addicted11
15.03.07, 01:50
budze sie jeszcze pijany. krotko doprowadzam mysli do jako tekigo porzadku i
szybko przelatuje w myslach wczorajszy wieczor. Cztrey Tatry mocne w domu,
jest juz wesolo, dzwonie do Adama- bedzie wieczorem w Lunie. Super, jade. Na
przystanek, lecz najpierw do sklepu. W tramwaju wale jedno. Jade w drugim
wagonie, nikt ze mna nie jedzie, wiec wyciagam fajka i kopce. Wysiadam,
wyrzucam puszke i otwieram drugie- droga do Luny to jakies 10 minut, w sam
raz na jedno. Wchodze juz mocno nagrzany. Od progu ja to nie ja- witam sie z
barmanami, witam polowe lokalu i szukam Adama. Jest! O kurna, co z nim za
lala siedzi? no to super, moze cos dzis bedzie sie dzialo. Najpierw do baru,
do Adama podchodze juz z pelnym. Gadka i zapoznanie lali- niby udaje
obojetnego, ale juz wieszam oko. Potem glosne gadki i juz prosze lale do
tanca. W ttancu czuje jej piersi, klade reke na posladkach. Och, lala
usmiecha sie niepewnie ale nie protestuje. No to nie przerywm, ale na dzis o
bedzie wsyzstko w temacie. Z Adamem i jego szwagrem ( tez jest) pijemy po
dwa. Oni musza juz leciec, ja ani o tym mysle. Juz ledwo stoje na nogach ale
biore jeszcze jedno. Oczywiscie mocne. W kieszeni konczy sie pieniadz- na
odchode pozyczam od Adama na kolejne plus na jdemno w nocnym plus na fajki,
bo jak pije jaram jak smok. Zaraz po wyjsciu Adama jednak i mnie muli, ide do
domu. Zahaczam o nocny, odzysk energii. Starcza na dwa- bo nie wzialem w
Lunie. jedno po drodze, drugie do lozka w domu.
A wiec nic zlego sie nie stalo. Dzis sobota, super, nie ide do roboty, jutro
tez nie. Przecieram pijane oczy, wstaje i chwiejnym krokiem do lazienki.
Blyskawiczny prysznic i juz butelki brzecza w plecaku- sklep jest obok domu.
Kupuje cos do jedzenia i Wyborcza.
Wracam, otwieram piwo i zabieram sie za sniadanie. Do posilku wyborcza i
kocnze piwo, jeszcze nie skonczylem i juz nastepne. Lektura gaazety i przerwa
na sen. Budze sie tym razem trzezwy. Troche krece sie po domu i odliczam do
wieczora czas. Wieczor zaczynam juz po czwartej- setka zoladkowej ( jedyna
wodka ktora lubie) i dwie mocne Tatry. Gdy koncze jest osiemnasta- super,
pogram godzine na gitarze, obejrze wiadomosci i lece do Luny. IIde do skpeu
po dwa. tym razem lekkie, musze zachowac energie na pozniej. Cos mnie dzis
jednak slabo bierze, wiec jeszcze jedno. Po wiadomosciach pozny obiad plus
piwo i w tramwaj. W tramwaju jedno male piwo- cos mi juz nie wchodzi. Lipa,
trzeba zoladkowa. Po setce czuje sie juz znow pijany- w koncu. Nienawidze pic
i nie czuc sie pijanym. W Lunie caly wieczor przy piwie i paierosach.
Jest niedziela. Dzis juz nie dam rady. Koneic weekendu, czuje sie zmeczony i
zamotany. Nie lubie niedzieli bo nie lubie poniedzialku,. Niedziela to
czekanie na poniedzialek. Wiecorem na dobry koniec weekendu strzelam trzy
lekie Tatry. Jutro do pracy. I tak bede sie zle czul. Sprobuje sie chociaz
wyspac. Przeczytam jeszcze troche Wyborczej- jakos nie zdazylem.
Takie byly czesto moje weekendy.