koszatek
25.10.06, 14:24
miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34862,3701953.html
Płoty mają już niemal wszystkie nowe warszawskie osiedla. Deweloperzy potrafią
ogrodzić nie tylko pojedyncze budynki, ale i kilkudziesięciohektarowe obszary,
tworząc miasto w mieście.
Grodzenie wymusza kontrgrodzenie - płoty stawiają mieszkańcy starych bloków z
wielkiej płyty.
Ogrodzenie postawiła właśnie leciwa spółdzielnia Chomiczówka. - Przeraziło nas
to nowe osiedle - zdradza wiceprezes spółdzielni Marian Szczepaniak. - Na
pewno pięknie się tam ogrodzą, wprowadzą ochronę i nikogo do siebie nie będą
wpuszczać. A na spacery z psami będą przychodzić do nas, bo u nich nie ma na
to miejsca. Aby zabezpieczyć się przed psami sąsiadów, komitet Kolonii III,
wybrany demokratycznie przez delegatów osiedla, zdecydował o ogrodzeniu.
Spółdzielnia ma już doświadczenia z nowymi sąsiadami - jedno zamknięte osiedle
stanęło obok już jakiś czas temu. Działkę zabudowano tam do maksimum - z
dzieckiem czy psem pospacerować się nie da.
Więc mieszkańcy przychodzą na spacery do sąsiadów. A stare bloki przy
Bogusławskiego stoją na hektarach ziemi. Toną w zieleni. Pełno drzew, krzewów,
trawników. Ostatnio administracja posadziła 400 świerków, więc właśnie
postawiony płot ma też chronić przed złodziejami roślin.
- Ogrodzenie ma na razie znaczenie psychologiczne - tłumaczy wiceprezes. -
Jest komunikatem, że teren nie jest niczyj, że ma właściciela.
Zresztą na razie furtki i bramy są otwarte, a płot nie otacza całego osiedla,
więc praktycznie każdy może wejść na teren spółdzielni. Ale to tylko stan
przejściowy - kiedyś ogrodzenie zostanie domknięte, a każdy mieszkaniec
dostanie klucze do bram.
Na osiedlu lokatorzy gorąco komentują nową inwestycję. - Włos mi się jeży na
głowie. Nie dość, że rozwiązanie problemu będzie zupełnie nieskuteczne (przez
otwarte bramy i furtki każdy może wejść i wyprowadzić swojego psa gdzie chce),
to pomysł płotu jest makabryczny - ocenia Leszek Wawrzonkowski.
Łukasz Mazurkiewicz, socjolog z firmy ARC Rynek i Opinia: - Grodzenie pokazuje
nasze kłopoty z więzią społeczną. W latach 80. nie było płotów, ale było
zjawisko nazywane przez socjologów amoralnym familizmem. Członkowie rodziny,
skłonni do poświęceń na jej rzecz, stali np. w kolejce po pralkę, ale inną
rodzinę z takiej kolejki traktowali jak wroga. Teraz zamiast rodziny mamy
wspólnoty mieszkańców. Grodzimy się, dbamy, żeby u nas było czysto, żeby psy
nie narobiły. Terytorium sąsiadów traktujemy jak terytorium wroga. Można tam
wyprowadzić psa albo podrzucić śmieci. Ileś lat upłynie i nauczymy się
bardziej społecznej postawy. Zanim to się stanie, będziemy widzieć budowę
kolejnych płotów.
Łukasz Mazurkiewicz dostrzega i pozytywną stronę płotów. Mieszkańcy, kiedyś
dbający tylko o własne M, wychodzą coraz dalej. Najpierw zadbali o klatki
schodowe, teraz czują się odpowiedzialni za trawnik za progiem domu.
- Jeśli wyjdą z tą odpowiedzialnością poza płot, np. do publicznego parku,
będzie dobrze. Gorzej, jeśli to są początki budowania twierdz, z których
będziemy do siebie strzelać - mówi Mazurkiewicz.