Nie lubię kleru, kościelnej ciemnoty, nie chodzę co tydzień do kościoła, nie
zjadam tego okrągłego ciasta od księdza, nie potrafię uwierzyć w
zmartwychwstanie Jezusa, w to, że ziemia ma 6 tys. lat, że Darwin się mylił...
Nie umiem zaakceptować czasów kościelnej inkwizycji, upierania się, że ziemia
jest płaska i mordowania myślących inaczej, że ludzie w Afryce muszą umierać
na AIDS, bo kościół zabrania stosowania prezerwatyw... Nie zgadzam się, że in
vitro to wyrafinowana aborcja, że seks jest tylko po to żeby się rozmnażać....
Mogłabym wymieniać dalej...
Nie wierzę, nie zgadzam się, nie akceptuję, denerwuje mnie to!!! A mimo to
tkwię w tym - w święta idę z rodziną do kościoła. Zapewniam mamę, że wezmę
ślub kościelny, dzielę się opłatkiem w święta... Odstawiam tą szopę, bo TAK
MNIE WYCHOWANO!!! Nie potrafię się od tego uwolnić! Mimo, że równie dobrze
mogę czcić zielone ludki - nie potrafię w 100% wyrzec się boga! Jest we mnie
jakiś strach, zaszczepiony w dzieciństwie - a jeśli jednak coś tam jest? To
niesprawiedliwe, że nie miałam możliwości sama wybrać w co i czy w ogóle chcę
wierzyć... Jestem hipokrytką, kolejną z 95% polskich katolików... Źle mi z tym

Inaczej wychowam swoje dzieci...