jane-panzram
12.11.14, 04:05
Dwa miesiące temu dowiedziałam się, ze mój brat ćpa. Ma 30 lat. Jego historia jest cośkolwiek pokręcona.
Mianowicie on od dwóch lat jest z narkomanką (heroinistką). Trudni się ona prostytucja, aby zarobić na dragi. Rok temu zamieszkał z nią. Oczywiście to on płacił za wynajem. W krótkim okresie przewalił kilkadziesiąt tysięcy, które miał zaoszczędzone, jak również w części dostał od ojca. Mieszkali tak parę miesięcy, aż kasa się skończyła i ich wyrzucono.
Wrócił do domu w sierpniu, chory na zapalenie płuc, 41 stopni gorączki. Matka go tydzień ratowała. Po tej chorobie on zaczął sie sypać: wyglądał jak menel, wracał raz na tydzień,w niezmienionych brudnych ubraniach, brudny. Na gębie powyciskane syfy, wyglądał jak zadżumiony menel.
W mniej więcej tym samym czasie wykryliśmy, że on najwyraźniej ćpa.
Zaczęła sie bonanza, prośby, groźby. Jako że on jest kierowcą zawodowym (fach przejął po ojcu), to ojciec chciał mu odebrać firmę: bo jeśli mu się zdarza jeździć na bani, to stanowi niebezpieczeństwo na drodze. Ale w sumie nie wiemy, czy mu się zdarzało tak jeździć.
Postanowiliśmy nie robić nic - bo kto ma z tym do czynienia, ten wie doskonale, że na czyjeś ćpuństwo nie ma się wpływu. Można gadać w nieskończoność, można prosić, zalewać się łzami, grozić, tłumaczyć mu logicznie i przemawiać do rozumu - wszystko to idzie na marne.
Tydzień temu wylądował na dołku, bo złapali go na posiadaniu (złapali go na ulicy, pod domem tej jego wybranki, a nie w aucie, bo to by była już kaplica). W domu policja robiła przeszukanie. Złapali go z mefedronem. Po dniu wypuścili.
On bierze dalej.
On zresztą zaczął brać, ponieważ jego jakby modus operandi to "chcę swoją dziewczynę wyciągnąć z narkomanii", i on postanowił sobie zacząć brać dragi, żeby wiedzieć, jak to jest. Wiedzieć jak to jest - bo chce jej pomóc wyjść z nałogu O_o
No i oczywiście sam się w to wrąbał. Bierze ketony (mefedron, 3-mmc, 4-mmc), czyli draństwo, które robi siekę w bani jak amfetamina.
Ja sama bardzo dużo o narkotykach zaczęłam czytać, aby wiedzieć, z czym mam do czynienia. Straszę go tym, że będzie miał psychozy, omamy, że mu IQ zmaleje (przestraszyła mnie historia jednego chłopaka, który napisał, że po 5 miesiącach brania ketonów jego IQ zmalało o 17 punktów).
Byłam z matką u terapeuty w Monarze. Ten stwierdził, że musi gdzieś z pół roku minąć po braniu, żeby człowiek w pełni odzyskał myślenie jak u normalnego człowieka. Bo teraz to, co jest ważne dla normalnego człowieka - dla niego nie będzie miało znaczenia. Czyli dbanie o siebie chociażby. Dbanie o swoje auto. No takie zupełnie podstawowe rzeczy. No i myślenie jak u trzeźwego tak długo czasem wraca.
On bierze od kilku miesięcy, podejrzewam, ze pięciu. Ale głowy nie dam, bo wiadomo jak to jest z ćpunami: nigdy nie powiedzą na ten temat prawdy.
Jestem w rozpaczy, bo się boję o niego, że sobie coś zrobi dla tej baby jeszcze. On na nią pluje, ale dalej do niej lata jak kot z pęcherzem. Uwidziało mu się chyba zostać Matką Teresą od Narkomanów i ją chce wyciągać z narkomaństwa. Jest on na tyle głupi, że mu sie zdaje, ze tamta jest wobec niego szczera. On nic o narkomanach nie wie (o tym, jacy oni są) i żyje jakimiś iluzjami.
Ja zaś odchodzę od zmysłów. Sama nie wiem czemu, nie chcę tego, ale i tak to sie dzieje. On wraca sobie do domu jak chce. Stale obiecuje, że zaraz będzie - ale nie wraca. Opowiada jakieś bajki, że on nie bierze, ale i tak wali dalej. Opowiada też bajki od dawna, że z nią kończy - ale to oczywiście się nie dzieje. Coś tam brzdąka o tym, że jak nie wytrwa w trzeźwości, to pójdzie do ośrodka na terapię - ale i tak wali dalej.
Ja jestem już na etapie, gdzie zdaję sobie W PEŁNI sprawę, że jedynym ratunkiem dla ćpuna jest osiągniecie dna, bo to tylko ma szansę go otrzeźwić.
Myślę nad tym, co robić. Pomyślałam o tym, że może go wyrzucić z domu. Mieszkanie jest przepisane na mnie, obecnie mieszkam w nim tylko ja i on. Więc teoretycznie mogę go wystawić za drzwi. On niby miałby gdzie mieszkać (spałby w aucie).
Z drugiej zaś strony nie daje mi spokoju myśl, że mu się może zdarzać jeżdżenie na bani. A to już nie jest zagrożenie tylko dla niego - ale i dla innych. Więc być może zabrać mu zwyczajnie prawo jazdy i klucze? Tylko, ze jak on przestanie zarabiać, to jeszcze go sobie ściągnę na łeb. Gdzie on pracę znajdzie? A może to jest wyjściem - zabrać mu dokumenty i klucze do auta? Ale wtedy co z płaceniem ZUSu? Wtedy trzeba by mu rozwiązać firmę.
Już go straszyłam tym, ze jak na bani będzie jeździł, to zadzwonię na policję. Ja zresztą jestem gotowa to zrobić. Co prawda najprawdopodobniej by to oznaczało dla niego więzienie oraz już z całą pewnością bezpowrotne stracenie prawa jazdy (a jest wartościowe, bo to C+E), ale nie cackałabym się. Tyle, że on jest mobilny i bywa tu kiedy chce. Więc ja nie mam możliwości sprawdzić, czy on właśnie sobie jeździ na bani.
Gdyby Bóg dał mądrość, co robić!
Bardzo proszę o jakieś rady. Nawet brutalne, ze mną nie trzeba się cackać. Co wy byście zrobili? Rozmowy nic nie dają, zaś nie robienie nic mnie wykańcza. Nie chcę mu w niczym na rękę iść, nie chcę mu nawet w małym stopniu tworzyć komfortowej sytuacji do brania.