bene_gesserit
25.01.14, 18:28
33-letnia Marlise Munoz była w 14-tygodniowej ciązy, kiedy straciła przytomność. Przyczyną był prawdopodobnie udar mózgu [blood colt, nie jestem pewna czy dobrze tłumaczę]. Szpital po stwierdzeniu śmierci mózgu Marlise odmówił mężowi i rodzinie prawa do decyzji o odłączeniu jej ciała od aparatury podtrzymującej funkcje zyciowe reszty ciała. Z powodu ciąży.
Mąż wniósł sprawę do sądu, utrzymując, ze nie zyczy sobie, aby jego zmarła żona była obiektem chorych eksperymentów naukowych. Eric Munoz pracuje jako sanitariusz. Dawno ustalił z żoną, ze - w razie wypadku - ta nie chce być warzywem. Zdanie Erica popierają rodzice jego żony.
Teksański sąd [Teksas słynie z obyczajowego ultrakonserwatyzmu] nakazał zdaje się wczoraj odłączenie aparatury, decyzję opierając na fakcie śmierci kobiety - 'zmarły nie może być pacjentem szpitala', i stwierdzając, ze 'dalsze procedury przeprowadzane na ciele zmarłej to skandal'. W ciągu ostatnich 30 lat współczesna medycyna zanotowała jedynie 30 podobnych przypadków - 14-tygodniowa ciąża byłaby jednak najkrótszą, z jaką medycyna miała do czynienia u zmarłej matki podłączonej do aparatury.
Decyzją sądu ma to być przeprowadzone najpóźniej w nocy z poniedziałku na wtorek.
Szpital otaczają pikiety obu stron, w mediach bryluje zwłaszcza miejscowy pastor, który ogłosił się rzecznikiem dziecka zmarłej i oświadczył, ze móstwo ludzi wyraziło chęć adopcji dziecka po urodzeniu lub/i wyłożenia 'nawet miliona dolarów' na jego leczenie. Dane ze szpitala wskazują, że płód w ciele zmarłej na wskutek długotrwałego niedotlenienia ciała zmarłej matki jest poważnie zdeformowany i raczej nie miałby szans na jakiekolwiek życie po porodzie.