kam791
06.05.06, 00:25
To już prawie półtora mieśiąca od śmierci naszej kochanej córeczki a ciągle
bardzo boli.
Urodziła się zdrowa w szpitalu św. Rodziny w Poznaniu( z Polnej nas odesłali
bo podobno mieli wszystkie sale zajęte). Przez pierwsze 4 tygodnie była okazem
zdrowia, pogodna, ładnie jadła, mało płakała. Czasami było widać że jest
trochę zółta ale położna mówiła że to normalne przy karmieniu piersią.
Nagle gdy 28 dnia nie chciała drugi raz jeść i bardzo pożółciała pojechaliśmy
kontrolnie do szpitala. Tam mówili że zrobią fototerapię i będzie wszystko OK
ale na wszelki wypadek pobrali krew. Okazało się że jest bardzo dużo
leukocytów i od razu musi jechać na OIOM, diagnoza - zapalenie opon mózgowych.
Na OIOMIE zaczęła tracić przytomność i była reanimowana. Dla nas był to szok,
jeszcze wczoraj zdrowe, śliczne dziecko a teraz nasza córeczka walczy o życie.
Po 4 dniach okazało się że laboratorium wyhodowało z krwi gronkowca złocistego
MRSA. Antybiotyki które były do tej pory podawane nie zwalczały tej bakterii
więc zmieniono na wankomycynę(jedyny lek na który ta bakteria jest wrażliwa).
Lekarze mówią o posocznicy, śpiączce i że szans nie ma żadnych, a nasza
córeczka dalej walczy pomimo nieskutecznych wcześniej leków. Ta nierówna walka
trwała 2 tygodnie. Świat się dla nas zawalił.
Obwiniamy szpital za zakażenie tą groźną bakterią i zastanawiamy się jakie
kroki poczynić i czy to ma sens.
Była z nami miesiąc i był to najszczęśliwszy miesiąc w naszym życiu. Teraz
życie jest takie puste...
Kamil