uli
15.02.04, 23:20
Pojawilo się na naszym forum wiele wątków poruszających temat prostytucji.
Jak podchodzicie do tego zjawiska? Przychodzą mi do głowy różne stanowiska.
Pierwsze jest takie: że jest pierwotna forma wymiany dóbr fizjologiczno -
socjologicznych: kobiety oddawały się bądź za jedzenie, bądź za zjedanie
sobie przychylności jakiegoś samca - który za monopol seksualny oferował jej
ochronę. Myslę, że geneza prostytucji i małżeństwa ma to samo źródło (monopol
seksualny). Jest to jednak wariant wyzuty z romantyzmu, dlatego
niesatysfakcjonujący dramaturgicznie (żaden z tego scenariusz). Rozbudowałam
zatem tą historyjkę (o małżeństwie pisać nie będę, bo nie o tym wątek):
prostytucja a la federico fellini - uwikłana w powojenną biedę (noce
cabirii), dlatego nad prostytutką nalezy się zlitowac (podobnie jak nad
dziewczynami z ballady o lekkim zabarwieniu e.).
drugi wariant to wariant a la don juan: pozwólcie, że przytoczę dykteryjkę:
mam kolegę, który po prostu uwielbia kobiety. można nazwać go babiarzem,
erotomanem, ale to nie będzie jego pełny portret. Jest superprzystojny,
bardzo kulturalny, i kobiety uwiebiają z nim sypiać z powodu jego
bezpretesjonalności (tzn. takie odnoszę wrażenie), braku obaw, że G. zacznie
je napastować telefonami, wizjami wsólnego zycia itp. Dla niego prostutucja
też jest formą wymiany, do której podchodzi z pasją, nie z pretensjami do
kobiecości, bądź z podejsciem, powiedźmy, onanisty spragnionego nowych
doznań. (De facto tą miłość do kontaktów seksualnych równiez możemy odnaleźć
u Federica Felliniego - dlatego twórczosć i biografia byłyby pomocnym
materiałem badawczym;-)
myślicie że taką formę prostytucji można wpisać w nurt romantyczny? Szczerze
mówiąc w postach (prowokacjach?) warszawiaka wkurza mnie właśnie brak
jakiejkolwiek pasji poza pasją wydawania pieniędzy. u niego nawet namiętność
za pieniążek jest tylko namiętnoscią konsumenta, którego nudzą kolejne
modele, ponieważ stac go na nie. pogardzam właśnie tym brakiem utraty
kontroli, oddaniem się czemuś, co w pełni oddaje np. koran - namiętność jest
tak wielką siłą, ze żaden człowiek nie jest w stanie stanąć jej na drodze.
co do osoby prostytutki - jeśli to swiadomy wybór (nacisk na słowo WYBÓR -
nie chodzi o alternatywę: prostytucja - śmierć z głodu i mrozu), to nie widzę
powodu, dla którego mielibyśmy jako społeczeństwo taką osobą pogardzać.
ostatecznie za 100 lat to małżeństwo moze okazać się pogardzaną formą relacji
społecznej, seksualnej (uczuciowość jak zawsze będzie tu najmniej ważna): i
to z tej samej przyczyny - monopol seksualny nie będzie traktowany jako
dobrowolny dowod miłości zasługujący na szacunek, lecz będzie sankcją prawną,
zbyt jawnym elementem przetargowym. Stanie sie tak jedynie wtedy, gdy
rozmnażanie się i opieka nad potostwem będą iały jakąś alternatywę, więc na
razie status prostytutki nie ulegnie zmianie.
Wracając do prostytucji - myślę, że na pogardę bardziej zasługują agresywni
alfonsi, handlarze żywym towarem (również szerszy temat) i ludzie, którzy na
cudzej niedoli zaspokajają swoje hucie (czyli klienci, ktorym wydaje się, że
mają władzę - myslę, że to jest jakaś forma gwałtu).
I ostatnia rzecz - trochę na inny temat, ale również dotycząca cielesności -
panowie i panie - czy jesteście zazdrośni o przystojnych aktorów, aktorki,
postaci z reklam itp. nie chodzi mi o spektakularne sceny zazdrości, tylko
takie uszczypnięcia gdzieś w sercu - które ja odczuwam, gdy oglądam z moim
chłopcem film z halle berry, albo, gdy zahaczę o fashion tv. rozumowo - żeby
osiągnąć pewien pułap piękna musiałabym 90% swojego czasu poświęcić na
pielęgnację ciała (na co nie mam czasu, i co wydaje mi się jednak nieco
nudne...). ale emocjonalnie - cóż - nie jestem halle berry:/ (wiem to mimo
zapewnień, żem najpiękniejsza)
pozdrawiam postwalentynkowo i refleksyjnie
zula, która nie jest halle berry