wysłałam kartkę urodzinową byłemu "mężowi" ....
("mąż" to jak i "miłość"- nie stan a umiejętność)
Nie byłam tu ze 2 lata, miałam jakiś nick ale widać wyrzuciłam z pamięci, choć rozpoznaję kilka znajomych nicków z tamtego okresu...
Po czasie przychodzi Coś, co doprowadza do łez- bolesna szczerość samej z sobą i wypowiedziane na głos: "ja też nie byłam święta", "wiele mnie nauczył", "był dla mnie ważny", "być może Ona dała mu coś, czego ja nie potrafiłam".
Męczylismy się ze sobą, poza tym Pan się zakochał w innej Pani, więc ten związek nie miał sensu. Nie potrafił mnie kochać, ale... czy ja potrafiłam?
Był nie fair, stosował przemoc, okradł, zdradzał, robił kłopoty przy rozwodzie - ale ja wydzwaniałam do jego kolegow że drań nie chce się rozwieść i nie odpuściłam sobie nawet jego szefa ( a Pan jest raczej osobą publiczną).
Nie umiałam go mądrze kochać, a tylko "za bardzo", a to nie dojrzałość. Dojrzała miłość wymaga i każe się nieustannie doskonalić, już małe dzieci potrzebują ram, zasad, stałego rytmu dnia by czuć się bezpiecznie. Nikt nie czuje się dobrze raniąc drugiego i liczy na to, że ten drugi mu w tym pomoże.
Absolutnie nie chciałabym mieć takiego partnera jak On, ale wiele mu zawdzięczam. Był tą lekcją, której akurat potrzebowałam od życia.
Nie chcę udawać że przeminęło z wiatrem, bo kazda miłość to stempel na duszy każdego, kto tylko nie jest cyborgiem. Jakiś sentyment pozostaje.
Obecna partnerka Onego jest fajną, ciepłą kobietą i jestem dumna z nas obu że udało nam się normalnie rozmawiać w tej dziwacznej sytuacji, że umiem zauważyć w niej dobre cechy zamiast demonizować, odmawiać jej prawa do szacunku, obrażać. Sama kiedyś z głodu miłości weszłam pomiędzy dwoje ludzi, a więc to do mnie wróciło bym zobaczyła jak to jest, jaki to ból i skonstruowala w sobie jakies zasady moralne. Jestem jej wdzięczna, że mnie wybawiła z tej chorej relacji, dłuższe ciagnięcie tego sennego koszmaru zaprowadziło by mnie w końcu do wariatkowa, narkotyków czy prób samobójczych. Może jest zaślepiona że nie widzi Jego wad ale może dała mu coś, czego ja nie potrafiłam? Może właśnie dała mu "granice", których tak potrzebował? (czasem wynosimy złe modele zachowań z domu co nie znaczy, ze chcemy świadomie kogos ranić).
Rozwód był bez orzekania winy.
Pan się stawił i nawet przyznał do romansu.
Tylko to chciałam usłyszeć.
na korytarzu przeprosiliśmy sie wzajemnie, zostawiając za sobą długie kolejki walczacych z sobą rodzin, nie patrzacych w swoją stronę, w oparach wzajemnego zażenowania i nerwowego odchrząkiwania, w oczekiwaniu na rozprawe z udziałem wielu świadków.
Nasze szczęscie, że byliśmy biedni i nie zdązyliśmy sie specjalnie dorobić.
Czuję się wolna nie tylko "od" ale i "do".
Tego nie wynagrodzą mi żadne pieniadze które mogłabym wyciągnąć od Pana, a ktore jak najbardziej mi się należały.
Czuję się godna nazywać człowiekiem, czuję się kobietą z klasą (nie mam dzieci więc mogłam sobie na taki a nie inny rozwód akurat pozwolić)- i tego poczucia godności nikt mi nie odbierze.
Prawnicy patrzą na mnie z pobłażaniem, stuknieta czy głupia?, a ja zwyczajnie cenię sobie spokojny sen, czyste sumienie.
Dość nabroiłam w życiu i wielu skrzywdziłam, więc raz mogę odpuścić.
Pod życzeniami z dalekiego kraju dla Pana nie zapomniałam dopisać: "pozdrowienia dla X".
W końcu mnie dziewczyna uratowała
jakoś nie mam ochoty na kolejną miłość.
Muszę wpierw przemyśleć swoje idealistyczne podejście do związku i troche roszczeniowe podejscie do męzczyzn, swoje wady, i czy naprawdę potrafię kochać.
A może pójść do zakonu?

(ślub był cywilny). Muszę sie dowiedzieć czego chcę od życia.
Jedno wiem na pewno: serce i ciało to nie knajpa, gdzie naoliwię drzwiczki i wpuszczę tylu klientów, ile zdołam. Wszystko mnie zwyczajnie boli, nie potrafię kochać wciąż kolejnego i kolejnego mężczyzny, a potem z buta go wypraszać. Dzisiejszy "naturalny" model małżeństwa, które jest którymś tam związkiem z rzędu, który wypada zakończyc jak się sypie i podcerować stary welon do kolejnego ślubu-to nie dla mnie. Ja byłam, jestem i będę monogamistką, tylko sama siebie oszukiwałam. Ktoś widocznie sprzedał mi ściemę, może telewizorek, może koleżanki, mam nieodparte wrażenie że pewnym grupom interesów zalezy na osieroceniu nas wszystkich, we wlasnych nieokiełznanych pożądaniach, niezaspokojonych potrzebach, rozbuchanych wymaganiach, nieuporzadkowanych emocjach z dzieciństwa które nalezy wykorzystać by rozwalić rodzinę, odebrac nam poczucie bezpieczeństwa, zapewnić popyt na prawników, nasłać na siebie kobiety pragnace kochać i mężczyzn pragnących kochać by wzajemnie sie powybijali, wzbudzic roszczeniowe postawy wobec zycia co oznacza: stworzyć-klientów-czegoś-tam.
Jeden kochany mężczyzna na całe życie, bez prania serca, bez wycierania gumką myszką, taka czystość tych serc i ciał, i komputerowych dysków od zdjęć "byłych". I dzieci, które wiedzą, że dla taty żadna kobieta nie istnieje i nigdy nie istniała prócz mamy, i ta mama wpatrzona tylko w tatę. (Moi rodzice ogladali stare slajdy na przescieradle zawieszonym na ścianie gdy byłam mała, a najbardziej lubili te, kiedy mama była w ciąży. Czułam się wtedy taka kochana.)
To już mnie nie dotyczy, ale może sie jeszcze uda, choć częściowo.
Chciałabym przekazac to moim dzieciom, ze warto się poważnie zastanowić, nim człowiek sam siebie porani, obieca komuś coś komuś, a zwłaszcza przed Bogiem.
No ale ja jestem "moher" i nie nadążam za zmianami, więc proszę mnie nie brać na powaznie

Wiem tylko, że moja mama, która przezyła z moim tatą 30 lat miała rację - w kobiecym sercu jest miejsce tylko na jednego mężczyznę, inaczej się poranisz.
Jestem przekonana, że nie tylko w kobiecym.
Ale to "Viva" i "Bravo" wiedzą lepiej ode mnie czego potrzebuję, a także sąsiadki, naukowcy, psycholodzy, seksuolodzy, szpiedzy i faszerowane hormonami kurczaki. A ja tylko sobie wmawiam, że największą podnietą jest dla mnie nieoczekiwany dotyk kochanego faceta, to że przechodzą mnie wtedy ciarki a wzrok staje sie zamglony to czysty przypadek, wiatr zawiał i tyla, przecież "najbardziej lubię pejcz, lateks i zabawki".
no ale życie sie jeszcze nie skończyło, więc wszystko można zacząć od nowa.
Miłość nie oglada się wstecz
Dziekuję wszystkim którzy pomogli mi w ciężkim dla mnie okresie.
fajnie że jesteście i że jest to Forum.