Dodaj do ulubionych

Albania 2005 - cz.1.

23.08.05, 22:16
W Albanii byliśmy w dwie pary, z kolegą Albańczykiem, więc on dogadywał się
na miejscu. Przez to płaciliśmy mniej niż zagraniczni turyści za np. bilety
wstępu. Nie było też problemu z pytaniem o drogę, bo oznakowanie jest raczej
marne. Jechaliśmy przez Słowację, Węgry, Serbię i Czarnogórę. W Belgradzie
natknęliśmy się na spitego Stasiuka, który miał tam wieczór autorski, promując
przetłumaczonego na serbski "Białego kruka". Ponoć też zmierzał do Albanii,
ale nie udało nam się go zagadnąć, bo maszerował wężykiem.
----
Do Albanii wjechaliśmy 4 sierpnia po południu przejściem z Czarnogóry przez
Sukobin. Przejście małe, droga doń niezła, żadnych kolejek i opłat za
"dezynfekcję". Pierwszy widok za przejściem to grupa ludzi na drodze i
mercedes do góry kołami który dopiero co spadł z wysokiej skarpy. Drugi to
drewniany wąski most u wjazdu do Shkoder. Wymieniliśmy kasę w kantorze wymiany
walut. Kantor był ubrany w dres, siedział na plastikowym krzesełku koło hotelu
Rozafa, a obok niego stał strażnik. Kurs 1E=120 leke. Hotel Rozafa wyglądał
słabo, obok był mały hotelik no name z twardą w negocjacjach cenowych babą.
Zgodziliśmy się na dwójki z łazienkami i tv za ok. 20E, bo robiło się ciemno.
Na skwerze w centrum panowie grali w szachy i domino, piknikowały rodziny. Po
zmroku zaczęła się pasarela krótkimi zachowanymi uliczkami starego miasta. Nie
ma ich wiele, było tam kiedyś trzęsienie ziemi, które zniszczyło miasto. Jest
tam kilka nowych meczetów, w tym jeden zwany Ołowianym Meczetem (takie ma
pokrycie dachu).
Ok 22 pasarela się skończyła i przysiedliśmy w barze na fernecie. W Shkodrze
była kiedyś fabryka papierosów DS, które za komuny trafiały nawet czasem do
Polski. Jest też klub sportowy Vllaznia (Braterstwo). Na drugi dzień rundka
spacerowa po mieście. Był to dzień wypłaty i pod nielicznymi bankomatami
tłoczyli się zaaferowani obywatele. Jak się okazało, kasę wypłaca się od razu,
w razie gdyby zabrakło. Ludzie nie ufają bankom, po krachu piramid finansowych
w 1997. Po tym wydarzeniu, jak wiemy, w Albanii zapanowało bezhołowie, podobno
rozkradano koszary z bronią, w małym mieście pod Gjirokastrem przez dobre pół
roku rządzili reketierzy z karabinami, policja i autobusy się tam nie
zapuszczały. Targowisko z butami - setki na oko uzywanych
butów wypchanych gazetą, po jednym w stosach. Dziurawe chodniki - nie ma
budżetu, bo nikt nie płaci podatków. Warczące generatory przy sklepach i
lokalach, bo miasto nie płaci za prąd i wyłączają. Dziurawe drogi, ale tylko w
mieście. Poza - już lepiej. Podjechaliśmy na Rozafę, gdzie są ruiny tureckiej
twierdzy. Turystów może z 2 i kilka zakochanych par. Twierdza została
zbudowana po odczarowaniu złego uroku w ten sposób, że zamurowano w niej
podobno żywcem i stopniowo młodą kobietę o tym imieniu.
Widoki z Rozafy piękne - na miasto i góry za nim, na zakola rzeki, na jezioro
Szkoderskie. Jadąc wzdłuż jeziora pojechaliśmy do Krui.
Kruja to głównie twierdza, odbudowana według planów córki Envera Hoxhy, nowe
muzeum Skanderberga i ciekawe muzeum etnograficzne w postaci zachowanego domu
bogatego mieszczanina, z wytwornym salonem dla panów, pokojem panny młodej z
freskami na ścianach, kuchnią itp.
Po drodze do twierdzy jest wąska uliczka straganów z pamiątkami, niemal jedyne
miejsce w Albanii gdzie można kupić autentyczną starzyznę i różne gadżety,
choć jest trochę indyjskiego czy chińskiego badziewia. Są warsztaty tkackie,
gdzie można kupić albo zamówić makatkę czy dywan. Różne starocie dla
kolekcjonerów tematycznych. Bardzo atrakcyjne wizualnie miejsce,a sprzedawcy
jeszcze nie tak nachalni jak np. w krajach arabskich czy w Turcji.
Kupiliśmy obowiązkowo popielniczkę w kształcie bunkra, kokilki i młynek do kawy.
Dalej przez Fushe Kruje (Kruja płaska, w odróżnieniu od tej na górze) do
Tirany. Wjazd jak trzeci świat, wszędzie lavash czyli kto ma kawałek placu
kupuje karcher i otwiera myjnię. Dziury na drodze i rondach. Chaotyczny ruch.
W centrum oświetlone wieczorem niebieskim światłem najważniejsze budynki:
opera, muzeum narodowe ze słynną mozaiką socjalistyczną w treści i zabytkowy
meczet z XVIIIw. Pojechaliśmy do biednej dzielnicy gdzie mieszkał Beni, kumpel
z dzieciństwa naszego kolegi, do którego byliśmy zaproszeni na wesele.
Beni mieszka z rodzicami i babcią, dwie siostry już są zamężne, w
trzypokojowym domu z łazienką przez podwórze. Uliczki są bez nazwy, po błocie
biegają dzieci, psy i koty, mieszka trochę Cyganów. Jeśli nie jedzie się do
swoich, nie jest to bezpieczna okolica. Rodzina Beniego sympatyczna i
gościnna, ale mówili tylko po albańsku, więc za dużo nie pogwarzyliśmy.
Koledzy po całusach i uściskach wyciągnęli jakieś foty z młodości, a my
czailiśmy się kiedy puszczą wodę i będzie można się choć trochę umyć. Woda w
Albanii jest na stałe w kranach tylko w hotelach - leci ze zbiorników. Ci,
którzy nie mają zbiorników mogą liczyć na wodę 2 razy dziennie przez godzinę
lub dwie i nie zawsze ciepłą.
Przez ściany było słychać wszystko, co działo się w sąsiednich mieszkaniach.
Do tego ciasnego domu ma sprowadzić się wkrótce żona Beniego, o połowę od
niego młodsza. Wieczorem, gdy wyjeżdżaliśmy samochodem, pojawił się pijany
sąsiad, który dla zabawy pstrykał nie nabitym pistoletem przed nosem naszego
kierowcy.
Rano poszliśmy na miasto. Wszędzie od rana bary pełne facetów przy kawie i
kieliszku raki, z komórami migającymi na stolikach. Miasto wygląda
nienajgorzej w centrum - burmistrz Edi Rama nakazał pomalowanie fasad na żywe,
kontrastowe kolory, więc przynajmniej wygląda to nieźle. W byłym mauzoleum
Hoxhy - piramidzie - działa teraz bar Mumia smile
W jego willi nie wiadomo co jest, ale jest w dobrym stanie i w jej okolicy są
najdroższe mieszkania. Generalnie wydaje się że Albania wyparła Hoxhę z
podświadomości, nie ma o nim najmniejszej wzmianki nigdzie, nie dowiedzieliśmy
się też gdzie właściwie przeniesiono jego zwłoki po usunięciu ich z piramidy.
Jest za to kilka miejsc poświęconych Matce Teresie z Kalkuty (Nene Tereza)
Za górami widocznymi na horyzoncie Hoxha miał prywatne, zamknięte miasto, do
którego nikt nie mógł wjechać i nie wiadomo było gdzie jest dokładnie. Nie
wiemy co się z nim teraz stało, czy je rozkradli, czy ktoś je przejął. W całym
mieście widac było plakaty po niedawnych wyborach, które najpierw anulowano, a
potem okazało się, że wygrał je Sali Berisha. Generalnie wygrywają na zmianę:
on, albo Fatos Nano. Nano ma kilka posiadłości poza Albanią i widocznie w
ostatniej kadencji już nazbierał swoje, bo znów wróciła kolej na Berishę.
Rywale, jak tylko pojawiał się inny kandydat, łączyli siły i wypychali go z
politycznego ringu.
