chrupka23
27.01.05, 11:34
dwa miesiace temu odeszlam od meza bo pil od dnia urodzenia sie naszej corki.
wczesniej tez popijal ale nie tak jak od tamtego dnia. pil ze szczescia potem
juz kazdy powod byl dobry do przechylenia puszki z piwem. byly awantury,
kilka razy mnie uderzyl, znalazl sobie panienke, zaczely sie problemy w
pracy, zabrali mu prawo jazdy za jazde po pijaku, zaszyl sie ale po dwoch
tygodniach sam sobie wyjal anticol, odeszlam bo nie wytrzymalam. teraz
twierdzi ze nie pije (jego slowa), na terapie nie pojdzie bo nie ma problemu.
mowi ze postanowil nie pic ze ma mocne postanowienie ale trudno mi w to
uwierzyc. przyszedl prosic o wybaczenie, o to ze sie zmieni, ze zrobi
wszystko by naprawic zlo jakie nam wyrzadzil, obiecuje ze bedzie trzezwy, ale
leczyc sie nie chce. nie wiem co robic, po odejsciu wcale nie jest mi lepiej.
wiem ze wyrzadzil tyle zla ale tez byly dobre chwile. jest moim mezem i ojcem
naszego dziecka a co najwazniejsze kocham go. ale ostatnio nie wiem czy to
wogle jest milosc czy tylko cos co sobie wmowilam. w jakis dziwny sposob
czuje sie dpowiedzialna za niego. czy kiedy prosi o jeszcze jedna szanse do
mu ja dac, czy moze jeszcze byc z niego normalny czlowiek, taki jakiego
poznalam, czy po prostu nie mam szans na to by wygrac walke z jego piciem.
czasami sie smieje i mowie ze przegralam walke z puszka zimnego piwa. to ze
powinnam udac sie na terapie dla osob wspoluzaleznionych to wiem, znalazlam
sobie juz pania psycholog. ale czy z niego cos jeszcze bedzie czy po prostu
dac sobie spokoj i zamknac ten etap zycia bezpowrotnie.