sebalda
19.11.14, 15:08
Wątek do Andrzeja już się rozrósł, skręcił w inną stronę, ujawnił chyba ciekawy problem, stąd nowy wątek.
Zastanawia mnie, dlaczego daje się zaobserwować tak nasilone zjawisko dużej wrażliwości (nie chcę pisać nadwrażliwości, bo to można uznać za oceniające) osób religijnych, a chyba jednak należałoby uściślić - katolików - gdy ktoś (ateista, innowierca albo nazwijmy to: katolik nieortodoksyjny) ośmiela się podważać pewne kwestie wiary/Kościoła, ironizować na ten temat, ogólnie krytykować pewne przejawy religijności.
I z czego to wynika? Czy z silnej potrzeby obrony swojej wiary (choćby czasem przesadnej, bo nie ma ataku, a jedynie niezbyt nasilona krytyka), czy jednak z jakieś głęboko ukrytej niepewności i zwątpień, czy z tego, że w KK tak ważna jest pokora, nieustannie podtrzymywane poczucie winy, co skutkuje ogólnym brakiem pewności siebie takich osób?
Konserwatywny katolik podkreśla, że bez wiary nie byłby wystarczająco silny, by być prawym człowiekiem, że wiara pomaga mu wytrwać w dobrym. Czyli czuje się słaby, dlatego potrzebuje tej podpory, jaką daje wiara. Gdy więc ktoś ośmiela się choć trochę nadszarpnąć tę absolutną wiarę we wszystko, co głosi KK, wtedy a. słabnie ta podparta siła, b. pojawia się lęk, że coś może tą wiarą zachwiać, c. ogólnie wychodzi znowu brak pewności siebie jako takiej.
Sama kompletnie nie ma z tym problemu. Nie czuję się obrażona, urażona, zachwiana, gdy ktoś krytykuje KK. Nie obraża mnie Nergal, żaden spektakl ani inna forma sztuki, która innych katolików tak strasznie razi. Rozumiem, że nie każdy człowiek na świecie musi mieć absolutnie nabożny stosunek do wiary. Czyjejkolwiek. Czy my go mamy w stosunku do wyznawców innych religii?
Tak sobie tylko dywaguję, może jestem w wielkim błędzie z tą wrażliwością katolików?