grgkh
29.12.05, 17:56
(...)
Przypadek Andrew Stimpsona rozpatrywany jest jako rodzaj znaku, sygnału religijnego. Podczas mszy w jednym z kościołów nowojorskich kapłan (od razu wyjaśnienie: nie-Polak) wywiódł, że „uleczenie” Stimpsona to plan diabła. Okazuje się otóż, że młody Szkot (katolik) pozostawał przez lata w „grzesznym” związku gejowskim, czego wynikiem było zarażenie wirusem HIV, uchodzące za wyrok. Nastąpił cud uzdrowienia, jednak bez zaprzestania przez Andrew gejowskiej praktyki ani nawet bez sięgnięcia po środki zapobiegawcze. Cud stał się doświadczeniem konsekwentnego grzesznika, lecz naprawy w nim nie wywołał. Rzec by można: hulaj dusza, piekła nie ma. Na dodatek Stimpson plecie o jakimś błogosławieństwie. Miałbyż HIV (i AIDS) nie być karą? W takim razie homoseksualizm nie byłby grzechem? Nie! To jedynie diabeł wymknął się na chwilę spod kontroli. Lecz wszystko wróci do normy.
(...)
A całość tutaj:
wiadomosci.onet.pl/1303363,242,1,1,kioskart.html