Dodaj do ulubionych

rozwód a samorozwój

04.06.11, 14:25
Rozwiodlam się i muszę więcej zarabiać by moi chłopcy mieli to czego potrzebują. Skonczyłam kurs na mediatora rodzinnego właśnie i zapisałam się na 4letnią podyplomówkę z terapii. Zastanawiam się nad tym, czy gdyby mój ex nie postanowił zostać singlem, zainwestowałabym w swój rozwój czy też nie, bo byłoby mi wygodniej jak było i by mi się nie chciało. Jak to u Was jest? Myślę co ten rozwód dał mi dobrego (poza pomalowaniem mieszkania- o tym kiedys pisaliśmy w jakimś wątku), czy coś dobrego z niego wyniknie dla mnie i moich dzieci, jak myslicie?
Obserwuj wątek
    • ewela1_1 Re: rozwód a samorozwój 04.06.11, 14:31

      Ja rownież mam dwoch synów i oprócz tego,ze pracuje na cały etat to załozyłam równiez działaność gospodarcząsmile. Rozwiod mnie nie dobił, wręcz przeciwnie, dał powiem wiatru w skrzydła, ale co z tego wyniknie? to czas pokażesmile i rownież zastanawiam się nad studiami podyplomowymi, ale za dużo by tego było naraz.

      "czy coś dobrego z niego wyniknie dla mnie i moich dzieci, jak myslicie?"

      Mysle ,ze Twoje dzieci mogą byc dumne z zaradnej mamysmile.
    • errormix Re: rozwód a samorozwój 04.06.11, 16:03
      Gdy po raz pierwszy pojawiłem się na tym forum wśród rad, jakie wtedy dostałem były m.in. takie żebym pomyślał o sobie, poszedł do kina, do teatru, do ludzi, kupił sobie jakiś fajny ciuch czy markową wodę toaletową. Bo podobno to pomaga. Niestety, mnie nie pomagało. Bardzo szybko zauważyłem bowiem, że w ten sposób sam siebie oszukuję, że to wszystko jest strasznie sztuczne. Że próbuję zagłuszyć to co i tak było oczywiste. Że filmem, piwem ze znajomymi czy nowym zapachem Kenzo i tak nie uratuję tego na czym mi najbardziej zależało.

      Mało tego. Wydawało mi się, że takie "pomyślenie o sobie" i zrobienie czegoś czego nigdy wcześniej nie robiłem jeszcze bardziej rozdrażni moją ex. A ja zwyczajnie nie chciałem jej drażnić, bo nie miałem już sił żeby się z tym zmagać.

      Sytuacja zmieniła się po rozwodzie, kiedy zniknęły wszelkie uprzedzenia, obawy. No i kiedy nie było już czego ratować. Bardzo szybko zrozumiałem, że te nowe rzeczy, których nie miałem w małżeństwie niezwykle "smakują". No więc nauczyłem się "smakować" życia.

      Na wyliczanie to co zmieniło się u mnie w ciągu minionego roku nie wystarczyłoby miejsca. Nowi ludzie, nowe znajomości, nowe okazje. Nieograniczone możliwości samorealizacji. Wszystko odwróciło się o 180 stopni. W pewnym momencie doszło nawet do tego, że siedząc kiedyś wieczorem w domu aż złapałem się za głowę, bo zaledwie przez 12 miesięcy zrobiłem i osiągnąłem to czego nie udało mi się przez 15 lat małżeństwa.

      I wiem też, że gdyby to małżeństwo nadal było, to nigdy nie byłoby tego co mam teraz.

      Szkoda tylko, że by to wszystko osiągnąć musiałem się rozwieść.
      • mw1969 Taaaa, rozwód, samorozwój... 05.06.11, 18:21
        zjednej strony może wypada współczuć rozpadu iluśtamletniego małżeństwa, z drugiej strony chyba można pogratulować, że ten/ta zdecydował/a się na rozwód. I że potem taki "singiel z odzysku" żyje najzupełniej normalnie.
        Ciekawe, jakie perspektywy na życie i samorozwój "porozwodowy" może mieć facet po 40-ce bez stałej pracy... Jak taki gość w tym kraju ma się utrzymać na powierzchni, żeby w miarę godnie zaspokoić potrzeby potomka i WŁASNE, ha? Bo póki co, to taka "mała stabilizacja" w jeszcze istniejącym stadle małżeńskim jakoś funkcjonuje. Jakoś...
        Ktoś coś poradzi, ha?
        • errormix Re: Taaaa, rozwód, samorozwój... 05.06.11, 18:57
          To jak ma się utrzymać po rozwodzie facet po 40-tce bez stałej pracy, to jego problem. To nie problem tych, którzy mają pracę, ani nie problem kraju, który zwykle obwinia się za brak zatrudnienia. Nie powinno być tak, że ci którzy tę pracę mają powinni być obwiniani i czuć się moralnie odpowiedzialnymi za tych, którzy jej nie mają.

