Witam,
Proszę Was dziewczyny, traktując ten post tak trochę z przymrużeniem oka,
wesprzyjcie jednak koleżankę w jej kolejnym "odjeździe"! Choćby tylko dobrym
słowem, choć niewątpliwie pewne z Was będą miały ochotę popukać się w
czoło

)
Jednostka chorobowa (tzw. "odjazd" właśnie) przedstawia się następująco:
Znienacka dnia pewnego pod czaszką rodzi się paniczne pytanie "A może jestem
w ciąży?!" Obmacanie się przed lustrem. Ogląd en face i z profilu... czyżby
ten brzuch rzeczywiście stał się taki jakiś większy? Poczęcia jeszcze nie
planowałam, a od drugiej połowy dzielą obecnie tysiące kilometrów. Czyżby to
się stało podczas naszego ostatniego spotkania? O kurczę... Chłodna logika
nie pomaga. Brak "ciążowych symptomów" też nie przekonuje, w końcu nie
wszystkie kobiety je mają. Walnięcie się w czoło i powiedzenie sobie, że
przecież jeśli biorę pigułki, a okres pojawia się normalnie, byłabym chyba
ewenementem w skali światowej, gdyby ta mała istotka zdecydowała się już do
nas zawitać. Bieg do apteki po test ciążowy, tak na wszelki wypadek. Jedna
kreska - czy teraz kretynko jesteś już przekonana, że nie zaszłaś w ciążę?!
No, niby tak. Uff! I za parę miesięcy "polka" się powtarza...
To właśnie cała ja. Panikara na całego. Która chciałaby Was teraz zapytać,
czy Wy też czasami tak macie, totalny przerost wyobraźni? Kiedy wątpliwości
rozwiewają dopiero dwa lub trzy negatywne testy i potem śmiejecie się z tego
całego cyrku, ale "odjazd" i tak się pojawia?
Wasza "odjechana" Fuine