Dodaj do ulubionych

Dzień z życia polskiego emigranta

09.01.09, 14:43
Nowojorski dzień polskiego emigranta

Piotr Wiśniowski

Dzień zapowiadał się upalnie. Była dopiero ósma a termometr wskazywał już
28°C. Nabrzmiała gęba słońca, blada jak twarz chorego, co jakiś czas wyzierała
zza poruszanych lekkim wiatrem brudnych kotar. Ciężkie od kurzu leniwie się
kiwały rzucając dziwne cienie na polepionych smarem rękach Stacha. Przeklinał
coś cicho, jednoczesnie parząc herbatę z użytej już dwókrotnie torebki
expresu. Na jego twarzym malowało się zmęczenie i te dwanaście godzin jakie
przepracował ostatniej nocy.

Była sobota więc większość nas była w domu. Zygmunt który stracił pracę
tydzień temu, drzemał przy butelce wina. Była do połowy opróżniona i dlatego
zapowiadał się kolejny dzień picia. Rano znów miał okres kiedy wydawało mu się
że atakują go robaki. Obudził nas i o trzeciej nad ranem i musieliśmy go
przyprowadzić do porządku. Juz raz chciano nam dać wymówienie po tym jak
pijany wybiłem szybę wchodząc przez okno do sypialni. A ja poprostu
zapomniałem gdzie są drzwi. Landlord nie chciał jednak uwierzyć w moje
tłumaczenia i dopiero kolejna interwencja naszego sponsora wraz z czekiem za
wybite okno ostudziła jego nerwy. Teraz staraliśmy się być ostrożni i jeśli
ktoś w czymś przesadził to solidarnie przywracaliśmy porządek. Tak jak dwa
tygodnie temu kiedy Jasiu szarpał się z Markiem. Marek wtedy za dużo wypalił
trawy i wydawało mu się że Jasiu ukradł mu cześć działki.

Najbardziej głosu narobiło jednak to jak wyjechał do Polski Andzej. Był to
młody chłopak w wieku 25 lat z sympatyczną żoną Jolą. Próbował tu różnych
rzeczy, ale wszysko kończyło się niewypałem. Raz, wtedy kiedy nie wyszedł mu
pomysł z fotografiką wracał pijany z zakładu i najechał na glinę na motorze.
Poszedł do kicia na miesiąc i wypuscili go za kaucją księdza. Po tym miał dość
buiznesu i pracy za 5 dolców. Żona sprzątała w motelu i często widać było jak
ukradkiem wyciera łzy kiedy idzie do pracy. W Polsce chyba nic nie robiła bo
Andrzej miał dzianych rodziców, a on sam kręcił walutą. Jeszcze do dziś
pamiętam jak w dzień wyjazdu narobił do basenu i zniszczył pół apartamentu
wylewając zawartość lodówki na posadzkę i ściany.

- To za wyzysk świniom kapitalistycznym - wytłumaczył jakiś czas potem w
liście już z Polski. Wspominając Andrzeja przyszedł mi pomysł żeby
zaproponować Jasiowi żeby znów zadzwonił po Lindę.

Linda to tania dziwka. Jasiu poznał ją u znajomych. Była u nas tydzień temu.
Brała tylko dychę od osoby, akurat tyle by kupić sobie na działkę heroiny.
Martwiło nas czy znajdziemy taką tanią k... jak się skończy, bo widać było że
słabnie jej organizm. Ostatnio jak obracałem ją w łazience to skuliła się na
muszli bo chwyciły ją dreszcze czy co tam innego i trzeba było odwieść ją do
domu, a Marek był zły że nie doszło do niego.
Obserwuj wątek
    • krupniok_pl Re: Dzień z życia polskiego emigranta 09.01.09, 14:55
      U Mariana
      Piotr Wiśniowski
      Marian to był mój dobry kolega - poznaliśmy się tutaj, na emigracji. Piszę o nim
      w czasie przeszłym, bo Marian już nie żyje. Pewnego dnia upadł i już się nie
      podniósł. Był wtedy trochę podpity i ludzie mówili że to przez wódkę, ale ja
      myęlę że też trochę przez to że upadły jego plany i marzenia. W Polsce Marian
      był uznanym fotografikiem. Miał swój sprzęt i często można go było spotkać na
      różnego radzaju uroczystościach. Miał układ z miejscowym księdzem. Był tym który
      robił zdjęcia na ślubach i pogrzebach. Pewnego dnia odwiedził go ten ksiądz, już
      tu w USA. Ksiądz przyjechał za swoją kobietą, ale ta jego kobieta nie chciała
      już z nim być. Wolny czas między mszami które odprawiał w polskiej parafii w Los
      Angeles spędzał przy wódce. Po kilku tygodniach wrócił do siebie do Polski, bo
      doszedł do wniosku że lepiej tam "gdzie wszystko jest za frajer". Marian
      natomiast przyjechał do Ameryki, bo chciał mieć więcej. Zaraz na początku
      spróbował otworzyć "warsztat", ale pomysł nie wypalił i Marian zbankrutował. Od
      tego czasu Marian zaczął pić. Kiedyś jeszcze, gdy warsztat był czynny, ale już
      było wiadomo że nie długo, Marian najechał samochodem na policjanta i za to
      spędził 30 dni w areszcie. Już wiedział że to koniec, więc uspakajał nerwy
      wódką. Gdyby Marian nie poszedł siedzieć, "warsztat" zamknął by się jeszcze
      wcześniej. Gdy Marian pracował - rzadko bywał w domu. W nim siedziała jego żona
      z córka. Czekały aż wróci. Od czasu do czasu jechaliśmy z żoną Mariana w góry.
      Marian się tym cieszył. Cieszyłem się i ja. Jego żona była zadowolona, bo
      zmęczony Marian nie miał ochoty się gdziekolwiek ruszać, a ja młody, spragniony
      byłem przygód

      Dobrze się złożyło że Marian już się nie dowiedział o tym że jego córka w wieku
      15 lat zaszła w ciążę. Urodziła nawet ładne dziecko. Ojcem był murzyn, więc
      dziecko miało oliwkową karnację. Później murzyn się ulotnił, a wychowaniem
      dziecka zajęła się matka Ani. Marian pracował jako dozorca i dodatkowo naprawiał
      uszkodzoną kanalizację lub stolarkę. Proste naprawy, i dzięki temu miał
      bezpłatne mieszkanie i tysiąc dolarów miesięcznie. Jego żona sprzątała i
      czyściła opuszczone mieszkania, żeby przygotować je do ponownego wynajęcia.
      Miejsce nie było zbyt dobre, lecz Marian nie miał wyboru. Była to południowa
      część Long Beach, brudna i w 70% zamieszkała przez ubogich murzynów. W nocy
      często słychać było strzały i krzyki. Nie raz żonie Mariana przyszło sprzątać
      mieszkanie w którym odbyła się strzelanina. Długo szorowała zanim zeszły
      brunatne plamy ze ścian, a znaczną część wykładziny dywanowej trzeba było
      wymienić na nową.

      Pamiętam że była to sobota. Środek lata i mimo zbliżającego się wieczoru było
      tak gorąco że czułem jak koszula przylepia mi się do pleców. Gdy przyjechałem,
      Marian siedział już wstawiony i kiwał się wprzód, i do tyłu. Wprzód, i do tyłu.
      Obok niego siedział Bogdan od sześciu lat w USA. Z Bogdanem przyjechała do
      Mariana Ewa, kolejna dziewczyna z Polski. Bogdan bezskutecznie, już od dłuższego
      czasu szukał żony. Po rozwodzie szukał jej w Polsce. Ale kolejne kandydatki
      szybko odjeżdżały gdy tylko połapały się że Bogdan nie ma domu ani Mercedesa, a
      perspektywa sprzątania czyichś śmieci nie była w ich planach. Tym razem Bogdan
      wierzył że Ewa jest właśnie tę która go bezinteresownie kocha. Dla mnie była to
      kolejna pomyłka. Ewa miała na sobie dużo złota i makijażu. I udawała wielką
      panią, a może nią była - któż to wie. Bogdan przy niej dziwnie wyglądał, ze
      swoimi brudnymi paznokciami, ubrany w krótkie spodenki i Adidasy. Co jakiś czas
      nerwowo sięgał po swojego Budwaisera i pociągał kilka łyków. Na lekko już
      łysawej głowie perliły się krople potu. Z kuchni dobiegały dzwięki krzątającej
      się żony Mariana. Były to jego urodziny i zjechało się sporo osób. Ze mną
      przyjechał Stachu i Marek. Stachu ostatnio nie miał humoru bo wpadł w sklepie na
      kradzieży kaset. Często jeźdźiliśmy razem i ja go kryłem, ale tamtego razu
      przegapiliśmy kamerę, no i było trochę wstydu gdy zabrano go na zaplecze. Teraz
      musi zapłacić 500 dolców. Myślę że trochę przesadził, bo kilka kaset nie
      mieszczących się pod koszulą wypadło mu na podłogę. To chyba przez to go
      nakryli. Później złapano też Piotra jak kradł maszynkę do golenia, i Jurka, ale
      ten kradł jedzenie. Było to po tym gdy go wywalili z pracy za to że nie stawił
      się po weekendzie. Zatrzymał go kac, i tak zabrakło mu na życie. On lubił
      kobiety. Co sobota jeździł po dyskotekach, a to sporo kosztowało. Nie miał
      żadnych oszczędności. Więc szedł do Luckiego lub Vonsa i brał wędliny lub sery.
      Później się gdzieś wyniósł i słuch o nim zaginął. Mówią że poznał jakąs
      Meksykankę i pracuje jako malarz w San Diego.

      Zabrakło Malaki - tak go przezywaliśmy. On był częstym gościem u Mariana.
      Przyjechał z Grecji, z ostatnią większą falą polskich emigrantów - po
      internowanych. Malaka w Polsce pracował jako murarz. Tam zostawił żonę i syna.
      Przyjechał do Kalifornii zarobić na mieszkanie. Jeszcze rok temu nie pił, bo
      miał wszyte lekarstwo, ale ono przestało już działać i Malaka przestał panować
      nad swoim organizmem. Szczególnie wówczas gdy żona zbyt natarczywie upominała
      się o te dolary. Malaka już zdązył się przekonać że nie jest łatwo je zarobić
      gdy się było murarzem w kraju. Tam buduje się z drewna i cegły, ale ona tego nie
      rozumiała. Może już miała drugiego chłopa, bo Malaka bardzo się zmienił po tym
      jak otrzymał list od brata. Wtedy zaczął pić. Trwało to dwa tygodnie. Do momentu
      kiedy znaleźliśmy go martwego w samochodzie. Przed sklepem z którego, gdy mu się
      skończyły pieniądze, wynosił wódkę. Chował piersiówki w skarpetkach. Później
      spalono go na koszt miasta, a podobno koledzy zrobili składkę na wysłanie
      prochów rodzinie.

      Z zamyślenia wyrwało mnie poklepywanie Marka. W palcach skręcał peta z trawy i
      kiwnieciem głowy zachęcał by wyjść przyjarać. Powiedziałem mu że dopiero gdy
      podadzą jedzenie. On nie był cierpliwy. Po drugiej stronie stołu siedział Maciek
      z Wandą. Wtedy jeszcze pracowaliśmy w tej samej firmie, później przyszły
      zwolnienia i Macka zwolnili. Miał już za wysoką stawkę jak na to co robił. Wanda
      masowała swój spuchnięty palec. W Polsce pracowała w szkole, a tutaj produkowała
      gumowe uszczelki i od tego narósł jej na palcu jakiś guz. Mówili że trzeba
      będzie wycinać. Wtedy Wanda lubiła grać w gry losowe. Później zbankrutowała gdy
      nakupiła towaru za ponad 10 tyś dolarów, takie zupełnie niepotrzebne nikomu
      rzeczy. Tego wymagała obietnica wygrania miliona. Ona grała bo miała już dosyć
      tej biedy, i tego jak pijany Maciek wali ją w głowę. Maciek winił ją za swe
      niepowodzenia, a ona od czasu do czasu dostawała jakiś drgawek, padała wtedy na
      podlogę i wiła się po kilka minut wyjąc przy tym jak dzikie zwierzę. O tym
      dowiedziałem się jednak o wiele później, wówczas Józek już z nią nie mieszkał.
      Gdy stracił pracę to wyniósł się z domu. Sparaliżowało mu z tych nerwów lewą
      część twarzy, ale po kilku miesiącach trochę to ustąpiło. Pracuje teraz na dwa
      etaty w stołówce szkolnej.

      Znow czuje jak Marek klepie mnie po plecach. Chyba się skuszę na tą trawę.
    • bogo2 Re: Dzień z życia polskiego emigranta 09.01.09, 16:30
      redlinski byl przed toba... on to juz wszystko opisal... nawet film
      z tego pisania nakrecili...!
      wiec, po co ci to...!!!

      krupniok_pl napisał:

      > Nowojorski dzień polskiego emigranta(..)
      • glupipysk Re: Dzień z życia polskiego zazdrosnika 09.01.09, 20:24
        ktoremu nie wyszla emigracja ,kiedy byl czas na to tzn
        towarzyszowi "krupniokowi",,,,,hehehehehehehe!!

        ciagle od 5 lat mieli dookola Macieju ten sam temat ,bo kiedy jego
        koledzy co wyjechali do Kanady czy Australii juz niedlugo pobierac
        beda sute zachodnie emerytury ,on [ona] bedzie pazury obgryzac za
        975 zl /miesiecznie polskiej emeryturki,tyle zostalo z marzen !!
    • harlista Re: Dzień z życia polskiego emigranta 10.01.09, 03:28
      Oj Krawczyk, Krawczyk
      Ktory to juz raz wklejasz ten text ?
      A jak tam twoj przewod doktorski?
    • krupniok_pl Nie dla psa kiełbasa 12.01.09, 20:03
      - emigrant z emigrantów -

      Przyleciał samolotem. Lot miał spokojny i bez stresowy.

      Inaczej niż Kichus, który odlatywał z Okęcia parę godzin po tragicznym wypadku

      23 stycznia 1980 r. samolotu PLL LOT typu Tu-134 w Warszawie.

      Samolot uległ całkowitemu rozbiciu.Fakt, że nikt nie odniósł poważniejszych obrażeń

      z pewnością nie był uspakajającym czynnikiem dla i tak podekscytowanego ucieczką

      z PRL-u Kichusia.



      Jurek znał adres a my termin jego przybycia. Nie znaliśmy stanu, w jakim się pojawi.



      Przed moim wyjazdem Jurek miał okres paru tygodni nieprzerwanego picia.

      Nie znałem tej strony człowieka, którego kilka lat spotykałem w cotygodniowej pogoni

      za piłką czy innego rodzaju imprezach towarzyskich.

      Faktem jest, że stronił od alkoholu.

      Nikt i nigdy nie widział go z piwem czy kieliszkiem w dłoni. Był starszy.

      Jego bagaż życiowy i indywidualność dały mu przepustkę przyjęcia go do naszej
      paczki.



      Mieszkał sam z matką architektem i od młodzieńczych lat nie mógł znaleźć swoich
      korzeni

      w betonowym podłożu socjalistycznego państwa.

      Edukację zakończył na ósmej klasie.

      Nie chciał kształcić się dla partyjnych dupków i dyplomu zawieszać na ścianach

      warzywniaka. Pracował w rożnych zakamarkach Polski nawiązując szerokie kontakty.

      Podobno znał osobiście Jana Himilsbacha o którym opowiadał często anegdoty.

      Jego impertynencki sposób zachowania i nieokreślone reakcje na rożnego rodzaju

      sytuacje dodawały mu kolorytu.

      Kiedyś zapytany w tłocznym autobusie

      - czy mógłby pan podać mój bilet do skasowania

      Prostował się, wyciągając szyje jakby kogoś szukał i odpowiadał

      - ale ja tam nie znam nikogo

      Po czym brał bilet od całkowicie zdezorientowanego pasażera i podawał dalej.

      Świat jego zamykał się w książkach i płytach gramofonowych.

      Wiedze zdobywał sam w zakresie i dziedzinach, które stanowiły jego zainteresowania.

      Prowadził swobodne rozmowy w języku angielskim oraz zaopatrywał nas w literaturę

      blokowaną przez cenzurę, która sam przemycał ze Szwecji.



      Jego decyzja przyjazdu do Wiednia była dla nas niespodzianka,

      tak jak i po ostatnich ekscesach alkoholowych wielką niewiadomą.

      Był trzeźwy. Jednak blada cera i sine worki pod oczami były śladem trudnych dni

      zamkniętych w czterech ścianach i delirium.



      W mieszkaniu robiło się pomału tłoczno.

      Po Franku dołączyła do nas para studentów z Krakowa i moja dziewczyna.

      Nasza nora przybierała zarysy mieszkania.

      Porządek, zapach gotowanych posiłków, parzonej kawy, rozmowy, śmiech i muzyka

      łagodziły tęsknotę za najbliższymi i domem rodzinnym.

      Dawały złudzenie harmonii.



      Zrezygnowaliśmy z Maćkiem z naszej części należności za czynsz.

      Jak każdy tutaj, Jurek dotarł na resztkach paliwa finansowego i potrzebował
      wsparcia.

      Z kolegą, sąsiadem spod 13-ki wysłaliśmy go na barki.

      Miał cholerne szczęście. Prace dostał w pierwszym dniu i zanosiło się, że będzie

      mógł ja utrzymać przez pierwszy najtrudniejszy okres.

      W piątek po pracy, przy grze w bridge, zwrócił się do mnie

      - posłuchaj stary. Tu są wszystkie moje pieniądze.

      Zostawiłem sobie trochę na fajki i drobiazgi. Proszę cię...weź je i schowaj.

      Obojętne, co się będzie działo. Proszę...jeszcze raz proszę nie dawaj mi tych
      pieniędzy.

      Wyciągnął rękę, w której było 1500 szylingów.

      Wiedziałem, co ma na myśli.

      Schowałem pieniądze w wierze, ze będzie to dla niego ułatwienie.

      Że będzie to drabinka, po której może się wspinać w walce z choroba.

      Myliłem się jednak bardzo nie znając siły nałogu.

      Zaczął pić kilka godzin później. Piątek, sobota, niedziela.

      W poniedziałek nie poszedł na barki.

      Napięcie eskalowało się i zaczynało przybierać astrologiczne apogeum.

      Był wtorek, późne popołudnie w chwili, kiedy wszedł do pokoju.

      Był jakiś dziwnie niespokojny.

      Oczy nieobecne a ciało pogrążone w lekkiej arytmii drżenia.

      - oddaj mi pieniądze

      - oddaj mu i niech spieprza – odezwał się Franek, który jako współ wynajemcą lokum

      już wcześniej zwrócił nam uwagę na zakłócenia czasu potrzebnego do regeneracji.

      - nie, nie dostanie.

      - oddaj mi pieniądze.....oddaj mi pieniądze.....oddaj mi pieniądze

      - powtarzał cały czas podnosząc przy tym glos.

      - nie

      Ruszył w moim kierunku.

      Franek zdążył złapać go za koszule i powstrzymał ten furiacki szturm.

      - wypie...ć mi stąd – zasyczał.

      Pierwszy raz widziałem go takiego wściekłego.

      Wyszedłem z mieszkania. Za mną szedł Maciek i Jurek.

      Trzej przyjaciele z boiska.

      Ściany szarej studni podwórka, jedno drzewo i kilka pojemników na śmieci miały być

      areną rozwiązania konfliktu. Padał deszcz.

      - oddaj mi moje pieniądze

      - nie dostaniesz. Sam mnie o to prosiłeś

      - prosiłem, ale zmieniłem zdanie. Oddaj.

      - oddam ci jak wytrzeźwiejesz

      - nie. Oddasz mi je w tej chwili

      - posłuchaj robisz niepotrzebnie zamieszanie.

      Dostaniesz pieniądze jutro.

      - ty ku... złodzieju – ruszył na mnie w desperackim ataku.

      Był wyższy i lepiej zbudowany.

      Moim atutem była trzeźwość i szybkość. Uderzyłem go otwartą ręka.

      Ale impet, z jakim się rzucił, sam w sobie stanowił już bolesną silę.

      Zachwiał się na nogach. Poprawiłem drugą ręką.

      Z nosa ciekła mu krew zamieniająca się w szeroki potok różu, na mokrej od
      deszczu twarzy.

      Wzbierała sprzeczność we mnie. Stanąłem do bójki w imię koleżeństwa i chęci pomocy

      temu, któremu w tej chwili wyrządziłem krzywdę.

      Na dodatek w imię pomocy zostałem złodziejem.

      Bezradność sytuacji brnącej w ślepy zaułek niszczyła mozolnie wypracowywana
      normalność

      i stabilizacje.

      - bandzior, złodziej, kutas pie...ny. Wszyscy jesteście złodzieje.

      Wszyscy jesteście kutasy. Zabraliście mi pieniądze.

      Stał bezradny obrzucając nas stekiem wyzwisk, które zabierane poprzez krople deszczu

      rozbijały się bezdźwięcznie o ubitą ziemie.

      W nocy położyłem 1500 szylingów na stole.

      Wiedziałem, że go więcej nie zobaczę.

      Po tygodniu przysłał kartkę pocztową.

      - jestem w Traiskirchen. Złożyłem podanie o emigracje do Australii.

      Przepraszam za wszystko.

      Pozdrowienia z piekła.

      Jurek
    • krupniok_pl Dzień z życia polskiego emigranta 2 19.01.09, 10:58
      Piętro wyżej mieszka Pan Staszek, 14 lat nielegalnie w Ameryce, mógłby wracać,
      ale dostał zawału serca w zeszłym roku i był nie ubezpieczony i poszły wszystkie
      oszczędności. Pan Stasiu nie ma tu rodziny, rodzina jest w Polsce. Pan Stasiu
      jest nieszczęśliwy. Pan Stasiu reprezentuje 80% społeczeństwa Polaków
      przebywających w Chicago. Pracuje na budowie, nie wierzy, że ja wracam do
      Polski, a życie tam sobie chwalę. Czasem, bardzo rzadko, ma wolne w niedziele -
      wtedy idzie do kościoła albo do znajomych.



      Nagle znowu jestem w Stanach, nagle wszystko wraca, jeszcze w czasie podróży
      samolotem w to nie wierzę, jeszcze myślę, co w domu i która to godzina i jeszcze
      zajęta jestem Krakowem a nagle ląduję i po utarczkach z niemiłym acz przystojnym
      urzędnikiem emigracyjnym już jestem na parkingu i w oszołomieniu opowiadam Asi
      najnowsze plotki i jeszcze jestem Tam a nie Tu i jeszcze mogę wierzyć, że to
      sen, a nie, że znowu, szybko i tak, o, jestem w Chicago, a wcale już nigdy nie
      miało mnie tam być. Jadę z Asią tym samym co w zeszłym roku samochodem i cieszę
      się, i jest bardzo ciepło a to wrzesień, i tyle aut i tyle ludzi, już
      zapomniałam jak to jest, między Rynkiem a domem nie ma tyle ludzi i już się
      trochę zaczynam tego bać.

      Korki i gorąco i polskie papieroski i twarz straszna zgrzana, sucha po
      samolocie, chcę do domu jakiegoś, co się stanie moim na najbliższe trzy
      miesiące, ciekawa go jestem, a Asia nie chce wcale opowiadać, tylko mówi, że
      hard kor i hard kor.

      W metrze na razie artyści, bo po drodze do mojej dzielnicy jest ich dzielnica,
      ostatni artysta wychodzi na Logan, a dalej jadą już tylko Meksykanie i Polacy,
      więc się izoluję, idę potem długą ulicą, meksykanie szaleją w samochodach, mi
      się kręci w głowie, otwieram drzwi, wchodzę po oszczędnościowych schodach (w
      amerykańskich domach do wynajęcia są schody szerokości pół stopy, żeby nie
      marnować materiału), otwieram drzwi i tam już siedzi przed telewizorem, rozparty
      pan Staszek, z pilotem w ręku, słuchawką telefoniczną przy uchu, rozmawia jak
      codziennie z którąś z córek (którym posyła po 300 dolarów, żeby sobie kupiły
      buty, bo mówią mu, że strasznie w Polsce drogo) i jednym okiem ogląda kolejny
      odcinek Plebani. Uśmiecham się i idę do naszego pokoju, tam jest Asia, mówi, że
      zrobiła obiad i jem ten obiad przy ceratowym stole, oglądam Friends, a na drugim
      telewizorze Plebania, do tego wszystkiego dołącza się pani Alinka, która tłucze
      się za moimi plecami garnkami i wrzeszczy do synka swego Dawida, żeby jadł, a on
      nie chce, Asia wywraca oczami, piosenka z Plebani coraz głośniej, ja jem coraz
      szybciej, Alina wrzeszczy pół po polsku pół po angielsku, syn jej Dawid z
      pieńkami czarnymi zamiast zębów, w wieku lat 6 nie chce kurczaków z mikrofali i
      zupy, wrzeszczy i zaczyna w swoim pokoju oglądać bajki, dźwięk na cały
      regulator, Plebania wyje, Alina trzaska, syn jej Dawid przygłaśnia pokemony a mi
      się cały dzień długi przewija przed oczami i już nie wiem co mam robić czy się
      śmiać, czy oszaleć. Nie mogę spać i mam ataki klaustrofobii, w momencie kiedy
      uświadomię sobie ile rzeczy się dzieje pod jednym dachem dwupiętrowego plus
      piwnica domku na ulicy Kildare.

      Rano wychodziłam z pokoju, zastanawiając się, kto jest a kogo nie ma i czy będę
      miała to szczęście i nikogo nie spotkam i niestety z reguły spotykałam Alinkę,
      która na mój widok odkładała nerwowo telefon (nie chciała płacić za rachunki i
      jak myślała, że nikogo nie ma, to wtedy dzwoniła) i kuląc nogi pod siebie,
      siedząc w fotelu pana Staszka mówiła "Budzę się kawą", zawsze tym samym tonem,
      zawsze z tym samym ruchem podkulającym, zawsze z tą sama filiżanką, w przykusej
      nocnej koszulce.

      Obudziłam się pewnej soboty i wiedziałam, że nie mogę tu mieszkać, jeżeli nie
      wyrzucę z tego mieszkania mnóstwa niepotrzebnych rzeczy, które czułam wszędzie -
      było tam pełno szafek, a każda z tych szafek kryła w sobie nagromadzone
      wieloletnie zbiory emigranckie, czyli dostane od szczodrych chlebodawców popsute
      tostery, setki papierowych ręczników kradzionych przez panią Alinkę z domków w
      których sprzątała, przypalone garnki, nie wiadomo, po którym lokatorze, kubeczki
      nadłamane, pudełka po jogurtach, milion plastikowych siatek, parę obrazów z
      wyprzedaży albo ze śmietnika, tony niepotrzebnego jedzenia w lodówce, pozwijane
      chodniczki na schodach, szesnaście połamanych mioteł i wiele innych rzeczy,
      które straszyły wyzierając z każdego kąta. Czaiłam się też na potworną ceratę na
      kuchennym stole, i miałam sprytny plan dotyczący:

      1. Anioła w bordowej szacie, który stał koło telewizora i nosił wyraźne znamiona
      świąt Bożego Narodzenia.

      2. Ceraty w mikołaje (jakaś choroba świąteczna) na stole w dużym pokoju,
      przykrytej pięcioma podstawkami w kwiaty, które były transparentne i miksowały
      się z mikołajami w sposób niewiarygodnie przyprawiający o paranoję dizajnerską.

      3. Chodnika w kuchni, który był prawie taki jak zasłona biohazard w Liszaju, w
      którym mieszkał Janek w Nowym Jorku.

      4. Szafki w kuchni pełnej starych ulotek, które dostarczali pod drzwi, ale
      których nie wyrzucał ani pan Staszek ani nikt inny, bo być może jest w nich coś
      ważnego, ale nie umieli tego przeczytać, więc na wszelki wypadek lepiej schować.

      5. Pojemnika w lodówce pełnego przeterminowanych keczupów z maca, wyniesionych
      przez panią Alinkę.

      6. Tajemniczej szafki nad kuchenka, która co jakiś czas się otwierała i
      ukazywała plątaninę starych kabli, pokrytych nalotem lepkiego kurzu.

      Ponieważ nie wiedziałyśmy jaki jest stan osobowy mieszkania, batalię o
      przestrzeń życiową rozpoczęłyśmy od zlikwidowania chodnika biohazard. Asia
      wylewała na niego systematycznie olej, robiąc plamy, które nawet pan Staszek,
      wielbiciel chodnika musiałby uznać za niezniszczalne, ja wydawałam głośne okrzyki:

      - Jezu, Asia, uważaj, olej

      - O, ja, Asia, wylewa się

      - Asia, uważaj, patrz, jaka plama

      - O, Asia, strasznie się leje.

      - Wiesz, co, to już nie zejdzie. Trzeba go wyrzucić.

      A raz chciałam sobie szybko zrobić herbatki i pójść już oglądać Złotopolskich,
      bo pan Staszek zostawił nam kasety, i sięgnęłam jeszcze po coś do lodówki, a to
      już było w okresie ostrej wojny z panią Alinką i sięgnęłam po to coś i nagle,
      jak tsunami, runęła na mnie fala zupy jarzynowej, którą Alinka przygotowała dla
      synka swego Dawida i lała się ta zupa wszędzie, wlewając się w każdą szparkę w
      kuchni i pod chodniczek i w lodówkę a ja stałam i zmiękałam. Sprzątałam godzinę,
      walcząc z marchewką i groszkiem i ziemniakami, i potem napisałam kartkę do
      Aliny, że przepraszam i że odkupię tę zupę a Asia była zła o tę kartkę, bo po co
      piszę do tej Aliny francy.

      A czasem, jak jeszcze było ciepło, siadałyśmy sobie na balkonie, rozkoszowałyśmy
      się tym, ze naszych współlokatorów nie ma w domu i kiedy już cykady układały się
      w całe orkiestry symfoniczne kiedy samoloty lecące na O' Hare nabierały
      metafizycznej zgodności ze światem i kiedy nagle to ohydne papierowe,
      auschwitzowe sąsiedztwo robiło się ładne i drzewo w ogródku pięknie szumiało a
      my gubiłyśmy pamięć - nagle na balkon wchodził pan Staszek, wzdychał, ja nerwowo
      upychałam akcesoria po kieszeniach, zastanawiając się czy przepalą mi kieszeń
      czy poparzą uda, a pan Staszek siadał z głębokim westchnięciem, patrzył w to
      drzewo, ja patrzyłam na Asię i widziałam, że wszystkimi siłami stara się
      pamiętać to, co przed chwilą powiedziała albo zastanawia się czy pan Staszek już
      coś mówił czy nie, i nagle pan Staszek mówił - a mój szwagier umarł na raka 14
      lat temu i w takich mękach... a ja 10 lat mieszkałem tutaj z moją teściową, tak,
      z teściową, bez żony, bez rodziny, a 4 córki w Polsce, a teściowa zachorowała i
      kto się nią opiekował? Ja... i tylko wysyłam, bracie pieniądze do kraju... a jak
      5 lat temu spadłem na budowie z 2 piętra, to nie miałem ubezpieczenia...

      <a href="
      • krupniok_pl Re: Dzień z życia polskiego emigranta 2 cd.. 19.01.09, 10:59
        A my oszołomione, patrząc jak urzeczone w jego brak palca i słuchając smutku
        rozdzierającego, i nasz stan tylko podbijał ten smutek, a pan Staszek nagle się
        ożywiał i przynosił ze swojego pokoju jakieś zdjęcia, z chrzcin, ślubów, wesel,
        urodzin znajomych i mówił, że i nam zrobi zdjęcia, a my mrużąc oczy
        dziękowałyśmy bardzo, ogarnięte nagle falą współczucia, smutku, empatii i czego
        tam jeszcze i przysięgając sobie w duchu, ze choćby nie wiem co, to ja wracam do
        domu.

        Na samym dole tego domu jest piwnica, w której mieszkają właściciele Chińczycy
        albo Wietnamczycy?, z rodziną, rzadko ich widuję, czasem widuję ich psa, buldoga
        z tych najbrzydszych. Śpią gdzieś tam, czasem stamtąd strasznie śmierdzi
        chińskim żarciem a czasem unoszą się stamtąd chmury dołpu i wtedy nie wiemy co o
        nich myśleć.

        Na pierwszym piętrze mieszka amerykańska rodzina, właśnie urodziło im się
        dziecko, które się uaktywnia rankami, jak przestanie wyć nasz polski Dawid.

        Piętro wyżej mieszka Pan Staszek, 14 lat nielegalnie w Ameryce, mógłby wracać,
        ale dostał zawału serca w zeszłym roku i był nie ubezpieczony i poszły wszystkie
        oszczędności. Pan Stasiu nie ma tu rodziny, rodzina jest w Polsce. Pan Stasiu
        jest nieszczęśliwy. Pan Stasiu reprezentuje 80% społeczeństwa Polaków
        przebywających w Chicago. Pracuje na budowie, nie wierzy, że ja wracam do Polski
        a życie tam sobie chwalę. Czasem, bardzo rzadko, ma wolne w niedziele - wtedy
        idzie do kościoła albo do znajomych. Pan Stasiu nie mówi po angielsku, jego BOSS
        jest z Białegostoku (w środowisku polonijnym najgorsze sukinsyny, ci z
        Białegostoku podobno się razem trzymają i są okropni).

        Poza Panem Staszkiem mieszka tam Pani Alinka, pod czterdziestkę, córka dorosła w
        Polsce, a syn Dawid w Chicago. Pani na domkach. Sprząta. Wynosi z tych domków
        (nigdy nie zrozumiałam dlaczego to się nazywa, że się sprząta na domkach)
        tysiące rzeczy, siatki, ręczniki małe, trochę herbaty, trochę dżemu, trochę
        wody, trochę soku, papier toaletowy. Ma złamany, piskliwy głos, płaską czaszkę i
        trwałą która kiedyś była trwała a teraz już nie jest. Dużo takich pań na
        domkach. Po co przyjechały? Od ilu lat? Na ile? Mówi po angielsku trochę, ale
        często zwraca się do swojego dziecka (6 lat) właśnie po angielsku, z dziwnym
        rzeszowsko-amerykańskim akcentem. Czemu? Syn Dawid już nie chce mówić po polsku,
        pani Alinka zajmuje się nim w kwestii żywieniowej, i włącza mu bajki na video.
        Tyle jeżeli chodzi o wychowanie.

        A w kolejnym pokoju śpi Asia, która wyjechała bez planu, i siedzi tam już drugi
        rok i tłucze się po mniej lub bardziej polonijnych mieszkaniach i wśród Polonii
        kwiatem jest egzotycznym, innym, dziwacznym i niezrozumiałym. Podróżuje i czyta,
        muzyki słucha i mówi po angielsku. Chodziła tam nawet do szkoły. I druga Asia,
        ja, na trzy miesiące, do pracy.

        Pewnego wieczoru wracam do domu, w jednej ręce mam szampana, w drugiej ręce
        majonez kielecki - wracam z pracy, gdzie odbywała się promocja produktów ziemi
        świętokrzyskiej. Szampana dostałam jako łapówkę. Promocja produktów ziemi
        świętokrzyskich polegała na przylocie 14-osobowej grupy malarzy, którzy
        przywieźli najstraszniejsze wykwity malarstwa i mnóstwo jedzenia, wśród nich
        rzeczony majonez. Za wszystko zapłaciła ziemia świętokrzyska a promocja odbyła
        się wśród tych malarzy i kilku przedstawicieli inteligencji polonijnej.

        Wchodzę po cichutku do naszego pokoju, zgrabnie omijając stertę butów w
        przedpokoju. Asia leży w swoim łóżeczku, słuchawki na uszach i śpi z wściekłym
        wyrazem twarzy. Stoję z tym majonezem i szampanem i wiem, że zaraz się muszę
        pakować i jak mam to zrobić żeby jej nie obudzić i wiem, że muszę wstać za
        jakieś 5 godzin i wiem, że za 8 godzin będę daleko - będę na pustyniach i w
        kanionach. Odkładam majonez i wyciągam z szafy plecak, Asia się budzi:

        - Stara, ale tu był hard kor

        - Jaki hard kor?

        - Przyszedł Chińczyk i wrzeszczał, że się mamy wyprowadzić, że to jest
        mieszkanie trzyosobowe, a tu mieszka 4.

        - Ale tu mieszka 5. Ja też tu mieszkam.

        - Wiem, ale on myśli, że ty i ja to jedna osoba. Wszyscy mu wyglądamy tak samo.

        W piątek siedziałyśmy w kuchni i oglądałam telewizję, obok pan Staszek zaczynał
        maraton plebaniowo-złotopolski, chichoczemy z Asią a'propos plebanii i naszej w
        związku z nią sytuacji, Alina nagle jak burza przeleciała przez mieszkanie,
        ciągnąc za sobą odkurzacz i w tempie rekordowym zaczęła sprzątać co bardziej
        widoczne punkty mieszkania. Równocześnie wzięła się do expresowego pieczenia
        ciasta i syn jej Dawid zaczął wrzeszczeć wniebogłosy i już musiałyśmy z Asią
        ewakuować się najlepiej na następne dwa dni do jakiś znajomych, bo Alina miała
        absztyfikanta, wielkiego, strasznego chłopa, który nawiedzał ją regularnie w
        piątki i na początku zostawał na chwilę, potem na dłużej a potem do poniedziałku
        rano, i kąpał się w naszej łazience i jadł naszymi widelcami i kotłowali się z
        synem Aliny Dawidem w jednym pokoju wielkości dziupli, i Dawid ryczał pełnym
        głosem, bo nienawidził tego gacha, trudno mu się dziwić, i koncerty rozpoczynali
        od 7 rano w soboty, bicie i tupanie i wrzask dziecka wściekłego i piski
        koszmarne patologiczne Aliny i my dygoczące ze wściekłości w pokoiku z drzwiami
        z płyty pilśniowej i Asia nie wytrzymywała i płakała a ja leżałam i bałam się,
        ze ten gach też nas pobije. A gach nas mijał w kuchni w wyniosłym milczeniu a ja
        już nie wiedziałam czy mam się bać czy płakać i co mam zrobić, może zadzwonić na
        policję, że biją to dziecko albo że się przy nim gżą?

        Budzę się i jest ciemno. Wczoraj zasypiałam myśląc, że jak się obudzę to będzie
        ciemno i będę musiała wstać i iść w zimno i czemu muszę wstawać za piętnaście
        szósta rano, to nie dla mnie i ja nie chcę i nienawidzę i może są tacy co
        umieją, ale ja nie umiem. Wstawałam jednak i wbijałam się w przygotowane
        wieczorem ciuszki, tak, żeby jak najbardziej ograniczyć kontakt ciała z zimnym
        powietrzem i mamrotałam przekleństwa. Wychodzę z pokoju, pan Staszek już robi
        sobie kanapki, rześki, od 14 lat wstaje siedem dni w tygodniu o 5:30 rano i nie
        narzeka, a jak musze wstać tak parę razy i jestem najbardziej nieszczęśliwa na
        świecie, i pytam Stasia, czy mnie podwiezie do kolejki, oczywiście, schodzi na
        dół rozgrzać samochód a ja ubieram się w kurtkę i kamizelkę i tak mi zimno i już
        nienawidzę pomysłu, żeby popracować w polskim radiu o 7 rano. Wsiadam do
        samochodu Stasia i małomówna daję się podwieźć na stację kolejki, wysiadam i
        jest zimno i palą się lampy jeszcze i schodzę na stację zamarznięta, staję pod
        lampą ogrzewczą, koło tego samego faceta codziennie, jakiś wariat, w bluzie, bez
        kurtki, wszyscy senni i rozmemłani, siedzę naburmuszona. Jadę kolejką, potem
        wysiadam i czekam na autobus, razem z grupą przemarzniętych Polek, jadących też
        do pracy, jadę tym autobusem przez ruchliwą już ulicę Milwaukee, brzydką
        potwornie, bo to już amerykańskie suburbia, zastawioną salonami samochodowymi i
        klinikami dentystycznymi i ściemnionymi kancelariami załatwiającymi wizy i
        zielone karty, zimno i nikt nie idzie, tylko wszyscy jadą, muszę się napić kawy.

        Mijam salon samochodowy z dinozaurem naturalnej wielkości, co nadmuchany unosi
        się nad chewroletami i dodżami, mijam kolejną klinikę dentystyczną i wysiadam
        przy niebieskim znaczku firmy ubezpieczeniowej, i już jestem w redakcji
        dziennika związkowego, który jak się okazuje jest organem diaspory polskiej,
        wchodzę na pierwsze piętro, gdzie mieści się jedna z polskich rozgłośni
        radiowych i słyszę jak redaktor czyta ogłoszenia, bo ktoś chce sprzedać dom, z
        ładną jardą, dużym porczem, dom jest trzybedrumowy, ma karpety i w każdej
        sypialni klozet. Biorę kartki i przepisuję sobie wiadomości na normalny polski,
        bo przy całym szacunku dla niedoli naszych emigrantów nie mogę mówić insiura i
        karpet, nie mogę.
      • krupniok_pl Re: Dzień z życia polskiego emigranta 3 19.01.09, 11:00
        Czytam, ziewam, potem jest dyskusja ze słuchaczami i jedna pani mi krzyczy, że
        hip hop to szatan, a potem przychodzi prawnik polski, który będzie udzielał rad
        emigracyjnych, słucham więc zafascynowana o przekrętach jakich można całkiem
        legalnie dokonywać i ile to kosztuje, żeby je przeprowadził prawnik, prawnik
        jest straszny i ma oczy żaby i aż śmierdzi przekrętem, więc kończę czytać moje
        newsy i uciekam do autobusu, bo zaraz muszę być w swojej pracy właściwej, jadę
        więc na drugi koniec miasta, uwolniona już od domów z jardą i prawników, jadę za
        to do polskiej galerii, wchodzę tam, jest 9-ta, i przez 10 godzin jestem
        wszystkim i każdym sprzętem biurowym, tłukę na komputerze, sprzedaję bilety na
        Chopin pragnienie miłości przez telefon, odpowiadam, ze nie mam biletów na
        rynkowskiego i nigdy proszę pani, nie będę miała, sprowadzam filmy, wysyłam
        filmy, i wyginam się między kabelkami, sprawnie zmieniając fax na net i net na
        fax i łącząc się z netem godzinami, bo mój pracodawca nie wie, że można mieć
        sztywne łącze.

        A kiedyś przyszedł Chińczyk i kazał się wyprowadzać, już dosyć krzyków i Dawida
        i już dosyć Polaków. I wróciłam do domu.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka