Dodaj do ulubionych

"Wartości i nihilizm" - artykuł w Wyborczej

30.06.03, 12:48
www1.gazeta.pl/kraj/1,34314,1550052.html
Jerzy Sosnowski 29-06-2003, ostatnia aktualizacja 29-06-2003 18:36

To nihilizm jest dziś prawdziwym zagrożeniem, a nie, jak kiedyś mówiliśmy z
przekąsem - "obrońcy prawdziwych wartości". W swej publicystyce z początku
lat 90. głosiłem pogląd przeciwny. Dziś sądzę, że trzeba połączyć wysiłki, by
powstrzymać widoczną w Polsce gołym okiem erozję systemu etycznego - pisze
Jerzy Sosnowski

Adamowi Michnikowi

Publikacje prasowe mają na ogół krótki żywot. Najprawdopodobniej więc już
tylko ja pamiętam swoją publicystykę, jaką uprawiałem na początku lat 90. na
łamach "Gazety Wyborczej". Ale bliskie mi wtedy idee, ogólnikowo zwane
liberalnymi, propagowane potem przez lepsze pióra, od pewnego czasu budzą
moje wątpliwości - i doszedłem do punktu, w którym czuję się w obowiązku o
tym napisać. Zabieram się do tego bez entuzjazmu, bo wydaje mi się, że
umiałbym wskazać autorów, którzy mają więcej powodów do samokrytyki. Nie
wątpię również, że wielu moich bliskich znajomych, którzy nie dostrzegają
związków między głoszonymi przez nas poglądami a budzącym mdłości stanem
życia publicznego w dzisiejszej Polsce, uzna ten tekst za nietakt lub nawet
zdradę. Trudno; jak mówi stara sentencja: choć przyjacielem jest Platon,
większym przyjacielem - prawda.

Nie o to szło

W radiu słyszę zwykły blok reklamowy (twórcy reklam wiedzą, na co sobie mogą
pozwolić i co zyska poklask). "Jaki dzień masz dzisiaj? - pyta miłym głosem
kobieta - Dzień Pierwszej Ko... Ko... - Komórki!" - przerywa radośnie
chłopiec, bo to reklama promocyjnej sprzedaży telefonów. "Zostało jeszcze
trochę czasu - odzywa się z kolei przewodniczka szkolnej wycieczki. - Może
pójdziemy do muzeum?". Chór dzieci wrzeszczy: "Ueee...". "A może do
hipermarketu (tu nazwa)? - Hurraaa!". Za chwilę didżej komercyjnej stacji
będzie jak co dzień odliczać, ile to jeszcze czasu pozostało do weekendu (bo
przecież nikt z nas nie lubi pracować) i konsekwentnie nazywać ludzi zaledwie
umiejących śpiewać artystami. Pierwszego sierpnia o siedemnastej, kiedy w
całej Warszawie wyły syreny na pamiątkę wybuchu Powstania, podobny didżej
przeszedł sam siebie, stwierdzając, że te syreny to na jego cześć, bo zawsze
o siedemnastej zaczyna swoją listę przebojów. W telewizji widziałem kiedyś,
jak półnaga prezenterka, siedząc w wannie wypełnionej pianą, recytowała
początkowy fragment "Hymnu o miłości" świętego Pawła, żeby go spuentować
słowami: "Przypomniałam wam jeden z najpiękniejszych utworów o miłości. A
teraz posłuchajmy, co na ten sam temat śpiewa Jennifer Lopez". Mogłem
oczywiście przełączyć się na kanał informacyjny, gdzie transmitowano obrady
komisji śledczej. Poznałbym tam nadzwyczajną pozycję towarzyską człowieka,
który wedle zasad ludzi honoru zasługuje na społeczny ostracyzm; a na tle
większości zeznań słynna wypowiedź Clintona, że wprawdzie palił marihuanę,
ale się nie zaciągał, okazałaby się szczytem rzetelności.

"To nie o to nam chodziło, nie o to szło" - jak śpiewano w czasach mojego
dzieciństwa. Oczywiście, że nie o to, ale tak wygląda krajobraz po bitwie.
Zdaje się, że ją wygraliśmy. Czy nie obawialiśmy się, żeby Polska nie została
państwem wyznaniowym? Żeby nie rozpoczęło się polowanie na czarownice? Żeby
nie zatruli nam życia moralizatorzy? No więc: Polska nie została państwem
wyznaniowym, czarownice i nawet pospolite wiedźmy czują się jak najlepiej, a
na życie publiczne nie mają wpływu nie tylko moralizatorzy, ale i moraliści.
Jest OK?

Filary liberalnej demokracji

Poranieni omnipotencją państwa realnego socjalizmu chcieliśmy państwa
neutralnego światopoglądowo, broniącego jedynie tych wartości, wokół których
istniała powszechna zgoda. Szkoła miała uczyć samodzielności myślenia i
tolerancji wobec myślących inaczej. Zamiast zhierarchizowanej kultury
chcieliśmy otworzyć wolny rynek idei i upodobań estetycznych (tego na
szczęście nie muszę brać na siebie i zaimek "my", którym staram się tu
posługiwać, jest bardziej niż gdzie indziej retoryczną konwencją). Prawo
miało zakreślać możliwie najszerszy obszar oddany aktywności obywateli,
którzy żyją po swojemu, dając żyć innym. Trzy filary Rzeczypospolitej: szkoła
otwarta na Innego, leseferyzm (rób-co-chceszyzm) w kulturze, nieopresywne
prawo.

Zasadnicze wartości liberalnego porządku aksjologicznego stanowiły: wolność
osobista i tolerancja w stosunku do innych. Reszta budowli miała się wyłonić
sama w wyniku ucierania się opinii na społecznej agorze. Przeciwnicy tego
projektu wydawali się łatwi do identyfikacji: były nimi rozmaite siły
polityczne i prądy ideowe podejrzewane przez nas o chęć zajęcia miejsca
opuszczonego przez nieboszczkę PZPR i marksizm-leninizm, w tej liczbie
niemała część kleru i wiernych Kościoła katolickiego pragnąca wskrzesić
sojusz ołtarza z tronem. Wydaje mi się, że nie przekłamuję tego obrazu; czyż
nie brzmi to wszystko ciągle atrakcyjnie? A jednak wewnętrzna logika idei,
które się głosiło, doprowadziła do niechcianych następstw, których dziś już
nie można lekceważyć.

Nowe liberum veto?

Jeśli państwo za pomocą przepisów prawa i stosownych służb (prokuratury,
policji, sądów) interweniuje tylko w przypadku ataku na wartości, wokół
których można przeczuwać jednomyślną zgodę; jeśli legislacyjny szaniec można
wznieść tylko wokół wartości akceptowanych spontanicznie przez wszystkich
poza oczywistymi bandytami - skrycie wraca w ten sposób do życia publicznego
w Polsce zasada liberum veto. W rezultacie właściwie żadne wartości, poza
życiem (już urodzonych) i własnością (posiadaną faktycznie, a nie
potencjalnie, jak np. odebrana w przeszłości przez komunistów), czyli żadne
wartości inne niż pragmatyczne, chronione być nie mogą. Wszystkie inne
napotykają bowiem większy lub mniejszy chór protestujących. Oburzałem się,
gdy "nieliberałowie" utożsamiali neutralność światopoglądową z propagowaniem
nihilizmu i dziś jeszcze twierdzę, że jest to upraszczające problem
nadużycie. A jednak chyba trzeba uznać za symboliczny fakt, że salonem III RP
okazał się w końcu dom Jerzego Urbana - nihilisty w sensie klinicznym,
podręcznikowym. Tam, gdzie gospodarz nie wierzy w nic, mogą spotkać się
ludzie wierzący w rozmaite rzeczy - byle nie schodził im z ust łagodny
uśmiech sceptyków. Etyka utylitarna nie obejmuje, jak widać, kwestii smaku: a
Urban nie jest w końcu, formalnie rzecz biorąc, przestępcą - nieprawdaż?
Obserwuj wątek
    • zly_wilk 'Wartości i nihilizm' cd 30.06.03, 12:49
      Nietolerancja tolerancji

      Z kolei tolerancja, na co, obawiam się, słusznie wskazywał w swoim czasie prof.
      Ryszard Legutko, przeobraziła nam się z heroicznej cnoty przyjmowania do
      wiadomości, że są ludzie, którzy niestety nie podzielają naszych poglądów, w
      lekkomyślną radość, że inni ludzie na szczęście naszych poglądów nie
      podzielają. Może tę radość uzasadnia poczucie, że obiektywnych wartości
      najwidoczniej nie ma, skoro różnią się ludzkie mniemania na ich temat; a zatem
      nic nie grozi naszej indywidualnej wolności? A może rodzi ją pycha, że
      okazujemy się tak wielkoduszni, delikatni, miłosierni - pycha czyniąca jedyną
      wartością nasze subtelne ego, wyższe ponad wszelkie konkretne wiary i
      stanowiska?

      Osobiście sprawdziłem, co oznacza przyjęcie postawy tolerancyjnej (wedle
      wolterowskiego, to jest klasycznego wzorca) w tolerancyjnym na nowy sposób
      towarzystwie: zdarzyło mi się wymówić z wyprawy na bal transwestytów
      stwierdzeniem, że choć cieszę się z prawa tychże do organizowania balu,
      osobiście nie mam ochoty ich oglądać, a to z powodów estetycznych. Dodałem być
      może coś o tym, że wolnoć Tomku w swoim domku. W efekcie zostałem okrzyknięty
      człowiekiem nietolerancyjnym, dotkniętym homofobią, która jest czymś równie
      odrażającym co antysemityzm. Obowiązkowym wyrazem tolerancji mogła być tylko
      pełna akceptacja! (Notabene feministki, które są bohaterkami tej anegdoty, domu
      Jerzego Urbana raczej nie odwiedzają - moje zasadnicze pretensje do nich wyłożę
      może innym razem).

