Dodaj do ulubionych

"Długomyślność"

27.04.09, 12:15
Ponieważ ostatnio miałam darmowe trzydniowe wczasy z darmowym
wyżywieniem i dowiezieniem przy akompaniamencie (czyt. trafiłam
niespodziewanie do szpitala na sygnale), miałam okazję polenić się,
poczytać całe dnie i porozmyślać. Pewnie sukcesywnie będę się z Wami
dzielić moimi refleksjami, spotkaniami ze służbą zdrowia. Ale
najpierw jeszcze sama przemyślam to, co mnie spotkało.
"Wnętrze ludzkie ma swoją dynamikę, wszystko w swoim czasie dokonuje
się w człowieku powoli.
Jak zboże dojrzewające w czasie trzeba nieraz czekać i nic więcej.
Czekać, modląc się". To cytat z ostatniej książki Wandy
Półtawskiej "Beskidzkie rekolekcje".
Mam wrażenie, że podobnie jest z rozwojem dziecka: z pozoru szybki,
ale głębsze pokłady emocji, świadomości rozwijają się w dziecku
powoli, o wiele wolniej. I niekiedy zbędnym pośpiechem więcej można
popsuć niż pomóc.
Przed moimi perypetiami ze szpitalem znajoma napisała mi, że "nie
chce być wieszakiem na dziecko". Zwykle staram się nie brać takich
rzeczy do siebie (w końcu pisała o sobie), ale tym razem jakoś mnie
to dotknęło. A czy ja chcę być wieszakiem na dziecko? Właściwie
dlaczego miałabym siebie traktować tak rzeczowo? Może lepiej
traktować to jako dar mamy dla dziecka i jako niepowtarzalną okazję
dzielenia się z dzieckiem tym, czego akurat teraz potrzebuje?
Patrząc w perspktywie kilku- kilkunastu miesięcy rzeczywiście może
się "nie opłacać" służenie dziecku przytulaniem dziennym i nocnym,
karmieniem, bo jest to WYMAGAJĄCE PRZEDE WSZYSTKIM OD RODZICA. A
wiadomo, że od siebie jest wymagać trudniej, o ile łatwiej od
drugiego człowieka, np. od dziecka. Tego wymagania oczwiście dziecko
potrzebuje- ale odpowiednio do tapu rozwoju na jakim się znajduje.
Ale poniważ na trzy doby zostałam tej przytulankowo-karmicielskiej
funkcji pozbawiona, to jakoś łatwo mi było to docenić: jakie to
chwilowe, przemijające, zadane tylko na teraz na kilka, może
kilkanaście miesięcy czy niewiele lat. A więc powróciwszy na łono
rodziny tym bardzij cieszę się, że mogę z powrotem dzielić się tą
bliskością z córcią. Moje dziewczyny zaraziły się w tym czasie ospą,
a więc maluchowi tym bardziej przyda się porcja mojej odporności
dostarczona w mleku. Zresztą Tosinek przestraszony moim
niespodziewanym gwałtownym zniknięciem i emocjami, jakie wzbudziło
to w rodzinie taki się zrobił jakiś bardziej wtulony, obawiający
się.
Mogłabym z tym walczyć, mocować się, ale po co? To normalne, dziecko
potrzebuje się znów poczuć bezpieczne, nieodłączne, zakorzenione w
moją miłość, żeby w dalszej perspektywie tym silniejsze skrzydła
zyskać do odlotu z krainy dzieciństwa, do usamodzielniania.
Termin "długomyślność" zaczerpnęłam z innego jeszcze mojego
ulubionego autora- czy nie jest to coś, co bardzo pomaga przy
wychowaniu? Widzieć wszystko w dalszej perspektywie, ogarniać i
obejmować refleksją bieżącą chwilę jako zanużoną w całości życia?
Pozdrawiam Was wiosennie!
Iza
Obserwuj wątek
    • mad_die Re: "Długomyślność" 27.04.09, 13:09
      Kochana, jak Ty pięknie umiesz pisać!
      • szczur.w.sosie Re: "Długomyślność" 27.04.09, 13:17
        No proszę, mądrze gadasmilewink
    • szczur.w.sosie Re: "Długomyślność" 27.04.09, 13:22
      a co to za autor, który posługuje się terminem 'długomyślność'? bo mi się to
      kojarzy z teoretykami wychowania z przełomu XIX/XX wieku, a kiedyś na studiach
      się tym interesowałam porównując antypedagogikę z tamtymi koncepcjami wychowania
    • w_iika Re: "Długomyślność" 27.04.09, 13:25
      Nie zgadzam się, że to wygajace dla rodzica. Nie ma dla mnie większej przyjemności niż przytulanie się do mojego malucha. Uwielbiam nosić na rekach starszaka i jestem wdzięczna moim dzieciom, że zechciały się zjawić w naszym zyciu. Nie postrzegam mojego macierzyństwa w kategoriach wyrzeczeń, choć momentami bywa ciężko i nieprzespane noce to akurat najmniejszy problem. Mnie niesamowicie przybija świadomość, że to ja kształtuję ich wizję świata. Gdy widze u mojej dwulatki znane mi , oj, jak dobrze znane, wybuchy złości, mam ochotę zapaść się pod ziemię ze wstydu. Karmienie i noszenie moich dzieci ( a maluch wychował sie na rekach, i w chuście) to ogromna przyjemność. Gdy słyszę, że macierzystwo pozbawia i ogranicza, zgadzam się z tym całkowicie, tylko dla mnie moje dzieci pozbawiły mnie rzeczy nieistotnych. Gdy urodziłąm córkę, i gdy po 3 m-cach doszłam do siebie, z przerażeniem zdałam sobie sprawe, że ja tyle lat zmarnowałam żyjąc bez dziecka. No, ale to trzeba dziecko urodzic, żeby zrozumiećsmile Znajomi nie rozumieją smile
      • mama_mak Re: "Długomyślność" 27.04.09, 15:48
        Ja sie zgadzam i z Fizula i z w_iika. Dla mnie jest kilka wyrzeczen -
        nie mam kiedy czytac ksaizek, pracowac, uczyc sie. To chyba
        wszystko. Generalnie malo myslalam dotad o sobie ale zrozumialam
        tez, ze , jak pisze Fizula, to takie chwilowe i w tych chwilach
        (choc czasem sie dluza) wazniejsze jest to, co piekne -karmienie
        piersia, przytulanie, wspolne spanie, noszenie, wspolne zabawy. Choc
        wierzcie mi, zabawa w kuchnie nigdy nie byla moim hobby i czasem
        sobie wyrzucam, ze mi sie nie podoba i zmuszam sie troche, ile moge,
        za to daje z siebie wiecej przy innych, czytam z Ula, maluje, robie
        baby z piasku.
        A w ogole to z wiekiem jest latwiej. (mnie chyba czas na nastepne
        szczescie.)
      • miszy_m Re: "Długomyślność" 27.04.09, 15:54
        Fizulo, pięknie napisałaś. Chociaż ja też, tak jak w_iika mam wrażenie, że wraz
        z pojawieniem się mojej córki nasze życie stało się lepsze smile. Nie mam poczucia
        ograniczenia, wyrzeczeń i męki. Macierzyństwo jest jedną z najlepszych rzeczy w
        życiu, jakie mi się przydarzyły (do kategorii "rzeczy najlepszych" należy także
        mój mążsmile.
        Nie oznacza to oczywiście, że zawsze jest cudownie. Jednak złe chwile nie mają
        szans z całokształtemsmile
        • agasobczak Re: Ukłony... 27.04.09, 19:27
          naprawde dałas mi Kobieto do myslenia smileDziekuje... smile a kilka dni temu
          wrzeszczalam na Mloda ze na mnie wisi... sad
        • mama.rozy Re: "Długomyślność" 27.04.09, 20:23
          bo to chyba jest i tak i tak,tzn. i wyrzeczenia i radości.ja nawet nie
          wiedziałam ile znaczy dla mnie karmienie,dopóki nie zachorowałam i musiałam
          przestać karmić.i jest mi strasznie,chociaż to już kolejny miesiąc minął.na
          szczęście mała lubi przytulanie.dzieci tak szybko rosną...!banał,ale
          prawdziwy.starsza kończy w tym roku 6 lat,kiedy to minęło?dlatego fajnie jest
          byś nastawionym na dawanie,dzieci niedługo z domu wyfruną,a nam zostaną miłe
          wspomnienia,jak ktoś ma szczęście to jeszcze fajny mąż.
          pozdrawiam.
          • mimi040908 Re: "Długomyślność" 27.04.09, 21:56
            A mnie się chyba odezwała depresja poporodowa...
            A myślałam, że jak minie to już na zawsze sad Dziewczyny, czuję się ostatnio
            fatalnie... Uwielbiam nad życie swojego synka. Nosić go, tulić, karmić,
            tłumaczyć mu świat ale nie mogę w tym odnaleźć siebie. Naprawdę czuję się jak po
            porodzie. Nie sprawia mi frajdy przebywanie z nim. Nie tak jak jeszcze niedawno.
            Brakuje mi cierpliwości, myślami jestem zupełnie gdzie indziej, po prostu jestem
            smutna. Fakt, że nic poza opieką nad Vincentem nie robię, żadnej odskoczni i
            żadnego grona wsparcia nie mam. Mąż jest tak zajęty realizowaniem siebie, że
            zapomniał, że i ja mam marzenia. Całe szczęście trochę ostatnio znów maluje ale
            to nie to... nie wszystko. Jestem zmęczona, nie spaniem, robieniem obiadków,
            chodzeniem do piaskownicy... itp. Ale kiedy siebie pytam czego pragnę to
            najchętniej zacząć od początku. Najgorsze jednak jest to, że myślę że fatalną
            jestem mamą. Mam wrażenie, że synek bardzo się ode mnie oddalił. Jego zachowanie
            jest bardzo podobne do mojego. To oczywiste, że nie bardzo ma ochotę na zabawę
            ze mną i całuski. Za to przy piersi to by był non stop. Pewnie dlatego, że wtedy
            jestem spokojna, czuła i tylko jego. Ach, to co czuję jest potwornie
            skomplikowane. Właściwie nie wiem, czy to co napisałam ma jakiś sens, bo w
            międzyczasie kłócę się z mężem i zalewam się łzami.
            • szczur.w.sosie Re: do mimi 27.04.09, 22:33
              no to właśnie powinnaś przeczytać tę 'koncepcję kontinuum'...
              • mimi040908 Re: szczurka 28.04.09, 08:40
                szczur.w.sosie napisała:

                > no to właśnie powinnaś przeczytać tę 'koncepcję kontinuum'...
                "Koncepcje kontinuum" czytałam i ciągle podczytuje... wogóle jestem dość
                oczytaną osobą w tematach psychologii różnistej. Książki dużo dają, teraia też
                ale właściwą pracę trzeba wykonać w sobie. Nie zrozum mnie źle jestem mamą
                karmiącą piersią, noszącą w chuście, śpiącą ze swoim dzieckiem, ulącą i całującą
                ile się da. Gorycz jest tam gdzieś w środku. Ta gorycz to malutka dziewczynka,
                która nigdy nie czuła się dość kochana i akceptowana przez swoją mamę i odzywa
                się we mnie potrzeba czułości i troski... brania nie dawania.
                • szczur.w.sosie Re: szczurka 28.04.09, 10:55
                  Nie no, oczywiście rozumiem...
                  I nie osądzam ani oceniamsmile
                  Ale faktycznie sama wiedza to nie wszystko...
                  Sama ubolewam ile błędów popełniłam przy pierwszym dziecku, ile wciąż popełniam...
                  Może mi jakoś to "wiszenie" nie przeszkadza. Bo niby w czym by miało? Ale jakoś
                  nie umiem wyjść do ludzi i trochę nie chcę... Nie mam żadnej rodziny tu,
                  zapraszałam - ale nikt nie chce przyjechać, babcie by wnuki zobaczyły... Ale
                  trudno...
            • fizula Re: do Mimi i skąd ta "długomyślność" 28.04.09, 00:03
              Mimi, bardzo szkoda, że nie mieszkasz w Lublinie, bo nasza grupa
              wsparcia stoi otworem dla chętnych.
              Rozumiem trudne uczucia,zmęczenie, ale czy nie są one właśnie
              wyzwanim dla Ciebie:
              *by poszukać przyjaciół, wsparcia, innych dorosłych z którymi
              mogłabyś dobrze spędzać czas?
              *by realizować swoje pasje- nie tylko te dotyczące dziecka?
              *by zdystansować się choć trochę (w swoim myśleniu) od swojego
              macierzyństwa- oczywiście nie rezygnując z niego?
              *by poszukać profesjonalnej pomocy- lekarz, psycholog?, to zazwyczaj
              też ludzie wink
              Iza Paszkowska- mama 4 już doroslych córek ostatnio pisze (tu kiedyś
              o niej wspominałam:
              forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=21000&w=91799391):
              "Mędrzec powiedział, że wychowanie to suma popełnionych błędów. Byle
              je sobie uświadamiać i w miarę możliwości likwidować".
              A jak dziecko ma dopiero rok czy dwa, to błędy dopiero zaczyna się
              popełniać, nieprawdaż? Stąd trzeba mieć dla siebie i dziecka duuuużo
              cierpliwości i wyrozumiałości.
              O długomyślności czytałam u ks. T. Dejczera w "Zadziwiająca
              bliskość", ten z kolei wziął ją od świętego Tomasza:
              "Święty Tomasz z Akwinu wyraźnie rozróżnia cierpliwość i
              długomyślność. Przedmiotem cierpliwości jest bliskość różnych form
              zła, a przedmiotem długomyślności- zwłoka w nadejściu dobra.
              Cierpliwość związana jest ze znoszeniem zła, które mi dokucza (...).
              Jeśli to cierpienie trwa, to w pewnym momncie mogę się zniechęcić i
              wybuchnąć gniewem czy wpaść w smutek. Jednak istnieje jeszcze drugie
              źródło zła zniechęcenia i smutku- to brak czegoś, czego pragnę, a co
              każe mi zbyt długo na siebie czekać. Tu właśnie pojawia się potrzeba
              długomyślności (...) miłość jest długomyślna, miłość "patrzy w dal",
              nie oczekuje bezpośrednich rezultatów."
              Tej właśnie długomyślności brakuje mi w wychowaniu własnych dzieci:
              muszę się jej dopiero uczyć, niepojętna jestem.
              Z drugiej strony wcale nie pisałam, że to karmienie, opieka nad
              dzieckiem to wyłącznie wyrzeczenie, trud. Banał, ale napiszę go: nie
              ma róży bez kolców. Ani ten nie mówi prawdy, co wyłącznie pokazuje
              same "ochy i achy" ani ten, co wyłącznie straszy. W każdej relacji
              jest wzajemność: dziecko czerpie mnóstwo radości z karmienia- mama
              również, ale i kolce też występują: dziecko nie potrafi jeszcze
              czekać- matka nie potrafi zaakceptować tej niecierpliwości czy
              innych cech albo licznych pobudek itd.
              • mimi040908 Re: do Mimi i skąd ta "długomyślność" 28.04.09, 15:24
                Fizula, ja to wszystko wiem... To takie proste, wyjść z domu, pogadać z ludźmi i
                iść na terapie. Ale proste to to jest w teorii. I nie chodzi tu o to, że w łodzi
                mieszkam od niedawna, że nie mam znajomych, że brakuje mi kontaktu z ludźmi z
                rodzinnego miasta - Warszawy, że nie znam osobiście żadnej mamy, która ma
                podobne poglądy na temat macierzyństwa co ja. Czuję się wyobcowana. Noszę synka
                w chuście, karmię piersią, mój syn chodzi na spacer z lalką (woli lalkę od
                czołgu smile), nie biega po piaskownicy zasmarkany i brudny i nie bije innych
                dzieci. I choć mieszkam w samym centrum miasta, przy reprezentacyjnej ulicy to
                towarzystwo, które mnie otacza, graniczy z patologią. W większości. Mamy w parku
                z petem i piwkiem to standard. Wiele razy myślałam o tym, żeby założyć taką
                grupę wsparcia dla mam w Łodzi i chyba w końcu coś zrobię w tym temacie smile
                Kobiety powinny się spotykać, dzielić doświadczeniem, wspierać. Ja takiego
                wsparcia nie mam, ani od mamy, ani od teściowej. Trudno się dziwić ich
                wyobrażenie o relacjach z dziećmi jest diametralnie inne od mojego. To pokolenie
                od mojego dzieli przepaść.
                Fizulo, moje "szaleństwo" to dość skomplikowany przypadek. Już abstrachując od
                tego, że nikt mnie nie nauczył ciepła i czułości i mimo, że moja mama kochała
                mnie najbardziej jak potrafiła to nie szczędziła przykrych słów i kopniaków. Tak
                samo traktowała ją jej mama, a jej mama jej mama itd. Generalnie stosunki
                matka-dziecko w mojej rodzinie wypadają słabo. Ja postanowiłam, że będę inna.
                Mój syn był planowany i wyczekiwany. Już kiedy był w brzuchu, śpiewałam mu i
                †łumaczyłam świat ale ten świat mi się zawalił kiedy z badania KTG prosto
                trafiłam na stół operacyjny. Wyobrażenie na temat porodu naturalnego, które
                będzie dla nas końcem i początkiem wszystkiego, czasem na poznanie, pierwszym
                karmieniem, spojrzeniem sobie w oczy, dotknięciem ciała... wszystko to stało się
                nieosiągalne. Został strach, ból, odurzenie środkami przeciwbólowymi, zapachem
                środków odkażających i jakimiś absurdalnymi migawkami: to Pani dziecko, ktoś mi
                je pokazał i zabrał. Potem był szok, ból, złość, smutek. Prosiłam, żeby ktoś
                przyniósł mi synka, ale nikt nie zareagował, dopiero kiedy mąż przyjechał
                następnego dnia, dostaliśmy nasze dziecko. Całe szczęście chciał ssać. Ale to co
                pomiędzy nami było kiedy byłam jeszcze w ciąży, zostało tam na sali operacyjnej.
                Czułam się jak dziecko, a nie jak mama. Potem Vincent zaczął poważnie
                chorować... Nikt nie mógł nam pomóc. Przez ten czas już wyrobiłam sobie zdanie o
                naszej służbie zdrowia. Chodziło o bakterie w organizmie synka. Banał, gdyby
                przyłożyli mi go po cesarce do piersi byłoby inaczej. Ale ten dzień spowodował
                lawinę zdarzeń, których się nie spodziewaliśmy. Przede wszystkim choroby synka i
                moją depresje. To bardzo trudne dla matki odbudowanie relacji pomiędzy
                dzieckiem, tej relacji z "brzucha". Uczyliśmy się sieie nawzajem, powolutku
                budziło się w nas najbardziej naturalna więź: matka-dziecko. Ale czasem ten
                strach z sali operacyjnej, to zagubienie, to wraca i myślę wtedy, że powinnam
                wtedy coś zrobić, zawalczyć o własne dziecko!
                Starałam się wynagrodzić synkowi te utracone (najażniejsze) chwile karmieniem,
                noszeniem, tuleniem ale to przyszło po kilku miesiącach. "To" to znaczy myślenie
                sercem, czucie dziecka, coś co powinno być naturalne przyszło do mnie bardzo
                późno, a i tak każde uczucie jest podszyte jakimś strachem, nienaturalne.
                Wszystko robiłam tak na maxa, totalnie się oddając, nie poświęcając-ODDAJĄC. I
                właśnie poczułam jak bardzo się zagubiłam. Poczucie winy spowodowało, że
                zapomniałam o sobie o swoich pragnieniach, realizowaniu siebie, a przecież
                oprócz macierzyństwa mam inne pasje. Uwielbiam malować, a i synek uwielbia
                malować ze mną, więc jakoś to połączymy wink Muszę odnaleźć siebie, na nowo
                spojrzeć na własne życie. Wtedy także i Vincent będzie szczęśliwszy, bo jego
                mama będzie szczęśliwa. Najtrudniej jednaj jest jakoś to zacząć, zorganizować
                czas, poprosić o pomoc.
                Nie wiem, czy to ma jakiś sens, to co napisałam, bo pisałam to na raty ale
                dobrze się jest pożalić smile
                • situsia Re: do Mimi i skąd ta "długomyślność" 28.04.09, 22:56
                  Piszesz coś, co ja też przeżywałam długo po porodzie - oddzielenie od dzieci,
                  poczucie obcości, bezradności, złości na siebie, że inaczej nie reagowałam.
                  Karmiłam dopiero od trzeciego dnia i czasem się zastanawiam, czy w jakiś sposób
                  choroba jednego z moich synków nie jest z tym związana (na podłożu
                  metabolicznym). Próbuję się z takiego myślenia otrząsać, skupić się na tym, co
                  jest teraz, co mogę teraz robić dla niego - trudno- czasu nie cofnę, a mogę
                  jeszcze sporo swojej energii i dobra w relacji z dzieckiem zmarnować dowalając
                  sobie.
                  Trzymaj się!
                • fizula Re: do Mimi i skąd ta "długomyślność" 29.04.09, 00:39
                  > Fizula, ja to wszystko wiem... To takie proste, wyjść z domu,
                  pogadać z ludźmi
                  > i
                  > iść na terapie. Ale proste to to jest w teorii.

                  Skąd ja to znam? Z autopsji. W moim odczuciu i innych mam jednym z
                  ważnych tematów poruszanych na spotkaniach dla mam karmiących był
                  ten o "osamotnionym macierzyństwie"- wszystkie mama (a było nas
                  sporo) odnajdywały w nim siebie.

                  >Wiele razy myślałam o tym, żeby założyć taką
                  > grupę wsparcia dla mam w Łodzi i chyba w końcu coś zrobię w tym
                  temacie smile
                  > Kobiety powinny się spotykać, dzielić doświadczeniem, wspierać.

                  Już to sobie wyobrażam: grupa wsparcia dla mam zainicjowana autorską
                  wystawą obrazów o tematyce macierzyńskiej :o) masz potencjał na
                  świetny start.

                  Te trudne sytuacje, osamotnienie, brak wsparcia- te pokłady
                  wrażliwości, które są w Tobie mogą przepracować na bardzo owocne
                  spotkania. I poród, i trudne początki macierzyństwa, i trudne domow
                  relacje- to wszystko tematy, o których my kobiety mamy wielką
                  potrzebę mówić, mówić i mówić. I być wysłuchane, słuchane i
                  wysłuchane.
                  Dopiero kilka takich spotkań udało mi się zorganizować wespół z
                  Kasią, ale uważam, że i dla mnie, i dla innych mam były one bardzo
                  wartościowe. Głównym założniem tych spotkań w moim zamierzeniu jest
                  właśnie umożliwienie tego. Na pewno umożliwiłabym Ci skorzystanie z
                  moich "roboczych spotkaniowych planów", zresztą mając trochę
                  inwencji, wiedzy- sama jesteś w stanie wymyślić swoje własne tematy.
                  Wystarczy dać mi znać i wyślę.

                  > dobrze się jest pożalić smile

                  Dobrze. Ten mój pierwszy post też był chyba takim ukrytym użaleniem
                  się nad sobą- ech, na beton medyczny się natknęłam i wyszło szydło z
                  worka, że wcale nań odporna nie jestem.
                  • mimi040908 Re: do Mimi i skąd ta "długomyślność" 30.04.09, 12:02
                    Fizula, dziękuję za słowa otuchy i za wsparcie. Już dawno myślałam, żeby
                    utworzyć taką grupę dla mam, dla kobiet. Bo kobiety przestały ze sobą rozmawiać,
                    zwłaszcza mamy. Uciekamy się do poradników i do forum internetowych (bez urazy,
                    uwielbiam to forum), a wystarczy się spotkać i słowa popłyną same. Niedługo
                    wyjeżdżam z synkiem na wakacje na "zieloną trawkę" i będę miała czas na
                    zaplanowanie wszystkiego. Fizula, poproszę o notatki wink Chciałabym, też się
                    Ciebie podpytać o Wasze spotkania ale nie chce Cię męczyć przez to forum, może
                    mogłabym skontaktować się z Tobą w inny sposób, hm?

                    • fizula Re: do Mimi 02.05.09, 15:16
                      Odpisałam Ci mailowo :o)
                • blondyneczka_ola Re: do Mimi i skąd ta "długomyślność" 29.04.09, 09:06
                  Weeekendy spędzam w Łodzi, jakbyś się chciała spotkać i pogadać, to zapraszam smile
                • lacitadelle Re: do Mimi i skąd ta "długomyślność" 30.04.09, 12:33
                  Witaj Mimi,

                  > Mój syn był planowany i wyczekiwany. Już kiedy był w brzuchu, śpiewałam mu i
                  > †łumaczyłam świat ale ten świat mi się zawalił kiedy z badania KTG prosto
                  > trafiłam na stół operacyjny. Wyobrażenie na temat porodu naturalnego, które
                  > będzie dla nas końcem i początkiem wszystkiego, czasem na poznanie, pierwszym
                  > karmieniem, spojrzeniem sobie w oczy, dotknięciem ciała... wszystko to stało si
                  > ę
                  > nieosiągalne. Został strach, ból, odurzenie środkami przeciwbólowymi, zapachem
                  > środków odkażających i jakimiś absurdalnymi migawkami: to Pani dziecko, ktoś mi
                  > je pokazał i zabrał. Potem był szok, ból, złość, smutek. Prosiłam, żeby ktoś
                  > przyniósł mi synka, ale nikt nie zareagował, dopiero kiedy mąż przyjechał
                  > następnego dnia, dostaliśmy nasze dziecko. Całe szczęście chciał ssać.

                  to jest opis także i mojego przypadku, z tym, że ja przez miesiąc przed porodem
                  leżałam jeszcze na patologii ciąży, między innymi dlatego, że bardzo zależało mi
                  na tym, żeby urodzić naturalnie. Miałam 2 próby porodu, spędziłam na porodówce
                  20 godzin i wiele razy płakałam, słysząc, jak wokół mnie rodzą się dzieci...

                  W końcu powiedzieli - przy skurczach spada tętno, jutro z rana cesarka. Płakałam
                  jak bóbr, koleżanki z sali mnie nie rozumiały, bo same radośnie czekały na
                  cesarki. Na sali byłam tak przerażona, że anestezjolog sam zaproponował mi
                  narkozę zamiast znieczulenia do kręgosłupa, nie zgodziłam się, bo chciałam być
                  przytomna. To, co mnie po porodzie spotkało ze strony personelu, także wtedy,
                  kiedy syn już był ze mną, ja miałam problemy z karmieniem, "położne od laktacji"
                  przychodziły, naciskały piersi i mówiły mleko jest, karmić... Zastanawiam się,
                  czy gdyby ten poród wyglądał inaczej, gdyby otaczali mnie wtedy przyjaźni i
                  kompetentni ludzie, zaczęłabym się wcześniej cieszyć macierzyństwem? Co poszło
                  źle, że dopiero teraz (syn ma 10,5 miesiąca) zaczynam odczuwać, że dziecko jest
                  dla mnie radością, a nie ciężarem?

                  Nie mam w otoczeniu żadnej młodej mamy, z którą mogłabym porozmawiać, mąż i moja
                  mama bardzo się starali i starają mnie wspierać, ale oni nie rozumieją zupełnie
                  tego, co przeżywałam i przeżywam. Zresztą, ja jestem taki typ operatywnej
                  optymistki, na zewnątrz zawsze wszystko gra, trudno mi jest się otworzyć i
                  przyznać, że mam jakieś problemy.

                  Tak piszę tylko, żebyś wiedziała, że nie jesteś sama z takimi problemami. I z
                  życzeniami dla Ciebie, mnie i innych mam, żeby wszystko się nam ułożyło, żebyśmy
                  wyszły na prostą, patrzyły w przyszłość, a zapomniały o przeszłości (po
                  wyciągnięciu z niej właściwych wniosków) i cieszyły się z macierzyństwa.

                  Ściskam,
                  l.
    • basiak36 Re: "Długomyślność" 27.04.09, 23:44

      Ja lubie to wiszenie na mniesmile
      Bo wiem ze trwa krotko i nie wraca, moj 6 latek juz nie chce wisiec na nikim.
      Bo wiem ze jest tak bardzo dziecku potrzebne, wrecz niezbedne.
      Bo jedyne co mnie kiedys przed tym bronilo i sprawialo ze przy pierwszym dziecku
      nie lubilam tego wiszenia i frustrowalo mnie to - to fakt ze nie potrafilam
      spojrzec glebiej w siebie i poszukac tej radosci z macierzynstwa. Patrzylam
      wylacznie na siebie i na swoje potrzeby.
      A teraz wcale nie jest tak ze na nie nie patrze, mam swoje hobby, prace, ale to
      'wiszenie' malej jest widziane przeze mnie jako cos pozytywnego, co akceptuje i
      lubie, jako kolejny etap rozwoju malej.

      Nie musze dodawac ze lektura J. Liedloff mi pomogla w zrozumieniu paru rzeczysmile
    • kejzi-mejzi Re: "Długomyślność" 28.04.09, 09:15
      Ja mam 34 lata, i jestem przekonana, że gybym zdecydowała się na dziecko
      wcześniej byłabym nieszczęśliwą matką. PO prostu dopiero niedawno dojrzałam do
      tego co piszesz. Pozwalam dziecku na sobie "wisieć" i nie przeszkadza mi to w
      niczym - już się wyszalałam i dorobiłam jako takiej pozycji zawodowej. A teraz
      siedzę z dzieckiem w domu, nie mam czasu na nic i mi z tym naprawdę dobrze.
      • kasiale73 Re: "Długomyślność" 29.04.09, 23:04
        a ja czytałam kiedyś taki blog-list starej matki do młodej matki... też myślę, że w moim wieku ma się więcej cierpliwości dla tego wiszenia... tzn ja na pewno mam, chociaż przed urodzeniem córki miałam swoje poglądy np że dziecię ma spać w łóżeczku, hi hi...
        pewnie, że czasem jest ciężko, teraz boję się jak pogodzić to wiszenie-tulenie-noszenie z rosnącym brzuszkiem, a jak później podzielić (pomnożyć?!?) tę miłość na dwie córeczki, ale... to chyba przyjdzie z czasem...
        • agasobczak Re: "Długomyślność" 30.04.09, 07:53
          hm.. nie wiem.. mi sie wydaje ze mialam wiecej cierpliwosci kiedys ale teraz...
          tez mam czegos wiecej... moze wyrozumialosci...a moze tak czlowiek sie zmienia
          do swoich dzieci? nie wiem... wiem jedno ze sa dni kiedy wiszenie mnie wnerwia a
          sa tez dni kiedy mi to rybka i sprawia calkiem mile uczucie... Jasko jest
          mniejszym cycacem niz starsza... to starsza bardziej wisi na mnie od zawsze...
          ale widocznie ma braki i tego potrzebuje... jest po malych przejsciach wiec
          chyba tak....
      • kejzi-mejzi Re: "Długomyślność" 30.04.09, 14:03
        o rany, miało być: tego, o czym piszesz smile
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka