Tak mi dzisiaj powiedział miły pan przy odprawie celnej na lotnisku, kiedy ze
słabo krytą satysfakcją przeszłam przez krótką kolejkę dla non-visitors
dziękując w myślach tym nad nami, że już nie muszę czekać w tej długiej
kolejce dla visitors. Nie muszę, bo wracam do domu. Do domu.
W zasadzie to chyba racja jeśli chodzi o ten "home": decyzja o zmianie kraju
została podjęta i zrealizowana, więc tu jest mój dom, tutaj już zaczęłam
zapuszczać korzenie, mam pracę, męża (jeśli jest, hehe) odróżniającego zapach
powietrza w zależnośći po krótej stronie am-kan granicy go wdycha (nie do
końca pojmuję ten fenomen...), koleżanki, bardzo polubiłam miasto i dobrze
się w nim czuję, słowem zaczęłam "odżywać", czuć satysfakcję z życia (i takie
tam inne truizmy tego typu)... Pomimo iż minęły dopiero 4 miesiące od kiedy
się tutaj przeprowadziliśmy... Hmmm... no nic to, biorę to moje szybkie
zaaklimatyzowanie się za dobry omen...

A może to tylko wynik zmęczenia
przeprowadzkami/poprzednią wytuacją?
A jak to u was wyglądało/wygląda z zaaklimatyzowaniem się w nowym kraju (lub
nowej częsci tegoż)? Kiedy poczułyście, że to jest was dom? Czy było wam
łatwo? Czy długo to trwało? Co sprawiło, że poczułyście, iż tutaj jest wasz
dom, wasze miejsce na ziemi?
Moniśka filozofująca ze ślipkami na zapałki...