jesli dobrze licze. z grubsza tyle sie staramy. za tydzien bede mogla zrobic
test (musze wiedziec jak najwczesniej, czy jestem w ciazy, zeby moc jak
najwczesniej odstawic lek, ktory biore). jak juz kiedys pisalam, pierwsze
dziecko mamy z leczenia (moja ciotka jest sklonna uwazac, ze mamy je raczej
dzieki antycznemu amuletowi, ktory mi w ostatniej chwili przyslala). druga
ciaze stracilam, drugie dziecko adoptowalismy, trzecie pojawilo sie ot, tak,
ledwo sie nam go zachcialo. zastanawialam sie jak daleko sie posuniemy (mam na
mysli ew. leczenie), zeby zajsc z czwartkiem. i wiecie co?
mimo ze na poczatku wydawalo mi sie to smieszne, to doszlam do wniosku, ze
gralabym do konca. tzn - in vitro. tak, jak myslalam za pierwszym razem. i
strasznie mnie to ucieszylo

bo pomyslalam sobie, ze to znaczy, ze na prawde go chce. i ze nie bedzie to
"jedno z czworga", tylko to czwarte, upragnione, wyczekane, wyproszone. wiem,
ze pewnie dla czesci z was in vitro jest zle, ale mam nadzieje, ze i tak
rozumiecie, co mnie w tym cieszy.
tyle tylko, ze mloda to ja jak na zachodzenie nie jestem (38), wiec sytuacja
robi sie nerwowa.