zly_wilk
30.06.03, 12:48
www1.gazeta.pl/kraj/1,34314,1550052.html
Jerzy Sosnowski 29-06-2003, ostatnia aktualizacja 29-06-2003 18:36
To nihilizm jest dziś prawdziwym zagrożeniem, a nie, jak kiedyś mówiliśmy z
przekąsem - "obrońcy prawdziwych wartości". W swej publicystyce z początku
lat 90. głosiłem pogląd przeciwny. Dziś sądzę, że trzeba połączyć wysiłki, by
powstrzymać widoczną w Polsce gołym okiem erozję systemu etycznego - pisze
Jerzy Sosnowski
Adamowi Michnikowi
Publikacje prasowe mają na ogół krótki żywot. Najprawdopodobniej więc już
tylko ja pamiętam swoją publicystykę, jaką uprawiałem na początku lat 90. na
łamach "Gazety Wyborczej". Ale bliskie mi wtedy idee, ogólnikowo zwane
liberalnymi, propagowane potem przez lepsze pióra, od pewnego czasu budzą
moje wątpliwości - i doszedłem do punktu, w którym czuję się w obowiązku o
tym napisać. Zabieram się do tego bez entuzjazmu, bo wydaje mi się, że
umiałbym wskazać autorów, którzy mają więcej powodów do samokrytyki. Nie
wątpię również, że wielu moich bliskich znajomych, którzy nie dostrzegają
związków między głoszonymi przez nas poglądami a budzącym mdłości stanem
życia publicznego w dzisiejszej Polsce, uzna ten tekst za nietakt lub nawet
zdradę. Trudno; jak mówi stara sentencja: choć przyjacielem jest Platon,
większym przyjacielem - prawda.
Nie o to szło
W radiu słyszę zwykły blok reklamowy (twórcy reklam wiedzą, na co sobie mogą
pozwolić i co zyska poklask). "Jaki dzień masz dzisiaj? - pyta miłym głosem
kobieta - Dzień Pierwszej Ko... Ko... - Komórki!" - przerywa radośnie
chłopiec, bo to reklama promocyjnej sprzedaży telefonów. "Zostało jeszcze
trochę czasu - odzywa się z kolei przewodniczka szkolnej wycieczki. - Może
pójdziemy do muzeum?". Chór dzieci wrzeszczy: "Ueee...". "A może do
hipermarketu (tu nazwa)? - Hurraaa!". Za chwilę didżej komercyjnej stacji
będzie jak co dzień odliczać, ile to jeszcze czasu pozostało do weekendu (bo
przecież nikt z nas nie lubi pracować) i konsekwentnie nazywać ludzi zaledwie
umiejących śpiewać artystami. Pierwszego sierpnia o siedemnastej, kiedy w
całej Warszawie wyły syreny na pamiątkę wybuchu Powstania, podobny didżej
przeszedł sam siebie, stwierdzając, że te syreny to na jego cześć, bo zawsze
o siedemnastej zaczyna swoją listę przebojów. W telewizji widziałem kiedyś,
jak półnaga prezenterka, siedząc w wannie wypełnionej pianą, recytowała
początkowy fragment "Hymnu o miłości" świętego Pawła, żeby go spuentować
słowami: "Przypomniałam wam jeden z najpiękniejszych utworów o miłości. A
teraz posłuchajmy, co na ten sam temat śpiewa Jennifer Lopez". Mogłem
oczywiście przełączyć się na kanał informacyjny, gdzie transmitowano obrady
komisji śledczej. Poznałbym tam nadzwyczajną pozycję towarzyską człowieka,
który wedle zasad ludzi honoru zasługuje na społeczny ostracyzm; a na tle
większości zeznań słynna wypowiedź Clintona, że wprawdzie palił marihuanę,
ale się nie zaciągał, okazałaby się szczytem rzetelności.
"To nie o to nam chodziło, nie o to szło" - jak śpiewano w czasach mojego
dzieciństwa. Oczywiście, że nie o to, ale tak wygląda krajobraz po bitwie.
Zdaje się, że ją wygraliśmy. Czy nie obawialiśmy się, żeby Polska nie została
państwem wyznaniowym? Żeby nie rozpoczęło się polowanie na czarownice? Żeby
nie zatruli nam życia moralizatorzy? No więc: Polska nie została państwem
wyznaniowym, czarownice i nawet pospolite wiedźmy czują się jak najlepiej, a
na życie publiczne nie mają wpływu nie tylko moralizatorzy, ale i moraliści.
Jest OK?
Filary liberalnej demokracji
Poranieni omnipotencją państwa realnego socjalizmu chcieliśmy państwa
neutralnego światopoglądowo, broniącego jedynie tych wartości, wokół których
istniała powszechna zgoda. Szkoła miała uczyć samodzielności myślenia i
tolerancji wobec myślących inaczej. Zamiast zhierarchizowanej kultury
chcieliśmy otworzyć wolny rynek idei i upodobań estetycznych (tego na
szczęście nie muszę brać na siebie i zaimek "my", którym staram się tu
posługiwać, jest bardziej niż gdzie indziej retoryczną konwencją). Prawo
miało zakreślać możliwie najszerszy obszar oddany aktywności obywateli,
którzy żyją po swojemu, dając żyć innym. Trzy filary Rzeczypospolitej: szkoła
otwarta na Innego, leseferyzm (rób-co-chceszyzm) w kulturze, nieopresywne
prawo.
Zasadnicze wartości liberalnego porządku aksjologicznego stanowiły: wolność
osobista i tolerancja w stosunku do innych. Reszta budowli miała się wyłonić
sama w wyniku ucierania się opinii na społecznej agorze. Przeciwnicy tego
projektu wydawali się łatwi do identyfikacji: były nimi rozmaite siły
polityczne i prądy ideowe podejrzewane przez nas o chęć zajęcia miejsca
opuszczonego przez nieboszczkę PZPR i marksizm-leninizm, w tej liczbie
niemała część kleru i wiernych Kościoła katolickiego pragnąca wskrzesić
sojusz ołtarza z tronem. Wydaje mi się, że nie przekłamuję tego obrazu; czyż
nie brzmi to wszystko ciągle atrakcyjnie? A jednak wewnętrzna logika idei,
które się głosiło, doprowadziła do niechcianych następstw, których dziś już
nie można lekceważyć.
Nowe liberum veto?
Jeśli państwo za pomocą przepisów prawa i stosownych służb (prokuratury,
policji, sądów) interweniuje tylko w przypadku ataku na wartości, wokół
których można przeczuwać jednomyślną zgodę; jeśli legislacyjny szaniec można
wznieść tylko wokół wartości akceptowanych spontanicznie przez wszystkich
poza oczywistymi bandytami - skrycie wraca w ten sposób do życia publicznego
w Polsce zasada liberum veto. W rezultacie właściwie żadne wartości, poza
życiem (już urodzonych) i własnością (posiadaną faktycznie, a nie
potencjalnie, jak np. odebrana w przeszłości przez komunistów), czyli żadne
wartości inne niż pragmatyczne, chronione być nie mogą. Wszystkie inne
napotykają bowiem większy lub mniejszy chór protestujących. Oburzałem się,
gdy "nieliberałowie" utożsamiali neutralność światopoglądową z propagowaniem
nihilizmu i dziś jeszcze twierdzę, że jest to upraszczające problem
nadużycie. A jednak chyba trzeba uznać za symboliczny fakt, że salonem III RP
okazał się w końcu dom Jerzego Urbana - nihilisty w sensie klinicznym,
podręcznikowym. Tam, gdzie gospodarz nie wierzy w nic, mogą spotkać się
ludzie wierzący w rozmaite rzeczy - byle nie schodził im z ust łagodny
uśmiech sceptyków. Etyka utylitarna nie obejmuje, jak widać, kwestii smaku: a
Urban nie jest w końcu, formalnie rzecz biorąc, przestępcą - nieprawdaż?