martynika122
29.07.11, 21:34
Dobry wieczór
To mój pierwszy post na forum. Odważyłam się w końcu napisać. Pięć lat temu miał odbyć się mój ślub. Na 3 miesiące przed postanowiliśmy wszystko odwołać. Oboje stwierdziliśmy, że wymogła to na nas presja otoczenia, śluby naokoło robią swoje, a chyba nie jesteśmy pewni i lepiej wcześniej niż za późno. Dziś nie wiem kto się bardziej wystraszył. Były łzy, nieprzespane noce etc. Nie zerwaliśmy kontaktu, ale spotykaliśmy się na mniej zobowiązującej stopie, mieszkaliśmy osobno co ułatwiało sprawę. Minął kolejny rok... nasze drogi się rozchodziły coraz bardziej, aż po prostu zrozumiałam, że to koniec. Ponieważ znaliśmy się wiele lat nie było łatwo... ciągle gdzieś miałam jakieś jego rzeczy, on moje... ale trzeba było iść dalej inną drogą.
Minęło kilka miesięcy i próbowałam powoli ułożyć sobie życie. Wtedy też poznałam P. Starszy o dekadę, szarmancki, mieliśmy wspólne zainteresowania, okazało się, że mamy także wspólnych znajomych. On - jak deklarował - rozwodnik, dwójka dzieci, po trudnych przejściach. Żona odeszła do kochanka, on wychowuje dzieci sam. Mieszkamy w różnych miejscowościach, ale spotykaliśmy się często u mnie lub na mieście. Nie jeździłam do niego ze względu na dzieci. Nie chciał mącić im w głowie, a ja mu uwierzyłam. Nie miałam swoich dzieci, ani doświadczenia w takich kwestiach i zdałam się na niego.
Po kilku miesiącach i wspólnym krótkim wakacyjnym wyjeździe zaczęłam nabierać podejrzeń. Miałam wrażenie, że jakby się maskuje, nie chciał chodzić do niektórych miejsc mówiąc, że przypominają mu byłą żonę. Zauważyłam 2 telefony - mówił, że jeden ma firmowy. Niby OK, ale po prostu coś nie układało się w całość. O żonie mówił bardzo źle, aż raz mu sama zwróciłam uwagę, że to matka jego dzieci. Delikatny wywiad środowiskowy wśród znajomych potwierdził, że jest on rozwodnikiem, że często przebywa z dwójką dzieci etc. Stwierdziłam, że jestem przewrażliwiona i po kilkuletnim związku nieufna.
Zaczął mi jednak przeszkadzać jego charakter. Musiał mieć rację, on decydował gdzie idziemy, jak nie chciał gdzieś iść to szłam sama. Do tego stopnia był uparty. Nadal sobie tłumaczyłam, że sama mam podobny charakter i że on po rozwodzie nie musi być aniołkiem. Z jednej strony się o mnie troszczył, gdy wiedział, że wyjeżdżam multum smsów, czy dojechałam etc. Z drugiej strony miałam wrażenie kontroli - miał pretensję, że nie odbieram, a on specjalnie dzwoni... Wypytywał czy się nie widuję z eks. Zresztą mojego eksa krytykował na każdym kroku - jego była żona i małżeństwo to był za to temat tabu.
Pewnego dnia w jakiejś knajpce zachował się jak oparzony na widok (obcych mi) ludzi. Zaczął się tłumaczyć, że to dlatego, że nie wszyscy wiedzą, że ma rozwód. Osłupiałam. On stwierdził, że przegrał życie, że nie musi się z tego wszystkim spowiadać. Nie było to przekonywujące. Ok. 2 tygodnie później byłam w jego miejscowości z delegacją i chciałam mu zrobić niespodziankę. Mówił mi, że dzieciaki są u babci. Zadzwoniłam, a on że nie może gadać bo jest u niego była żona. No spoko. Następnego dnia to samo, więc zaczęłam go przyciskać. Okazało się, że była żona to nie do końca taka była, bo nie ma rozwodu i w sumie to mieszka z nią i dzieciakami, ale do niej nic nie czuje!
Przepłakałam noc, a potem napisałam mu tylko sms'a aby zniknął z mojego życia. Do tej pory czuję się jak durna idiotka, że nie powiązałam znaków na niebie i ziemi. On najpierw błagał, prosił, płakał... potem zrobił się wyniosły, agresywny, że zrobiłam go w... że się nim zabawiłam, że mi wyrobi opinię.
Ponieważ, jak wspomniałam mamy wspólnych znajomych to po tym wszystkim odwrócili się ode mnie. Nie zrobiło na nich wrażenie, że nie miał rozwodu jak deklarował, bo ważniejsze dla nich było to co czuł, a ja go pochopnie oceniłam. Dla mnie jednak najważniejsze było to, że mnie okłamał mówiąc o rozwodzie i opiece nad dziećmi. Jego żonę spotkałam raz po tym wszystkim i to ona mnie zaczepiła, bo widziała mnie na zdjęciach. Ma żal, że byłam jednym z czynników rozbijających ich związek, że nie pytałam go o więcej, że pewnie w pewnym sensie leciałam na kasę (problem w tym, że nie dawałam za siebie płacić i nie mam pod tym względem sobie nic do zarzucenia), że jak mogłam uwierzyć, że on sam wychowuje dzieci etc.
Nie tłumaczyłam się, bo po co. Dla niej zawsze będę kochanką, zdzirą etc.
Jej święty mąż rozwiódł się z nią w końcu. Nie wiem dla kogo. Wiem tylko,że odchorowałam to bardziej niż on. Nadal dzwonił, pisał maile. Pozmieniałam wszystkie kontakty, chociaż nie da się kompletnie uciec, jak ktoś chce szukać. Z racji wspólnych zainteresowań (wąska specjalizacja, że tak powiem) czasami widuję go na imprezie międzyfirmowej czy jakichś targach branżowych - często w otoczeniu kobiet, ale to już jego problem. Nadal dąży do kontaktu ze mną, ale nie chcę. Mam wyrzuty sumienia wobec siebie, że gdzieś coś przeoczyłam.... i myślę sobie, że nie ja pierwsza i nie ostatnia. Kochanka mimo woli.
M.