          Bo najłatwiej pytać z wyrzutami: Sąd wziąć pracę? Za co żyć? I obwiniać za to innych. Najlepiej kraj.

          W życiu tak to jest już wymyślone, że człowiek najpierw utrzymywany jest przez rodziców, później uczy się, nabiera doświadczenia, a wszystko po to, by w końcu sam stać się niezależny i by nauczyć się samemu jak dbać o siebie i o swoich potomków. Czasami również o rodziców.

          Brak pracy to temat niezwykle drażliwy. Także tutaj na forum. Osoby bardzo często nieszczęśliwe w swoich związkach trwają w nich, bo tej pracy nie mają i boją się o to co będzie po rozwodzie. Są też tacy, którzy nie chcą się rozwieść, bo ta druga strona nie ma pracy więc wychodzi się z założenia, że lepiej trwać w związku, bo on/ona chociaż obiad ugotuje, albo dzieci do szkoły odprowadzi niż miałby się wyprowadzić i pogrążyć w jeszcze większych kłopotach nie tylko siebie, ale i swoją byłą rodzinę.

          W przypadku rozwodów nie ma prostych pytań i prostych odpowiedzi. To z reguły najważniejsza decyzja w całym dorosłym życiu. Trzeba wziąć pod uwagę wszystkie argumenty "za" i "przeciw".

          I gdy przychodzi taki czas, że jesteśmy gotowi podjąć tę decyzję, sprawa pracy lub jej braku staje się drugorzędna.
          • mw1969 Re: Taaaa, rozwód, samorozwój... 05.06.11, 23:01
            Errormix - ma rację, jak jasna cholera. Dzięki, cieszę się, że mogłem przeczytać te - zdawałoby się - oczywiste słowa.
            Ma rację, errormix, że można jakoś żyć/trwać w pewnym "małżeńskim rozkroku", albo kiedyś dojrzeć do podjęcia TEJ decyzji.

            BTW, ja tam nikogo nie obwiniam o brak pracy.
            Na razie(?) nie mam etatu, bo mój wiek jest okazuje się troszkę zaawansowany (czytaj: facet po 40-tce raczej nie pozwoli sobie podskoczyć jakiemuś zadufanemu gnojowi na tzw. stanowisku), albo moje wykształcenie jest "za wysokie" na dane stanowisko ew. jest niekierunkowe...
        • mayenna Re: Taaaa, rozwód, samorozwój... 05.06.11, 19:04
          Jakie są przyczyny braku stałej pracy?

    • mayenna Re: rozwód a samorozwój 04.06.11, 18:27
      W moim przypadku jest zupełnie inaczej.
      Wszystko co robię po rozwodzie jest zamiast. Przynajmniej do pewnego momentu było.

      Chciałam mieć rodzinę, dom, taki z dębowym stołem i zapachem chleba, z tupotem dziecięcych stóp po podłodze.Taki dom udało mi się stworzyć ale okazało się, że tylko ja o tym marzyłam.
      Musiałam więc zmienić plany.

      Szukam na nowo swojego miejsca w życiu. Robię wiele rzeczy, na które nie miałam czasu w małżeństwie i dopiero teraz wiem czemu. Po rozwodzie nas tak gna do samorealizacji bo bycie z kimś pochłania dużo czasu i energii.O rodzinę i kochaną osobę trzeba dbać, trzeba z nimi być. Nie da się tworzyć domu, rodziny i być w nim nieobecnym.