      Głoszenie każdego wyrazistego systemu wartości, o ile nie jest to nasz,
      liberalny system, zostaje łatwo uznane za przejaw nietolerancji, nawet jeśli
      głosiciel nie postuluje wcale prawnej dyskryminacji swoich przeciwników. W
      rezultacie zaciera się różnica między istniejącymi przecież w Polsce
      rzeczywistymi entuzjastami autorytarnego państwa, autentycznymi wrogami
      wolności, a ludźmi, którzy tylko inaczej niż my pojmują jej zakres bądź źródła.
      Do tego samego prowadzi szermowanie zarzutem, że nasi oponenci zbyt niemrawo
      piętnują antysemityzm lub zgoła są ukrytymi zwolennikami faszyzmu (na ogół tak
      ukrytymi, że nawet sami o tym nie wiedzą). Żeby uniknąć niedopowiedzeń: mam na
      myśli choćby sposób, w jaki na łamach "Gazety Wyborczej" traktowano
      pismo "Fronda".

      Cnota posłuszeństwa

      Wszystko to byłoby może tylko smutną przygodą wydziedziczonych inteligentów,
      sentymentalną podróżą w głąb utopii dzieci kwiatów, z której wywodzi się
      znaczna część opisywanych tu idei, gdyby nie dramatyczny kontekst społeczny, w
      którym toczyły się nasze debaty. Milczącym bowiem założeniem uprawianej przez
      nas afirmacji wolności i tolerancji musi być uznanie, że jedno z dwojga - albo
      natura ludzka jest spontanicznie dobra, albo środowiska rodzinne i towarzyskie
      skutecznie wspomagać będą to, co dobre w niej jest. Tymczasem z komunizmu
      wyszliśmy jako społeczeństwo w znacznym stopniu zdemoralizowane; kapitalizm
      postawił przed nami pokusy o bezprecedensowej w naszym życiu atrakcyjności; a
      więzi rodzinne ulegają od dłuższego czasu postępującej atrofii. Sam oburzałem
      się na formułowane w swoim czasie przez Wiesława Chrzanowskiego przekonanie, że
      system prawny ma służyć wychowywaniu obywateli - a i dziś ta idea nie wydaje mi
      się szczególnie pociągająca. Dobrze byłoby jednak, polemizując z nią, wskazać,
      kto w takim razie ma ludzi mobilizować do dobra i kto ma to dobro definiować.

      Nie stałem się z dnia na dzień entuzjastą doktryny o prawie naturalnym, wyrytym
      w sumieniu, a zwerbalizowanym na kartach Biblii. Ale alternatywa, czyli
      zbanalizowane rozumienie Nietzschego cedujące na każdego człowieka nadludzkie
      prawo do stanowienia wartości, zapoznaje tegoż Nietzschego trzeźwą uwagę, że
      człowiek, porzucając posłuszeństwo, porzuca często jedyną swoją cnotę. Dla
      większości z nas drogowskazem musi być, chciał nie chciał, tradycja (zostawmy
      na boku światopoglądowy spór o jej metafizyczne zakorzenienie, a nawet o jej
      charakter: tradycja jagiellońska? sarmacka? - to dziś subtelności bez
      znaczenia). Jeśli nie przekazuje tej tradycji dom, bo się był rozpadł, nie uczy
      jej szkoła, bo lęka się zarzutu o indoktrynowanie uczniów, a popkultura ją
      zagłusza lub przeinacza - sytuacja robi się nieprzyjemna. Wolność okazuje się
      nagle darem nie tyle nawet nieszczęsnym, ile bezwartościowym.

      Wolność, którą uwielbiliśmy, nie jest przecież samoistną wartością, ale
      warunkiem koniecznym praktykowania wartości. Te zaś (wyduśmy to z siebie)
      pozostają wartościami, o ile praktykuje się je w poczuciu powinności moralnej,
      nie zaś w wyniku chwilowego chcenia. W warunkach, kiedy wszelki przymus
      instytucjonalny (np. duszpasterski, rodzicielski czy szkolny, nie mówiąc o
      przymusie prawnym) traktowany był jako echo komunistycznego totalitaryzmu, a
      presja tradycji została zlikwidowana przez komunistyczną demoralizację, zanik
      więzi rodzinnych lub bełkot popkultury, wolność okazała się przestrzenią
      otwartą na ludzkie widzimisię. A treść tego ostatniego każe szybko pożegnać się
      z russowskimi czy kontrkulturowymi rojeniami o naturalnym dobru
      człowieka. "Szybko" - w każdym razie po 14 latach czas jest najwyższy.

      Partner sporu

      Trzeba tu dorzucić kilka gorzkich słów na temat partnera sporu, jaki wiedliśmy.
      Jakkolwiek jego polityczne emanacje były tak liczne i nietrwałe, że nie sposób
      ich tutaj wyliczać, jego ideowa tożsamość nie ulega wątpliwości: był nią
      konserwatyzm o katolickich fundamentach i, niekiedy, endeckich (lub, łagodniej,
      endekoidalnych) sentymentach. Znów wypada mi zastrzec (w obawie, że cały
      niniejszy wywód zostanie uznany za dość banalny zapis wolty ideowej, która może
      się w końcu przytrafić każdemu): wciąż nie umiem zrozumieć ludzi, którzy nie
      mają alergii na dorobek myślowy Romana Dmowskiego. Dostrzeganie w nich od razu
      potencjalnych wskrzesicieli ONR-Falangi jest jednak, łagodnie rzecz ujmując,
      aberracją.
    • zly_wilk 'Wartości i nihilizm' - cd 30.06.03, 12:51
      Otóż nasz konserwatywny polemista zdawał się nie widzieć słusznych lęków, które
      nierzadko usprawiedliwiają, przynajmniej częściowo, nasze błędy. Myślę, że
      można było ze zrozumieniem przyjąć nasze histeryczne obawy przed autorytarnym
      państwem; chęć uwzględnienia możliwie szerokiego sojuszu przy projektowaniu
      aksjologii obowiązującego w Polsce prawa; lęk przed nietolerancją i ksenofobią,
      który bez trudności uzasadniają przecież obserwacje socjologiczne. Dopatrywano
      się w tym wszystkim złej woli. Tymczasem tak, jak my głosiliśmy wolność i
      (swoiście, jako się rzekło, pojętą) tolerancję jako remedium na bolączki
      współczesnego świata, tak konserwatyści widzieli podobne remedium w surowym
      egzekwowaniu zaprzeszłych wzorców moralno-obyczajowych (mówię "zaprzeszłych",
      bo przeszłością bezpośrednią była ideowo-moralna miazga życia w PRL). W
      rezultacie i my, i oni nie chcieliśmy przyjąć do wiadomości tragicznego
      charakteru rzeczywistości.

      Cena samodzielności

      Przez tragiczny charakter rzeczywistości rozumiem istnienie w życiu
      nieprzezwyciężalnych konfliktów i zarazem wymogu płacenia wysokiej nieraz ceny
      za podejmowane w ich cieniu rozstrzygnięcia. Obóz konserwatywny zdawał się
      sugerować, że spójny system moralny pozwala uniknąć konfliktu wartości, a zatem
      może i powinien odcisnąć się na prawodawstwie, edukacji i kulturze. Pospolite
      ruszenie liberałów potrafiło na to odpowiadać, że ponieważ konflikty wartości w
      życiu się zdarzają, kultura winna dawać od nich wytchnienie (w końcu co
      szkodzi, że jedni słuchają Tatu, a drudzy Bacha? - najważniejsze, że mają
      wybór), szkoła ma obowiązek o konfliktach lojalnie uprzedzać, a system prawny
      powinien być możliwie elastyczny: wszystko po to, by nie powiększać cierpień
      obywateli. Innymi słowy, i liberałom, i konserwatystom przyświecała chęć
      usunięcia z życia człowieka dramatycznych dylematów: bądź przez to, że usunie
      się sam dylemat (narzucając człowiekowi jedynie słuszne jego rozwiązanie), bądź
      przez to, że usunie się przynajmniej jego dramatyzm (minimalizując koszty
      takiego czy innego rozstrzygnięcia). Koszt życia miał być więc zmniejszony bądź
      przez to, że człowiekowi ograniczy się wolność, bądź przez to, że ofiaruje mu
      się wolność za darmo.

      Przypis pełen znużenia

      Piszę o tym wszystkim, starając się znaleźć wspólne źródło zniecierpliwienia
      lub zawstydzenia, z jakim wspominam przeszłe i obserwuję dzisiejsze konflikty,
      które toczy się w imię liberalnej koncepcji państwa. Kiedy mam je wyliczyć,
      czuję znużenie, w większości bowiem ciągną się one dłużej, niż to wydawałoby
      się konieczne, a polemiści po obu stronach międlą od lat te same argumenty. W
      dodatku coraz bardziej jestem przekonany - i poniekąd do tego zmierzam - że
      istotna linia frontu ideowego przebiega w ogóle gdzie indziej.

      Powiedzmy więc tylko tyle, że ilustracje dla powyższych twierdzeń stanowią w
      moim przekonaniu: spór na temat dopuszczalności aborcji; spór na temat
      lustracji i dekomunizacji; spór na temat obecności Kościoła w życiu publicznym
      i, w szczególności, przywrócenia religii do szkół; spór na temat akceptacji
      związków homoseksualnych i ich ewentualnego prawa do adopcji; spór na temat
      hipotetycznej dopuszczalności eutanazji; spór na temat istnienia w Polsce
      antysemityzmu i ksenofobii; spór na temat wolności w sztuce; i tak dalej.

