jazz-use1
09.05.06, 18:45
No właśnie, dzikość serca.....
Kto wie, dlaczego jest tak, że ciągle coś się we mnie burzy? Dlaczego jest
tak, że ciągle muszę cierpieć z powodu "stacjonarnego " trybu życia?? I
dlaczego to tak boli??
Chciałbym już się "uspokoić", znaleźć swoje miejsce na ziemi, zająć się
spokojnie "zgredzieniem" i wychowywaniem córki....Wstawać rano spokojnie do
pracy, wracać z niej do rodziny i nie uciekać wieczorami na spacery...
Tak, wieczory są najgorsze....Przychodzi moja Pani Chandra, ze swoją okrutną
i wyniosłą siostrą - Tęsknotą i siadają przy mnie cichutko, nic nie
mówiąc....Siedzimy tak jakiś czas, nie patrząc nawet na siebie aż w końcu
słyszę długi, rozdzierająci ciszę niby grzmot, krzyk Trzeciej Siostry -
Slepej Furii. Nagle okazuje się, że One cały czas mówią do mnie....Opowiadają
o Bieszcadach, w których nigdy nie byłem, bo nie starczyło odwagi, o górskich
asfaltowych wstęgach, wijących się niby ranny grzechotnik....Przypominają,
jak pięknie jest nad bałtykiem o świcie, jak fajnie jest iść w nocy
opustoszałym miastem z butelką wina w ręku, stać w deszczu na trasie, nie
mogąc złapać stopa i biegać w nocy po dachach....Wtedy jest najgorzej, nie ma
jak uciszyć tej studni w głowie, bo ktoś wyrzucił pilota....Mam wtedy ochotę
się zaćpać, zapić na śmierć znieczulić jakkolwiek i wziąć żyletkę.Czasami
wtedy wsiadam na motor, jeżdżę po mieście i szukam guza....
Co będzie, kiedy w końcu go znajdę?