      Opuszczamy związek i zostaje mnóstwo miejsca na nowe. Zapełniamy pustkę, która nagle powstała.Mnie to nie cieszyło.
      Nie uważam, ze rozwód dodał mi skrzydeł, ale wiem ze po nim też jest życie.
      • brzydula09 Re: rozwód a samorozwój 05.06.11, 00:38
        U mnie jest podobnie, tzn. nie pytana, zostałam poproszona o zmianę planów... i już.
        > Wszystko co robię po rozwodzie jest zamiast. Przynajmniej do pewnego momentu by
        > ło.
        >
        > Chciałam mieć rodzinę, dom, taki z dębowym stołem i zapachem chleba, z tupotem
        > dziecięcych stóp po podłodze.Taki dom udało mi się stworzyć ale okazało się, że
        > tylko ja o tym marzyłam.
        > Musiałam więc zmienić plany.
        >
        > Szukam na nowo swojego miejsca w życiu.
        Mam więcej czasu na robienie - pewnych rzeczy - choćby spotkań z koleżankami, spędzam i poświęcam cały swój czas Dziecku i to cieszy. Tak naprawdę to przez rozwód straciłam też wiarę w koleżeństwo - koleżanka "zabrała mi" męża, więc chęć spotkań z kolejnymi "koleżankami" jest średnia u mnie.
        > Opuszczamy związek i zostaje mnóstwo miejsca na nowe. Zapełniamy pustkę, która
        > nagle powstała.Mnie to nie cieszyło.
        Ja odczuwam podobnie, minęło sporo czasu, odkąd nie mieszkamy razem i "dochodzę do siebie", uczę się na nowo żyć, staram się polegać tylko na sobie, choć czasami to trudne.
        Co dla mnie - skończyłam podyplomówkę, miałam w planach podszkolić języki obce, ale nie wyszło - zwolnili mnie z pracy i znowu na kolejnym życiowym zakręcie, więc plan odłożony do czasu kiedy znowu stanę na nogi (stabilna praca). To też tak naprawdę efekt rozwodu...
        > Nie uważam, ze rozwód dodał mi skrzydeł, ale wiem ze po nim też jest życie.
        Może to dziwne, że cytuję w dużej mierze poprzedniczkę - ale tak naprawdę czuję i myślę.
        • mayenna Re: rozwód a samorozwój 05.06.11, 09:25
          Cieszę się, ze jest ktoś, kto czuje podobnie.
          Powodzeniasmile
      • nangaparbat3 Re: rozwód a samorozwój 05.06.11, 09:23
        >>Po rozwodzie nas tak gna do samorealizacji bo bycie z kimś pochłania dużo czasu i energii.O >>rodzinę i kochaną osobę trzeba dbać, trzeba z nimi być. Nie da się tworzyć domu, rodziny i >>być w nim nieobecnym.
        To moze być tak, moze być też na odwrót - w pewnej chwili zrozumiałam, że mogę czas i energię inwestowane w związek, który prpodukuje tylko coraz większą frustrację, zuzyć na ważniejsze, ciekawsze i bardziej pożyteczne rzeczy.
        • jarkoni Re: rozwód a samorozwój 05.06.11, 11:54
          To ja jestem przeciwieństwo, u mnie po rozwodzie się wszystko posypało..
          • noname2002 Re: rozwód a samorozwój 05.06.11, 15:52
            Po rozwodzie poznałam mnóstwo nowych ludzi(w tym dwóch przyjaciół), zwiedziłam mnóstwo miejsc, znalazłam nowe pasje, zdobyłam nowe doświadczenia (o internetowych randkach mogę napisać książkęsmile )
            Chyba energię jaką traciłam na próby naprawienia czegoś co się nie można było naprawić, włożyłam w zmienianie swojego życia.
          • errormix Re: rozwód a samorozwój 05.06.11, 16:04
            Myślę Jarkoni, że z tą samorealizacją po rozwodzie wcale nie jest tak łatwo. Jak chyba z niczym w tym czasie. Do pewnych decyzji, posunięć czy kroków trzeba bowiem w jakiś sposób dorosnąć, dojrzeć. Przynajmniej ja musiałem.

            Bo na początku było tak, że nic nie sprawiało mi radości, na nic nie miałem ochoty i w niczym nie widziałem sensu. O tym, że i po rozwodzie od razu nie było różowo świadczy m.in. to, że przez krótki okres miałem nieodpartą chęć zrobić to o co najczęściej miała do mnie pretensje moja ex, że nie robiłem.

            Tuż po tym jak wyszedłem z sali sądowej powiedziałem sobie, że udowodnię jej, że nie jestem taki ostatni, taki frajer, że jeszcze jej pokażę. I zrobiłem to co miałem zrobić. Ale to była pułapka. Nie sprawiło mi to bowiem żadnej satysfakcji, żadnej radości. Nie podniosło nawet o milimetr mojej samooceny. Nawet, gdy zadzwoniła kiedyś do Julki i w pierwszym zdaniu zapytała ją czy to prawda, że tata ....., a później nie mogąc w to uwierzyć, pytała jeszcze dwa czy trzy razy.

            Wtedy dotarło do mnie, że chociaż się rozwiodłem to nadal żyję pod dyktando naszego małżeństwa. Małżeństwa, którego przecież już nie było.

            Później było kilka miesięcy marazmu. Taka linia prosta. I nagle coś się ruszyło. Niespodziewanie. Aż sam się zdziwiłem. To były jakieś pierdoły, na które wcześniej nigdy nie zwracałem uwagi, ale gdy człowiek zostaje sam i wydaje mu się, że nie czeka go już nic dobrego, to było jak przysłowiowe światełko w tunelu.

            I dopiero wtedy zrozumiałem, co to ta samorealizacja jest. I ile może sprawić frajdy i zadowolenia.

            Bo w końcu zrozumiałem, że człowiek robiąc coś tylko dla siebie nie musi być wcale egoistą.
    • jac644 Re: rozwód a samorozwój 05.06.11, 20:26
      To znaczy, że wcześniej byłaś leniwa i nie chciało Ci się rozwijać i inwestować w siebie?
      Taka żona to skarb.
      • kasper254 Re: rozwód a samorozwój 05.06.11, 20:53
        1.W świetle tego megaoptymizmu, to w ramach różnego terapii należałoby zalecać rozwody, popełnianie innych dewiacji, a wręcz czynów zabronionych. Po okresie katharsis - samorozwój. Drugi rozwód: droga literacka; trzeci - filmowa; czwarty - Nobel.
        2.Mylisz się, erromix, co do oceny pracy czy jej braku. To m.in. z Konstytucji RP wynika obowiązek władz publicznych dot. zatrudnienia, aktywnych i pasywnych form tego itd. Pomijając to, nie jest takie proste zdobywanie pracy; są wykluczeni, którzy nie mają szans na żadne zatrudnienie bez pomocy z zewnątrz. Proponujesz im samorozwój? A może najlepiej po gwałcie?
        • mola1971 Re: rozwód a samorozwój 05.06.11, 20:58
          Kasper, czy Ty kiedyś wyjdziesz z tego swojego megadoła?
          Jeśli sam lubisz być nieszczęśliwi to sobie bądź. Twoje życie, Twoja sprawa. Ale proszę Cię przestań w końcu czepiać się ludzi, którym coś się udało i wreszcie z optymizmem patrzą w przyszłość. Może Ci się to nie podobać, każdy ma swój gust, ale to doprawdy już się robi chore.
          Od dwóch lat jestem na tym forum a Ty od dwóch lat robisz to samo - czepiasz się ludzi, którym udało się uwolnić z chorych małżeństw. Sprawia Ci przyjemność wywoływanie w ludziach poczcia winy z powodu ich szczęścia?
          • kasper254 Re: rozwód a samorozwój 05.06.11, 21:38
            Mola, na drugi raz, zanim odpowiesz, prześpij się z wydumanymi frazami.
            Po pierwsze: co ma "chore małżeństwo" do samorozwoju czy jego braku"i kto tutaj mówi o chorym małżeństwie"? Podaj definicję tego dictum i fazy deprecjacji partnera/ki. Po drugie: nikogo się nie czepiam. Śmieszne jest obwinianie za swój brak "samorozwoju" partnera. Jak ktoś nie umie pływać, mówi, że woda jest za gęsta (a może inna). Po trzecie: szczęście... To tylko jedna z alternatyw: szczęście i samorozwój. I to wywoływanie poczucia winy. Jak samokrytyka.
            • noname2002 Re: rozwód a samorozwój 05.06.11, 22:00
              Jak się ma posiadanie partnera do samorozwoju? Na początku małżeństwa kończyłam drugie studia i miałam robione awantury, że jak się rodzinę zakłada, to nie powinno się studiować.
              Jak mnie widział z książką, to dostawał szczękościsku. Przeszkadzały mu moje zainteresowania, jak zaczęłam podzielać jego pasję, to też mu nie pasowało.
            • mola1971 Re: rozwód a samorozwój 05.06.11, 22:01
              Pudło, wyspana jestem. Wszak weekend jest.
              Podtrzymuję to co napisałam a Ty zrobisz z tym co chcesz. Pewnie jak zwykle NIC.
              Chore małżeństwo do samorozwoju ma bardzo dużo. Gdy się tkwi w takim małżeństwie nie ma się chęci do życia, takie małżeństwo podcina człowiekowi skrzydła, które odrastają mu po rozwodzie. I samorozwój to właśnie te odzyskane skrzydła.
        • errormix Re: rozwód a samorozwój 05.06.11, 22:06
          kasper254 napisał:


          > 2.Mylisz się, erromix, co do oceny pracy czy jej braku. To m.in. z Konstytucji
          > RP wynika obowiązek władz publicznych dot. zatrudnienia, aktywnych i pasywnych
          > form tego itd. Pomijając to, nie jest takie proste zdobywanie pracy; są wyklucz
          > eni, którzy nie mają szans na żadne zatrudnienie bez pomocy z zewnątrz. Propon
          > ujesz im samorozwój? A może najlepiej po gwałcie?

          No więc mamy dylemat. Szukać pracy albo czytać konstytucję.

          A o wykluczonych na twoim miejscu bym się nie martwił. Zdecydowana większość wykluczonych nie ma pracy nie dlatego, że nie może jej znaleźć, ale dlatego, że zwyczajnie jej nie chce. Woli zasiłki i lekturę konstytucji.

          Twojej sugestii o gwałcie zwyczajnie nie rozumiem. To chyba miała być jakaś ironia.

          Mam za to nieodparte wrażenie, że tak samo jak w przypadku braku pracy, faktem tym obarcza się tych, którzy ją mają, państwo, a teraz i konstytucję, tak w przypadku samorealizacji odbiera się radość z jej spełniania, bo przecież "wykluczeni mają gorzej".

          Kasper. Zawsze znajdzie się taki co ma gorzej.
          • mola1971 Re: rozwód a samorozwój 05.06.11, 22:22
            Po prostu najłatwiej jest za wszelakie swe niepowodzenia życiowe obwiniać wszystkich dookoła tylko nie siebie. I czekać na to aż ktoś ZA NAS rozwiąże nasze problemy.
            Tyle tylko, że to droga na skróty a na skróty to tylko w ciemny las można samego/samą siebie zaprowadzić.

            Co do pracy pełna zgoda. Jeśli ktoś CHCE mieć pracę to ją znajdzie. Lepszą lub gorszą.
            Na ten temat mogłabym długo mówić, ale nie jest to tematem tego wątku. Forum też nie.
            • szizumami Re: rozwód a samorozwój 06.06.11, 08:06
              a może kasper nie pisze o ludziach w pełni sprawnych
              ale za to świadomych co może byc dla nich szczęsciem..?

          • kasper254 Re: rozwód a samorozwój 06.06.11, 08:59
            1. Sam nie wiesz, o czym piszesz, errormix, gdy dywagujesz o wykluczonych. Dylemat: czytać Konstytucję, czy szukać pracy, jest nie na miejscu. Nie rozumiesz dramatu tych - w y k l u c z o n y c h - nie ze swojej winy - którzy nie mają szans na wyjściwe z dołka w otoczeniu sytych. Natomiast znam tych, którzy nie chcą pracować. Sam brykam się z problemem, gdy potrzebuję kogoś do pracy i nikomu się nic nie chce.
            2. Mowa o gwałcie nie jest ironią, a powołaniem się na najwyższe stadium rozwoju, po którym jest samorozwój.
            3. Wydaje mi się, iż czujesz, że się spełniłeś w samorozwoju, w czym przeszkadzała ci była żona. Gratuluję takiego resume. I tej radości. Czasem dobra jest też samokrytyka. Sprowadza do poziomu realiów.
            • errormix Re: rozwód a samorozwój 06.06.11, 09:22
              kasper254 napisał:

              > 3. Wydaje mi się, iż czujesz, że się spełniłeś w samorozwoju, w czym przeszkadz
              > ała ci była żona. Gratuluję takiego resume. I tej radości. Czasem dobra jest te
              > ż samokrytyka. Sprowadza do poziomu realiów.

              Kilka lat temu, gdy pojawiłem się na tym forum i czytałem o tym, jak ludzie po rozwodach zachłystywali się wolnością, nieskrępowaniem, albo dowolnością w spełnianiu swoich życiowych zachcianek, zastanawiałem się czy oni nie są przypadkiem do końca normalni.

              No bo jak ktoś może cieszyć się tym, że zrobił sobie studia podyplomowe, szaleje na portalach randkowych, śpi do południa, albo zapisał się na lekcje angielskiego, skoro z drugiej strony stracił wszystko co do tej pory miał? Skoro to co dotychczas stanowiło sens jego życia legło w gruzach? Bo czy łażenie w piżamie przez cały weekend albo uczenie się słówek może być lepsze od rodziny? Od wspólnego śpiewania kolęd w Boże Narodzenie?

              Co może być od tej cudownej świadomości, że w każdej chwili naszego życia obok nas jest ktoś komu możemy bezgranicznie zaufać, z kim rozumiemy się bez słów, kogo zawsze możemy wziąć za rękę i potrzymać nie tłumacząc dlaczego to robimy?

              Mówiąc, że w tym co osiągnąłem po rozwodzie przeszkadzała mi moja żona, zwyczajnie mnie obrażasz i obrażasz ją. A na to ci zwyczajnie nie pozwolę. Bo gdybym mógł cofnąć czas to oddałbym wszystko co mam i co mógłbym jeszcze kiedykolwiek mieć, by spróbować jeszcze raz. By choć mieć taką szansę. Nawet cień.

              Ale nie mam. Nie potrafię cofnąć tego cholernego czasu, a powiedziałem sobie, że muszę żyć. Nie tylko dla siebie. Także dla mojej córki. Bo jeśli nie, to zostanie mi już tylko wegetacja i wieczne rozpamiętywanie.

              To co zrobiłem i co robię od czasu rozwodu, robię nie dlatego, że w małżeństwie nie mogłem, bo przeszkadzała mi żona, albo samo małżeństwo.

              Robię to, bo już nie mam małżeństwa. Rozumiesz różnicę?

              To nie jest zamiennik. To jest alternatywa.
              • deni.5 Re: rozwód a samorozwój 06.06.11, 12:51
                Mimo, że jestem szczęśliwa z powodu tego, że się rozwiodlam, to jednak uważam rozwód za największą moją życiową porażkę. ale czasu też bym nie chciala cofnąć, bo wiem , że wtedy nie byłoby mnie wśród żywych.
    • altz Re: rozwód a samorozwój 06.06.11, 09:34
      Mi się zawsze chciało robić coś nowego, nie wiążę tego zupełnie z małżeństwem czy rozwodem.
      Gdy jestem sam, to mam więcej czasu, to jasne. Łatwiej więc się na coś zdecydować.
      W związku człowiek się podporządkowuje drugiej stronie, bo boli głowa, bo przeziębiona, bo sama sobie wieczorem nie da rady z dziećmi itp. Zrezygnowałem z kilku naprawdę niecodziennych propozycji, zrobiłem to bez większego żalu, bo wiem że nie można mieć wszystkiego.
      Dobrze jest, gdy partnerka nie mówi, że się nie uda i nie śmieje się z ciebie, ja tak miałem, śmiała się, chociaż nie miała powodu, czasami mówiła: "myślisz, że dasz sobie radę? już sobie ciebie wyobrażam..." z uśmieszkiem na ustach. Po czymś takim odechciewa się zupełnie cokolwiek robić. Ja byłem tą stroną, która miała większe sukcesy, pomimo wszystko, natomiast była partnerka miała dużo lepsze zdanie o sobie.
      Teraz mam inną sytuację, nowa partnerka mi ufa, wierzy we mnie i stara się też jakoś wpasować we wspólne plany, żeby dla siebie samej też coś zyskać, choćby spokojną pracę u siebie. Znowu chce się chcieć. Ja jestem w związku tym od kombinowania i burzy mózgów, ona jest od spraw trudnych, dokumentacji, spraw administracyjnych i utrzymywania mnie w fazie pomysłów. Ja jestem od dzielenia włosa na czworo i kalkulacji ryzyka, zysków i strat, ona jest od optymistycznej wizji świata i planowania kolejnych kroków. Jeśli partnerka ma jakiś pomysł, to ja się z niego nie śmieję, zastanawiam się nad nim, szukam dobrych i słabych stron i jeśli jest szansa na jakikolwiek sukces, wspieram. Taki satysfakcjonujący nas oboje podział ról, zgodnie z predyspozycjami.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka