PO miesiącu bycia rodziną wielodzietną (Samuel kończy dziś miesiąc) mam
następujący bilans:
- trójka dzieci, wszytkie na antybiotykach;
- dwoje rodziców przeziębionych, zasmarkanych, wariujących z powodu
wariujących dzieci, które od 3 tygodni nie wychodzą na zewnątrz;
- wznoszenie toastu soczkiem jabłkowym i dotrwanie z trudem do północy w
Sylwestra;
Bilans pozytywny to fakt, że dzięki fachowej i oddanej pani doktor (oczywiście
prywatnej) udaje się nam uniknąć szpitala mimo tego, że mamy w domu
miesięczniaka z zapaleniem płuc

Dostaje zastrzyki od wczoraj, dziś już się
zaczął zbierać jakoś... No i fakt, że Sam faktycznie przyzwyczaja się do
piszczących, śpiewających, kłócących się bez przerwy sióstr i jakoś tam sobie
śpi pomimo tego hałasu.
A kurcze karmię piersią niby... no ale mam przeciwciała na swoje katarzysko, a
nie na zapalenie płuc starszej siostry, od której dostał taki oto prezent na
powitanie w domu...
Cóż pewnie powinnam się przyzwyczaić, że od tej pory wszelkie choroby mnożymy
razy trzy...
Dziewczyny, jakie macie doświadczenia jeśli chodzi o system odpornościowy
każdego kolejnego dziecka? Jest lepiej? Gorzej? Nie ma reguły? (pewnie ta
odpowiedź właściwa..). POcieszcie jakoś niedoświadczoną na polu takich
doświadczeń matkę...