      Przeciw społecznej kaszy

      Wydaje mi się, że chociaż z całą pewnością mleko się już rozlało (podkreślę raz
      jeszcze, żeby nie było wątpliwości, iż mówię to jako publicysta z początku lat
      90., więc sam pełen winy), należy wreszcie zacząć porządną polemikę z
      nihilizmem, bo to on, a nie - jak to w swoim czasie mówiliśmy z przekąsem -
      "obrońcy prawdziwych wartości" jest dojmującym zagrożeniem. Oznacza to
      połączenie wysiłków w celu powstrzymania widocznej w Polsce gołym okiem erozji
      systemu etycznego. Należy zatem, po pierwsze, przestać mamić ludzi wizją
      państwa i społeczeństwa, które będą jednakowo pobłażliwe dla wszystkich form
      korzystania z przyrodzonej człowiekowi wolności. Bywają w życiu sytuacje, kiedy
      człowiek może, a niekiedy nawet musi naruszyć uznawane przez jego wspólnotę
      zasady postępowania. Ale powinien być dorosły i nie oczekiwać z tego powodu
      głaskania po głowie: w najlepszym razie może liczyć na wielkoduszne przyjęcie
      do wiadomości jego decyzji, w najgorszym - na napiętnowanie go, co wypada
      przyjąć bez zdziwienia. Mówię to jako rozwodnik do rozwodników; ale też do
      ludzi, którzy z jakichś tragicznych powodów zdecydowali się lub jeszcze
      zdecydują na aborcję; do artystów, którzy umieszczają na krzyżu męskie
      genitalia, a potem dziwią się, że kogoś to zirytowało (powinni się chyba
      ucieszyć?); do byłych, mających na ogół mnóstwo na swoje usprawiedliwienie
      współpracowników SB; do uprawiających obyczajowe prowokacje gejów (nie mówię o
      dyskretnych homoseksualistach - kto z kim śpi, to jego sprawa) i tak dalej. Nie
      można konstruować systemu prawnego ani kształtować norm obyczajowych z
      obsesyjną myślą o wyjątkach, sytuacjach ekstremalnych, okolicznościach
      nadzwyczajnych.

      Po drugie, trzeba sobie powiedzieć, że szkoła nie powinna przeobrazić się w
      ośrodek kursów przygotowujących do kolejnych testów, ale pozostać placówką
      wychowawczą. W tej zaś - zanim zaczniemy uczyć, że bywają w życiu sytuacje
      skomplikowane i trudne do oceny (np. jak w nowoczesnych podręcznikach do życia
      w rodzinie głoszących, że istnieją rozmaite upodobania erotyczne, które jednak
      nie mogą być podstawą dyskryminacji) - powinniśmy jasno zdefiniować podstawowe
      pojęcia moralne. Jest wciąż wystarczająco dużo nauczycieli, którzy nie
      zamierzają mieszać młodzieży w głowie, sugerując, że zasadnicze kryteria
      odróżniające życie godne naśladowania od życia poplątanego nie istnieją. W
      obrębie kultury z kolei szkodnictwem jest twierdzenie, że listy bestsellerów i
      programów o najwyższej oglądalności są równie dobrym uporządkowaniem jej
      obszaru jak spis lektur i upodobań rzetelnie wykształconego człowieka. Że
      pojęcie elity intelektualnej to zbędny anachronizm, a sprawny (z całym
      szacunkiem) raper, ekspunk po terapii odwykowej i "artystka wizualna" fingująca
      własny pogrzeb mają nam coś do powiedzenia, nad czym warto się zastanowić
      dłużej niż kwadrans.

      Sam chciałbym włączyć się w chór głosów, które już słyszę: Ale myśmy tego nigdy
      nie robili! Zapewne: nie wszyscy, nie wszystko. Ale współtworzyliśmy klimat, w
      którym rozpleniła się duchowa i intelektualna tandeta. Chcąc przenieść
      odpowiedzialność do wnętrza człowieka, niechcący stworzyliśmy alibi dla
      kompletnej nieodpowiedzialności. Walcząc z kostycznością opresywnego prawa i
      obyczaju, zaczęliśmy promować postawy bezkostne. Może zresztą i sami ulegliśmy
      urokowi tego podstawienia, rujnując to, co mogłoby wypełnić treścią, nie zaś
      papką, życie w naszym liberalno-demokratycznym państwie.

      Tymczasem nie czarujmy się - społeczeństwo bez tradycji, bez kośćca
      aksjologicznego i/lub instytucjonalnego ulega rozpadowi. Lęk przed ludźmi,
      którzy z tej tradycji i kośćca mogą uczynić bicz na wszystkich inaczej
      myślących, lęk przed cenzurą i totalitaryzmem, lęk - dodajmy - uzasadniony
      sprawia, że nie widzi się znacznie bardziej bezpośredniego zagrożenia -
      nihilizmu. Ów podpowiada, że w społecznej kaszy, gdzie dranie i głupcy są nie
      do odróżnienia od ludzi mądrych i przyzwoitych, bo wszyscy wszystkich tolerują
      i każdy każdym się ubogaca, że w takiej społecznej kaszy zatem żyje się
      znacznie wygodniej. Na krótką metę to pewnie i prawda. A na dłuższą?

      *Jerzy Sosnowski (ur. 1962) - pisarz i publicysta, napisał m.in.
      książki: "Apokryf Agłai", "Wielościan", "Linia nocna", "Chwilowe zawieszenie
      broni" (razem z Jarosławem Klejnockim). W 2002 r. otrzymał Nagrodę Fundacji
      Kościelskich

      Jutro z Jerzym Sosnowskim będzie polemizował Witold Bereś
    • Gość: BRvUngern-Sternber Wszystko fajnie tylko jakiej sie spodziewales IP: *.bg.am.lodz.pl 30.06.03, 14:30
      reakcji?Od feministek?To za trudne dla nich.Sto razy mowilem.A co do artykulu
      to nihilizm jest zawsze i wszedzie zagrozeniem.Tylko autor zapomina jakos dodac
      ze sam jest/byl... nihilista wlasnie.Przeciez przyznaje sie do win w poczatku
      lat 90tych.Z tego co mowi propagowal jakas ideologie ktora teraz PO 10 LATACH
      (jak szybko???) uwaza za bledna.Zupelnie jakos nie zdaje sobie sprawy ze ta
      ideologia byl wlasnie nihilizm.I dlatego nie powinien pisac ze nihilizm
      zwyciezyl w walce z nasza ideologia tylko,ze PROPAGOWALISMY NIHILIZM.MY NIE
      KTOS INNY.Autor zreszta naiwnie uwaza,ze to kwestia jakiejs
      propagandy.Tymczasem kwestia jest ekonomiczna.Nie wystarczy zmiana
      propagandy.Zreszta niemozliwa.W koncu Wyborcza tez musi walczyc o czytelnikow
      czyli brac udzial w wyscigu szczurow.Daj ten wpis na forum kultura.
      • zly_wilk Re: Wszystko fajnie tylko jakiej sie spodziewales 30.06.03, 14:53
        Gość portalu: BRvUngern-Sternber napisał(a):

        > A co do artykulu
        > to nihilizm jest zawsze i wszedzie zagrozeniem.Tylko autor zapomina jakos
        > dodac
        > ze sam jest/byl... nihilista wlasnie.

        Problem w tym, że on nigdy nie uważał się za nihilistę. Nasze forumowe
        koleżanki (które feministkami nie są, choć z feminizmem niekiedy sympatyzują)
        także nihilistkami nie są. To wszystko są osoby przekonane (nb. tak jak Ty), że
        walczą ze złem, w imię wartości takich jak tolerancja i neutralność
        światopoglądowa państwa.

        Pamiętam ciekawy wątek o regule "p" (permisywności), mówiącej, że wszystko
        wolno, co nikomu nie robi krzywdy. Nikt tutaj nie pochwalał ani nie
        usprawiedliwiał np. nekrofilii ani zoofilii. Okazało się jednak, że
        zwolennniczki reguły "p" w sprawie nekrofilii zmuszone były do karkołomnych
        wywodów, iż nekrofilia "krzywdzi zmarłego", byle tylko móc potępić nekrofilię
        bez odwoływania się do wiary chrześcijańskiej i zachowując swoją
        ukochaną "neutralność światopoglądową".

        Tolerancja, owszem, pożyteczną bywa cechą, ale w hierarchii wartości nie może
        być zbyt wysoko, a napewno nie może być wyżej od Boga (pierwsze przykazanie).
        Inaczej powinniśmy akceptować np. nekrofilów lub zoofilów, a ten, który ich nie
        lubi, powinien zostać okrzyknięty "nekrofobem" lub "zoofobem".

        > Przeciez przyznaje sie do win w poczatku
        > lat 90tych.Z tego co mowi propagowal jakas ideologie ktora teraz PO 10 LATACH
        > (jak szybko???) uwaza za bledna.

        Środowisko Gazety Wyborczej ma wprawę w odchodzeniu od różnych ideologii.
        Przecież Michnik kiedyś wierzył w komunizm, potem w eurokomunizm, potem w
        socjalizm z ludzką twarzą, potem przemianę czerwonych w szczerych i uczciwych
        socjaldemokratów, potem w liberalizm...

        > Zupelnie jakos nie zdaje sobie sprawy ze ta
        > ideologia byl wlasnie nihilizm.I dlatego nie powinien pisac ze nihilizm
        > zwyciezyl w walce z nasza ideologia tylko,ze PROPAGOWALISMY NIHILIZM.

        Być może. Z pewnością się do tego przyczynili. Pamiętam w GW artykuł z 1989
        roku, usprawiedliwiający uwłaszczenie komunistycznej nomenklatury, gdzie było
        napisane, że w kapitalizmie pierwszy milion trzeba ukraść. A teraz, gdy Rywin i
        spółka chcieli się uwłaszczyć, Michnik się oburza.

        Pozdrawiam -
        • Gość: BRvUngern-Sternber Re: Wszystko fajnie tylko jakiej sie spodziewales IP: *.bg.am.lodz.pl 30.06.03, 15:02

          > Problem w tym, że on nigdy nie uważał się za nihilistę. Nasze forumowe
          > koleżanki (które feministkami nie są, choć z feminizmem niekiedy sympatyzują)
          > także nihilistkami nie są. To wszystko są osoby przekonane (nb. tak jak Ty),
          że
          >
          > walczą ze złem, w imię wartości takich jak tolerancja i neutralność
          > światopoglądowa państwa. --->Cos ci sie pomieszalo.Nigdy nie walczylem razem
          z feministkami???o nueutralnosc swiatpogladowa?(a coz to za dziwolag?) panstwa?
          Tolerancja owszem jest przydatna.
          >
          > Pamiętam ciekawy wątek o regule "p" (permisywności), mówiącej, że wszystko
          > wolno, co nikomu nie robi krzywdy. Nikt tutaj nie pochwalał ani nie
          > usprawiedliwiał np. nekrofilii ani zoofilii. Okazało się jednak, że
          > zwolennniczki reguły "p" w sprawie nekrofilii zmuszone były do karkołomnych
          > wywodów, iż nekrofilia "krzywdzi zmarłego", byle tylko móc potępić nekrofilię
          > bez odwoływania się do wiary chrześcijańskiej i zachowując swoją
          > ukochaną "neutralność światopoglądową".
          >
          > Tolerancja, owszem, pożyteczną bywa cechą, ale w hierarchii wartości nie może
          > być zbyt wysoko, a napewno nie może być wyżej od Boga (pierwsze przykazanie).
          > Inaczej powinniśmy akceptować np. nekrofilów lub zoofilów, a ten, który ich
          nie
          >
          > lubi, powinien zostać okrzyknięty "nekrofobem" lub "zoofobem".

          >
          > Środowisko Gazety Wyborczej ma wprawę w odchodzeniu od różnych ideologii.
          > Przecież Michnik kiedyś wierzył w komunizm, potem w eurokomunizm, potem w
          > socjalizm z ludzką twarzą, potem przemianę czerwonych w szczerych i uczciwych
          > socjaldemokratów, potem w liberalizm...
          >
          > Być może. Z pewnością się do tego przyczynili. Pamiętam w GW artykuł z 1989
          > roku, usprawiedliwiający uwłaszczenie komunistycznej nomenklatury, gdzie było
          > napisane, że w kapitalizmie pierwszy milion trzeba ukraść. A teraz, gdy Rywin
          i
          >
          > spółka chcieli się uwłaszczyć, Michnik się oburza.--->mowilem wpisz to na
          forum kultura bo tu odzewu nie bedzie a tam bedziesz mogl podyskutowac bo
          poziom wyzszy.
          >
          > Pozdrawiam -
    • yamadei odpowiedz Beresia 30.06.03, 20:11
      Bardzo ciekawy artykul. Chcialem wlaczyc sie do rozmowy ale okazalo sie ze
      Beres napisal wszystko to co ja myslalem. To no wklejam tutahj tekst Beresia
      (ukaze sie w jutrzejszej Wyborczej)


      Ponoć na jednej z najstarszych tabliczek glinianych odkopanych w mieście Ur
      znaleziono inskrypcję zapisaną pismem klinowym: "Jeszcze nigdy w historii
      młodzież nie była tak źle chowana, a świat nie stoczył się tak nisko". W pięć
      tysięcy lat po starożytnych Sumerach wątek ten kontynuuje Jerzy Sosnowski

      Autor "Wolności za darmo?" ("Gazeta" z 30 czerwca) w latach 90. publikował na
      tych łamach teksty m.in. o młodej literaturze (jest jednym z krytyków
      tworzących medialną wagę pokolenia "bruLionu"), o roli Kościoła i sytuacji
      inteligenta błąkającego się po obrzeżach Kościoła, wreszcie o młodej, polskiej
      demokracji zagrożonej autorytarnymi ciągotkami wielu prawicowych środowisk. Nie
      dziwota więc, że sfrustrowani publicyści fundamentalnej prawicy zwali takich
      jak on "hunwejbinami katolewicy".

      Co Sosnowski widzi dziś w tamtej publicystyce? Ano propagowanie
      trzechzasadniczych filarów nowej Polski: edukacji tolerancji wobec Innego,
      absolutnej wolności osobistej i nieopresywnego prawa. W podtekście sugeruje, że
      była to publicystyka mocno przerysowana, bo na przykład obawy przed państwem
      wyznaniowym się nie sprawdziły.

      Co Sosnowski widzi dzisiaj? Otóż tamta publicystyka stała się jego zdaniem
      praprzyczyną dzisiejszego upadku obyczajów, tandety kulturowej i zaniku
      wartości podstawowych (w domyśle: chrześcijańskich). A przede wszystkim
      pociągnęła za sobą najpoważniejsze zagrożenie - zagrożenie nihilizmem, który
      pozwala w "społecznej kaszy" tak samo dobrze żyć głupkowi i mądremu.

      Zatem publicystyczny przeciwnik Sosnowskiego to w dużej mierze on sam, a
      przynajmniej jego postawa z lat 90., gdyż tekst jest w znacznej części
      samokrytyką. Ale generalnie autor polemizuje z postawą, jak ją określa,
      liberalną. Tyle że niejeden prawdziwy liberał przy okazji się zirytuje, bo też
      wrzucanie go do jednego wora z walczącymi homoseksualistami i wyznawcami feng
      shui (tak szeroko mniej więcej traktuje autor obóz liberałów) byłoby po prostu
      niemądre.

      Klasyczny, w europejskim znaczeniu, liberał przypomni więc, że liberalizm to
      rządy prawa. Doda, że wolność - tak, o ile nie przekracza granic cudzej
      wolności. I z pewnością nie zadeklaruje, że jest tolerancyjny wobec wrogów
      tolerancji. Dlatego nie zaakceptuje na przykład pseudodowcipnych reklam
      bawiących się skojarzeniami "pierwsza komunia - pierwsza komórka" (a taki
      przykład dzisiejszego upadku obyczajów Sosnowski również przytacza).

      Na pewno liberał ceni też świat wartości niematerialnych. Tak, jestem
      liberałem, bo głęboko wierzę w niewidzialną rękę rynku, która reguluje nie
      tylko sferę produktów (w tym więc i mediów), ale także czasami sferę kultury. W
      takim oto sensie, że funkcję podaży i popytu doskonale pełni czas, czasami
      krótki, który weryfikuje rzekomą wartość artystyczną genitaliów zawieszonych na
      krzyżu. I nie pomoże tu żadna zorganizowana klaka krytyków.

      Z kolei to, co Sosnowski zwie nihilizmem, może być bliskie mi w tym sensie, że
      wyżej cenię ironię (prawie jak u Ernesta Renana, teoretyka nihilizmu, który
      polecał ironię, a nie bunt) oraz - powtórzę za Barańczakiem - dorosłość jak
      gorzki uśmiech Bogarta niż strzał z kolta i nadęcie się słowami pisanymi z
      dużej litery, wzywającymi do naprawy obyczajów. W dużym skrócie i skacząc na
      głęboką wodę, powiem: ciekawiej, po prostu ciekawiej spotkać się w salonie
      nihilisty (rzekomego!) Urbana niż na sesji naukowej "Zaginiony świat wartości".
      I nie ma to nic wspólnego z utylitarną etyką czy zaparciem się swych poglądów.
      Tym bardziej że wolność to właśnie wartość sama w sobie, i to stojąca wysoko, a
      nie tylko, jak pisze Sosnowski, "warunek konieczny praktykowania wartości".

      Ale na pewno daleko mi, liberałowi, do nihilizmu pojmowanego jako zaniechanie
      działania. Również dlatego, że liberalizm wzywa do zmiany tego, czego nie
      akceptujesz.

      Rozumiem jednak, że autorowi chodzi o tę część postawy liberalnej, z której
      wynikają konsekwencje dla kwestii społecznych i obyczajów. Dla uproszczenia
      lepiej już przyjąć łatkę, którą skutecznie, acz nielogicznie, ufundowali
      publicyści prasy egzotycznej im. Korwin-Mikkego - "środowisko liberalno-
      lewicowe", kładąc akcent na ową lewicowość. (Ale tylko w materii obyczajów i
      kultury).

      Kwestia opisu

      Ale i tu nie będzie zgody. Sosnowski opisuje minioną Polskę jako kraj, który
      może czasami bywał dziwaczny, ale tak naprawdę wszystko szło OK, a my,
      liberałowie (no, zgoda - prawica też), przerysowywaliśmy zagrożenia. To
      ciekawe, bo gdyby przyszło do szczegółów, to pewnie zobaczyłbym coś innego. Jak
      z tą szklanką, która jest w zależności od punktu widzenia aż w połowie pełna
      albo aż w połowie pusta.

      Sosnowski mówi mianowicie, że za dużo było wolności i dlatego dzisiaj jest
      nietęgo z Polakami. Ja również zauważam, że z Polakami jest nietęgo, ale
      uważam, że wolności było za mało. Dlatego obywatele nie uwierzyli w to, że mogą
      sami o sobie decydować (co przejawia się choćby we frekwencji wyborczej).

      Podobnie jak Sosnowski ze znudzeniem wracam do sporów dzielących Polskę na
      początku lat 90. Tyle że ja pamiętam wprowadzenie nauki religii do szkół po
      cichu, tylnymi drzwiami, przez najuczciwszego z polskich polityków w dużej
      mierze po to tylko, by zapewnić sobie poparcie Kościoła w nadchodzących
      wyborach.

      To dobry przykład. Jedni powiedzą, że protesty przeciwko tej decyzji to
      antykościelna, lewicowa obsesja, a poza tym nic się przecież nie stało i dziś
      nie słychać jakoś trzasku kręgosłupów łamanych podczas lekcji religii. Ja,
      liberał, protestowałem jednak nie przeciwko lekcjom religii (a raczej jako
      niepoprawny jajogłowy żałuję, że są fikcją i są traktowane gorzej niż zajęcia
      praktyczno-techniczne), ale przeciwko sposobowi ich wprowadzenia. Moim zdaniem
      było to jedno z całego ciągu zdarzeń (zgoda, nie najważniejsze), które
      doprowadziło do sytuacji, w której wolni obywatele wolnego państwa nie wierzą
      dziś w uczciwość tegoż państwa.

      Normalny kraj

      Sosnowski, opisując stan dzisiejszej Rzeczypospolitej, pisze, zakładając w
      ciemno: "To nie o to nam chodziło, nie o to szło - jak śpiewano w czasach mego
      dzieciństwa. Oczywiście, że nie o to, ale tak wygląda krajobraz po bitwie.

      (...) Czarownice i nawet pospolite wiedźmy czują się jak najlepiej, a na życie
      publiczne nie mają wpływu nie tylko moralizatorzy, ale i moraliści. Jest OK?".

      Otóż jest OK. Na życie publiczne nie muszą mieć wpływu (nawet nie powinni)
      moralizatorzy, natomiast na moje życie, życie jednostki, mają. I kilku takich
      mistrzów w ciemno kupuję i ja, i moi przyjaciele.

      Nie o taką Polskę walczyliśmy? Zaraz - ja o taką walczyłem. Wolną - nie tylko
      od Sowietów i pseudosocjalizmu. Wolną dla mądrości i książek Miłosza. Ale też
      wolną dla harlequinów i "Playboya". Normalną.

      Tak, jestem liberałem, bo głęboko wierzę w to, że wolność człowieka to również,
      jeśli nie przede wszystkim, wolność do robienia głupstw i ćwiczenia idiotyzmów.

      Sosnowski widzi w Polsce ofensywę nihilizmu. Ja nie. Są nihiliści, idioci i
      łajdacy, ale i ludzie zacni, aktywni i mądrzy. A nawet, jak sądzę, jest ich
      więcej.

      Owszem, pod sztandarem walki z nihilizmem można zjednoczyć wielu. Tyle że na
      tak ogólnie sformułowanej płaszczyźnie przeciwko nihilizmowi byli zapewne
      również wspomniani na początku starożytni Sumerowie. Bo jeżeli przejdziemy do
      skali mikro, to łacno może się okazać, że to, co autor określa nihilizmem, jest
      albo przejawem naturalnej zmiany obyczajów, albo po prostu głupoty (bo
      pseudoartystycznej konstrukcji artystki kreującej swój własny pogrzeb nie uzna
      chyba Sosnowski za dominującą czy choćby istotną cechę współczesnej sztuki
      polskiej?).

      Że telewizja daje chłam, a kiedyś to byli Starsi Panowie? Że dziś niby
      • yamadei Re: odpowiedz Beresia cd. 30.06.03, 20:13
        Że telewizja daje chłam, a kiedyś to byli Starsi Panowie? Że dziś niby śpiewa
        idiota raper, a kiedyś to Beatlesi? Pamiętam, pamiętam mych dziadków, ludzi
        przezacnych, jak oburzali się na krzyżyk wiszący na megadekolcie Kaliny
        Jędrusik i z obrzydzeniem wychodzili z pokoju, gdy ktoś z młodych zanucił "She
        loves me - Ye ye ye". Nie muszę dodawać, że tematem głównym rozmów była wtedy,
        jak to dziś pisze Sosnowski, "widoczna gołym okiem erozja systemu etycznego".

        A że mnie też się nie podoba zasada tworzenia reality show promowanego
        hasłem "Dziś w nocnym wydaniu Amazonek sceny masażu erotycznego"? Zawsze
        pocieszam się, że niewidzialna ręka rynku tu też zadziała - wszak nawet "Big
        Brother" padł, bo po prostu znudził się widzom.

        Mało tego. Mnie się Polska podoba. Naprawdę dochód narodowy jest dużo wyższy
        niż 14 lat temu, książek drukuje się więcej niż za rzekomo dobrego PRL (tak,
        tak - więcej; i proszę się nie martwić, że głównie to chłam - większość
        nakładów PRL to też był w najlepszym razie pułkownik Przymanowski), a dostęp do
        wiedzy i do świata jest niemal nieograniczony.

        Jestem też przekonany, że w sumie idiotyzmów kulturowych jest w Polsce mniej
        niż gdzie indziej.

        Czy wszystko jest OK w III RP? Tak nikt nie powie. Akurat ustrój państwa jest
        mocno wykoślawiony, rządy prawa zbyt często są umowne, więc i gospodarka leży.
        Rozumiem jednak, że nie o słupkach i rozwiązaniach ustrojowych dyskutujemy, ale
        o obyczajach.

        Drogi Jerzy (wybacz to publicystyczne bratanie się, ale wszak się znamy), więc
        co, powiadasz, że świat już jest nie taki fajny jak za naszej młodości? Że
        Polska idzie w złym kierunku? Może po prostu dlatego, mój drogi, że wchodzimy w
        smugę cienia, tetryczejemy i zazdrościmy młodszym?

        Nietolerancyjna tolerancja?

        Kto jednak wie, czy sedno sporu nie tkwi zupełnie gdzieś indziej. To niemal
        niewypowiadana przez autora, a może nawet nieuświadomiona, kwestia tolerancji.
        Wydaje się, że nie przez przypadek powołuje się tu on z wielką atencją na
        pojmowanie tolerancji przez Ryszarda Legutkę, krakowskiego historyka idei
        kreującego się na Kołakowskiego polskich neokonserwatystów ("Tolerancja, na co
        słusznie wskazywał w swoim czasie prof. Ryszard Legutko, przeobraziła nam się z
        heroicznej cnoty przyjmowania do wiadomości, że są ludzie, którzy niestety nie
        podzielają naszych poglądów, w lekkomyślną radość, że inni ludzie na szczęście
        naszych poglądów nie podzielają").

        Sosnowski staje więc blisko Legutki, choć na szczęście jeszcze stanu Legutki
        nie osiągnął (ma liczne wątpliwości i sam sobie zadaje pytania, co dla ideologa
        rangi Legutki byłoby co najmniej sygnałem alarmowym, jeśli nie warunkiem
        wystarczającym do popełnienia seppuku).

        Ta postawa to aprobata podstawowego, klasycznego pojęcia tolerancji Locke'a,
        która minimalistycznie nakłaniała do ,,tolerowania, czyli po prostu znoszenia
        cudzych poglądów". Wtedy była to odpowiedź na wojny religijne, bo lepiej się
        tolerować, niż przelewać krew.

        Ale dziś taka pragmatyczna definicja to za mało.

        Dziś w związku z rozszerzeniem sfery życia społecznego, artystycznego, w
        związku z odkryciami nowych kultur i nowych gałęzi wiedzy zakres
        terminu ,,poglądy" musiał zostać rozszerzony. Nie sposób dziś wykreślić ze
        słownika ,,poglądów estetycznych", "gospodarczych" czy - po Holocauście -
        ,,poglądów rasowych". Zatem w tych kwestiach tolerancja też winna być
        stosowana.

        Poza tym mówienie o niej tylko jako o zaniechaniu bitki na pięści, pałki i
        pałasze wygląda jak opowieść o Leninie w znanym dowcipie: ,,Tylko trzasnął
        dziecko w pysk? Uch, kakoj choroszyj czełowiek - mog ubit'". Po cóż sprawdzać
        swe poglądy w konfrontacji z innymi, skoro można milczeć, zachowując je dla
        siebie, bo wszak trzeba mieć zrozumienie dla nieszczęśliwców, którzy nie są tak
        mądrzy jak my? To miałaby być dziś tolerancja?

        Dzisiaj tolerancja to nie tylko odrzucenie przemocy - dzisiaj musi być
        rozumiana również jako ,,życzliwa otwartość". W praktyce byłaby więc raczej
        nieustannym zadawaniem sobie pytań właśnie w duchu otwartości, wystawianiem na
        próbę własnych poglądów i bądź powtórnym dochodzeniem do nich, bądź
        wzbogacaniem ich o nowe elementy, bądź - a dlaczegóż nie - zmienianiem ich.

        Tak pojmowana tolerancja wymaga więc przynajmniej próby wzniesienia się ponad
        swoje poglądy. To sytuacja podobna do opisywanej przez Leszka Kołakowskiego w
        głośnym eseju ,,W poszukiwaniu barbarzyńcy": ,,(...) europejska identyczność
        kulturalna utwierdza się w odmowie przyjęcia jakiejkolwiek identyfikacji
        zakończonej, więc w niepewności i niepokoju".

        Owszem, doskonale rozumiem irytację Sosnowskiego, któremu wytłumaczono, że jest
        nietolerancyjnym homofobem, bo nie chce iść na bal transwestytów. Czy jednak
        każda głupia argumentacja od razu oznacza przekreślenie postawy wyjściowej?

        Weźmy przykład inny, a po części podobny. Oto w Krakowie zawisły plakaty
        promujące homoseksualizm. Ich ideą było zwrócenie uwagi mieszkańców na to, że
        homoseksualiści też mieszkają w grodzie Dulskiej. Wielu, w tym i niżej
        podpisany, w pierwszej chwili się zirytowało. Dlaczego czyjeś upodobania
        seksualne mają być przedmiotem akcji promocyjnej? Czy to nie przekracza granic
        naszej wolności? Czy to nie jest, jak napisałby (być może) Sosnowski łamane
        przez Legutko, "zacieranie naszego wyrazistego systemu wartości pod pretekstem
        tolerancji"?

        A jednak nie miałem racji. W kilka dni później w rozmowie głupio zażartowałem z
        kolegi - zdeklarowanego heteroseksualisty - "Ty pedale!". Przypadkowo świadkiem
        tego był znajomy - homoseksualista. Nie muszę mówić, jak głupio zrobiło się
        jemu, mnie i koledze. Nikt nic nie powiedział i udawaliśmy, że nikt nic nie
        usłyszał.

        Na pytanie, czy w jakiś straszliwy sposób nie lubię homoseksualistów,
        odpowiadam: nie, są mi kompletnie obojętni. A jednak machinalnie powiedziałem
        to, co powiedziałem, i to wiedząc, że w polskiej atmosferze przyzwolenia
        właśnie słówko "pedał" jest wyzwiskiem, a nie np. dziwkarz.

        Więc czy nie lepiej pozwolić na więcej wolności i więcej tolerancji w duchu
        liberalnej lewicy, niż przymykać oczy na silnie istniejące w polskiej kulturze
        odsuwanie Innego? Może lepiej nie walczyć z szalonymi i niemądrymi feministkami
        pod hasłem "Ocalmy wartości", a lepiej zrobić jak najwięcej, żeby na stadionach
        nie skandowano "Żydzi do gazu", a Murzynów nie wytykano palcami?

        Mam ochotę krzyczeć

        Kiedyś zapewne tak samo napisałby Jerzy Sosnowski. Ale się zmienił. Co się
        stało, jak i dlaczego? To temat na inne rozważania, być może do szkicu o
        ewolucji młodej polskiej inteligencji przełomu wieków. I tu Sosnowski jako
        jeden z twórców myślenia lewicowo-liberalnego byłby przykładem wręcz
        doskonałym. Tym bardziej że nie można nie docenić tekstu, który jest szczery,
        osobisty i nacechowany wolą rozmowy.

        W jednym z filmów Woody'ego Allena ("Wszyscy mówią kocham cię") syn jednego z
        bohaterów (oczywiście lewicującego jak większość jajogłowych ze Wschodniego
        Wybrzeża USA) jest zdeklarowanym, ponurym prawicowcem: zwolennikiem kary
        śmierci i wrogiem homoseksualistów. Ojciec rozpacza, ale wszystko wkrótce się
        wyjaśnia: syn ma zatory w żyłach i po prostu krew nie dochodziła mu do mózgu.
        Po usunięciu zatoru uśmiechnięty syn idzie na bal braci Marx. Od siebie dodam:
        po tak udanej operacji z pewnością mogłby pójść nie tylko na bal dziwacznych
        komików, ale i na bal transwestytów.

        Ja, podobnie jak Sosnowski, na bal transwestytów bym nie poszedł. Lecz jako
        zdeklarowany liberał chciałbym, czytając jego tekst, krzyknąć: "Wolność,
        wolność nade wszystko"!

        • dr.krisk Sam bym lepiej tego nie napisał :) 30.06.03, 20:35
          W każdym razie - podpisuję się. Też tak myślę.
          KrisK
          • Gość: Aga Re: Sama bym lepiej tego nie napisała :) IP: *.lodz.cvx.ppp.tpnet.pl 01.07.03, 06:37
        • Gość: Maciej Re: odpowiedz Beresia cd. IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 30.06.03, 22:56
          yamadei napisał:

          > Dzisiaj tolerancja to nie tylko odrzucenie przemocy - dzisiaj musi być
          > rozumiana również jako ,,życzliwa otwartość".

          Powiem nawet więcej - "akceptacja". Dziś "czowiek tolerancyjny" nie może (w
          duchu rozumienia tolerancji przez lewicę) po prostu cierpliwie znosić
          homoseksualistów, on musi ich LUBIĆ...

          W praktyce byłaby więc raczej
          > nieustannym zadawaniem sobie pytań właśnie w duchu otwartości, wystawianiem
          na
          > próbę własnych poglądów i bądź powtórnym dochodzeniem do nich, bądź
          > wzbogacaniem ich o nowe elementy, bądź - a dlaczegóż nie - zmienianiem ich.

          Słusznie. Jeśli spotykamy np. "uczciwego inaczej" Rywina, powinniśmy spróbować
          ubogacić swój światopogląd nt. praktyki ustawodawczej, zamiast, jak
          nietolerancyjny i zacofany Michnik, oburzać się i protestować... ;-)
          Michnik zachował się tu jak klasyczny ciemnogrodzianin. ;-)

          > Owszem, doskonale rozumiem irytację Sosnowskiego, któremu wytłumaczono, że
          > jest
          > nietolerancyjnym homofobem, bo nie chce iść na bal transwestytów. Czy jednak
          > każda głupia argumentacja od razu oznacza przekreślenie postawy wyjściowej?

          Tak, jeśli postawa wyjściowa też jest głupia. A czymś takim jest rozszerzenie
          pojęcia tolerancji ponad pierwotne znaczenie, że oznacza już tak naprawdę -
          akceptację.

          > Weźmy przykład inny, a po części podobny. Oto w Krakowie zawisły plakaty
          > promujące homoseksualizm. Ich ideą było zwrócenie uwagi mieszkańców na to, że
          > homoseksualiści też mieszkają w grodzie Dulskiej.

          Nieporozumienie. Ideą Jarugi było propagowanie homoseksualizmu jaoko
          równoprawnej opcji życia seksualnegoA przyjęcie takiego poglądu w konsekwencji
          z czasem nieuchronnie MUSI doprowadzić do wprowadzenia małżeństw
          homoseksualnych czy prawa do adopcji dla homoseksualistów. Trzeba być
          krótkowzrocznym, by tego nie dostrzegać.

          > lepiej nie walczyć z feministkami
          > pod hasłem "Ocalmy wartości", a lepiej zrobić jak najwięcej, żeby na
          > stadionach
          > nie skandowano "Żydzi do gazu", a Murzynów nie wytykano palcami?

          Żydów i Murzynów u nas prawie nie ma i nie wnoszą idiotycznych projektów ustaw
          pod obrady sejmu - a feministki - owszem.

          > W jednym z filmów Woody'ego Allena ("Wszyscy mówią kocham cię") syn jednego z
          > bohaterów (oczywiście lewicującego jak większość jajogłowych ze Wschodniego
          > Wybrzeża USA) jest zdeklarowanym, ponurym prawicowcem: zwolennikiem kary
          > śmierci i wrogiem homoseksualistów. Ojciec rozpacza, ale wszystko wkrótce się
          > wyjaśnia: syn ma zatory w żyłach i po prostu krew nie dochodziła mu do mózgu.
          > Po usunięciu zatoru uśmiechnięty syn idzie na bal braci Marx. Od siebie
          dodam:
          > po tak udanej operacji z pewnością mogłby pójść nie tylko na bal dziwacznych
          > komików, ale i na bal transwestytów.

          Czy to sugestia, że Sosnnowski powinien zrobić sobie operację mózgu, skoro na
          starość zmienił poglądy? Nieładny argument "ad personam" w poważnym artykule...
          fe...

          > Ja, podobnie jak Sosnowski, na bal transwestytów bym nie poszedł.

          A gdzie się podziała "życzliwa otwartośc na Innego"???? Oj, nietolerancyjny ten
          Bereś... ;-)

          > Lecz jako
          > zdeklarowany liberał chciałbym, czytając jego tekst, krzyknąć: "Wolność,
          > wolność nade wszystko"!

          Wolność, owszem, bardzo, bardzo cenna jest, lecz nie "nade wszystko". To
          kwestia hierarchii wartości...
          Pozdrawiam -
        • Gość: BRvUngern-Sternber Prymitywizm Beresia . IP: *.bg.am.lodz.pl 01.07.03, 15:38
          No tak mozna sie bylo tego spodziewac bo coz mozna bylo sie madrego spodziewac.Beres w ogole nie zrozumial o co chodzilo w artykule Sosnowskiego.Oddaje sie prymitywnym rozwazaniom kto do jakiego srodowiska nalezy czyli tzw. kwalifikacja stadna-nie o czym ktos chce powiedziec ale do jakiego stada nalezy.Typowa odpowiedz betonu.Tak odpowiadali partyjniacy gdy juz rozlegaly sie glosy ze tak dalej byc nie moze.Szukali wroga ktory chce przejac ,,wladze'' w mysl zasady kto kogo.Totalne schamienie i prymitywizacja jest faktem.Urban jest intelektualista,samoobrona sumieniem,Michal Wisniewski artysta a Playboy czasopismem intelektualnym.Czytelnictwo coraz bardziej spada.A zeby bylo smieszniej mowi sie ze POZIOM WYKSZTALCENIA W SPOLECZENSTWIE ROSNIE:o)))Jest to oczywista pomylka.Poziom udyplomowienia tak.Poziom wyksztalcenia spada dramatycznie.Podsumowujac krotko artykul Beresia nie zaskoczyl bo czym moze zaskoczyc obrona czegos co juz dawno upadlo?
      • Gość: Zły Wilk Re: odpowiedz Beresia IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 30.06.03, 22:38
        yamadei napisał:

        > była to publicystyka mocno przerysowana, bo na przykład obawy przed państwem
        > wyznaniowym się nie sprawdziły.

        Dokładnie. Dziś już się nie pamięta histerycznych obaw Michnika przed państwem
        wyznaniowym i odrodzeniem nacjonalizmu i antysemityzmu. Nic jednak takiego nie
        nastąpiło.
        > Tyle że niejeden prawdziwy liberał przy okazji się zirytuje, bo też
        > wrzucanie go do jednego wora z walczącymi homoseksualistami i wyznawcami feng
        > shui (tak szeroko mniej więcej traktuje autor obóz liberałów) byłoby po
        > prostu niemądre.

        Słusznie, ale szłuszność tego zdania zależy od tego, jak rozumie się
        termin "prawdziwy liberał". Liberalizm w Polsce spopularyzował nie Michnik,
        lecz Korwin-Mikke, dla którego prawdziwy liberał to konserwatywny liberał.

        > Klasyczny, w europejskim znaczeniu, liberał (...) nie zaakceptuje na przykład
        > pseudodowcipnych reklam bawiących się skojarzeniami "pierwsza komunia -
        > pierwsza komórka".

        Jeśli chodzi o konserwatywnych liberałów - to prawda. Jeśli chodzi o różowo-
        liebralne środowiska skupione wokół GW - to jak najbardziej, zaakceptują
        wszystko.

        > Ale na pewno daleko mi, liberałowi, do nihilizmu pojmowanego jako zaniechanie
        > działania. Również dlatego, że liberalizm wzywa do zmiany tego, czego nie
        > akceptujesz.

        Tu już autora poniosła fantazja. Nigdzie u liberałów takiego wezwania nie
        czytałem....

        > Sosnowski mówi mianowicie, że za dużo było wolności

        Nigdzie u Sosnowskiego takiego pogladu się nie dopatrzyłem. Raczej sugeruje, że
        za mało było odpowiedzialności, za dużo tolerancji każącej udawać, że opinie
        głupców są równie cenne co opinie mędrców, a każdy system wartości jest równie
        ważny i godny szacunku.

        > Sosnowski widzi w Polsce ofensywę nihilizmu. Ja nie. Są nihiliści, idioci i
        > łajdacy, ale i ludzie zacni, aktywni i mądrzy. A nawet, jak sądzę, jest ich
        > więcej.

        Są statystyki, które jasno mówią, kto ma w tym sporze racje, np. statystyki
        przestępczości. Najszybciej wzrasta przestępczość nieletnich. A tego kiedyś nie
        było w takim stopniu co teraz. Winę za to ponoszą media, np. telewizja.
        Wszystkie badania psychologiczne jednoznacznie mówią o szkodliwym wpływie
        oglądania scen przemocy na dzieci.
        Pozdrawiam -
        Pozdrawiam
      • Gość: EWOK Nie o to się rozchodzi IP: 213.241.18.* 01.07.03, 17:50
        Jakoś tak mi ten potworek słowotwórczy do tego tematu pasuje. Problemem nie
        jest pluralizm w dziedzinie obyczajowości i kultury, nie jest nim nawet
        likwidacja stosów na czarownice i innowierców, chociaż również teraz nie
        brakuje ludzi rozglądających się tęsknie za Świętym Oficjum. Problemem jest
        jedynie ocena. Jeśli Sosnkowski z idiotycznych odzywek didżejów czy równie
        idiotycznych reklam telewizyjnych wyciąga wniosek, że wolność jest zła to co
        najmniej przesadził. Każdy ma prawo uważać, że muzyka Ich Troje jest lepsza od
        Bacha, na tym polega wolność. Problemem jest to, że u nas teraz trendowo jest
        tak uważać. Jeśli będzie odwrotnie - ludzie zaczną słuchać Bacha, a Ich Troje
        kopną w CD. Ale to nie odwrót od "wartości chrześcijańskich" jest powodem
        takiego stanu rzeczy tylko zgłupienie społeczeństwa, karmionego przemieloną
        papką pseudokultury niskiej. Nie ma potrzeby bić w tak wielki dzwon, jak upadek
        cywilizacji, nihilizm czy życie bez Boga. Kwestia polega na tym, że kiedyś
        telewizja w prime time puszczała Bergmana, a teraz Luz Maria, że kiedyś
        najbardziej poczytną książką był "Zniewolony umysł", a teraz Grochola. Ludzie i
        za komunizmu lubili papkę (np. piosenki Połomskiego), ale były rzeczy "w dobrym
        guście" i "w złym guście". I wolność w takich ramach jest ok. Masz wolnośc,
        oglądaj "Oko za oko" na TVN, ale nie zdziw się jeśli ktoś ci powie, że masz
        fatalny gust, bo "wszyscy" w tym czasie oglądali film dokumentalny o
        Afganistanie. Problem w tym, że nastąpiło odwrócenie postaw, związane ze źle
        pojętą tolerancją i teraz ludzie, którzy ten dokument oglądali wręcz boją się
        do tego przyznać. Ale nie jest to żaden upadek wartości tylko pozwolenie się
        zastraszyć popcornożercom. I tyle.
        • malenka7 Re: Nie o to się rozchodzi 09.07.03, 14:52
          Gość portalu: EWOK napisał(a):

          > Jakoś tak mi ten potworek słowotwórczy do tego tematu pasuje. Problemem nie
          > jest pluralizm w dziedzinie obyczajowości i kultury, nie jest nim nawet
          > likwidacja stosów na czarownice i innowierców, chociaż również teraz nie
          > brakuje ludzi rozglądających się tęsknie za Świętym Oficjum. Problemem jest
          > jedynie ocena. Jeśli Sosnkowski z idiotycznych odzywek didżejów czy równie
          > idiotycznych reklam telewizyjnych wyciąga wniosek, że wolność jest zła to co
          > najmniej przesadził. Każdy ma prawo uważać, że muzyka Ich Troje jest lepsza
          od
          > Bacha, na tym polega wolność. Problemem jest to, że u nas teraz trendowo jest
          > tak uważać. Jeśli będzie odwrotnie - ludzie zaczną słuchać Bacha, a Ich Troje
          > kopną w CD. Ale to nie odwrót od "wartości chrześcijańskich" jest powodem
          > takiego stanu rzeczy tylko zgłupienie społeczeństwa, karmionego przemieloną
          > papką pseudokultury niskiej. Nie ma potrzeby bić w tak wielki dzwon, jak
          upadek
          >
          > cywilizacji, nihilizm czy życie bez Boga. Kwestia polega na tym, że kiedyś
          > telewizja w prime time puszczała Bergmana, a teraz Luz Maria, że kiedyś
          > najbardziej poczytną książką był "Zniewolony umysł", a teraz Grochola. Ludzie
          i
          >
          > za komunizmu lubili papkę (np. piosenki Połomskiego), ale były rzeczy "w
          dobrym
          >
          > guście" i "w złym guście". I wolność w takich ramach jest ok. Masz wolnośc,
          > oglądaj "Oko za oko" na TVN, ale nie zdziw się jeśli ktoś ci powie, że masz
          > fatalny gust, bo "wszyscy" w tym czasie oglądali film dokumentalny o
          > Afganistanie. Problem w tym, że nastąpiło odwrócenie postaw, związane ze źle
          > pojętą tolerancją i teraz ludzie, którzy ten dokument oglądali wręcz boją się
          > do tego przyznać. Ale nie jest to żaden upadek wartości tylko pozwolenie się
          > zastraszyć popcornożercom. I tyle.
      • Gość: doku Bardzo celna IP: *.chello.pl 01.07.03, 21:33
        Ciekawe porównanie. Jeden tekst pokrętny i niespójny, a drugi jasny i
        przejrzysty. Dyskutując o tych kwestiach nie można pomijać faktu, że religię do
        szkół wprowadzono metodą totalitarną, że mamy konkordat i restrykcyjną ustawę
        antyaborcyjną – jesteśmy na tle innych krajów Europy podobni do papieskiego
        lenna, jakimi były te kraje w średniowieczu, a teraz już nie są, bo ich narody
        uwolniły się od tych duchowych więzów.

        Sam uważam się raczej za tradycjonalistę i prawicowca, ale takiego
        umiarkowanego, liberalnego. Dla mnie wiara, że ludzie w przeszłości byli lepsi,
        niż są teraz, jest świadectwem idiotyzmu a nie tradycjonalizmu.
    • dr.krisk O matko jedyna, chyba jestem nihilistą! 01.07.03, 01:22
      Przeczytałem oba artykuły i zaraz poleciałem do lustra. Ta gęba przebrzydła to
      jak nic nihilista - deprawator! Naród poćciwy błahostkami mamię, bigbrathery
      obiecuję, na pokuszenie wodzę!

      A na poważnie, to nie sądzę aby Sosnowski miał rację. To nie nihilizm toczy
      nasze społeczeństwo, tylko choroby jeszcze z dawnych zaszłości, kiedy o tej
      zarazie jeszcze nikt nawet nie słyszał!
      Chamstwo i nieuczciwość, głupota, nieuctwo, prymitywizm myślenia,
      bezrefleksyjność, bigoteria - przy tym wszystkim biedny mały nihilizm wygląda
      jak katar przy trądzie.

      Wiem, wiem, odpowiecie że nihilizm zezwala na tolerowanie tego całego gnoju,
      stara się znaleźć usprawiedliwienie i szuka ich akceptacji.
      Ale chyba nie rozumiecie, że można jednocześnie wyznawać stałe i nawet
      rygorystyczne zasady moralne, a z drugiej strony codziennie pytać
      się "dlaczego". Myślę, że lepiej jednak usiłowac odpowiedzieć sobie na
      pytanie "dlaczego nie wolno czytac cudzych listów", niż po prostu przyjąc a
      priori że ich sie nie czyta. Dlaczego? Ano dlatego, że kiedyś być może trzeba
      będzie zadać sobie znacznie poważniejsze pytania...

      Sosnowski miesza też wagę spraw. Głupi program w TV, idiotyczne reklamy ...
      rzecz to błaha, zawsze będą ludzie z rozdziawiona paszczą słuchający o
      przewagach Dosi nad innymi proszkami.
      Choć z drugiej strony (no widzicie, nihilista sie odezwał..) - niedawno
      widziałem w TV jakąś galę rządowo - prezydencką. Była Piękna Pani Prezydentowa,
      Ministrzy różni, Osoby Szacowne.. Pół godziny je wymieniali.
      A potem program artystyczny. Jako pierwsze wbiegły trzy monstrualnie grube
      Rosjanki, przebrane za baletnice... Rozumiecie: taki wic, że Grube Baby
      Tańczom. Aże publika ręcami biła sie po bokach, aże im poliki poczerwienieli ze
      śmiechu... O rany!
      Tutaj uśmiecham sie gorzko w stylu Bogarta i idę spać.
      Z nihilistycznym pozdrowieniem "Nihil novi.."
      KrisK
      • jasmina22 Re: targowisko tolerancji 01.07.03, 13:17



        "www1.gazeta.pl/swiat/1,34302,534545.html"

        Każdy ma słuszne prawo głoszenia swych poglądów. Każdy? Zawsze? Brać pod uwagę
        aberracyjną hipotezę oznacza torować jej drogę. Gdybyśmy zaczęli dyskutować o
        dopuszczalności fizycznej likwidacji starców, poczulibyśmy wstręt, ale
        stopniowo idea, na początku nie do pomyślenia, stałaby się bliska, aż wreszcie -
        jako wybór możliwy - zostałaby wprowadzona w życie. Esej Claudio Magrisa



        • dr.krisk Coś w tym jest, ale.. 01.07.03, 14:05
          jasmina22 napisała:

          >
          > Każdy ma słuszne prawo głoszenia swych poglądów. Każdy? Zawsze? Brać pod
          uwagę
          > aberracyjną hipotezę oznacza torować jej drogę.
          Tez czasem tym sie gryzę, i chyba nie ma na to mądrej odpowiedzi. Pokrzepia
          mnie tylko fakt, że w społecznościach, gdzie nigdy nikt nie podaje
          obowiązujących zasad w wątpliwość, kobiety np, przykrywane są zwojami materiału
          od stóp do głów, a jak która podskoczy to ją sie oblewa kwasem... Zaś dziwna
          propozycja aby w kobietach widzieć pełnoprawnego czlowieka, traktowane jest
          jako aberracja.
          Tak więc gdyby nie ciągla weryfikacja wyznawanego systemu wartości dalej
          zabijalibyśmy wątłe niemowlęta. Bo nikt nie zadał sobie pytanie "Dlaczego..".
          KrisK
          • jasmina22 Re: Coś w tym jest, ale.. 01.07.03, 16:42
            dr.krisk napisał:

            >
            > Tak więc gdyby nie ciągla weryfikacja wyznawanego systemu wartości dalej
            > zabijalibyśmy wątłe niemowlęta. Bo nikt nie zadał sobie pytanie "Dlaczego..".
            > KrisK


            w pełni sie zgadzam ,ze




            "Gwałt na osobie nie staje się słuszny tylko dlatego, że tak zwane wspólne
            poczucie to aprobuje, jak sugeruje źle pojęta socjologia. Antysemityzm w
            Niemczech w czasach faszyzmu albo przemoc wobec czarnoskórych mieszkańców
            Alabamy odpowiadały z pewnością na odczucia znacznej części ludności tych
            krajów, lecz przez to nie stały się słuszne. Niekiedy może być prawdziwe to, co
            krzyczy doktor Stockmann we "Wrogu ludu" Ibsena: "Większość ma siłę, ale nie ma
            racji!". A więc trzeba być posłusznym wobec niepisanych praw bożych, którym
            posłuszna jest Antygona, pomimo że to posłuszeństwo - czyli nieposłuszeństwo
            wobec nikczemnych praw Państwa - może pociągać za sobą tragiczne konsekwencje."


            ale.....

            "I tu rodzi się straszliwe pytanie, również tragiczne - skąd można wiedzieć, że
            te niepisane prawa są boże, czyli są zasadami uniwersalnymi, a nie archaicznymi
            przesądami, ślepymi i mrocznymi falami uczuć uzależnionymi od nie wiadomo
            jakich więzów atawistycznych? Jesteśmy słusznie przekonani, że chrześcijańska
            miłość bliźniego, postulaty etyki kantowskiej, która napomina, by uważać zawsze
            każdą jednostkę za cel, a nigdy za środek, wartości oświeceniowe i
            demokratyczne wolności i tolerancji, ideały sprawiedliwości społecznej, równość
            praw wszystkich ludzi we wszystkich miejscach ziemi, są uniwersalnymi
            fundamentami, których żaden Kreon i żadne Państwo nie mogą pogwałcić. Ale wiemy
            również i to, że często cywilizacje - również nasza - narzucały przemocą innym
            cywilizacjom wartości, które uważały za ogólnoludzkie, a które w rzeczywistości
            były przejściowym produktem ich kultury, historii i tradycji po prostu
            silniejszej. Kiedy jakiś Bóg przemawia do naszego serca, trzeba być gotowym na
            to, by podążać za nim za wszelką cenę, ale dopiero wtedy, gdy postawimy sobie
            możliwie jasno pytanie, czy przemawia do nas Bóg uniwersalny, czy jakiś idol
            naszych mrocznych wewnętrznych odmętów. Jeśli większość nie ma racji, jak
            krzyczy Stockmann, łatwo jest popaść w pokusę narzucenia siłą innej racji,
            która po swojej stronie ma tylko siłę. Nieposłuszeństwo wobec Kreona zakłada
            często tragedię nie tylko dla wypowiadającego posłuszeństwo, lecz również dla
            innych niewinnych osób pochłoniętych przez konsekwencje.

            Tragedia, lecz również godność ludzka polegają na tym, że na ten dylemat nie ma
            gotowej odpowiedzi - jest tylko trudne poszukiwanie niepozbawione ryzyka -
            również moralnego."

            a to ostatnie zdanie pod rozwage tym co zdaja sie również na tym forum (chociaż
            IMHO najlepszym dzięki stałym bywalcom) mieć monopol na prawdę , na to co
            rozsądne , jedynie słuszne itd .

            pozdrawiam
    • b.u.zz Re: 'Wartości i nihilizm' - artykuł w Wyborczej 01.07.03, 19:28
      w krytyce przeciw sosnowskiemu dostrzegam bardzo wiele uproszczen. jedyny
      argument beresia, ktory jest rzeczowa odpowiedzia sosnowskiemu jest
      stwierdzenie: tolerujmy akceptujac, bo czyniac inaczej bardziej krzywdzimy
      (patrz fragment "ty pedale!"). ale to tez jest uproszczenie. cenie beresia,
      ale musze zaprotestowac przeciw traktujowaniu czytelnika jak idioty: sprzeciw
      moralny wobec akceptacji homoseksualizmu jako normalnej i rownej
      heteroseksualnej orientacji nie jest rownoznaczny z obrazaniem "kochajacych
      inaczej". czy to, ze niektore dzieci wysmiewaja sie z niewidomych, kaze dawac
      im (czyli niewidomym) prawa jazdy lub zatrudniac w kasie? czy tez raczej
      lepiej wychowywac takich mlodocianych chuliganow?

      "wiecej tolerancji w duchu liberalnej leiwcy", co postuluje beres, nie ma
      wpisanych w siebie zadnych ograniczen, zadnej stacji koncowej, na ktorej sie
      wysiada i mowi "stop, dalej nie jedziemy". odniose sie do walkowanego juz
      nieraz przykladu tzw. legalizacji malzenstw homoseksualnych: zwolennicy
      rownosci w tym wzgledzie, w kazdym razie na tym forum, przekonuja, ze nie
      godza sie na adopcje dzieci przez takie malzenstwa i ze jedno z drugiego nie
      wynika. przypadek szwecji (bodajze) temu przeczy. jesli raz rozszerzy sie
      termin "malzenstwo" na pary jednoplciowe, trudno bedzie utrzymac wewnetrzne
      rozroznienie wewnatrz tego nowego pojecia i z czasem kazde malzenstwo bedzie
      moglo dzieci adoptowac.

      nie nalezy postrzegac tekstu sosnowskiego jako zwyklego wezwania do narzucenia
      spoleczenstwu jednej, skodyfikowanej w najdrobniejszym szczegole wizji swiata.
      sosnowski pokazuje bardzo powazne zagrozenie dla spoleczenstwa, ktore wyplywa
      z radosnego odrzucania wszelkich norm, ktore uchodza za nienowoczesne.
      zaslanianie sie tym, ze wszystko ureguluje prawo popytu i podazy, trwozy a
      nie - uspokaja. big brother upadl nie dlatego, ze ludziom przejadl sie seks na
      ekranie, tylko dlatego, ze ciagle jeszcze pewne limity obowiazuja i nie mozna
      bylo pokazac tego, co wzbudzalo zainteresowanie. obrona dzisiejszego stanu
      moralnosci przypomina troche zwolennikow zlotej wolnosci: "rzeczpospolita
      nierzadem stoi". stala, stala i upadla, podnoszac sie jak najbardziej rzadem i
      dopiero po ponad stu latach.

      to wszystko opis sytuacji. mleko sie juz rozlalo i trudno teraz powiedziec,
      jak - odgornie - ze zlem nihilizmu walczyc. zapewne sie nie da, nalezy jednak -
      tylko kto to ma zrobic? sld? psl? albo nie daj Boze samoobrona lub lpr?? -
      postawic tame dalszemu postepowi nowego oswiecenia. nalezy przywrocic
      zachwiana obecnie rownowage miedzy dwoma wrodzonymi sklonnosciami ludzkimi:
      dazeniem do nowoczesnosci i konserwatyzmem. przyznaje sie, ze nie mam pojecia,
      jak to zrobic w sytuacji, w ktorej lobby postepowe domaga sie coraz to nowych
      koncesji prawnych i obyczajowych. no coz, pozyjemy, zobaczymy. a jak walczyc
      oddolnie, to kazdy musi sam zdecydowac.

      pozdrawiam
      b.
      • e_wok Re: 'Wartości i nihilizm' - artykuł w Wyborczej 01.07.03, 19:56
        Cały ten artykuł i polemikę można moim zdaniem scharakteryzować następująco -
        jeśli ktoś postrzega wolnośc poprzez przypodchlebianie się motłochowi to czyni
        z niej zły użytek. Na innym forum założyłam wątek o pewnym programie na TVN.
        Program polega na tym, że uczestnicy muszą sobie nawzajem dokopać maksymalnie
        dotkliwie, a potem ci, którzy przegrali mogą się zjednoczyć w imię dokopania
        zwycięscy i pozbawić go wygranej, na którą zasłużył umiejętnie dokopując
        innym. Odcinek, który oglądałam zainteresował mnie szczególnie, ponieważ
        traktował o blondynkach. Prowadzący zapytał blond uczestniczkę, czy śmieszą ją
        kawały o blondynkach. Odpowiedziała dumnie, że nawet sama niektóre
        wymyśla. "Mniej niż zero to...? - zapytał prowadzący. "tyle ile inteligencji
        ma blondynka" - odpowiedziała ta właśnie pani. Publika uśmiała się setnie.
        Moim zdaniem pani poszła na łatwiznę, bo chcąc pozyskać sympatię publiczności
        mogła jej się bardziej przypodobać deklarując na przykład "bo ja to se kurna
        lubię kupić wino "Dziad" za cztery pińdziesiąt butelka, nawalić się jak
        szpadel i wyp... się do rowu" - byłaby zabawa na sto dwa, bo ludzie na widowni
        wiedzieliby dokładnie o jakim uroczym sposobie spędzania czasu ta pani mówi.
        No a potem prowadzący poszedł w temat o blondynkach, który widać mu przypadł
        do gustu i nie szczędził komentarzy typu "zobaczymy czy okaże się prawdziwą
        blondynką" pod adresem innej uczestniczki, która miała za zadanie rozwiązać
        prostacką krzyżówkę. Odpowiedzi na mój wątek przeważnie były utrzymane w
        tonie "jak cię denerwuje to po co oglądasz" i "ja to już od dawna nie włączam
        telewizora". Opinie typu "to okropne, że telewizja podbija sobie oglądalnośc
        takim programem i takimi komentarzami" padały ze strony osób mieszkających
        zagranicą. Dla mnie to właśnie jest nihilizm - po co się oburzać, skoro można
        zignorować albo to, o czym nie wiemy - nie istnieje. I tak to się kręci. Ktoś
        tworzy niskie standardy, żeby się przypodobać ogółowi, więc ten ogół,
        naoglądany głupot, schodzi jeszcze niżej. I błędne koło.
        • Gość: Zły Wilk o to chodzi... :-) n/tx IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 02.07.03, 00:33
          Pozdrawiam -

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka