Do poniedziałku zostały 4 dni. Cztery dni rozważań, czy dobrze zrobiłam. Cztery dni obciążania się. Mój prawie eks nie pomaga, wręcz przeciwnie. Twierdzi że kocha, mydli oczy. Chce po raz kolejny zaczynać od nowa. Normalnie z nim rozmawiam, dzwoni, pyta co słychać, może to błąd? Może powinnam raz na zawsze zaniechać jakichkolwiek kontaktów? Nie chcę się z nim rozstawać w gniewie

. Ale chcę się rozwieść. Nie wierzę w zmiany.
Najgorsze jest to, że on znowu zaczyna we mnie wzbudzać poczucie winy. "To Twoja wina, bo mnie już nie kochasz. A dla mnie jesteś całym światem" - mówi. I zaczynam się zastanawiać, czy kiedyś nie będę żałować, że nie dałam kolejnej szansy. Ale wcześniej zdradzał, znikał na całe noce, wpadał w dzikie furie. Mam zapomnieć? Nie umiem.
Mimo to udało mu się doprowadzić, do tego, że zaczynam o sobie myśleć, że jestem beznadziejna i że tracę coś, co być może dałoby się uratować. Nie daję rady...