Właśnie dzisiaj odebrałem na poczcie swoje i jej wezwanie na rozprawę
separacyjną. Co za termin! A jak czytałem, wezwania podobno przysyłają na
miesiąc przed egzekucją

Tak odległy termin, że człek może autentycznie
zapomnieć. Z drugiej strony - ma czas, by się przygotować, a już na pewno, aby
zarezerwować sobie ten dzień...
Żeby było lepiej, właśnie dziś odebrałem telefon w sprawie pracy - za lepsze
pieniądze. Wiozłem tę wiadomość zadwolony do domu, a tu masz... Perspektywa
nagle się zmieniła - łaskawica (...) gotowa jest zawiesić separkę. Jak mi się
powinie noga, buch! W te pędy do sądu.
Mam dylemat szalony - szalony jak dla mnie, bo jeszcze nie tak dawno, co jej
to moje, co moje to jej. Teraz moje wyższe zarobki (gdybym pracę dostał)
wykorzysta przeciw mnie: wyższe alimenty, większe możliwości zarobkowe.
Niestety to taka praca, że nie da się na lewo. Czarno na białym, wszystko.
Przepadły dni spokoju w domu. Tak, drogie panie, teraz muszę kombinować.
Ostatnią rzeczą, jaką bym chciał, to płacić jej. Tylko nie mówcie: na dzieci.
Dzieciom mogę dawać nie przez jej łapska!
Kolejny raz rozmarzyła się: wypieprzaj z domu, a ja zrezygnuję z alimentów.
Jakby miała z czego rezygnować. Pomijam, że nie można się zrzec.
Najważniejsze, że alimenty nie na nią, tylko na dzieci.
Śmieje mi w twarz. Ot, tak, po prostu. Czuje, że jeszcze mi zależy, bawią ją
moje starania,dopytywania, zabiegi. Złość i ból kryję w sobie, upust temu daję
tutaj, ją oszczędzam. W zamian dostaję dziki, powiadam!: dziki, radosny chichot.
Czy już zaczynam ją nienawidzić? Nie, chyba jeszcze nie. Ale coraz częściej
patrzę na nią jak na potwora, a możliwość wyjścia z domu i nie oglądanie jej
staje się dla mnie nieoczekiwaną radością.