jazz-use1
02.07.07, 18:11
Ścieżki.
Są w Naszym życiu Ścieżki.
Ścieżki bywają Proste i Kręte. Jasne i Ciemne. Są ścieżki które wybieramy
świadomie. Są również takie – na które wstępujemy przypadkiem. Zdarza się, że
kroczymy ścieżką śmiało i pewnie - świadomi swoich wyborów i poczynań. Bywa
również – że nie do końca jesteśmy pewni swoich kroków. Swoich wyborów i
decyzji.
Często w wyborze ścieżki przeszkadza nam odwieczny rozbrat serca i umysłu.
Instynktu i logiki. Rzadkie są sytuacje, kiedy serce podpowiada, a logika
popiera. Z reguły jest tak, że tkwimy w rozterce, którą ścieżkę mamy wybrać.
Czy kierować się mamy w wyborze sercem, uczuciami – czy prostymi kalkulacjami
w stylu „czy to mi się opłaca, czy to jest dla mnie korzystne”. Często
wynikiem takiego rozdarcia jest paraliżujący strach przed podjęciem
jakiejkolwiek decyzji. Przed wybraniem jakiejkolwiek ścieżki. W efekcie
tkwimy potem w marazmie, nie mogąc ruszyć ręką ani nogą, nie potrafiąc zrobić
nic, żeby poprawić swoje życie.
Rozmawiałem kiedyś na ten temat ze swoim terapeutą. Oczywiście - jak
każdy „Zagubiony Nadwrażliwy” - uważałem Go za swojego Guru, Wyrocznię i
Istotę Najwyższą. I tenże Guru stwierdził – iż rozważania moje są
najzwyczajniej w świecie irracjonalne. Że nie ma czegoś takiego jak Rozbrat
Serca i Rozumu. Że kluczem do sukcesu jest połączenie barbarzyńskich hord
Dzikiego Serca i układnych legionów Chłodnego Rozumu. Trzeba wysublimować
delikatny kompromis pomiędzy uczuciami i umysłem. Ktoś powie „wszak uczucia
są w umyśle”. Tak, oczywiście. Ja mam na myśli metaforę tego - co czasem w
nocy spać nie daje. Są różne lęki, pragnienia, fobie, marzenia i fantazje.
Nijak się one mają do tego – co w naszym społeczeństwie zwykliśmy
nazywać „chłopskim rozumem”.
Niby proste, mi jednak nie udało się takowego kompromisu osiągnąć. Nadal
paraliżuje mnie lęk przed podejmowaniem trudnych wyborów, Zresztą, z wyborami
prostymi, w jakie obfituje nasze codzienne życie wcale nie jest mi łatwiej.
Przypomina mi się bajka „Osiołkowi w żłoby dano. W jeden owies - w drugi
siano”. Pamiętam, że tam nie było happy – endu (biedaczysko zdechł z głodu
bodajże). Mam tego świadomość, ale jednak lęk jest silniejszy. Przecież mój
wybór może okazać się chybiony, moja decyzja może się okazać błędna.... Tak,
owszem. Jednakże nie podejmując żadnego wyboru skazuję się z góry na brak
kontroli nad wydarzeniami (Czyżby chodziło o tą samą kontrolę, o której
mówią Terapeuci? To ta sam kontrola, której tak panicznie boimy się utracić?
Jakże to więc w końcu jest?). Tutaj chyba najbardziej jest widoczny mój
osobisty, malutki rozbrat serca i rozumu. Możliwym jest, że unikając podjęcia
decyzji chronię się przed konsekwencjami wyboru takiego czy siakiego. Jeśli
wybór był trafny – ze smakiem zjem pyszne ciastko. Jeśli jednak popełniłem
błąd – będę musiał posprzątać kupę. I chyba ten właśnie brak konsekwencji w
wyborach najbardziej mi nabruździł w życiu. Ktoś kiedyś powiedział, że też
borykał się z takim problemem. I odkrył kiedyś, że porzucanie swoich
rozpoczętych projektów najzwyczajniej w świecie po prostu się nie opłaca. Po
dogłębnym przeanalizowaniu powyższego zagadnienia stwierdzić muszę – iż coś w
tym niewątpliwie jest. Faktycznie - nawet kiedy odkryjemy że projekt nie
przyniesie spodziewanych efektów – przecież może się okazać, że osiągniemy
coś innego. Może mniej wartościowego, a może bardziej. Może faktycznie nie
odkryjemy Fantastycznego Super-ekologicznego Paliwa Rakietowego, ale ta
zwykła woda - bez smaku, zapachu i taka nijaka w swoim kolorze - również
jest przydatna.
Jednak – czy dzikie, bezmyślne gonienie za opłacalnym – faktycznie się
opłaca? Jak mam wiedzieć, kiedy już naprawdę trzeba odpuścić, że bilans
zysków i strat wyjdzie grubo pod kreską?
Boże, Boże w którego tak bardzo pragnąłbym uwierzyć – spraw proszę bym
dojrzał w końcu ścieżkę i daj mi siłę. Daj siłę bym mógł tą ścieżką kroczyć
pewnie...
Najzabawniejsze jest w tym wszystkim to – że poznałem kiedyś kogoś, kto
usłyszawszy ode mnie podczas „nocy z kawą i papierosami, winem i dobrą,
jazzową muzyką” dobre rady - przestał bać się tego przeklętego podejmowania
decyzji. Pomogło mu to (właściwie Jej) uczynić dość ryzykowny i wymagający
sporej determinacji krok – który w rezultacie okazał się być dość korzystnym
posunięciem. Ech... Życie jest jednak przewrotne. I mimo wszystko piękne....
Lipiec 2007