Obeszliśmy Tiranę, znudzony Beni wlókł się za nami, osowiały, bo odchudzał się
przed ślubem i nic nie jadł - popijał tylko raki w kolejnych barach. Zjedliśmy
w barze Popular zerkając na stary albański film, który akurat leciał. Mam
gdzieś zanotowany jego tytuł, potem może dopiszę. Film był kostiumowy, dział
się w przedwojennej ALbanii, o młodej kobiecie, którą zakontraktowano na
małżeństwo z 14letnim chłopcem. Miała już pracować fizycznie w domu i na polu
przyszłych teściów, i czekać aż jej małoletni przyszły mąż dorośnie do wieku
ślubnego. Kobieta była harda i nie chciała myć mu nóg, nosić go na plecach
razem ze stertą chrustu, a kiedy przesoliłą zupę, dostała od teścia łyżką w
czoło. Morał - przed Hoxhą było źle albańskiej kobiecie.
Wieczorem pojechaliśmy odwiedzić Kelę, siostrę naszego kolegi, która zamężna z
wojskowym, mieszkała na osiedlu na północnym wschodzie miasta. Osiedle miało
swój płatny parking w postaci grupki kolesi kasujących 100 leke za
przypilnowanie samochodu przez noc i paru parszywych psów.
Do bloków szło się omijając dziury, studzienki bez włazów, sterty gruzu i
śmieci. Bramy nie mają drzwi a okna na klatce schodowej to tylko dziury.
Oczywiście brak wody. Czteroosobowa rodzina mieszkała w dwupokojowym służbowym
mieszkaniu z kuchnią we wnęce. Na sz
Obserwuj wątek
    • szokiren Re: Albania 2005 - cz. 2 23.08.05, 22:20
      Na szczęście szwagier mówił po niemiecku, więc było juz o czym pogadać
      (polityka,korupcja, problemy z wyjazdem z kraju, ale także o różnicach
      cywilizacyjnych itp.).
      Rano Kela wcisnęła nam siatę pełną prowiantu i pojechaliśmy dalej, na południe.
      Była niedziela, mijaliśmy korowody weselne - trabiące mercedesy, wychyleni do
      połowy kamerzyści, spocone pary młode, baloniki i wstążki, płoszenie kur.
      Berat, gdzie jest kolejna twierdza i dobrze zachowane stare miasto (podobne do
      Ulcinja w Czarnogórze ale w znacznie lepszym stanie) z cerkwiami, w tym jedną
      pięknie położoną bizantyjską i ruinami meczetu. Jest tam muzeum Onufri z ikonami
      i kupiliśmy tam piękny album z archiwalnymi zdjęciami z historii Albanii.
      Stroje, ulice o orientalnym wyglądzie, srogie miny wąsatych panów, uroczyste
      twarze, kobiety katolickie (sic!) w zakrywających twarz chustach.
      Miasto niemal puste, bez turystów, tylko gdzieniegdzie panie sprzedające
      dziergane serwetki. Autentyczność, brak hoteli, knajpek, normalni mieszkańcy,
      biegające kury, bar w którym faceci grali namiętnie w karty i nawet na nas nie
      spojrzeli. Widoki z twierdzy panoramiczne, na każdą stronę.
      Z Beratu pojechaliśmy widokową trasą przez Tepelene i Gjirokaster do Sarandy.
      Znaleźliśmy bez problemu schludną czwórkę z łazienką, tv i wentylatorem za
      2000leke. Tak jak Ulcinj, chociaż czarnogórski, ma już klimat ALbanii, tak
      Saranda ma klimat Grecji. Przyjeżdża tam sporo turystów z Grecji, z rejonu
      Joanniny, których nieraz nie stać na wakacje na ich własnym wybrzeżu.
      Przypływają wycieczki z Korfu, które widać po drugiej stronie zatoki. Plaża w
      mieście jest średnia, warto pojechać na południe w stronę Butrintu.
      Tam jest także plaża także na małych wysepkach, Ksemili, prom na nią 1000leke,
      plaża ładna z piaszczystym klifem. Wieczorem pasarela w te i wewte i piwo Tirana
      (uważane za sikacz) oraz fernety na promenadzie. No i wreszcie prysznic.
      Sama Saranda pełna budowanych na dziko hoteli. Hotel otwiera się po wywieszeniu
      szyldu "Hotel". Nie ma licencji ani podatków. System podatkowy jest, ale podatki
      są praktycznie nieściągalne, stąd potem dziurawe drogi i brak wodociągów.
      Jadąc na południe do Butrintu warto zatrzymać się gdzieniegdzie na zdjęcia, są
      piękne widoki na jeziora. Sam Butrint jest pod opieką Unesco, można zwiedzać
      dobrze zachowane ruiny rzymskiego miasta, z amfiteatrem, gymnasionem, bazyliką i
      twierdzą - dobra godzina chodzenia. Można też przepłynąc promem dalej.
      Atmosfera jest leniwa, czasem do zwiedzających doczepi się liczący na coś pies.
      Na południu jest już sporo bunkrów, które w centrum kraju pomału poznikały.
      Bunkier likwiduje się tak, że podpala się go w środku i temperatura w końcu
      rozsadza jego czaszę. Nie jest to łatwe, bo przy budowie bunkrów pracował wujek
      kolegi i mówił, że budowano je ze specjalnie testowanego, wytrzymałego betonu.
      Paranoiczny Hoxha, chcąc utrzymać naród w izolacji i lęku przed najazdem z
      każdem strony (Jugosłowianie od Tito, w końcu tez partizana, byli względnie
      najmniej groźni) wymyślił, że każda rodzina powinna mieć swój bunkier. Osobiście
      zaakceptował jego projekt. Istniał plan ewakuacji, w momencie sygnału
      alarmowego, cała rodzina miała bodaj 2 godziny na znalezienie się w swoim
      bunkrze, niewazne czy było to daleko w górach, czy nieopodal. Bunkrów nie
      budowali więźniowie polityczni, których zatrudniano do budowy bloków
      mieszkalnych. Obawiano się bowiem wywozić grupy więźniów gdzieś dalej w góry.
      Budowali je mieszkańcy w ramach swego rodzaju czynów społecznych.
      Oprócz bunkrów budowano czasem także tunele w górach, jak w miejscowości
      Leskovik, przy granicy greckiej. Tam też miała uciekać ludność w razie
      zagrożenia. Być może budowniczym przyszło do głowy przekopanie się na grecką
      stronę, ale tak naprawdę za ucieczkę z kraju rodzinie uciekiniera groził wyrok
      śmierci, a w najlepszym razie obóz pracy.
      ---------------CDN
      • szokiren Re: Albania 2005 - cz. 3 21.09.05, 22:28
        Część 3
        Z Sarandy pojechliśmy do Gjirokaster gdzie urodził się Hoxha i do niedawna
        funkcjonował
        dom-muzeum a także Ismail Kadare, najbardziej chyba znany pisarz albański. W
        Gjirokaster w
        małym sklepiku trafiliśmy na kakao Wedla i zabawne pocztówki przedstawiające
        obywatela w stanie
        nietrzeźwym na osiołku, zatrzymywanego przez policję.
        Poszliśmy do twierdzy, gdzie w muzeum była bardzo sieriozna wystawa o
        partizanach, karabiny, zardzewiałe granaty, pożółkłe
        plansze, piękne przykłady socrealizmu typu "Matka Albania wygania wrednego
        włoskiego klechę" w rzeźbie i malarstwie.
        Za to widoki z twierdzy niezapomniane. Warto po zejściu z niej pójść kawałeczek
        w prawo, do małego kościoła wśródk kamiennych domków
        oplecionych winogronami. Potem można wrócić do centrum, które ma kształt
        gwiaździsty. Na ulicy prowadzącej w dół jest dobry i tani byrek.
        W ogóle miasto malownicze, warte posiedzenia na kawce i zostania na nocleg. Ale
        my jechaliśmy dalej, w coraz większe góry. Napotykaliśmy coraz mniej samochodów,
        ale oczywiście na serpentynie nad przepaścią musiał się napatoczyć autobus i
        było wycofywanie.
        Kierowca autobusu patrzył z pogardą na cieniasów z północy co nie umieją na
        wstecznym nad krawędzią.
        Były źródła z wodą (tani sposób na uzupełnienie zapasów zimnej mineralnej),
        wiszący drewniany most, góry za którymi byłą wioska do której nie dotarła II
        wojna,c
        i piękne widoki na doliny rzek. Zatrzymaliśmy się w Leskovik - akurat kładli
        asfalt i cała ludność wyległa by się pogapić. Za meczetem stały lepiany w
        których były anteny satelitaRNE.
        U szczytu góry widać było tunel ewakuacyjny - odpowiednik bunkrów - do ktorego
        wszyscy musieli uciekać w razie ataku wroga.
        Potem miejscowości coraz mniej, jeszcze Permet i Erseke - rodzinne miasteczko
        naszego kolegi. Jego mama mieszkała w czteropiętrowym bliku, wybudowanym niegdyś
        przez więźniów politycznych z pobliskiego obozu. Z okna było widać pokraczne
        garaże a z drugiej strony najwyższą góę Gramozi, za którą była już Grecja.
        Podobno wszyscy chodzą pieszo do Grecji przez Góry.
        Bloki nie miały drzwi wejściowych do bram i okien na klatce schodowej.
        Mieszkanie mamy było dwupokojowe, idealnie czyste, a ona sama często otwierała
        drzwi wejściowe żeby się wietrzyło. Czyli spokój.
        Z mamą mieszkał brat, młody obibok, który nie chodził do pracy, a kawę pijał
        tylko na mieście z kumplami.
        Najważniejsza dla niego była błyszcząca komórka i inne gadżety. W mieszkaniu
        tykał zegar, który nie chodził - wskazówka chodziłą w dół i w górę wokół jednej
        godziny, bodaj za piętnaście siódma.
        To już nie pierwszy raz kiedy widzieliśmy swobodny stosunek do upływu czasu.
        Czas rzeczywiście zwolnił, koncentrowaliśmy się na prostych czynnościach. Spacer
        do miasta - kilka minut. Wokół rynku w kwadrans. Ogólna obcinka i przywitanie
        z wujkiem policjantem oraz trenerem młodzieżówki Gramozi w której kolega kiedyś
        grywał.
        Rozwleczone w czasie siedzenie na kawie i fernecie, przy czym zawsze jedna osoba
        płaciła za wszystkich - nie jest przyjęte by dzielić rachunek.
        Zrobiliśmy wypad do Korce na bazar po koniak i fernet - flaszka jak od oranżady
        po 3 złote sztuka, z lewą akcyzą. Za 200 leke można kupić małą flaszkę świeżej
        oliwy, za 600 litrową.
        Mleko, oliwa, raki, miód, są w butelkach po wodzie mineralnej - pełen organic
        food smile
        Samo miasto niespecjalnie ciekawe, ale bazar wart powłóczenia się.
        Po drodze powrotnej zajechaliśmy do Voskopoje, gdzie na terenie hotelu siedział
        w zagrodzie osowiały niedźwiedź, nie zwracał uwagi na kurę kręcącą się obok.
        Podjechaliśmy do monastyru; akurat go otwarto. W środku jest piękny! Intrygujące
        groteski z drewna nad ikonostasen, podniszczone malowidła.
        Podobno mieli go restaurować Francuzi, ale lokalne władze chciały by
        wyremontowali również drogę dojazdową i na to konserwatorzy już nie mieli
        środków więc sprawa upadła.
        Pożegnanie z rodziną w Erseke było czułe. Mama obdarzyła nas całusami, wujek
        przekładał z ręki do ręki karabin i mnożyliśmy uściski.
        Pojechaliśmy dalej - do Pogradeca. Znaleźliśmy tam hotel przy promenadzie, z
        pokojami w 3 standardach i starymi meblami odziedziczonymi chyba po jednostce
        wojskowej. Wieczorem spacer do dawnj willi Hoxhy, wokół której było więcej
        bunkrów niż
        zwykle. Kiedy tam przyjeżdżał, zamykano całe jezioro. Chcieliśmy zjeść rybę -
        koran, ale nie było. Kelner wyjaśnił, że za dużo jest polowań z dynamitem i tych
        ryb jest coraz mniej.
        Postanowiliśmy zrobić następnego dnia wypad do Macedonii, korzystając z
        zawieszenia do połowy września obowiązku wizowego i pojechaliśmy w dwójkę do
        Ochrydu. Krązyły plotki, że za wjazd płaci się 10E
        ale nic takiego nie było. No visa, odpowiedziałam twardo gburowi w okienku i
        wbił stempel. Ochryd jest ładny, widokowy i europejski, a poza tym jest tanio,
        polecam bardzo.
        Przy wjeździe sterczeliśmy 2 godziny na granicy, mimo, że były 3 samochody i
        żądali papieru - potwierdzenia o uzyczeniu samochodu. Celnicy byli burkliwi i
        obrażeni.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka