Dodaj do ulubionych

II szansa?

22.05.06, 12:16
Poczytałąm sobie Was trochę i nie weim, czy śmiać sie czy płąkać... moj
przypadek jest taaaaki banalny (a przecież odczuwany jako osobista tragedia),
to wszystko jest takie powtarzalne że az się niedobrze robi....
Z moim m nie ukłąda nam sie od 3 lat. Wczesniej też było różnie, ale
radziliśmy sobie...
TRagicznie zaczęło się od momentu, gdy m rozpoczął romans. Syn miał wtedy pół
roku. To było dość widoczne, moje staranie i prośby jednak nie odniosły
skutku... ciągnął to 2,5 roku. To ja byłąm ta zła, chodzący szpieg z nawykami
ubeka... Od poł roku nie ma romansu, po zerwaniu miał depresję... Cały ten
czas niegdy otwarcie się nie przyznał, jednak nigdy też nie zaprzeczył...
jest dla mnie chłodnym człowiekiem, cholerykiem, często się wścieka i ogólnie
nie jest dla mnie dobrym. Zupełnie nie ma poczucia winy, żadnego przepraszam,
mysli, ze jak chce byc z nami i nie bedzie sie juz na mnie wyzywał, to bedę z
wdzieczności go po nogach całować... Tyle we mnie goryczy, gdyby chociaż
żałował teog co było, postarałabym się mu wybaczyć. Ale on ma zero poczucia
własnej winy. Wszystko zrzuca na innych. Miesiac temu usiłował "uwieśc" po
alkoholu jedna naszą wspólna znajoma. Ponieważ powiedziała mi o tym, to ona
jest teraz tą ...q....itp.
Nie rozumiem, jak człowiek nawet jeśli kiedys był troche szalonym i
zwariowanym a ednak porządnym człowiekiem, może sie zmienić w takiego...
Obserwuj wątek
    • misbaskerwill Re: II szansa? 22.05.06, 12:54
      "Zupełnie nie ma poczucia winy, żadnego przepraszam..."

      Nienawidzę takich ludzi. Moja ex na początku też tak miała, ale niemiłe
      wydarzenia tuż po, sprawiły, że "zrozumiała"...
      Niestety, obawiam się, że dopóki będziesz dla niego "miła"... Mówiąc wprost -
      dopóki będzie Cię uważał za słabą i bezwolną, nic dobrego Cię nie czeka.
      Może dopiero jak poczuje, że może stracić rodzinę, coś w nim drgnie...
      A jeśli nie drgnie, to naprawdę nie warto niszczyć sobie życia z kimś takim.
      Sama wiesz, że nie jesteś odosobnionym przypadkiem.
      Ludzie po rozstaniu cierpią - ale są wolni i szczęśliwi. O wiele bardziej niż w
      toksycznej klatce, zamknięci, przywiązani do osoby "najbliższej", która
      zachowuje się jak wróg i kat.
      Minister zdrowia przypomina - "Decyzja należy do Ciebie"smile
    • phokara Re: II szansa? 22.05.06, 12:55
      > Nie rozumiem, jak cz?owiek nawet jes´li kiedys by? troche szalonym i
      > zwariowanym a ednak porza˛dnym cz?owiekiem, moz˙e sie zmienic´ w takiego...

      Porwali go kosmici? Ja mialam takie wrazenie patrzac na mojego Ex... Do dzisiaj nie potrafie
      sobie tego wytlumaczyc, ale faktem jest, ze juz sie nie zastanawiam 'dlaczego' bo to straszny
      kanal.
      Kiedys wydawalo mi sie, ze widocznie przy mnie sie zrobil takim gadem albo zawsze taki byl
      tylko proces idealizacji mi mocno wypaczyl spojrzenie. To juz wlasciwie bez znaczenia.

      Staraj sie unikac tej goryczy, o ktorej piszesz. To wazne, bo ona nie dosc, ze niczego nie
      poprawi w Waszych relacjach, to przede wszystkim Ciebie rozwali od srodka. Bez sensu.

      Jesli tytul postu jest pytaniem, to uwazam, ze warto dac druga szanse chocby z czystego
      humanitaryzmu. Druga i ostatnia. Kazda kolejna jest frajerstwem.
    • kruszynka301 Re: II szansa? 22.05.06, 13:02
      Zupełnie nie rozumiem - jaka druga szansa, skoro facet nawet sobie nie
      uświadamia, że źle zrobił??????
      Z tego co piszesz, facet uważa siebie za męczennika, któremu należą się względy
      za to, że łaskawie wrócił na łono rodziny... Jeszcze biedaczek w depresję
      wpadł... Taki wrażliwy.

      Mój eks nie dość, że nie widział (i dalej nie widzi po 6 latach) nic
      niestosownego w tym, że przez pewien okres czasu chodziłyłyśmy razem z jego
      kochanką w ciąży, to potem (kiedy już przeniósł się do niej) śmiał mieć do mnie
      pretensję, że się spotykam z innymiwink)). Przecież jestem MATKĄ....

      Ech, istnieją w przyrodzie przypadki beznadziejne.


      • phokara Re: II szansa? 22.05.06, 13:23
        > Zupe?nie nie rozumiem - jaka druga szansa, skoro facet nawet sobie nie
        > us´wiadamia, z˙e z´le zrobi???????

        Widac nalezy do gatunku nieuswiadomionych vel swiadomych inaczej. Czasem wystarczy
        takiego uswiadomic... zakladajac, ze nalezy do przypadkow trudnych acz nie beznajdziejnych.

        Tak serio to druga szanse daje sie nie tylko drugiej stronie ale takze sobie. Zeby w
        nieskonczonosc nie zadreczac sie myslami "a co by bylo gdyby...". To ja juz wole wiedziec, co
        bylo i jak sie (u mnie) tandetnie skonczylo niz sie taplac w glupich rozmyslaniach przez
        nastepne lata.

        • rafanetka Re: II szansa? 30.11.06, 07:32
          A ja za pierwszym razem b. kochałam i dałam szanse, za drugim też, bo znalazłam
          punkt zaczepienia na jego korzyść. Teraz byłby trzeci raz. Ale kłamstwa którymi
          mnie karmił (mam wrażenie, że miał mnie za idiotke i mu uwierzę) spowodowały, że
          nie ma szans, żebym mogła z nim być. Z szacunku do siebie. Boli składanie pozwu,
          boli wynajmowanie mieszkania, boli to uczucie które się jeszcze mimo wszystko
          tli, boli, to że chyba teraz stara się mówić prawde, przynajmniej tak wygląda,
          jakby mówił coś co może być prawdą. Jeśli jest choćby mała iskierka (nie Twoje
          uczucia do niego), że on może i chce się zmienić to ja dałabym szanse. Ale jeśli
          robisz to dla tego bo masz dziecko, bo coś jeszcze do niego czujesz, bo boisz
          się jak to będzie itp to lepiej bierz nogi za pas z tego związku.
    • tictac11 tydzien temu 22.05.06, 13:55
      złożyłąm wniosek rozwodowy.
      Dowiedział sie o tym. Chciał tej II szansy. Ja powiedziałam, że musiałby się
      stać innym człowiekiem. Jego starania polegały na tym, że postarał sie nie
      robić mi awantur i przykładał się wiecej do prac w domu, starał sie byc miły.
      Alke ja nadal nie wróciłam do wspólnego łózka i on był coraz mniej miły. Kilka
      razdy mówiłam mu, że oczekuję jakiejś rozmowy wyjaśniajacej, ale on udawał ze
      nie wie o co chodzi. Wczoraj była kolejna awantura... to ja jestem ta winna, bo
      śmiałam mu zwrócić uwagę przy rodzinie. POnoć o wszystko sie czepiam i ZAWSZE
      mam pretensje, jestem wiecznie niezadowolona i odpychająca. Jego starania nie
      mają sensu, BO JA SIE WCALE NIE ZMIENIŁAM. To ja miałam sie zmienic???? Nie
      bedę uśmiechnietą żonką odgadujacą jego marzenia, bo nie potrafie, bez
      szczerosci z jego strony...
      Nie wycofam tego wniosku....
      • phokara Re: tydzien temu 22.05.06, 14:28
        Klasyka. Moj Ex tak skorzystal z drugiej szansy, ze stwierdzil "bedzie ciezko". I na tym sie
        skonczylo dzwiganie tego 'ciezaru'. Na szczescie napatoczyla sie nastepna kochanka do
        pomocy, bo w przeciwnym razie dostalabym normalnie przepukliny. haha...

        Natomiast (inaczej niz u Ciebie) moj wspanialy mezczyzna mial do mnie pretensje, ze sie
        zmienilam i w ogole nie rozumial dlaczego. Gdzies wyparowaly moj mityczny optymizm i radosc
        zycia, na ktore on tak liczyl wracajac do domu. Bardzo smieszne. No tak, dzisiaj to juz jest
        baaaardzo smieszne.
        • afryka75 Re: tydzien temu 22.05.06, 15:15
          Taaak.
          Bo oni zawsze są strasznie pokrzywdzeni przez los- to przecież bardzo trudne-
          prowadzić podwójne zycie, użerać się z podłą żoną itd.
          Nie można wymagać od nich za wiele.
          Mój cały czas podkreślał, jaki on przezywa trudny okres w życiu, nie może więc
          myśleć o ewentualnej swojej winie, o tym, gdzie się wyprowadzić, jak powziać
          odpowiedzialność za powzięte wcześniej zobowiązania.
          Ale za to miał siłę wykazywać moje rzekome winy.

          Myślę,ze warto dać drugą szansę, ale tylko wtedy, kiedy on naprawdę by żałował.
          Jeśli tego ine robi, to może nie warto sobie zawracać głowy?
          Mój były mąż nie żałował, a ja głupia dawałam mu szanse- i troszkę źle na tym
          wyszłam.
          • tictac11 Re: tydzien temu 22.05.06, 16:11
            dzięki, postaram sie nie wyciągać tego, chyba ze zacznie robić problemy.
            • kurka_wodna2 A Twoja szansa? 23.05.06, 05:56
              Czy zostając z takim typem po zdradzie,dasz sobie drugą szansę na poprawienie
              swego błędu w wyborze dokonanym przez zakochaną dziewczynę?
              Poprzez zdradę pokazał znaczenie związku ,jego wartość,swoje uczucia do Was,jego
              plany na rodzinną przyszłość.
              Udowodnił ile miejsca zajmujecie w jego sercu...Przepraszam,ale chyba wiesz.

              Udowodnił,że tylko ON,tylko JEMU, Tylko DLA NIEGO...
    • der1974 Re: II szansa? 01.06.06, 09:34
      Jestem w podobnej sytuacji. Ja bym nie liczył na pozytywne zmiany i szansy nie
      dawał. Człowiek rzadko jest w stanie się radykalnie zmienić. Zachowaj swoją
      godność i ułóż życie od nowa.
      • marcepanna Re: II szansa? 03.06.06, 12:18
        TEz tak mysle, ze nie ma nic lepszego niz GODNE zycie. Ja bym udawal zgode i
        zabezpieczyla sobie oplacalny odwrot z tego malzenstwa o ile to mozliwe
        Zabezpiecz swoje intersy i wykop dziada po tylku
    • kasiamasia Re: II szansa? 04.06.06, 18:49
      Ja zaluje ze dalam druga szanse- piewrszy raz porzucil mnie (emocjonalnie)gdy
      dziecko nie mialo 2 lat- fizycznie wyprowadzil sie 6 miesiecy pozniej
      (na moje zadanie jemu bylo dobrze, obiadek, koszulki i duzo czasu na kochanke
      oczarowywana ze wspolnego konta). Wrocil na kolanach blagac mnie o wybaczenie
      troche ponad 2 lata pozniej (spotkalam kogos) i zrobil wode z mozgu naszego
      dziwcka, naobiecywal zlotych gor.............a ja glupia naiwna uwierzylam ze
      dostal swoja nauczke.
      zapalu starczylo na 8 miesiecy. Moje wszelkie proby zmian pozniej konczyly sie
      na ignorowaniu mnie no i w koncu pojawila sie kolejna kochanka
      Uwazam to za stracone (i bardzo bolesne 10 lat)
      Zaluje ze nie zlozylam wniosku o rozwod za tym pierwszym razem.
      I teraz nie wierze juz ze ludzie moga sie zmienic!!
      Ty musisz podjac swoja wlana decyzje, bo to ty bedziesz z nia zyla.
      Ja zyje z moimi decyzjami
      powodzenia
      • kasiar74 Re: II szansa? 04.06.06, 19:08
        jestem tego samego zdania, ludzie się nie zmieniają jesli nie rozwiązują
        problemów w związku tylko szukają pocieszenia na zewnątrz to będzie tak zawsze,
        bo przecież nikt nie zgwarantuje że po powrocie małżeńśtwo już nie będzie
        przechodzić przez problemy
        • mucha102 Re: II szansa? 06.06.06, 21:36
          Nosi mnie, jak to czytam - małżonek też tłumaczy, że się zmieni i że - jesli
          wrócę - życie będzie nasze całkiem inne.

          I tu nie rozumiem kompletnie - tz wcześniej udawał? Czy deklaruje się, że
          zacznie udawać innego, jak tylko wrócę? Ile wytrzyma?

          Ręce mi opadaja, bo rozmawiając z nim czuję, że on naprawdę wierzy w te zmiany -
          że mimo, iż przez parę lat utrzymywał, że "jest dobrze" i ignorował
          prośby/żądania zmian, teraz - ponieważ chcę rozwodu - jest skłonny sie zmienić.

          Nie wiem, czy jestem bez serca, czy zbyt mało głupia, czy za mało wiary we
          mnie - nie wierzę w takie zmiany.

          Nie potrafię też zrozumieć, co jest powodem takiego zachowania.

          Jak można ignorować problemy małżeńskie przez parę lat, a jak zona odejść chce,
          obiecywać złote góry?

          Nie mam już sił... na zmianę przeprasza i obraża... bosz, ile to jeszcze potrwa?
          • egretta_alba Re: II szansa? 08.06.06, 16:54

            Możesz - nie obiecując, że dzięki temu wrócisz, zaproponować mu konsultacje
            małżeńskie u psychologa. Zwykle kilka-kilkanaście spotkań z osobą bezstronną,
            ale też nazywająca to co się w danym momencie między parą dzieje, pozwala
            zdobyć (przynajmniej) większą jasność co do myśli, uczuć i motywów każdej ze
            stron ( a nieraz i większa samoświadomość w temacie).
    • tictac11 witajcie :) 29.11.06, 14:24
      wyciagam przykurzony wątek, żeby opowiedzieć Wam co stało sie dalej...
      M zgodził sie na terapię. Zawiesilismy sprawę rozwodową. Sam znalazł podobno
      skuteczną terapeutkę. Umówilismy się na pirwsze spotkanie. Na tym spotkaniu
      niewiele mówił, za to ja wyrzuciłam z siebie cały żal i smutek i pretensje
      jakie miałam w sercu. Duzo płakałam. Jego jedyne "przyznanie" się polegało na
      tym, że przyznał że jego ówczesna "znajomość" wyrządziła duzo szkody naszemu
      małzeństwu. Po powrocie do domu powiedział, że nie będzie uczestniczył w
      terapii polegajacej na "wylewaniu pomyj"... Ja sie nie zgodziłam, powiedziałam,
      ze skoro ja umówiłam i zapłaciłam pierwszą wizytę,on umówi następną. Powiedział
      że sami damy radę, ze będzie się starał...Był czerwiec, on miał kontuzję
      kręgosłupa, wiec nie nalegałam. We wzglednym spokoju pojechalismy na urlop w
      Bieszczady. Miałam do niego zal, ze gros opieki nad dzieckiem należało do
      mnie... on spedzał miłe wieczory przy piwie z przyjaciółmi, ja kapałam i
      usypiałam dziecko. Pod koniec urlopu koszmarna awantura o nic, bo miał zły
      humor, wycieczka rowerowa schrzaniona... nie odzywałam sie do neigo długo. Po
      powrocie przypomniałam o terapii. Nie chciał, powiedział że jego zdaniem nie ma
      sensu i dokłądnie wie co usłyszy, ze to tylko wyrzucona kasa. Ja mimo wszystko
      poszłam sama. Miałam dwa solowe spotkania z terapeutką, w międzyczasie kilka
      kłótni, podczas których zachowywał sie nie fair...on nie posuwa sie do
      rękoczynó ale potrafi słowem dokuczyć... boleśnie. Wypomina mi znajomych, że
      mam "swoj świat", do któego mam spie...ć ja jestem taka nieszczęśliwa, że
      jestem ubekiem (nadalnie umiem odbudować swojego zaufania), odpychajacą
      zrzędliwą babą itepe...
      Znowu robi się źle. Sytuacja z ostatniej soboty: wyszłam z dzieckiem na spacer
      miałam wrócić na 14.30 bo zamówił bilety do kina dla mnie i dziecka... wróciłam
      punktualnie, ale dziecko chciało jeszcze zjeść, trzeba było przebrać... w sumie
      wyjechalismy o 14.50 a bilety trzeba odebrać o 15. W samochodzie koszmarna
      awantura z krzykiem, jaka jestem beznadziejna, jak wszystko spieprze a z niego
      robię idiotę....Powiedziałam, zeby poczekał z krzykiem aż sie okaże czy
      faktycznie biletów nie będzie. Oczywiscie dostałam je o 15.10 bez problemu,
      film rozpoczął się o 15.30. Dla niego nie ma sprawy. ja nie mogę zapomnieć.
      czuje, ze go juz nie kocham, stałam sie zimna i przestało mi zależeć...
      Wiem ze takie sytuacje w życiu zdarzaja się b. często a nie wytrzymam awantury
      przy kazdej.
      Ostatnio zaczęły się awantury o pieniądze. Ponieważ każde z nas ma oddzielne
      konto, a wiadomo pod koniec roku cienko sie robi z kasą.... przykre to i
      beznadziejne. Mielismy wszystko poukłądane, do momentu kiedy nie zmniejszono na
      obojgu pensji a mi urwały sie prace zlecone. Ponosiłam ciężar 3/4 kredytów,
      kupowałam dziecku wszystkie ubrania i buty, on utrzymywał samochód (z którego
      ja nie korzystam), opłącał koszty mieszkania i prądu i kupował zywnosć, ale od
      jakiegos czasu tej zywności nie kupuje wiec robię to ja (coś musimy jeść z
      dzieckiem). Obraził się na mnie, bo nie chce złozyc sie na wymianę klocków w
      samochodzie.Nie zajmuje sie dzieckiem Odbiera z przedszkola i włącza komputer
      do zabawy, na spacerze z nim nie był chyba z dwa miesiace. Nadal jest chłodny
      ale ma uraze do mnie, twierdzi ze to ja go nie kocham, więc nie bedzie sie
      narzucał... potworna sytuacja, wbrew moim zasadom, jestem taka słaba i
      nienawidzę siebie za to. Pomoze mi załątwic sprawę w urzędzie, odbierze dziecko
      z przedszkola, odkurzy, a ja juz cala w skowronkach ze bedzie ok. Potem znowu
      awantura a ja mam ochotę rzucić wszystko w diabły...potem on zachowuje sie
      jakby nigdy nic i wszytko wraca do porpzedniego stanu rzeczy. Rzuciłabym to w
      diabły gdyby nie dziecko...
      • 13monique_n Re: witajcie :) 29.11.06, 14:47
        Witaj, tictac... co ja Ci będę mówić. Jedyna różnica polegała na tym, że ja mam
        dwoje dzieci. Nawet temat awantury sie zgadza.
        Pomyśl, czego naprawdę czhcesz, zbierz siły. Kiedy bedziesz pewna, to już będzie
        z górki.
        • tictac11 Re: witajcie :) 29.11.06, 15:01
          Myślałam tak w maju, jak złozyłam wniosek... jak widać jestem w punkcie wyjścia.
          • 13monique_n Re: witajcie :) 29.11.06, 15:20
            Nie jestes w punkcie wyjścia. Jesteś po II szansie. Lepiej wiesz, na co możesz
            (???) liczyć. Zbierasz siły, moim zdaniem. Trzymam kciuki.
            • tictac11 Re: witajcie :) 29.11.06, 15:28
              ale teraz ja czuje sie winna...że ma racje jak twierdzi ze go nie kocham...
              • 13monique_n Re: witajcie :) 29.11.06, 15:32
                tictac11 napisała:

                > ale teraz ja czuje sie winna...że ma racje jak twierdzi ze go nie kocham...
                A ile - Twoim zdaniem - można wytrzymać? Ile może wytrzymać miłość do drugiego
                człowieka? Gdzie kończy się heroizm a zaczyna głupota?
                Moja siostra mnie pytała, kiedy ja byłam w stanie podobnym do Twojego - "ile
                masz policzków do nastawiania? Prawda, że tylko dwa?"
                Nie daj się poczuciu winy. Chyba musisz równiez je przeżyć, ale broń siebie.
                Masz prawo do swoich uczuć. To Twoje życie.
                • tictac11 Re: witajcie :) 29.11.06, 15:38
                  On twierdzi, ze wyciąga rękę, stara sie... ale zupełnie się rozmijamy w ocenie
                  sytuacji. Dziekuję Ci za dobre słowa. Mysle...czekam...nie wiadomo naco. I to
                  mnie złosci.
                  • 13monique_n Re: witajcie :) 29.11.06, 15:43
                    tictac11 napisała:

                    > On twierdzi, ze wyciąga rękę, stara sie... ale zupełnie się rozmijamy w ocenie
                    > sytuacji.
                    Bo w chwili takiego kryzysu trzeba wreszcie powiedzieć, jakie są TWOJE
                    oczekiwania, a nie jakie on MYŚLI, że są. Tu juz nie ma miejsca na zgadywanie.
                    Crazy sensownie radzi - może zabrakło Wam chwili wytchnienia (też tego
                    próbowałam sad(( )
                    >Mysle...czekam...nie wiadomo naco. I to mnie złosci.
                    Nie złość się. Masz prawo potrzebować przede wszystkim czasu. I nikt nie może
                    Ciebie poganiać. Tylko wtedy nalezy wziąć pod uwagę, że mąż nie będzie na Ciebie
                    czekać, bo ... (coś tam). Tak dokładnie mi powiedział Ex, kiedy ostatecznie
                    wszystko się sypało "nie BĘDĘ na Ciebie czekał do starości. Szkoda życia" I ja
                    mu potwierdziłam, ze jesli jest o tym przekonany, to niech nie robi nic wbrew
                    sobie. Bywa. Trzymaj się ciepło. Nie jest Ci teraz łatwo.
              • crazysoma Re: witajcie :) 29.11.06, 15:34
                Moze to nie jest (juz) brak milosci. Moze to po prostu "zmeczenie materialu".
                Sama napisalas, ze gdyby nie dziecko rzucilabys to w diably. Moze powinniscie
                razem gdzies pojechac na 3 dni, sami, bez dziecka. Pogadac na spokojnie jak
                sobie wyobrazacie, kazde ze swej strony, te druga szanse, bo jak na razie to
                jest chyba powtorka z miotania SIE.
                • tictac11 Re: witajcie :) 29.11.06, 15:39
                  tak, to jest powtórka z miotania sie. On nie chce nigdzie wyjechać bez dziecka,
                  czuję się jak matka i niańka jego dziecka a nie żona. Tak jakby był ze mna
                  tylko ze wzgledu na dziecko i sytuację materialną...
      • marek_gazeta Re: witajcie :) 29.11.06, 14:52
        Moim zdaniem algorytm jest prosty. Jest romans? Jeśli jest to pierwszy raz, facet się sam przyznał i są prawdziwe wyrzuty sumienia, widać że cierpi, rozumie błąd itp., to można wybaczyć lub nie, zależnie od innych okoliczności. Nie trzeba, ale *można*.

        Jeśli natomiast facet nie widzi nic w tym złego, wyp..ć za drzwi. Od razu.

        Ludzie potrafią się zmienić. Nie w 100%, ale potrafią. Ja się staram nad sobą pracować, aby wyeliminować wady, które doprowadziły do upadku mojego związku. Ale z tego opisu wynika jakaś totalna kaszana. Jak można do żony powiedzieć "spie...ć" albo że jest beznadziejna. Nic z tego nie rozumiem, podobnie jak z własnego życia niewiele kumam.

        Nie wiem, co powiedzieć. To szlachetne, że się zgodziłaś na terapię. Może byłby lepiej, gdybyście poszli oddzielnie (kolejno do tego samego terapeuty) - tak, by terapeuta mógł nad facetem popracować, powoli, powolutku, po kawałeczku. Facet rzeczywiście mógł być zdołowany po czymś takim (Ty się żalisz a fachowiec potakuje) - ja sam się bałem takiego scenariusza. No ale było, minęło...
        • tictac11 Re: witajcie :) 29.11.06, 15:05
          widzisz, on się NIGDY nie przyznał do romansu. Ja czułam ze coś jest,
          wiedziałam o smsach, któe dostawal, on ma pracę taka, ze nie sposób go
          kontrolować (nielomitowany czas, z dyżurami całodobowymi, wyjazdami)... wiec
          nie mogłam go ot tak "wyp..ić" ze wspólnego mieszkania.
          Jedyny raz gdy do czegoś sie przyznał to było u tej terapeutki i też
          niejednoznacznie... na zasadzie "ta znajomość była szkodliwa"...
          Ale co mozna sądzić o jego relacji łączącej go z kobietą, piszącą mu "...jest
          burza. chciałabym być w Twoich ramionach..." bolało okrutnie. Jego zdaniem nie
          ma sprawy, zwykłe wygłupy...
          Dzisiaj nie ma żadnego romansu, tak sądze...
          • marek_gazeta Re: witajcie :) 29.11.06, 15:23
            Sprawy są czasami prostsze, niż się wydaje. Załóżmy, że dostaję takiego sms-a, ale nic się nie dzieje (nie ma romansu). Żona chce wiedzieć. No to mówię - jest koleżanka taka a taka, wysyła do mnie sms-y mimo tego, że jasno postawiłem sprawy (jestem żonaty i przygód nie szukam), chcesz, to z nią sama porozmawiaj, albo wynajmij detektywa, jak nie wierzysz i już.

            Można się z żoną zamienić komórkami.

            Można też zmienić pracę.

            Można wiele zrobić, jeśli komuś zależy na zaufaniu żony/męża.
            • tictac11 Re: witajcie :) 29.11.06, 15:29
              no więc u niego była tylko zwiększona czujność i trzymanie komóki przy sobie
              dzień i noc, bez żadnych wyjaśnień...Jest zwolennikiem absolutnej ochrony
              swojej prywatnosci.
              • marek_gazeta Re: witajcie :) 29.11.06, 15:53
                Próbowałaś mu powiedzieć, jak bardzo Cię boli taka sytuacja? Że jest to dla Ciebie bardzo ważne? Może tu trzeba było jakiejś mediacji spróbować?

                Można być z kimś ze świadomością, że w pewnych sprawach nie można na tę osobę liczyć (np. mąż nie pomaga w zakupach w supermarkecie bo nie i koniec), pod warunkiem, że inne rzeczy to rekompensują (np. mąż regularnie zmywa naczynia, myje podłogi itp.), ale nie można żyć bez zaufania do drugiej osoby. Przecież podejrzenia są psychicznie wyniszczające, nie da się.
                • tictac11 Re: witajcie :) 29.11.06, 16:13
                  Mówiłam ale tak jakby to nie docierało...
                  Bardzo cieżko mi sie z nim dogadać, jak temat staje się dla niego niewygodny,
                  po prostu odmawia rozmowy.
                  • julka1800 Re: witajcie :) 29.11.06, 16:53
                    bo to zrobić najprosciej
                    niewygodne pytanie - milknę
                    podejrzenia - milkne
                    proba rozmowy - milkne

                    dla mnie super...kretacz i tyle
                  • notting_hill Re: witajcie :) 29.11.06, 20:19
                    Mnie się zdaje że facet po prostu nie może odżałować tamtego romansu (jeśli go
                    miał), a Ty jesteś mu przeszkodą. I może nie chodziło nawet o tamtą osobę,
                    tylko o poczucie że wszystko jakoś wychodzi w tym życiu nie tak. Ale zmienić w
                    nim coś...o, to już inna bajka. Nie każdy potrafi i chce. No bo dziecko, więzy
                    małżeńskie itd, a poza tym łatwiej jest kiedy ktoś (patrz: żona) cię opiera i
                    dba o sprawy bytowe.
                    Łatwiej wtedy widzieć winę głównie w tym jaka Ty jesteś. Patrzeć z pogardą,
                    wybuchać o byle co, a im bardziej Ty się starasz, tym większa w nim rosnie
                    złość. Bo czuje że Ty jesteś lepsza od niego, ale nigdy do tego się nie
                    przyzna. Tę prawdę o sobie to już nie tak fajnie zobaczyć. Przyznać, że w życiu
                    nie dokonało się takich znowu rewelacyjnych wyborów i umieć stawić temu czoła.
                    Zdecydowanie łatwiej odgrywać się na żonie. Strasznie jakoś znajomy jest mi ten
                    scenariusz.
                    A efekt? Ja się rozwiodłam, jednak moje poczucie własnej wartości błąka się
                    gdzieś w okolicach kostek, a ja nie umiem już nawet wyobrazić sobie jak to jest
                    kiedy w związku z mężczyzną także coś dostajesz, a nie tylko dajesz i to komuś
                    kto tego wcale nie chce.
                    Sama musisz zdecydować co dalej. Ja wiem, że czekałam zbyt długo na jakieś
                    rozstrzygnięcia, na to, że on zrozumie, doceni i że znowu będzie jak dawniej.
                    Nie było. Męczyliśmy się parę lat zanim definitywnie się rozstaliśmy. Zgadnij
                    kto wyszedł z tego bardziej poobijany?
                    Nie chcę Cię namawiać na pakowanie walizek, ale rozważ czy chcesz tracić czas
                    na kogoś kto Cię tylko dołuje, nie docenia Twoich starań i generalnie nie daje
                    nic w zamian.
                    A kwestia:
                    > Bardzo cieżko mi sie z nim dogadać, jak temat staje się dla niego niewygodny,
                    > po prostu odmawia rozmowy.
                    to już po prostu klasyk. Dodam jeszcze że wychodzi z pokoju albo włącza
                    telewizor.O, albo bierze komórkę i sobie gdzieś dzwoni smile
                    Nota bene ten sposób "pożyczyłam" sobie właśnie od exa. Jaka to frajda udawać
                    że się nie słyszy kiedy ktoś mówi coś niewygodnego! I nie reagować na to. Dla
                    nas, dziewczynek uczonych posłuszeństwa i szanowania uczuć innych ludzi to
                    milowe odkrycie, że można olać, nie reagować, nie tłumaczyć się, nie lecieć z
                    pocieszaniem, po prostu ZAMKNĄĆ SIĘ. I robić swoje.

                    Może ten pomysł z terapią dla Ciebie (skoro mąż odmawia) nie jest zły.
                    Generalnie chodzi o to, żeby zobaczyć że Ty jesteś wartościową osobą sama z
                    siebie, a nie poprzez pryzmat tego jak on Cię postrzega i co na ten temat mówi
                    do Ciebie.

                    • anikab tictacku 29.11.06, 20:41
                      Jakbym czytała o swoim mężu. Nie dogodzisz mu, nie sprostasz jego wymaganiom.
                      Był zakochany w innej, nie bedzie Cię już kochał jak przedtem tym bardziej,
                      że "stanęłaś mu na przeszkodzie do szczęścia". Mojego meża kochanka w koncu
                      porzuciła, ponieważ byłam ja i dziecko - to jego wersja. Awantur i czepiania
                      się o drobiazgi bedzie coraz wiecej. Mój maż też chciał, bym to ja się
                      zmieniała, nie załował romansu. Nasze "razem" nie miało sensu. On nie kochał. I
                      Twój zapewne nie kocha. Za kilka dni będę rozwódką.
                      Powodzenia.
    • tictac11 Dziękuję wszystkim 29.11.06, 16:14
      dzisiaj muszę uciekać, ale wrócę jutro
    • der1974 Re: II szansa? 29.11.06, 23:55
      Nie pamiętam tego wątku z maja. Teraz poczytałem kiedy powrócił. Nie ma
      poczucia winy, jest chłodny, nie jest dobry - tak piszesz. I dodajesz, że
      telefon chroni jak twierdzę. Klasyka normalnie!

      Dla Ciebie oczywiście dramat, ale tylu ludzi to przeszło, że i Ty dasz radę.

      Ja myślę, że on Cię nie kocha i nie pokocha. A zrobisz co zechcesz rzecz jasna.
    • kasiar74 Re: II szansa? 30.11.06, 06:39
      taaak, drugie szanse to mój ulubiony temat. Niektórzy nie dają zadnej drugiej
      szansy, inny dają kolejną i kolejną i dalej cierpią. Każdy chyba ma swój
      osobisty limit II szans. Ja dałam druga szanse i straciłam przez to 2 lata.
      Ukrywanie komórki, hasłowanie komputera. Boshe absolutna klasyka. Na pewno robi
      to z miłości do ciebiewinkPrzyjdzie moment kiedy nie będziesz już nikogo pytać
      czy dać drugą szansę, tylko po prostu już nie będziesz miała siły, juz nie
      będziesz chciała tego przechodzić, poczujesz głęboką niechęć do życia z kimś
      kto ma potrzebę chowania przed tobą komórki. Wcześniej czy później tak się
      stanie bo tacy ludzie się nie zmieniają.
      • misbaskerwill Re: II szansa? 30.11.06, 09:12
        > Ukrywanie komórki, hasłowanie komputera. Boshe absolutna klasyka. Na pewno robi
        > to z miłości do ciebiewinkPrzyjdzie moment kiedy nie będziesz już nikogo pytać
        > czy dać drugą szansę, tylko po prostu już nie będziesz miała siły...

        Życzę Ci, żebyś właśnie odnalazła w Sobie tę _siłę_, by skończyć ten smutny
        rozdział w życiu. Jak napisał Der, dasz Sobie radę, tak jak wiele innych przed
        Tobą. Tylko uwierz w to, a przestań wierzyć w cuda nagłe i niespodziewane,
        zwłaszcza, jeśli mają dotyczyć męża.
    • mauriti Re: II szansa? 30.11.06, 10:50
      Nie dawaj drugiej szansy, daj szansę sobie, na normalne życie, bez poniżania i
      obelg. Zasługujesz na nią, a on niech pogąża się w swoim bólu po zerwaniu z
      kochanką.Może będzie cięzko, ale warto. Ja dawałam szanse, najpierw drugą,
      potem trzecią i następną, i skończyłam z ręką w nocniku.
    • tictac11 dziękuję wszytkim 30.11.06, 12:50
      za dobre słowo smile
      dzisiaj mam kolejną awanturę za sobą....
      eh...nawet nie chce mi się pisać, dziecko zachorowało, a ponieważ dzisiaj
      jechał na dyzur, musiałam zostać w domu... załatwiłam lekarza, ściagnełam
      teściową i pedem do pracy bo mam bardzo pilne rzeczy do zrobienia przed końcem
      tyg. Jutro mam badania okresowe do rpacy... (umówione 2 tyg. temu) nie wyrobię
      się na nie, bo on ma umówioną... wymianę klocków aaaaaaaaa...
      Po niemiłej awanturze i róznie niemiłych smsach zadzwonił z informacją, ze
      postara się z wielkim trudem i nakładem sił załatwić te klockid dzisiaj ...
      Miło ze się postara, prawda? Tyko dlaczego musiałam się nasłuchać o tym jaka
      jestem beznadziejna,odpychajaca, nie szanuję jego pracy a w ogóle nie
      powiedziałam mu o tych badaniach....
      Ludzie drodzy czemu to zycie takie popie..ne sobie sami robimy?????????????
      Spadam teraz bo mam pełne ręce roboty. Pozdrawiam ciepło.
    • tictac11 dziękuję wszytkim 30.11.06, 12:50
      za dobre słowo smile
      dzisiaj mam kolejną awanturę za sobą....
      eh...nawet nie chce mi się pisać, dziecko zachorowało, a ponieważ dzisiaj
      jechał na dyzur, musiałam zostać w domu... załatwiłam lekarza, ściagnełam
      teściową i pedem do pracy bo mam bardzo pilne rzeczy do zrobienia przed końcem
      tyg. Jutro mam badania okresowe do rpacy... (umówione 2 tyg. temu) nie wyrobię
      się na nie, bo on ma umówioną... wymianę klocków aaaaaaaaa...
      Po niemiłej awanturze i róznie niemiłych smsach zadzwonił z informacją, ze
      postara się z wielkim trudem i nakładem sił załatwić te klockid dzisiaj ...
      Miło ze się postara, prawda? Tyko dlaczego musiałam się nasłuchać o tym jaka
      jestem beznadziejna,odpychajaca, nie szanuję jego pracy a w ogóle nie
      powiedziałam mu o tych badaniach....
      Ludzie drodzy czemu to zycie takie popie..ne sobie sami robimy?????????????
      Spadam teraz bo mam pełne ręce roboty. Pozdrawiam ciepło.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka