mag58
14.01.05, 06:25
Mam kolezanke w Calgary, chora na schizofrenie. Jest sama, bez rodziny, zyje
z zasilku, rodzina w Polsce kontaktuje sie z nia telefonicznie, ale nic nie
robi, aby jej pomoc. Z bardzo dziwnych rozmow telefonicznych z nia zdazylam
sie zorientowac, ze leczona jest ambulatoryjnie. Dostaje tabletki, ktorych
nie zazywa, bo twierdzi, ze jej szkodza. Trwa to juz pare lat. Bez przewrwy
ma omamy sluchowe, twierdzi, ze steruja nia jacys agenci i kaza jej robic
przerozne rzeczy.
Ostatnio zmusili ja do brania 4 razy wiekszej dawki tabletek nasennych niz
dozwolona dawka. Chodzi nieprzytomna, ledwo kontaktuje, trudno sie z nia
porozumiec. Co bedzie, jezeli te glosy kaza jej kogos zabic, w jednej z
rozmow cos o tym wspomniala.
To jest przerazajace. Dlaczego takich ludzi nie leczy sie w szpitalu, tylko
zostawia samych sobie. Czy trzeba czekac az dojdzie do tragedii. W jaki
sposob mozna takim ludziom pomoc?
Moze ktos z Was zetknal sie z podobnym przypadkiem.
Pozdrawiam.
Malgorzata z Vancouver