beka.smiechu-w.sali.obok
26.04.10, 22:37
Pierwszy raz w zyciu zdarzylo mi sie dostac wiadomosc, ze czlowiek chodzacy do
AA po wielu latach abstynencji zapil i po paru tygodniach skonal. Kiedys bylem
pare razy na mityngu z nim i poznalem go, wydawal sie trzezwy, ostatnio
dostalem od znajomego jego znajomego wiesc, ze zapil sie.
Wedlug relacji znajomego chodzil regularnie na mityngi, az pewnego dnia nie
przyszedl i okazalo sie, ze pije. Ponoc zostawila go zona i stracil robote,
pil na maksa, nic nie jadl, az w koncu dokonal zywota. Po zaledwie kilku
tygodniach.
Nie chce spekulowac, bo moze sobie pomogl, a moze wpadl pod samochod, nie wiem
co sie stalo. W kazdym razie taki schemat, ze ktos nie pije latami, chodzi na
mityngi, a nagle zapija i umiera, zatrwozyl mnie.
Nie chce szukac winnnych i byc zle zrozumiany, ale wydaje mi sie, ze fakt, ze
liczyl trzezwe dni i opieral sie na dewizach AA mogl miec wplyw na jego
smierc. AA to jest woz albo przewoz, albo nie pijesz do konca dni i jest
fajnie, albo zapijasz i giniesz marnie.
Mam jakies przeczucie, ze gdyby nie chodzil na mitygni i nie liczyl dni, moze
by zyl, choc to spekulacja powtarzam. Gdyby nie opieral calej wartosci swego
zycia na abstynencji?
Pamietam, jak te pare razy jak go widzialem, dawno temu to juz bylo,
wypowiadal sie, ze jak zapije to umrze. Wykrakal? Czy moze tez tak sie nastawial?
Dla wielu osob taki osobnik bedzie podpora pod teorie o smierci niechybnie
czekajacej tych, co sie sprzeniewierza. Ale czy jest to gra warta swieczki?
Czy jest to uzasadnione, by ktos umieral by potwierdzic teorie?
Wiem, ze moze to brzmiec oskarzajaco, ale bardziej jest to pewien glos
bezsilnosci, desperacji i braku zgody na bezsensowna smierc. Moze gdyby mial
nadzieje, ze sie pozbiera, moze gdyby nie myslal, ze wszystko stracone, ze
spieprzyl, ze to juz koniec? Moze by wstal pewnego dnia, otrzepal sie z
pijackiego brudu i zyl dalej?
Dziekuje sile wyzszej czy jak ja rozumiec, ze zdrowie, sila woli czy resztki
rozsadku nigdy nie pozwolily mi myslec w ten sposob, ze jak nawet "zapijalem",
to nie nastawialem sie, ze zycie jest skonczone, ze widzialem sens dalszej
walki i dalszych staran. Nie chce nawet myslec, jak czul sie ten czlowiek.
Oczywiscie, moje uzaleznienie jest nieco inne, nnie tak silne i nie tak
fizyczne, mam nadzieje, ze nigdy sie takie nie stanie, ale poki co daleko mi
od tego, ale byloby egoizmem cieszyc sie w takim momencie. Ten gosc poszedl
glebiej, ale i tak wedlug mnie mogl wyjsc. Niestety, umarl.