tictac11
22.05.06, 12:16
Poczytałąm sobie Was trochę i nie weim, czy śmiać sie czy płąkać... moj
przypadek jest taaaaki banalny (a przecież odczuwany jako osobista tragedia),
to wszystko jest takie powtarzalne że az się niedobrze robi....
Z moim m nie ukłąda nam sie od 3 lat. Wczesniej też było różnie, ale
radziliśmy sobie...
TRagicznie zaczęło się od momentu, gdy m rozpoczął romans. Syn miał wtedy pół
roku. To było dość widoczne, moje staranie i prośby jednak nie odniosły
skutku... ciągnął to 2,5 roku. To ja byłąm ta zła, chodzący szpieg z nawykami
ubeka... Od poł roku nie ma romansu, po zerwaniu miał depresję... Cały ten
czas niegdy otwarcie się nie przyznał, jednak nigdy też nie zaprzeczył...
jest dla mnie chłodnym człowiekiem, cholerykiem, często się wścieka i ogólnie
nie jest dla mnie dobrym. Zupełnie nie ma poczucia winy, żadnego przepraszam,
mysli, ze jak chce byc z nami i nie bedzie sie juz na mnie wyzywał, to bedę z
wdzieczności go po nogach całować... Tyle we mnie goryczy, gdyby chociaż
żałował teog co było, postarałabym się mu wybaczyć. Ale on ma zero poczucia
własnej winy. Wszystko zrzuca na innych. Miesiac temu usiłował "uwieśc" po
alkoholu jedna naszą wspólna znajoma. Ponieważ powiedziała mi o tym, to ona
jest teraz tą ...q....itp.
Nie rozumiem, jak człowiek nawet jeśli kiedys był troche szalonym i
zwariowanym a ednak porządnym człowiekiem, może sie zmienić w takiego...