W Polsce jest "kościół" złożony przez pana
        Szymona Niemca. Udziela on "ślubów" parom homoseksualnym. Czy w imię
        tej samej miłości i akceptacji do dziecka poszlibyście na taki
        homoseksualny ślub koscielny? A jeżeli nie, to czym on się rózni - z
        punkutu widzenia chrześijaństwa - od ślubu cywilnego? Pytanie to
        kieruję do tych, dla których ślub jest sakramentem.

        Czy bym poszła bardzo trudno mi powiedzieć bo nie mam jeszcze dzieci i bardzo
        trudno jest mi sobie wyobrazić taką sytuację.Ale jeżeli chodzi o Twoje drugie
        pytanie:czym z punktu widzenia chrześcijaństwa różni się homoseksualny ślub
        "kościelny" od ślubu cywilnego? to mi się wydaję,że istnieje zasadnicza różnica.
        Ślub cywilny jako stały związek mężczyzny i kobiety jest zgodny z prawem
        naturalnym,więc nawet w stosunku do osób ochrzczonych częściowo spełnia zamysł
        Boży.Natomiast związek osób homoseksualnych jest sprzeczny z prawem naturalnym i
        oczywiście obcowanie mężczyzn z mężczyznami i kobiet z kobietami jest wprost
        potępione w Piśmie Świętym.
        • nati1011 Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 21.07.09, 09:14
          vocativa napisała:

          >czym z punktu widzenia chrześcijaństwa różni się homoseksualny ślub
          > "kościelny" od ślubu cywilnego? to mi się wydaję,że istnieje
          zasadnicza różnica
          > .
          > Ślub cywilny jako stały związek mężczyzny i kobiety jest zgodny z
          prawem
          > naturalnym,więc nawet w stosunku do osób ochrzczonych częściowo
          spełnia zamysł
          > Boży.Natomiast związek osób homoseksualnych jest sprzeczny z
          prawem naturalnym
          > i
          > oczywiście obcowanie mężczyzn z mężczyznami i kobiet z kobietami
          jest wprost
          > potępione w Piśmie Świętym.

          Ale z punktu widzenia Pisma Świetego oba zachowania są grzeszne i to
          z kategorii tej cieżkiej.
          • sulla Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 21.07.09, 17:58
            Z punktu widzenia Pisma Świętego trudno jest rozpatrywać ślub cywilny, bo taki
            po prostu nie istniał w czasach biblijnych.

            Ja np. nie mam jeszcze ślubu kościelnego - gdy wychodziłam za mąż, nie byłam
            ochrzczona, ale planowałam chrzest w przyszłości. Dlatego zdecydowaliśmy się na
            ślub cywilny (żeby nie żyć na kocią łapę), a teraz planujemy kościelny.
            Przyznam, że postawienie ślubu cywilnego na równi ze związkiem homoseksualnym
            jest dla mnie co najmniej przesadą, jeśli nie niesprawiedliwością.
            Mieliśmy to szczęście, ze zarówno moja wierząca teściowa katoliczka przyszła na
            ślub, jak i moi niewierzący rodzice i teściowa przyszli potem na chrzest w
            kościele luterańskim. Cieszę się z tego bardzo.
            • nati1011 Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 21.07.09, 19:34
              porównanie ślubu cywilnego i homoseksualnego dotyczyło - z punktu
              widzenia katolicyzmu - faktu że jeden i drugi jest grzechem cieżkim
              oraz argumentacji, ze rodzice powinni bezwarunkowo brac udział w
              radosnym wydarzeniu jakim jest ślub dziecka. Zakładam, ze dla
              homoseksualistów ślub też jest spełnieniem marzeń. A i sam ślub
              cywilny - jak tu pisaliśmy - moze mieć rózne odcienie. Nie bierz
              tego, proszę, do siebie smile
            • mmb Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 22.07.09, 07:29
              Sulla,
              W kościołach protestanckich jest inna optyka - ślub nie jest sakramentem!
              Dla mnie osobiście ślub w kościele jak i ten w urzędzie jest ważny poprzez to co
              sobie małżonkowie obiecują i oba są równie nie rozerwalne.
              (List Jakuba 5:12  A przede wszystkim, bracia moi, nie przysięgajcie ani na
              niebo, ani na ziemię, ani nie składajcie żadnej innej przysięgi; ale niech wasze
              "tak" będzie "tak", a wasze "nie" niech będzie "nie", abyście nie byli
              pociągnięci pod sąd.)
              • sulla Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 22.07.09, 09:45
                MMB, masz rację, nasz ślub cywilny jest uznawany za pełnoprawny ślub, choć my i
                tak planujemy ślub kościelny - a to dlatego, że chcemy potwierdzić nasze bycie
                razem przed Bogiem. Nie, żeby Bóg nie wiedział wink Ale to dla nas ważne.
                • nati1011 Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 22.07.09, 10:01
                  natomiast w Kościele Katolickim ślub cywilny oznacza grzech
                  cudzołówstwa. Osoby żyjące w takim związku są w stanie grzechu
                  cieżkiego i nie mogą przystępowac do sakramentów do czasu
                  uregulowania swojej sytuacji. Z małymi naprawdę wyjątkami.
                  • sulla Re: Pomóżcie w ocenie sytuacji :( 22.07.09, 10:24
                    Tak więc rozumiem strach ojca katolika o syna, który zdecydował się tylko na
                    ślub cywilny. Ale jestem też przekonana, że gdyby niewierzący syn wziął ślub
                    kościelny tylko dla zadowolenia rodziców, to nie byłoby to zachowanie moralne.
                    Myślę, ze problemem w sytuacji, którą omawiamy nie jest naprawdę ślub cywilny,
                    bo on jest skutkiem prawdziwego problemu - utraty wiary. I teraz pytanie, jak ma
                    zachować się wierzący rodzic wobec niewierzącego dziecka? Myślę, ze jednak
                    zostać blisko, także po to, by nadal dawać świadectwo wiary i być moze ułatwić
                    kiedyś dziecku powrót do Boga.
      • nati1011 Nie pisałam.... 21.07.09, 07:51
        Nie pisałam, o zawiedzionych ambicjach rodziców (nie taki wybor
        drogi życiowej) tylko o wyborze przez dziecko drogi, która jest
        grzechem.

        Nie pisałam o robieniu czegoś, by się przypodobac mamie tylko o
        liczeniu sie z konsekwencją postępowania w postaci braku akceptacji
        danego postepowania.

        Nie pisałam o obrażaniu się na dziecko, tylko o wzajemnym szacunku,
        który zakłada, ze obie strony mogą mieć przekonania, których nie
        bedą w stanie złamać nawet dla bliskich, bo - wg nich nie jest to
        miłe Bogu.

        Nikogo nie można zmusić do wiary - to oczywiste. Ale nawet w
        przypadku dorosłego człowieka czasami trzeba interweniować. Zdarza
        mi się usłyszeć - nie tylko od rodziców - że robię coś źle. I
        przeważnie jest to spowodowane życzliwością tej osoby, która chce
        mnie ustrzec przed jakimś złem. Nie rozumiem co w tym złego.

        --------------------------

        Verdana - twój sposób argumentacji i dyskuzji zaczyna mnie meczyć.

        Nie beę tłumaczyć zasad logiki, ale wybór "wiara" nie ma tej samej
        wartości logicznej co wybór "ateizm", który zakłada nie tyle wybór
        czegoś, co raczej brak czegoś. Jeżeli mowimy o ateizmie, to nie
        rozumiem problemu chrztu dziecka. Mozemy to rozpatrywac co najwyżej
        w kategorii tej samej jak wybór innego kierunku studiów niż chceli
        rodzice.
        W przypadku jednak wiary w Boga mówimy o wyborach na wagę życia i
        śmierci. Wybór grzechu to śmierć dla duszy, groźba wiecznego
        potępienia, największej, niewyobrażalnej tragedii dla człowieka. A w
        przypadku małżeństwa nie mówimy o grzechu jednorazowym lecz
        trwającym czesto latami, z którego bardzo trudno jest sie potem
        wygrzebać. Czy naprawdę tak cie dziwi, że rodzice chcą przed tym
        ustrzec swoje dziecko?

        Przy okazji może jednak odpowiesz na moje pytania w sąsiednim wątku?
        • verdana Re: Nie pisałam.... 21.07.09, 09:08
          To co jest grzechem dla rodzica nie musi byc grzechem dla dziecka.
          Moja babka chrzac się popelnila grzech ogromny, niewybaczalny z
          punktu widzenia swojej rodziny. Skazała się na potepienie - z ich
          punktu widzenia. Zgadzasz sie zatem, ze byłoby duzo lepiej, aby
          przekonali do rezygancji z małżenstwa i chrztu? Oni przeciez tak
          samo wierzyli, ze przyjecie chrzescijanstwa jest zlem, jak ty
          wierzyz,ze zlem jest odejście od niego.
          Mozna uwazać, ze dorosle dziecko robi coś źle - ale w momencie, gdy
          w gre wchodzi nie krzywdzenie innego czlowieka czy przestepstwo, ale
          sprawy wiary - to juz nie jest po prostu zyczliwość. To niemożność
          przyjęcia, ze nasze wlasne dziecko ma prawo wybrać wlasna drogę
          życia i nie liczyc się z opiniami rodziców w najmniejszym stopniu.
          Bo wtedy nie interweniujemy w imie 'dobra" tylko w imię przekonania,
          że prawda musi być po naszej stronie.
          Nie ma wyboru "ateizm", wybacz. Wiara lub brak wiary to nie wybor,
          gdyby tak było, życie byloby o wiele prostsze. czlowiek, ktory
          utracił wiarę nie może powiedzieć sobie "OK mamusia ma rację,
          poprawie się i znowu uwierzę".
          Nie zrozumialam tego zdania o kierunku studiow i chrzcie.
          • nati1011 Re: Nie pisałam.... 21.07.09, 09:32
            Verdana
            ateizm wg definicji oznacza brak wiary w Boga. Może wytłumacz co ty
            rozumiesz pod tym pojeciem. Bo z twoich postów odnosze wrażenie, ze
            coś całkiem innego.

            Jeżeli bowiem założymy, że ateizm jest brakiem wiary to jako żywo
            nie rozumiem co złego jest w przyjęciu wiary przez dziecko
            ateistycznych rodziców? Dziecko zyskało coś, czego nie miało lub
            czego nie mieli rodzice? Gdzie problem? Czy cos traci? Czy dzieje mu
            sie krzywda?



            > Nie ma wyboru "ateizm", wybacz. Wiara lub brak wiary to nie wybor,

            Właśnie o tym mówię.Wybrać mogę między judaizmem a chrześcijaństwem.
            Ateizm oznacza brak wiary. Nie wybór. Nie jest wiecz logicznie równa
            sytuacja:
            ateista zyskuje wiarę - nie równa sie - wierzący traci wiarę.

            • verdana Re: Nie pisałam.... 21.07.09, 09:39
              Ateizm oznacza IMO wiarę, ze Boga nie ma. Albo brak wiary w Boga.
              Co jest zlego w przyjeciu wiary przez dziecko ateistycznych
              rodziców? Nic. I tu jest pies pogrzebany. Nic, oprocz tego, ze
              dziecko uwierzylo w coś, co rodzice uwazaja za przesąd, za rzecz
              nieprawdziwą. Ateista czy czlowiek niewierzący nie uzna, ze dziecko
              cos zyskało - raczej uzna, ze cos stracilo - na przykład mozliwość
              kierowania się wlasnymi wartosciami, a nie wartosciami, ktore
              narzucane sa przez religię.
              I chyba nie zrozumialas sytuacji mojej babki - jej rodzice byli
              oczywiscie wierzacymi Żydami. Dla ktorych chrzest był grzechem.
              • nati1011 Re: Nie pisałam.... 21.07.09, 10:59
                verdana napisała:

                > I chyba nie zrozumialas sytuacji mojej babki - jej rodzice byli
                > oczywiscie wierzacymi Żydami. Dla ktorych chrzest był grzechem.


                Nie zrozumiałyśmy się - pisałaś tylko o ateizmie w rodzinie.
                Odniosłam wrażenie, ze rodzice babki byli ateistami i za chrzest
                wyklęli córkę.

                Skoro byli Żydami, to zmienia postać rzeczy - i rozumiem ich
                postawę. Tak, z ich punktu widzenia chrzest był grzechem. I mieli
                rację, że z ich punktu widzenia córka popełniła coś strasznego. ALe
                o tym też już rozmawialiśmy. I jakoś doszliśmy do wniosku, że -
                aczkolwiek nie bez bólu - łatwiej jest zaakceptować zmiane religii
                na pokrewną - np katolicyzm na protestantyzm niż odejście od Boga
                całkowicie.

                > Co jest zlego w przyjeciu wiary przez dziecko ateistycznych
                > rodziców? Nic. I tu jest pies pogrzebany. Nic, oprocz tego, ze
                > dziecko uwierzylo w coś, co rodzice uwazaja za przesąd, za rzecz
                > nieprawdziwą. Ateista czy czlowiek niewierzący nie uzna, ze
                dziecko
                > cos zyskało - raczej uzna, ze cos stracilo - na przykład mozliwość
                > kierowania się wlasnymi wartosciami, a nie wartosciami, ktore
                > narzucane sa przez religię.

                I tu się zgadzamy - chrzest w rodzinie ateistycznej nie jest wielką
                tragedią - co najwyzej bedą sie dziwić. Sytuacja odwrotna tragedią
                jest. Mniejsza lub większą.
                • verdana Re: Nie pisałam.... 21.07.09, 15:04
                  No, tosmy się zrozumialysmile
                  Tyle tylko, ze ojciec mojej babki skrzywdził przy okazji także jej
                  siostry, swego wnuka i pare innych osob. No i najtrudniejsza rzecz w
                  tym wszystkim - dla wielu osob jest oczywiste, ze to co zrobiła maja
                  babcia bylo dobre. Tymczasem chcąc podporządkować się rozicom
                  musiałaby zostać przy religii, ktora stala się jej obca.
                  Moja babka nigdy więcej nie zobaczyla swojego ojca - zostala uznana
                  za zmarłą (podobnie jak ojciec mojej tesciowej). Jej matka
                  rozpaczała - nie zobaczyla nigdy wnuka, nie mogla utrzymywac
                  kontaktow z ukochana corka (czasem podobno spotykaly się
                  potajemnie). Moj ojciec nie zna imienia dziadka. Czyli mnostwo osob
                  zostalo bardzo powaznie krzywdzonych...
        • twoj_aniol_stroz Re: Nie pisałam.... 21.07.09, 09:53
          > Nie pisałam o obrażaniu się na dziecko, tylko o wzajemnym
          szacunku,
          > który zakłada, ze obie strony mogą mieć przekonania, których nie
          > bedą w stanie złamać nawet dla bliskich, bo - wg nich nie jest to
          > miłe Bogu.
          Tylko na czym ten szacunek polega? Na ignorowaniu święta dwojga
          ludzi przez najblizszą osobę? Przecież idąc tym torem kuzyn powinien
          nie odwiedzać rodziców z okazji Bożego Narodzenia, czy
          Wielkiejnocy... Odwiedza ich, bo wie, że dla nich jest to duże
          swięto, dla niego nie, ale w imię więzi rodzinnych to robi. Podobnie
          jest ze ślubem cywilnym. Coraz bardziej myślę, że taki wybór dla
          rodziców wierzacych jest dramatem, ale... no właśnie, wydaje mi się,
          że mimo wszystko dla dziecka, dla wybranki syna, dla więzi
          rodzinnych lepiej jest jednak być na takim ślubie. Właśnie w imię
          miłości do dziecka, po to by mu pokazać, że go nie odrzucam.
          • atama Re: Nie pisałam.... 21.07.09, 11:22
            Rozumiem to tak, że Wujek prawdziwie boi się o syna. W tym lęku
            chwyta się nie zawsze najmądrzejszych sposobów...
            Przykra sytuacja.
            Przychodzi na myśl faryzejska walka o literę prawa przeciw miłości,
            która wszak najważniejsza. Taki banał, a okazuje się, że w
            codzienności na takich banałach się wykładamy.
            Ktoś powie, że przecież Wujek tak z miłości do syna. I to też
            prawda. Gdyby mu nie zależało, to by się tak na ten ślub nie
            oburzał.

            • nati1011 Re: Nie pisałam.... 21.07.09, 11:49
              atama napisała:

              > Ktoś powie, że przecież Wujek tak z miłości do syna. I to też
              > prawda. Gdyby mu nie zależało, to by się tak na ten ślub nie
              > oburzał.
              >

              Jeżeli oni tak z miłości to w końcu się dogadają. Gorzej jak ktoś
              załania się Bogiem by jego racja była na wierzchu. A i tak często
              bywa... sad
          • nati1011 Re: Nie pisałam.... 21.07.09, 11:26
            Aniołku, nie psiałam, ze to łątwe. Bardzo trudne - ale czasem obie
            strony mają swoje racje. I nie jestem zdania, ze to rodzice zawsze
            musza ustąpić. Zwłaszcza, ze dotyczy to już osób dorosłych co do
            których nie ma już obowiazków opiekuńczych.

            Myślę, że jeżeli wcześniej relacje są prawidłowe, to nawet taki
            dramatyczny wybór nie bezie powodem zerwania więzi czy awantur.

            Przecież każdy z nas czasem robi coś co sie rodzicom nie podoba. Ale
            mówimy, ze jesteśmy dorośli i taka jest nasza decyzja. Ale rozumiem
            też, ze komuś moze się to nie podobać. Na tym polega
            odpowiedzialność.
            • atama Re: Nie pisałam.... 21.07.09, 11:30
              Nie jestem przekonana, że to zależy od wcześniejszych relacji.
              Wujek może się bać potępienia. Nie tylko dla syna. Również że i na
              siebie ściąga Bożą - nazwijmy to - dezaprobatę nie walcząc do końca
              o uratowanie syna. To jakby się poddał, jakby przyzwolił...
              Nie pochwalam takiej postawy, swojego dziecka bym w takiej sytuacji
              nie odrzucała. Staram się tylko zrozumieć...
              • mader1 Re: Nie pisałam.... 21.07.09, 12:32
                bać to ja się często boję. Ale roztropność jest cnotą równą pobożności. Trzeba
                więc, choć z sercem pełnym lęku, zastanowić się roztropnie, co niby to nie
                pójście na ślub, choćby i bez sensu zawierany, ma konkretnie, oprócz poczucia
                żalu i niechęci, zerwania kontaktów, dać.
                W związku z tym zastanowię się nad sytuacją drastyczną, zagrażającą życiu.
                Zastanawiam się teoretycznie.Przypuśćmy, że wiem, że bliska mi osoba wychodzi za
                mąż, żeni się z człowiekiem, który z dużym prawdopodobieństwem zrobi jej krzywdę
                - przypuśćmy, że ją bije. Bardziej zależy mi na tej osobie, bo ją kocham, niż na
                tym, żeby " mieć święty spokój". W związku z tym staram się na nią wpłynąć PRZED
                ślubem wszelkimi sposobami. Jest dzień ślubu. I jeżeli, ja wierząca, naprawdę
                uważam, że mąż czy żona tej bliskiej mi osobie zagraża, po pierwsze raczej
                cieszę się, ze związek jest tylko cywilny. Bo jednak mam nadzieję, skoro jest
                toksyczny, bliska mi osoba opamięta się i go zerwie. Po drugie, staram się jak
                najbliżej być, żeby nieść pomoc. Tym bliżej, im bardziej się o nią boję.
                Według mnie samo nie przyjście na ślub nic nie daje a nawet może zaszkodzić.
                Jest wprawdzie gestem czytelnym dla otoczenia ( bo rozumiem, że ta bliska mi
                osoba już wie o mojej dezaprobacie), ale tu nie o otoczenie chodzi.
                • mama_kasia Re: Nie pisałam.... 21.07.09, 13:18
                  > W związku z tym zastanowię się nad sytuacją drastyczną, zagrażającą życiu.
                  > Zastanawiam się teoretycznie.

                  I zupełnie teoretycznie myślę sobie, że w opisnaje przez Ciebie
                  sytuacji na ślub bym nie przyszła, o ile np. nie byłoby ze strony
                  dziecka dodatkowych warunkow, np. jeśli nie przyjdziesz, to zrywam
                  kontakt. W innej sytuacji (bez warunków) nie poszłabym. Dlatego,
                  że nie potrafiłabym się tym ślubem cieszyć. Może bym płakała z
                  żalu w czasie ceremonii. Byłabym jedną wielką dezaprobatą. Ale i
                  w takim duchu z dzieckiem bym rozmawiała. A niepójście na ślub
                  nie byłoby jednoznaczne z zerwaniem kontaktów, a wyrażeniem mojego
                  bólu.

                  Ślub cywilny (gdy jestem wierząca i możliwy jest u tych osob
                  ślub kościelny) też może mieć różne odcienie. Np. gdy dotąd żyli
                  bez jakiegokolwiek ślub i stało sie dla nich ważne choćby w ten
                  sposób określenie swojego "na zawsze". To jest dla mnie krok do
                  przodu. Albo gdy oboje są niewierzący (nawet gdy moje dziecko
                  odeszlo od wiary). Nie mają wyjścia. Nie wierzą. Czystą sytuacją
                  jest zaniechanie kościelnego. Ale inną jest, gdy wierzą w Boga,
                  tylko niebardzo w Kościół, gdy jest atakująca niechęć do tego,
                  co ja wyznaję. Nie poszłabym w takiej sytuacji.
                  Ale można nie pójść na ślub cywilny i zachować kontak z dzieckiem,
                  zachować miłość. Można porozmawiać, wytłumaczyć. Pewnie, że boli
                  i to obie strony, ale lepszy ból niż brak konktaktu.
                  • mader1 Re: Nie pisałam.... 21.07.09, 13:31
                    no widzisz, a ja jak się rzeczywiście boję i uważam, ze to ma realne
                    uzasadnienie, chcę " być przy". Choćby po to, by być, gdy stanie się coś
                    nieprzewidywanego, gwałtownego, poniżającego - ze strony osoby zagrażającej.
                    Żeby być, gdyby jednak w ostatniej chwili się chciała wycofać. Z oczywistym
                    założeniem, że ślub nie bezie mnie cieszył.Chciałabym uczestniczyć w tylu
                    najważniejszych chwilach w życiu moich dzieci, na ilu zechcą mnie widzieć. Z
                    góry jednak przyjmuję założenie, że część z nich wcale nie będzie dla mnie radosna.
                    Choć przeprowadziłabym podobne rozmowy, o których napisałaś.
                    • atama Re: Nie pisałam.... 21.07.09, 13:36
                      Tak sobie myślę, że kobietom jakoś łatwiej jest rozmawiać w takich
                      sytuacjach. To się nam wydaje naturalne.
                      I to ciepło mimo wszystko.
                      Mężczyznom na ogół trudniej. Na ogół...
                      • mader1 Re: Nie pisałam.... 21.07.09, 14:12
                        wiesz, tu nie o ciepło chodzi. Nie zawsze ma być ciepło, czasem musi być ostro ,
                        zwląszcza z dorosłymi dziećmi.

                        Mężczyznom trudniej piszesz... Trochę trudno mi uogólniać, ale raczej, jeżelibym
                        to już zrobiła, napisałabym, że mężczyznom łatwiej. Potępić.Ale nie siebie.
                        Jakiś czas temu słuchałam z ust mężczyzny potępienie dla ślubu cywilnego,
                        oczywiście nie wyrażone w rozmowie z biorącymi ślub, a ogólnie. I oczywiście
                        pomysł, by na ten ślub, mimo zaproszenia nie pójść. Bez rozmowy.
                        Kilka miesięcy później ten sam mężczyzna omal nie rozbił swojej rodziny. Ale
                        wtedy to wszystko było baaardziej skomplikowane.
                    • mama_kasia Re: Nie pisałam.... 21.07.09, 13:46
                      Z
                      > góry jednak przyjmuję założenie, że część z nich wcale nie będzie dla mnie rado
                      > sna.

                      Chodzi mi jeszcze o to, że z powodu mojej osoby ona nie byłaby
                      wcale radosna dla mojego dziecka. ...Choć pewnie jak bym
                      nie przyszła, też radosna by nie była sad ...Jakby mnie było, ciężko.

                      Aż się realnie zasmuciłam. ...Mam nadzieję (nadzieję, nie
                      pewność), że jednak nie stanę w takiej sytuacji.
                      • mader1 Re: Nie pisałam.... 21.07.09, 13:51
                        ona jest ciężka sama w sobie, prawda ?
                        Nie z powodu mojej, tylko samej osoby małżonka.
                        Ale myślę, że bardziej bym się bała, gdybym była daleko.
                  • nati1011 Re: Nie pisałam.... 21.07.09, 13:37
                    Kasiu - podpisuję sie pod twoim postem.
                • twoj_aniol_stroz Mader - dziękuję :) 21.07.09, 15:05
                  za wyartykuowanie tego co mi się gdzieś we mnie nieskładnie
                  kolebało, ale nie umiałam tego zebrać do kupy. Tak, to jest właśnie
                  mój kierunek myslenia smile
        • mader1 Re: Nie pisałam.... 21.07.09, 12:50
          nati1011 napisała:

          > Nie pisałam, o zawiedzionych ambicjach rodziców (nie taki wybor
          > drogi życiowej) tylko o wyborze przez dziecko drogi, która jest
          > grzechem.

          Tak, Nati, zapomniałaś tylko o tym, ze i rodzice i dzieci z natury są grzeszni.
          Każdy grzech ciężki odwraca człowieka od Boga. Kłamstwo też. Czy za każdym
          razem, skoro zorientuję się, ze dziecko mi skłamało, mam mu spakować walizki ?
          Zapomniałaś też, że człowiek dopóki nie umrze, stracony nie jest. Może się
          poprawić. Znałam kilka małżeństw, które najpierw miały ślub cywilny, a potem
          jednak dochodziły do wniosku, że ten kościelny to nie tylko wydatek na suknię ,
          ale i sakrament. I jest im potrzebny. Każdy ma swoją drogę do Boga. Dobrze jest
          człowiekowi w tej drodze towarzyszyć i pomagać, a nie skazywać go na śmierć za
          życia. Na potępienie, zanim umarł.


          > Nie pisałam o robieniu czegoś, by się przypodobac mamie tylko o
          > liczeniu sie z konsekwencją postępowania w postaci braku akceptacji
          > danego postepowania.

          Jak się ma do siebie wzajemny szacunek, można powiedzieć o braku akceptacji nie
          robiąc z tego teatru na użytek rodziny.

          ze obie strony mogą mieć przekonania, których nie
          > bedą w stanie złamać nawet dla bliskich, bo - wg nich nie jest to
          > miłe Bogu.

          czy syn nakazuje rodzicom, żeby zaniechali chodzenia do kościoła ? Zabrania
          powiedzieć, ze chcieliby ślubu kościelnego dla syna? Zabrania mieć nadzieję, że
          zmieni decyzję ? Zaprasza jedynie na uroczystość, zgodną z prawem państwowym,
          zawarcia małżeństwa cywilnego.

          Zdarza
          > mi się usłyszeć - nie tylko od rodziców - że robię coś źle.

          Każdemu się zdarza usłyszeć i każdemu się zdarza innych upomnieć. Ale
          pamiętajmy, że należy to zrobić z miłością i roztropnie, tak było
          prawdopodobieństwo, że wyniknie z tego jakieś dobro. Z pewnością bardziej jesteś
          w tanie wsłuchać się w argumenty upominającego Cię, jeżeli wyłuszczy Ci to, co
          ma do powiedzenia spokojnie i w niewielkim gronie, niż jeżeli wykrzyczy Ci to na
          zebraniu klasowym Twojej córki.
          • nati1011 Re: Nie pisałam.... 21.07.09, 13:30
            Mader napisała:
            > Tak, Nati, zapomniałaś tylko o tym, ze i rodzice i dzieci z natury
            są grzeszni.
            > Każdy grzech ciężki odwraca człowieka od Boga. Kłamstwo też. Czy
            za każdym
            > razem, skoro zorientuję się, ze dziecko mi skłamało, mam mu
            spakować walizki ?
            > Zapomniałaś też, że człowiek dopóki nie umrze, stracony nie jest.
            Może się
            > poprawić. Znałam kilka małżeństw, które najpierw miały ślub
            cywilny, a potem
            > jednak dochodziły do wniosku, że ten kościelny to nie tylko
            wydatek na suknię ,
            > ale i sakrament. I jest im potrzebny. Każdy ma swoją drogę do
            Boga. Dobrze jest
            > człowiekowi w tej drodze towarzyszyć i pomagać, a nie skazywać go
            na śmierć za
            > życia. Na potępienie, zanim umarł.
            >

            Kłamstwo ma inną wagę niż sakrament. I wyraźnie mówiłam nie o
            potępieniu, tylko wyrażeniu swojej dezaprobaty. I potrafie sobie
            wyobrazić sytuację, gdy nie ma innego wyjścia. Pewnie nie jest to
            idelane wyjście. Ale czasem usprawiedliwione.

            Nie zapomniałam. Ale pamiętam również, że właśnie brak akceptacji
            rodziców może powodować, ze dzieci jednak ten ślub wezmą. I częściej
            dzieje sie to w rodzinach, gdzie ta dezaprobata jest widoczna, niż
            tam, gdzie rodzice przymykają oczy na wszystkie wybryki swoich
            dzieci.

            To co ty nazywasz towarzyszeniem może przez dtugą osobę być
            odbierane jako akceptacja.

            I nigdy nie namawiałam do potępiania kogokolwiek za cokolwiek. O
            skazaniu na śmierc nie wspominając.


            > czy syn nakazuje rodzicom, żeby zaniechali chodzenia do kościoła ?
            Zabrania
            > powiedzieć, ze chcieliby ślubu kościelnego dla syna? Zabrania mieć
            nadzieję, że
            > zmieni decyzję ? Zaprasza jedynie na uroczystość, zgodną z prawem
            państwowym,
            > zawarcia małżeństwa cywilnego.
            >

            Nie poszłam na "uroczystość, zgodną z prawem państwowym,
            > zawarcia małżeństwa cywilnego." jakim był ślub cywilny - drugi -
            mojego ojca. I nie poszłabym na ślub swojego dziecka z rozwodnikiem,
            który porzucił rodzinę. Nawet gdyby miało to oznaczać, ze moje
            dzieco się na mnie obrazi.
            • mader1 Re: Nie pisałam.... 21.07.09, 13:46
              No tak. Po prostu ja uważam, ze dezaprobatę można różnie wyrażać. I wykorzystuję
              większy wachlarz możliwości niż obecność czy nie na ślubach, pakowanie walizek,
              awantury. Może dlatego,mi też do wystarczają słabsze bodźce do zrozumiała, że
              ktoś mojego zachowania nie akceptuje wink)))))

              > To co ty nazywasz towarzyszeniem może przez drugą osobę być
              > odbierane jako akceptacja.

              Według mnie po to się komunikujemy, żeby potrafić sobie powiedzieć, co jest
              akceptacją a co nie. Jeżeli dzieci i rodzice nie potrafią sobie tego przekazać,
              to chyba rzeczywiście owo pójście czy niepójście na ślub nie ma znaczenia.

              > Nie zapomniałam. Ale pamiętam również, że właśnie brak akceptacji
              > rodziców może powodować, ze dzieci jednak ten ślub wezmą. I częściej
              > dzieje sie to w rodzinach, gdzie ta dezaprobata jest widoczna, niż
              > tam, gdzie rodzice przymykają oczy na wszystkie wybryki swoich
              > dzieci.

              Poruszasz się skrajnościami. Widzisz, przymykać oczy na wszystkie wybryki
              dzieci, co w przypadku omawianej rodziny nie ma miejsca, a nie przyjmować do
              wiadomości tego, że niewierzący syn ma cywilną żonę, to zupełnie co innego.

              > Nie poszłam na "uroczystość, zgodną z prawem państwowym,
              > > zawarcia małżeństwa cywilnego." jakim był ślub cywilny - drugi -
              > mojego ojca. I nie poszłabym na ślub swojego dziecka z rozwodnikiem,
              > który porzucił rodzinę. Nawet gdyby miało to oznaczać, ze moje
              > dzieco się na mnie obrazi.

              Sytuacja, która jest opisana przez Anioła wydaje się bardziej prosta.
              Nikt chyba nikogo nie rzucił i nie skrzywdził.
              • twoj_aniol_stroz Re: Nie pisałam.... 21.07.09, 15:01
                > Sytuacja, która jest opisana przez Anioła wydaje się bardziej
                prosta.
                > Nikt chyba nikogo nie rzucił i nie skrzywdził.
                Tak własnie jest. Ten ślub cywilny wynikł z faktu, że kuzyn w pewnym
                momencie swojego życia stracił wiarę i nie chcąc robić "szopki" ze
                ślubu koscielnego zdecydował się na cywilny. Moim zdaniem takie
                posuniecie świadczy o szcunku dla wiary rodziców. Bo w sumie cóż to
                był za problem dal swietego spokoju podrobić podpisy na
                zaświadczeniach i tę godzinę odsiedzieć w kościele. W sumie żaden,
                ale jeśli mam szacunek dla wiary moich bliskich to nie będę sie w
                ten sposób zachowywać tylko uczciwie powiem, że na dzień dzisiejszy
                nie mogę złozyć przysięgi przed Kimś w Kogo nie wierzę.
              • nati1011 Re: Nie pisałam.... 21.07.09, 16:33
                mader1 napisała:

                >
                > Sytuacja, która jest opisana przez Anioła wydaje się bardziej
                prosta.
                > Nikt chyba nikogo nie rzucił i nie skrzywdził.

                Niewiele wiem o sytuacji opisanej przez Anioła - odniosłam się
                bardziej ogólnie. I powtórzę - oczywiście, ze człowiek niewierzacy
                nie powinien zawerać małżeństwa kościelnego tylko dla rodziców. I
                sam powód niechęci do syna i synowej - tylko brak wiary - tez wydaje
                mi się zbyt błahy do takiej awantury i zrywania wiezi. Staram sie
                raczej zrozumieć co kierowało rodzicami. I pisałam też o obawie, czy
                wiara nie jest przypadkiem tylko przykrywką dla własnej złości i
                urazy.
                • verdana Re: Nie pisałam.... 21.07.09, 16:39
                  Mam wrazenie, że moglas tu trafic w sedno sprawy...
                • vocativa Re: Nie pisałam.... 21.07.09, 16:48
                  Nati1011:
                  Niewiele wiem o sytuacji opisanej przez Anioła - odniosłam się
                  bardziej ogólnie. I powtórzę - oczywiście, ze człowiek niewierzacy
                  nie powinien zawerać małżeństwa kościelnego tylko dla rodziców. I
                  sam powód niechęci do syna i synowej - tylko brak wiary - tez wydaje
                  mi się zbyt błahy do takiej awantury i zrywania wiezi. Staram sie
                  raczej zrozumieć co kierowało rodzicami. I pisałam też o obawie, czy
                  wiara nie jest przypadkiem tylko przykrywką dla własnej złości i
                  urazy.

                  A to w takim razie rozumiemsmile
                  Pozdrawiam serdeczniesmile
            • vocativa Re: Nie pisałam.... 21.07.09, 15:08
              Nati1011 napisała:
              Kłamstwo ma inną wagę niż sakrament. I wyraźnie mówiłam nie o
              potępieniu, tylko wyrażeniu swojej dezaprobaty. I potrafie sobie
              wyobrazić sytuację, gdy nie ma innego wyjścia. Pewnie nie jest to
              idelane wyjście. Ale czasem usprawiedliwione.

              "Nie zapomniałam. Ale pamiętam również, że właśnie brak akceptacji
              rodziców może powodować, ze dzieci jednak ten ślub wezmą. I częściej
              dzieje sie to w rodzinach, gdzie ta dezaprobata jest widoczna, niż
              tam, gdzie rodzice przymykają oczy na wszystkie wybryki swoich
              dzieci."

              Tylko,że mi się wydaję,że to wcale nie dobrze,że oni wezmą ślub kościelny
              dlatego,ze ich rodzice nie akceptują cywilnego. Skoro są niewierzący to w jaki
              sposób mogą przystąpić do sakramentu i jeszcze obiecać,że po katolicku wychowają
              swoje potomstwo?
              • verdana Re: Nie pisałam.... 21.07.09, 15:27
                "Wybryki" to nie to samo , co postepowanie zgodne ze swoim
                sumieniem, a niezgodne z sumieniem rodziców. Owszem, jestem w stanie
                zrozumieć dezaprobate i nie pójscie na ślub w wypadku, gdy moje
                wlasne dziecko wyrzadziło komus krzywdę. na przyklad świadomie
                odbilo męza/ zonę komus bardzo bliskiemu albo namowilo swego
                przyszlego męża -ojca dzieciom do kompletnego zerwania z dziećmi. To
                jest wybryk. rezygnacja ze slubu koscielnego w przypadku osoby,
                ktora stracila wiare wybrykiem nie jest.
                W dodatku czego rodzice oczekuja? Ze dziecko, ktore nie wierzy
                powinno pozostac kawalerem do konca zycia?
                • atama Re: Nie pisałam.... 22.07.09, 06:58
                  > wyrzadziło komus krzywdę. na przyklad świadomie
                  > odbilo męza/ zonę komus bardzo bliskiemu

                  A obcemu albo mniej bliskiemu? To już nie jest krzywda?
                  • verdana Re: Nie pisałam.... 22.07.09, 10:27
                    Jest - ale już nie skrajna nielojalność. Poza tym jesli to soby
                    dalekie i obce - to naprawdę trudno osądzić obiektywnie, jak sprawa
                    wyglądała.
                    I jednak jest to trochę co innego. Rozumiem styuację - spotykasz
                    piękną kobietę, zakochujesz się, potem okazuje się, ze jest mężatką -
                    i mimo to kontynuujesz znajomość. Ale w przypadku osob bliskich nie
                    mozesz od poczatku wiesz, co robisz.
                    To jednak dla mnie trochę tak, jak z odbiciem komus dziewczyny czy
                    rywalizacją o posadę. Nie oburzę się, gdy ktoś odbije dziewczynę
                    obcemu, choćby to było na trzy dni przed ślubem, albo będzie
                    rwywalizował o posadę, ktora dla niego jest jedną z wielu, a dla
                    nieznajmomego-celem życia. Ma bowiem prawo rywalizować z obcą osobą,
                    nie liczac się tym, że w razie, gdy wygra - nieznajomy będzie się
                    martwił. Nie ma tu mowy o nadużyciu zaufania. Natomiast ma obowiązek
                    myśleć o uczuciach osób najlizszych, które mu ufają.
                    • sulla Re: Nie pisałam.... 22.07.09, 10:39
                      A ja bym się nie do końca zgodziła z tym odbiciem dziewczyny czy żony komuś
                      obcemu - moim zdaniem trzeba się liczyć z uczuciami nie tylko bliskich osób, ale
                      w ogóle innych ludzi. Nie mówiąc już o tym, że nie wyobrażam sobie "odbijania"
                      kogoś, kto już jest w związku, dla mnie to jest oczywiste czerwone światło.
                      • nati1011 Re: Nie pisałam.... 22.07.09, 10:53
                        znam kilka sytuacji takiej wymiany partnera w bliskiej rodzinie:
                        typu brat odbił bratu dziewczynę itp. Wszystkie powodowały ogromne
                        napiecia i spory w rodzinie. Ja wiem, ze nie ma na to prawa czy
                        przepisu, ale naprawdę trzeba sie baaaardzo zastanowić nad takim
                        zwiazkiem.
    • anik801 mój ślub;) 22.07.09, 11:19
      To może ja opiszę swoją historię ślubnąwink Matka mojego męża(wtedy
      jeszcze chłopaka)na wieść o naszym ślubie dostała szału!!!Ona nie
      tak to sobie wyobrażała.Chciała inny termin,weselisko(wiejskie)i
      ogólnie nic jej się nie podobało.Były awantury i przeboje.Ślub i tak
      wzięliśmy "po swojemu"-czyli w październiku i małe przyjęcie w
      restauracji.Moja teściowa cały ślub wyła.A na przyjęciu po obiedzie
      już sobie wyszła i nie wróciła.Jesteśmy bardzo szcześliwym
      małżeństwem(9lat)i teraz śmiejemy się z tego.Jednak wtedy mojermu
      mężowi nie było zbyt do śmiechu.I do tej pory ludzie
      wspominają "cudowne"zachowanie mojej teściowej na naszym ślubie.Może
      lepiej byłoby żeby wtedy w ogóle nie przyszła.Gdy jej córka odwaliła
      jej numer-zaszła w ciąże po 2mies.znajomości i tą ciąże
      ukrywała.Moja teściowa nie powiedziała jej złego słowa i szybko
      zorganizowała wesele.Gdybym to ja 9 lat temu była w ciąży pewnie
      twierdziłaby,że pobieramy się tylko przez ciąże.My naprawdę się
      kochaliśmy,chcieliśmy być razem,nie chcieliśmy mieszkać bez ślubu.I
      nas teściowa potępiła.Jak więc mam się czuć w takiej sytuacji?
      Dodam,że moja teściowa uważa się za osobę bardzo religijną(choć nią
      wcale nie jest).A jak jej ciężarna córka na początku nie chciała
      ślubu,to teściowa twierdziła,że muszą wziąć choć cywilny(żeby wstydu
      nie było,że panna z dzieckiem).Naprawdę nie wiem co rodziece chcą
      zdziałać takim zachowaniem typu "nie pozwalam wyjść ci za mąż".My
      byliśmy gotowi nawet zerwać z rodziną żeby tylko być razem!Co to za
      matka,która nie akceptuje kogoś kogo kochamy(zwłaszcza jeśli
      wybranek/wybranka to dobra i porządna osoba)?
      • nati1011 Re: mój ślub;) 22.07.09, 11:43
        I tu mamy klasyczne zasłanianie się religia wink

        Najczęściej chyba podobne problemy występują na wsi i w małych
        miasteczkach, gdzie tzw opinia społeczna ma dużą wartość. Inna
        sprawa, czy ta opinia idzie w prawidłowym kierunku smile
        • kim5 Re: mój ślub;) 28.07.09, 22:48
          A ja myślę, że nikt, nawet rodzice, nie powinni być sędziami swojego dziecka.
          Czy nadal można byłoby zasłaniać się swoimi wartościami, gdyby np. wierzące
          dziecko nie przyszło na świecki pogrzeb swojego rodzica? Bo serce ma przecież go
          prawo boleć, że umarł niepogodzony z Bogiem. Myślę, że w takiej sytuacji ocena
          zachowania takiego dziecka byłaby bardziej radykalna.
          Dajemy - takie mam wrażenie - rodzicom prawo do ingerowania w życie dorosłych
          dzieci. A przecież ślub to nie tylko decyzja jednego dziecka, ale dwojga ludzi -
          jakie prawo mają nawet najbardziej kochający rodzice, do ingerowania w nie ich
          sprawy? Ten brak - a raczej limitowanie - akceptacji to niejednokrotnie jedyny
          lub najważniejszy powód podejmowania przez dorosłych ludzi decyzji życiowych.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka