fizula
27.04.09, 12:15
Ponieważ ostatnio miałam darmowe trzydniowe wczasy z darmowym
wyżywieniem i dowiezieniem przy akompaniamencie (czyt. trafiłam
niespodziewanie do szpitala na sygnale), miałam okazję polenić się,
poczytać całe dnie i porozmyślać. Pewnie sukcesywnie będę się z Wami
dzielić moimi refleksjami, spotkaniami ze służbą zdrowia. Ale
najpierw jeszcze sama przemyślam to, co mnie spotkało.
"Wnętrze ludzkie ma swoją dynamikę, wszystko w swoim czasie dokonuje
się w człowieku powoli.
Jak zboże dojrzewające w czasie trzeba nieraz czekać i nic więcej.
Czekać, modląc się". To cytat z ostatniej książki Wandy
Półtawskiej "Beskidzkie rekolekcje".
Mam wrażenie, że podobnie jest z rozwojem dziecka: z pozoru szybki,
ale głębsze pokłady emocji, świadomości rozwijają się w dziecku
powoli, o wiele wolniej. I niekiedy zbędnym pośpiechem więcej można
popsuć niż pomóc.
Przed moimi perypetiami ze szpitalem znajoma napisała mi, że "nie
chce być wieszakiem na dziecko". Zwykle staram się nie brać takich
rzeczy do siebie (w końcu pisała o sobie), ale tym razem jakoś mnie
to dotknęło. A czy ja chcę być wieszakiem na dziecko? Właściwie
dlaczego miałabym siebie traktować tak rzeczowo? Może lepiej
traktować to jako dar mamy dla dziecka i jako niepowtarzalną okazję
dzielenia się z dzieckiem tym, czego akurat teraz potrzebuje?
Patrząc w perspktywie kilku- kilkunastu miesięcy rzeczywiście może
się "nie opłacać" służenie dziecku przytulaniem dziennym i nocnym,
karmieniem, bo jest to WYMAGAJĄCE PRZEDE WSZYSTKIM OD RODZICA. A
wiadomo, że od siebie jest wymagać trudniej, o ile łatwiej od
drugiego człowieka, np. od dziecka. Tego wymagania oczwiście dziecko
potrzebuje- ale odpowiednio do tapu rozwoju na jakim się znajduje.
Ale poniważ na trzy doby zostałam tej przytulankowo-karmicielskiej
funkcji pozbawiona, to jakoś łatwo mi było to docenić: jakie to
chwilowe, przemijające, zadane tylko na teraz na kilka, może
kilkanaście miesięcy czy niewiele lat. A więc powróciwszy na łono
rodziny tym bardzij cieszę się, że mogę z powrotem dzielić się tą
bliskością z córcią. Moje dziewczyny zaraziły się w tym czasie ospą,
a więc maluchowi tym bardziej przyda się porcja mojej odporności
dostarczona w mleku. Zresztą Tosinek przestraszony moim
niespodziewanym gwałtownym zniknięciem i emocjami, jakie wzbudziło
to w rodzinie taki się zrobił jakiś bardziej wtulony, obawiający
się.
Mogłabym z tym walczyć, mocować się, ale po co? To normalne, dziecko
potrzebuje się znów poczuć bezpieczne, nieodłączne, zakorzenione w
moją miłość, żeby w dalszej perspektywie tym silniejsze skrzydła
zyskać do odlotu z krainy dzieciństwa, do usamodzielniania.
Termin "długomyślność" zaczerpnęłam z innego jeszcze mojego
ulubionego autora- czy nie jest to coś, co bardzo pomaga przy
wychowaniu? Widzieć wszystko w dalszej perspektywie, ogarniać i
obejmować refleksją bieżącą chwilę jako zanużoną w całości życia?
Pozdrawiam Was wiosennie!
Iza