Niedawno wróciłam do pracy po urlopie macierzyńskim i wiem, że powinnam sie cieszyć, że w ogóle mam pracę. Ciesze się, bo wcale nie zarabiam najgorzej. Tyle tylko,że mój powrót do pracy oznacza,że z małym zostaje w domu mąż. Taka opcja była najlepsza - mąż pracował w biurze nieruchomości, a wiadomo - kryzys ludzie mieszkań nie kupują - od czasu do czasu coś sprzedał, nie starczyłoby nawet na nianię. teraz żyjemy tylko z mojej pensji. Po zapłaceniu raty kredytu i rachunków zostaje ok 1200zł. Zaczęliśmy oszczędzać na jedzeniu, nie ma mowy o żadnych wyjściach i jedzeniu na mieście, nie kupuję sobie żadnych nowych ciuchów - a po ciąży w większość się nie mieszczę, więc do pracy chodzę ciągle w tych samych łachach. Na dziecku nie mogę oszczędzić - trzeba kupić pampersy, jakieś kosmetyki, mleko, które mam wrażenie idzie tonami, kaszki, jakieś owoce, zupki gotuję sama, bo tak wychodzi taniej. Gotuję naraz więcej i mrożę, żeby mąż w tyg.mógł rozmrażać i dawać maluchowi. Ciuchy dla małego kupuje moja mama w ciuchlandach. Boję się ostatnio chodzić na zakupy, bo rachunki są rzędu 100-200zł. Mam wrażenie,ze ceny rosną z dnia na dzień, bo coraz mniej pieniążków w portfelu. Chciałabym wracać do domu i bawić się na luzie z synkiem, ale nie mogę, bo ciagle myślę, jak damy radę. Synek jest moim słoneczkiem i cieszę się,ze go mam, ale jednocześnie jest mi przykro,ze tylu rzeczy nie mogę mu dać