Poradźcie proszę,
Czytuję Was już ze dwa lata, wdrożyłem zapisywanie wydatków. ograniczyłem się w kwestii ubrań, chemii. rozrywek. Ściąłem jakieś 60 % rozpasania

Czuję, że panuję nad wszystkim
i teraz:
Mieszkam w Wawie, zarobki (własna firma) ok. 10 000 netto (kiedyś więcej- teraz trochę słabiej, ale i tak poniżej 7000 nie powinno spaść (kontrakt na 24 msc z gwarancją) - będzie raczej lepiej niż gorzej.
Koszty stałe:
-
WYNAJEM mieszkania: 1600 zł PLN
- opłaty (prąd. woda. net 150 PLN
- ZUS -1000 PLN
- życie (jedzenie. chemia, ubranie/ zwierzęta/ - max 3000 PLN)
Mam 100 000 PLN oszczędności. Ciągle wynajmuję mieszkanie, męczy mnie ta sytuacja. mieszkam w małej kawalerce, brakuje mi miejsca.
Podpowiedzcie co robić?
Czy poczekać jeszcze rok zakładając odkładanie 5000 PLN miesięcznie - oszczędności wzrosną do około 160 000 - 200 000 PLN i kupić mieszkanie z kredytem (interesują mnie 2 pokoje za garażem - nowe budownictwo - bliżej niż dalej centrum - koszt nowego koło 350 000 - 390 000 PLN
Czy poczekać w ogóle 3-4 lata - mam już 32 lata - ta opcja wydaje mi się najbardziej smutna... ale odłożyć na całość +/- oczywiście.
Czy ładować się w kredyt - z lękiem przy tym co się dzieje na rynku- już teraz wpłacając jakieś 50 000 PLN i zostawiając sobie 50 000 PLN na remont i zamieszkanie od razu żeby ściąć koszta wynajmu.
Proszę Was tylko o opinię bez zbędnych zgryźliwości. Mogę ściąć wydatki stałe z 3000 do 2000 PLN, ale nie uważam żeby to było konieczne.
pozdrawiam Was i kibicuję każdemu z osobna!